Author Archives: agata

Nieszczęsny wewnętrzny krytyk

Maja (38) zgłosiła się do mnie, ponieważ „jej życie od lat stoi w miejscu”. Od 9 lat pracuje w tej samej firmie, choć nie lubi tego co robi. Od dawna myśli o kupnie mieszkania, bo odkąd wyprowadziła się z domu, mieszkanie wynajmuje. „Gdybym kupiła je 10 lat temu, a było to możliwe, spłaciłabym już połowę kredytu.” – mówi. Jest w związku od 6 lat, ale nadal, choć tego chce, nie wyszła za mąż. Nie ma też dzieci, mimo iż deklaruje, że bardzo tego pragnie. No więc dlaczego? Dlaczego Maja nie kupi mieszkania, nie zmieni pracy, nie weźmie ślubu i nie zdecyduje się na dziecko? Maja: „Pracy nie zmieniam, bo oczywiście nie wierzę w to, że mogłabym jakąś dostać. Cały czas wstrzymuje mnie to, że nie znam biegle języka obcego, że posługuję się komputerem nie w takim stopniu jak 25 latkowie. Cały czas myślę, że jestem za słaba, żeby załapać się na jakąś przyzwoita ofertę. Mieszkania nie kupuję, bo boję się, że nie dam rady spłacać gigantycznego kredytu. Chyba przejęłam strach mojej matki, która wiecznie mi wbija do głowy, że sobie nie poradzę. Ślub? Czekam na moment, kiedy będę lepiej wyglądać, kiedy schudnę. Ciągle wydaje mi się, że jestem za gruba. A dzieci? Moja siostra ma dwójkę. Ona non stop powtarza, żebym się zastanowiła, bo to ogromna odpowiedzialność i że macierzyństwo wymaga nadprzyrodzonych sił. Nie wiem czy je mam. Nie wiem czy bym temu podołała..”.
W trakcie spotkania Maja mówi, że jej problemem jest „wiecznie gderający krytyk wewnętrzny”. „Nie daje mi spokoju nawet na moment. Ciągle słyszę, że mogłam to zrobić lepiej, że jestem za głupia, za brzydka, za nudna.. Nie umiem go wyłączyć. A już nie mam siły z nim żyć..”

Zupełnie się nie dziwię. Wewnętrzny Krytyk to naprawdę, przepraszam za wyrażenie, kawał cholery. Wewnętrzny krytyk potrafi doprowadzić nasze życie do ruiny. Wewnętrzny Krytyk straszy, pogania, zabrania, sabotuje nasze działania, oponuje, utrudnia, blokuje, umniejsza rangę naszych osiągnięć, zmniejsza satysfakcję z osiągania celów, podcina skrzydła. Tym samym wywołuje stres, przeszkadza w odczuwaniu radości, doprowadza do utraty witalności. Sprawia, że zaczynamy unikać wyzwań, przestajemy wchodzić w relacje, stajemy się smutni, cierpimy. Bywa, że chorujemy, wpadamy w uzależnienia. Wewnętrzny Krytyk doskonale wie co zrobić, żebyśmy poczuli się gorzej. Taki gnojek.

Kim jest

Ale co to właściwie za twór, ten Wewnętrzny Krytyk? I skąd on do nas przyszedł? Jak dostał się do naszych głów?
Wewnętrzny Krytyk to taki wewnętrzny głos, który mówi: „jesteś słaby”, „jesteś brzydka”, „nie nadajesz się do tego”, „co z ciebie za matka”, „ty tego nie potrafisz”, „nikt cię takiej nie pokocha” itp. Jak powiedział Blair Singer, autor książki „Opanuj swój wewnętrzny głos”, Wewnętrzny Krytyk to „odległość dzieląca ludzi od sukcesu”. Wewnętrzny Krytyk to wypadkowa tego co słyszeliśmy od innych, siły uwewnętrznienia tych przekazów oraz doświadczeń. Swoje dokładają też media, reklamy, slogany, wymagania kultury, aktualnie promowane wartości.
Zacznijmy od doświadczeń z innymi (rodzicami, dziadkami, nauczycielami, rówieśnikami, partnerami) i tego jakie otrzymaliśmy przekazy. Jeśli nasz Krytyk Wewnętrzny jest wyjątkowo głośny lub/i nadaje niemalże bez przerwy, to prawdopodobnie komunikaty od bliskich i innych znaczących dla nas ludzi były krytyczne. Być może słyszeliśmy, że jesteśmy leniwi, egoistyczni, mało zdolni, trudni, nieporadni, nie do zniesienia, marudni, nieodpowiedzialni, nieprzytomni, nieogarnięci, bezmyślni, czy co tam jeszcze. Mogło być też gorzej. Mogliśmy słyszeć, że jesteśmy głupi, że wyglądamy idiotycznie, że zachowujemy się jak debile, że nic z nas nie będzie, że nic w życiu nie osiągniemy. Mogło być jeszcze gorzej, ale tego już, pozwólcie, przytaczać nie będę. Być może nasi rodzice byli bardzo wymagający, mieli wobec nas nierealistyczne oczekiwania i tak zrodziło się w nas przekonanie, że nie jesteśmy dość dobrzy, aby doskoczyć do tak wysoko zawieszonej poprzeczki? Być może nasi bliscy często nas porównywali? Z rodzeństwem lub innymi dziećmi w klasie? Być może nie czuliśmy się kochani bezwarunkowo? Być może czuliśmy się nieakceptowani takimi jakimi jesteśmy? Być może czuliśmy, że aby zasłużyć na miłość, akceptację, sympatię, bliskość, zadowolenie z nas, musimy się starać? Bardzo starać. Być jeszcze bardziej. Jeszcze lepiej. A być może było inaczej. Być może nasi bliscy nadali nam etykietkę dziecka wyjątkowego: geniusza, najzdolniejszego w całej szkole, mającego niespotykany potencjał, stworzonego do rzeczy niezwykłych i nadzwyczajnych? I być może chcieliśmy na tę ocenę, znów -  zasłużyć? Być może czuliśmy, że bycie zwykłym nie wystarcza? Że to mało? A może zrodziło się w nas, skądinąd zupełnie zrozumiałe, przekonanie, że nie spełniamy tych wyśrubowanych kryteriów? Że nie zasłużyliśmy na taką wyidealizowaną ocenę? A skoro nie jesteśmy idealni to jesteśmy beznadziejni. I nie możemy, nie zasługujemy, nie należy się nam. Nasi bliscy, nauczyciele, rówieśnicy mogli nam to wszystko komunikować wprost. A mogli też nigdy nie użyć wymienionych wyżej słów. Ale mogli nam to pokazywać: poprzez swoje zachowanie, decyzje, przekaz niewerbalny. Mogli to robić  świadomie lub nie. Mogli to robić subtelnie. Mogli to robić nawet w dobrej wierze. Mogli też być po prostu bardzo krytyczni lub wymagający wobec samych siebie.
Im więcej doświadczeń z przekazami, że „jesteśmy nie dość”, tym bardziej komfortowe środowisko dla zainstalowania się w nas Krytyka Wewnętrznego. Im więcej też z tych przekazów uwewnętrznimy, tym gorzej dla nas. A nasz Wewnętrzny Krytyk poczuje się bardziej dopieszczony.
Kiedy pracuję z pacjentami z ich Krytykiem Wewnętrznym, bardzo często słyszę od nich, że jego głos, to głos ich bliskich, tylko w wyolbrzymionej formie. Maja powiedziała to samo: „Kiedy prosiła mnie Pani, abym wypowiedziała na głos, co słyszę od Krytyka Wewnętrznego, to poczułam się tak, jakbym słyszała swoją własną matkę. Ale moja mama nigdy nie mówiła mi tak okropnych rzeczy. Moja mama nigdy nie powiedziałaby mi tego, co potrafię powiedzieć do siebie ja. Ja jestem dużo bardziej okrutna.”

Co z nim zrobić?

Chyba zgodzimy się co do tego, że Wewnętrzny Krytyk nam szkodzi. Sceptykom i tym, którzy, cytuję: „nie są zwolennikami tzw. bezstresowego wychowania” lub też uważają, że „bez krytyki hodujemy narcyzów” i że „gdybyśmy wszyscy byli tylko z siebie zadowoleni to po pierwsze, byśmy się nie rozwijali, a po drugie, życie wśród samych zadowolonych z siebie ludzi byłoby nie do zniesienia”, spieszę z odpowiedzią. Jestem tego samego zdania. Nie chodzi o to, aby unikać informacji krytycznych. Czy to wobec siebie czy to wobec naszych dzieci. Ale chodzi o krytykę konstruktywną, z której coś wynika. Która nas zachęca, mobilizuje, rozwija, a nie demotywuje, rani, upokarza, osłabia wiarę siebie, odbiera sprastwo i godność. Zupełnie czym innym jest powiedzieć do siebie: „Hmm, moja droga, faktycznie spora konkurencja na rynku, a u Ciebie z angielskim kiepściutko, bierz się do roboty, skoro chcesz sobie polepszyć. Lecisz powtarzać słówka! Wiem, że potrafisz!”, niż: „Co ty do tej pory robiłaś? Na co ty zmarnowałaś tyle czasu? Teraz to musztarda po obiedzie! Wcześniej trzeba było o tym pomyśleć, a nie teraz, budzisz się z ręką w nocniku!” czy też: „Możesz się schować z tym swoim angielskim. W życiu cię nikt nie zatrudni. Weź, w ogóle najlepiej nie otwieraj ust jak masz coś powiedzieć po angielsku. Ten akcent! Ta wymowa! Te prostackie konstrukcje gramatyczne. Siedź, gdzie siedzisz i się nie wychylaj!”.
Dlatego też z Wewnętrznym Krytykiem warto coś zrobić. Tylko co? Wyłączyć? Walczyć z nim?
Wyłączyć podobna się nie da. Lub jest bardzo bardzo trudno. Dlatego lepiej nim zarządzać. Lub na coś zamienić. Walczyć? Blair Singer powiedział, że „całe życie spędził na wojnie pomiędzy prawym i lewym uchem”. Całe życie to długo. Są sposoby, aby trwało to zdecydowanie krócej. Jakie? O tym w kolejnym artykule.

„Kocham za bardzo – co mogę zrobić?”

Na początku roku opowiedziałam Wam historię Katarzyny. Kasia, choć trafiła do mnie z objawami z ciała, których nie rozumiała, w trakcie trwania terapii zgodziła się ze mną, że jest osobą kochającą za bardzo (termin zaczerpnięty z książki Robin Norwood). Bóle głowy były jedynie komunikatem, który to mądre ciało wysyłało do Kasi w nadziei, że odczyta przekaz. I odczytała. Zobaczyła jak długo żyła w potwornym napięciu. Jak była rozchwiana. Jak uzależniała swoje samopoczucie, swoją wartość, swoje funkcjonowanie od tego co działo się w jej związku. Kasia jest u mnie w terapii od roku, więc sporo zdążyła już zrobić. Ale jeszcze trochę zostało. Wyjść z uzależnienia od miłości (używamy tego terminu zamiennie) samodzielnie jest trudno. A też i po co? Profesjonalne wsparcie może okazać się niezbędne, ale jeśli nie jesteś jeszcze na nie gotów/gotowa – niech poniższe wskazówki będą dla Ciebie podpowiedzią co potrzebujesz zrobić, aby sobie pomóc.
Mianowicie:

* Iść na detoks


Kiedy leczymy się np. z uzależnienia od alkoholu wydaje się nam oczywiste, że konieczna jest całkowita abstynencja. Abstrahuję w tym miejscu od innych form wychodzenia z nałogu, np. programach picia kontrolowanego, ale większość specjalistów i niepijących alkoholików zgodzi się co do tego, że abstynencja ułatwia sprawę. A często ją w ogóle umożliwia. Sprawę – czyli zdrowienie. W przypadku uzależnienia od miłości jest podobnie. Może być Ci trudno lub może się to okazać wręcz niemożliwe, aby wyzdrowieć, będąc cały czas w kontakcie z obiektem swoich uczuć. To tak jakby alkoholik leczył się nadal „trochę” pijąc. Jeśli więc jest to technicznie możliwe (nie pracujecie razem, nie mieszkacie obok siebie, choć i miejsce zamieszkania i pracę zawsze można zmienić, czego to nie robili „moi” alkoholicy, gdy w grę wchodziło życie i zdrowie), to lepiej wprowadzić kwarantannę. Przynajmniej czasową, najlepiej stałą. Nigdy nie wiesz co „zrobi Ci” ponowny kontakt. Po co ryzykować? Wyjątkiem jest sytuacja, w której Ty i „Twój obiekt” jesteście parą, a Wasza relacja nie jest szczególnie toksyczna. Wyobrażam sobie to tak, że Ty zauważasz w sobie różne niepokojące Cię mechanizmy i Ty chcesz zrobić z nimi porządek. Wtedy zdrowienie u boku partnera jest oczywiście możliwe. Jednak większość osób uzależnionych od miłości żyje w związkach „szarpanych”, destrukcyjnych. Lub też w ogóle w związki nie wchodzi, tylko platonicznie się zakochuje. Wiele osób uświadamia sobie swój problem dopiero w sytuacji odejścia partnera. Tym osobom ograniczenie kontaktu może być potrzebne.

* Nauczyć się radzić sobie z „głodem” i objawami odstawiennymi


Co się może dziać podczas Twojego detoksu? Możesz być w rozpaczy, w niepokoju, możesz tęsknić, w kółko myśleć o nim/niej. Może Ci się wydawać, że za chwilę zwariujesz. Możesz nie móc znaleźć sobie miejsca. Możesz nie być w stanie „normalnie” funkcjonować. Możesz mieć różne objawy z ciała (bóle, drgawki, brak apetytu). Możesz mieć poczucie, że nie umiesz sobie pomóc, że Twoje życie się skończyło, że nie możesz bez niej lub bez niego żyć. To nie miłość. To objawy odstawienne. Może to co mówię jest trudne, ale alkoholik przeżywa podobne emocje, kiedy chce się napić. Pod twoim „kocham” ukrywają się: „boję się”, „potrzebuję cię”, „nie opuszczaj mnie”, „tylko ty mnie uszczęśliwiasz”, „tylko ty mnie uspakajasz”, „bez ciebie jestem nikim”, „uczyń mnie wartościową”. Różnica między miłością a uzależnieniem jest taka jak pomiędzy wyznaniem: „kocham cię, bo cię potrzebuję”, a „potrzebuję cię, bo cie kocham”.
Jak poradzić sobie z „głodem”?
Po pierwsze przeczekaj. Głód mija. Jeśli usiłujesz zachować abstynencję w postaci np. braku kontaktu, pomocna może okazać się tu technika “24 godziny” czy inaczej „dziś nie zadzwonię/nie napiszę”. Jest to bardziej realne i prostsze do spełnienia niż długofalowa obietnica. Jeśli jest potrzeba, można podzielić ten czas nawet na godziny. Gwałtowny głód można przetrzymać przez godzinę, potem następną i jeszcze jedną. Można też postanowić, że nie wykonam telefonu w tym momencie.
Kolejny sposób to przypomnienie sobie (a najlepiej zapisanie) tego wszystkiego, co doprowadziło Cię do decyzji o detoksie (np. toksyczność relacji, przemoc). Z czasem zaczynamy pomniejszać nasze argumenty i idealizować relację.
Rozwiń film – to następne pomocne narzędzie. Masz silny przymus skontaktowania się? Ok. Pomyśl co będzie dalej? Moi uzależnieni pacjenci zwykli wtedy mówić: „Napiję się piwa. Potem będę chciał kolejne. I jeszcze kolejne. Upiję się. Żona całkowicie straci do mnie zaufanie. Albo się wyprowadzi. Zostanę sam. Zawiodę siebie po raz kolejny. Będzie mi wstyd przyjść na terapię. Więc nie przyjdę i będę pił…”. Opłaca się?
Ważne, abyś unikał/a wyzwalaczy czyli tego wszystkiego co uaktywnia w Tobie chęć kontaktu np. „Wasze” piosenki, miejsca, zdjęcia, wspomnienia, smsy, a także smutne filmy, „upijanie się na smutno” itp.
Ponadto: Zadbaj o wsparcie, rozmawiaj z ludźmi, wychodź z domu, zajmij się czymś, uprawiaj sport, zmień otoczenie, czytaj pomocną literaturę.

* Zrozumieć mechanizm działania uzależnienia

Zrozumienie pomaga. Po pierwsze zmniejsza cierpienie. Po drugie umożliwia poradzenie sobie z czymś. Zapoznanie się z mechanizmem uzależnienia jest ważne, aby osoba kochająca za bardzo miała świadomość, że to co łączy z głębokością swoich uczuć jest w rzeczywistości właśnie uzależnieniem. Uzależnienie od miłości to bardzo silna potrzeba posiadania kochającego obiektu. Osoba uzależniona od miłości odczuwa obsesyjną potrzebę kontaktu z partnerem, ponieważ to skutecznie odwraca jej uwagę od siebie, czyli od trudnych emocji (lęk, smutek) lub wewnętrznej pustki. W taki sposób rezygnuje ona ze swojego życia a wybranek staje się dla niej całym światem. Gdy znika (nie tylko gdy dosłownie odchodzi, ale gdy zajmuje się sobą, nie poświęca należytej uwagi partnerce, gdy się różnicuje) – ona nie ma już nic. Odczuwa nie tylko ból związany z aktualną sytuacją, ale też wszystkie przeszłe trudne uczucia i problemy, które próbowała tym związkiem tłumić. Cierpienie jest nie do zniesienia. Chcąc je zagłuszyć, ponownie „zażywa” kontaktu z partnerem, aby odciągnąć uwagę od bolesnych aspektów swojego życia. W ten sposób stopniowo uzależnia się od niego. Jeśli ten odchodzi – może natychmiast potrzebować związać się z kolejnym. Wszystko po to, aby nie zostać sama ze sobą i tym wszystkim co dzieje się wewnątrz niej. To o czym mówię może dziać się realnie (faktycznie jesteśmy w związku), może też odbywać się w wyobraźni (wynajdujemy obiekty platoniczne).
* Nauczyć się rozpoznawać swoje uczucia

Gdyby zapytać osobę uzależnioną od miłości o jej emocje to wymieniłaby ich całą masę: lęk, spokój, smutek, radość, rozpacz, niepokój, rozdrażnienie, gniew. Ale wszystkie one, lub większość z nich, związana jest z nim/nią. Nie ma go/jej – spadasz na samo dno. I nic innego się nie liczy. Jest – unosisz się nad ziemią. I nic innego nie ma już znaczenia. To jego/jej obecność w Twoim życiu reguluje Twój nastrój. Gdyby wyjąć z Twojego życia ten kluczowy fragment i teraz zapytać Cię           o emocje, to prawdopodobnie miałabyś/miałbyś problem z ich rozpoznaniem. Dzieje się tak             z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że uzależnienie powstaje wyjściowo najczęściej w wyniku chęci znieczulenia, odwrócenia uwagi od pewnych niewygodnych emocji. Po drugie, samo uzależnienie pogłębia proces utraty kontaktu ze swoimi uczuciami. Dlatego kiedy przejdziesz już etap rozpoznania i nazwania problemu i być może też detoksu, możesz zająć się powoli dokopywaniem się do swoich uczuć. To ważne, bowiem odwracając się od swoich emocji, tak naprawdę odwracasz się od siebie. A Ty masz do siebie wrócić. I się ze sobą spotkać. Dlatego zadawaj sobie pytania: Co ja poczułem? Co się ze mną dzieje? Jak reaguje na to moje ciało? Jaka to może być emocja? Co mi się pojawia? Na początku może być trudno. Możesz mieć zamazany obraz. To tak, jak chcąc oczyścić swoje ciało z toksyn pochodzących z żywności, odstawiamy nagle cukier, używki i inne produkty, które nam szkodzą. Na początku to co słyszymy od swojego ciała to jedynie to, że chce ono ciastek. Ale po pewnym czasie zaczynasz rozpoznawać: moje ciało mówi, że ma ochotę na pomidory. A innym razem na czereśnie. I już wiesz, że prawdopodobnie potrzebujesz potasu i witaminy C. Z emocjami jest podobnie. Kiedy przestaniesz mieszać łyżką w herbacie, fusy opadną na dno i zaczniesz widzieć bardziej klarownie.

* Nauczyć się przeżywać emocje

Dlaczego tak bardzo uciekamy od swoich uczuć? Dlatego, że nie umiemy ich przeżywać. Prawdopodobnie nikt nas tego nie nauczył i nikt nas dostatecznie nie wspierał, kiedy byliśmy dziećmi. Kiedy byłeś/łaś mały/a i przeżywałeś/łaś bolesne uczucia nie umiałeś sobie z nimi poradzić. To zrozumiałe. Byłeś/łaś dzieckiem. Jeśli nikt z dorosłych nie pomógł Ci w tym doświadczeniu, prawdopodobnie wszedłeś/weszłaś w dorosłość z poczuciem, że przeżywanie emocji jest nie do zniesienia. Lub też, że niektóre emocje są nieakceptowalne. I najlepiej się od nich odciąć. Zamrozić je, zagłuszyć, zaprzeczyć im czy jeszcze cokolwiek innego. Jednymi z najbardziej skutecznych odcinaczy od emocji są używki czy też różne kompulsywne zachowania. Np. kompulsywna, obsesyjna miłość. Mówi się, że uzależnienie to choroba emocji. Dlatego dotarcie do nich i umiejętność ich wytrzymywania jest niezbędna dla zdrowienia.

* Nauczyć się komunikować emocje

Po lekcji zawierania w sobie emocji przychodzi kolejna – ich wyrażania. Bez tej umiejętności trudno porozumiewać się z ludźmi, szczególnie bliskimi. Zacznij od tych emocji i tych osób, z którymi Ci najłatwiej. Jak to robić umiejętnie? Unikaj komunikatów typu „ty” np.. „wkurzasz mnie”.  Mów o sobie. Np.: „Kiedy to robisz to czuję..”, „Gdy to powiedziałeś to zrobiło mi się..”, „W takich sytuacjach jak ta przeżywam..”. To na początek.

* Zyskać zaufanie do swoich odczuć

Twoje emocje są Twoim barometrem. Tylko już te oczyszczone, wyregulowane. Im bardziej siebie poznajesz, tym bardziej siebie znasz. A im bardziej siebie znasz, tym bardziej wiesz, którym emocjom możesz zaufać, a które należy jeszcze poczyścić. Im uczucia bardziej poczyszczone, tym bardziej możesz mieć do nich zaufanie. Wtedy mniejsze ryzyko, że wejdziesz w coś co Ci nie służy i jest dla Ciebie szkodliwe.

* Rozeznać się w swoich potrzebach

Jeśli jesteś osobą kochającą za bardzo bardzo prawdopodobne jest, że nie wiesz czego chcesz. Oczywiście wiesz, że chcesz jej lub jego. Ale poza tym? Teraz jest czas, żeby właśnie się tego od siebie dowiedzieć. Co sprawia Ci przyjemność? Niezależnie od niego czy niej. I oprócz tego co jest związane z nią/nim. O czym marzysz? Jak chcesz, żeby wyglądało Twoje życie? Czego potrzebujesz na tym etapie? Co lubisz? Czego na pewno nie chcesz? Co stanowi dla Ciebie wartość? Zadawaj sobie te pytania, póki nie uzyskasz odpowiedzi. Szukaj. Sprawdzaj. Błądź. I wracaj.

* Określić swoje granice

Jeśli jesteś osobą kochającą za bardzo to prawdopodobnie nie wiesz również gdzie się zaczynasz a gdzie kończysz. Twoje osobiste granice są albo nazbyt sztywne lub też zbyt przepuszczalne. Potrzebujesz na nowo posprawdzać swoje właściwe odległości od innych. W jaki sposób? Metodą prób i błędów. Odpowiedzi szukaj w swoim ciele, w swoich emocjach.

* Rozpoznać halucynacje

Jeśli jesteś osobą uzależnioną od miłości z pewnością dużo halucynujesz. Czyli widzisz to czego nie ma oraz nie widzisz tego co jest . Widzisz np. tylko sygnały, które świadczą o tym, że on Cię kocha, że mu zależy. Nie widzisz z kolei, że jest niesłowny, arogancki. Jedną z potężnych halucynacji jest idealizowanie partnera/ki. Twoim zadaniem jest cały czas przeglądanie na oczy.

* Uświadomić sobie podłoże i funkcję uzależnienia

Kiedyś zapytałam „moich alkoholików” kiedy powinna zapalić się nam pomarańczowa lampka bezpieczeństwa, że jakaś używka czy też zachowanie jest dla nas niebezpieczne. „Kiedy to ci załatwia jakąś ważną rzecz” – odpowiedzieli. Jaka to może być ta ważna rzecz? Jesteś nieśmiały a TO Cię ośmiela. Jesteś niespokojny a TO Cię uspokaja. Jesteś smutny a TO Cię rozwesela. TO odwraca uwagę od Ciebie i Twoich emocji, Twoich lęków, Twoich problemów, ważnych decyzji do podjęcia. TO Cię nobilituje, sprawia, że czujesz się kimś ważnym, wartościowym. Wreszcie. Rozpoznanie podłoża Twojej obsesji jest kluczem do Twojego wyzdrowienia.

* Przeżyć żałobę po tym czego nie dostałeś/łaś w domu

W poprzednim punkcie omówiliśmy pokrótce jak tworzy się uzależnienie. Czegoś Ci brak i tego szukasz na zewnątrz. Spokoju, bezpieczeństwa, sensu, dowartościowania.. Prawdopodobnie jest to coś, czego nie dostałeś w domu. I prawdopodobnie bardzo chcesz to dostać gdzie indziej. Jeśli tylko ktoś da Ci namiastkę np. spokoju, którego nigdy nie miałeś/łaś lub też zrobi coś takiego, że Tobie WYDAJE się, że znajdziesz przy nim/niej spokój – wpadasz po uszy. Dlatego potrzebujesz przyjrzeć się swojej przeszłości. Zobaczyć jakie Twoje bazowe potrzeby nie zostały w dzieciństwie zabezpieczone i pozwolić sobie na przeżycie swojej osobistej żałoby. Żałoba to taki proces, w którym żegnasz się z tym, co już nie wróci. Bo niestety, ale jeśli czegoś nie dostałeś/łaś jako dziecko, to już w takiej formie i od tych, od kogo naprawdę potrzebowałeś (rodziców) – nie dostaniesz. Możesz dostać od innych, ale to już nie będzie to samo. I nie tyle ile byś chciał/a. Bo jeśli jesteś czymś tak nienasycony/a, nic Cię nie nasyci. Odpowiednio przeżyta żałoba kończy się zazwyczaj akceptacją tego co się zdarzyło i gotowością do zwrócenia się w kierunku teraźniejszości i przyszłości. Bez przeżytej żałoby tylko pozornie jesteś „teraz”. Tak naprawdę „w teraz” szukasz lekarstwa na to co już się zdarzyło. Opłacz co potrzebujesz.

* Zacząć sobie dawać sobie to czego nie dostałeś/łaś

Kiedy już dokonałeś/aś analizy tego czego jesteś głodny/a (np. miłości, opieki, uwagi, akceptacji, wsparcia etc) i opłakałeś/łaś co trzeba, czas na rozpoczęcie karmienia siebie. Ale nie w taki sposób w jaki robiłeś/łaś to do tej pory – szukając na zewnątrz, u innych, zadowalając się byle ochłapami lub przeciwnie – żądając jeszcze więcej i więcej. To właśnie prosta droga do uzależnienia. Pora, abyś nauczył/a się dostarczać sobie to, czego potrzebujesz. Od Siebie Sobie. Kiedy byłeś/łaś dzieckiem nie mogłeś tego zrobić. Po pierwsze dlatego, że dzieci są zależne od swoich rodziców. Kiedy dziecko jest głodne lub potrzebuje otuchy, tylko opiekun jest w stanie go nakarmić i utulić. Po drugie, nie miałeś/łaś takich umiejętności jakie masz teraz. Dziś, kiedy jesteś już dorosły/a, możesz odpowiadać na swoje potrzeby. I to na różne sposoby. Dorosła osoba potrafi też znieść frustrację i brak. Dziecko czuje głód i od razu daje o tym znać. I nie potrafi tego odroczyć. Z czasem się tego uczy. Niemowlę nie zrozumie, kiedy mama powie: „za moment, tylko dojdziemy do domu”. Kilkulatek już tak. Dorosły potrafi nie jeść długie godziny, wiedząc, że od tego nie umrze i że jak skończy pracę, to ugotuje sobie to na co ma ochotę. Pamiętaj, jeśli jesteś jak studnia bez dna, to nikt Cię nie napełni. Łudząc się, że to możliwe skazujesz się na kłopoty. Ale napełniając siebie sam/a i godząc się, że część pewnie napełnisz, a części pewnie nie, masz szansę na to, aby nie popaść w tarapaty zwane uzależnieniem od miłości.

* Rozpoznanie swojego wzorca „kochania”

Kochanie „za bardzo” może przybierać różne oblicza. Jedni, kochający za bardzo, wchodzą w rolę tego (czy oczywiście tej), który tak bardzo chce być kochany i akceptowany, że zrobi wszystko, zgodzi się na wszystko. Byle tylko ten ktoś był. To typ uległy. Kiedy wchodzi w  relację, to właściwie znika. Ale próby zatrzymania kogoś przy sobie mogą również wyglądać inaczej. Typ dominanta usiłuje sobie tę miłość i obecność wywalczyć. Dlatego żąda, wymaga, podporządkowuje, uzależnia, kontroluje, ogranicza. Dominantowi wydaje się, że jeśli popuści to wszystko się rozleci. Tak jak typ uległy nie wierzy, że ktoś mógłby z nim chcieć być nawet wtedy, gdy ten będzie sobą, co oznacza również bycie czasem trudnym, sprzeciwiającym się etc, tak dominantowi brakuje wiary w to, że ktoś mógłby go pokochać od tak, więc używa do realizacji swoich celów władzy. Jest jeszcze ratownik. Jak sama nazwa wskazuje, ratownik ratuje. Z wszelkich opresji, trudności emocjonalnych, kłopotów finansów. Ratownik mówi: „ja Ci pomogę”, „nie jesteś sam”. Ratownik wybawia, terapeutyzuje, leczy, koi.. Po co? By być potrzebnym, niezastąpionym. By swoim zachowaniem zyskać sympatię i miłość. Ratownik ma głębokie przekonanie, że na miłość musi zasłużyć, zapracować oraz że jeśli będzie potrzebny, to będzie też kochany. Kiedy ratownik słyszy: „tylko ty możesz mi pomóc”, „co ja bym bez ciebie zrobił?”, „nikt tak dobrze nie pociesza jak ty” – czuje, że jest w domu. Blisko ratownika stoi typ poświęcającego się. Poświęcacz zrobi wszystko, kosztem siebie, weźmie więcej, niż jest w stanie unieść, bo podobnie jak ratownik, musi na miłość zasłużyć. Pewnie to daje też inne korzyści psychologiczne: pewną wyższość moralną („on jest dla mnie taki podły, a ja to wszystko dzielnie znoszę i wytrzymuję”), czasem możliwość szantażowania emocjonalnego („to ja tyle dla ciebie robię, a ty nie chcesz tylko tej jednej rzeczy zrobić dla mnie?!”), ale także właśnie czucie się potrzebnym, ważnym. Kochanie za bardzo może się też przejawiać w zapotrzebowaniu na adrenalinę czy fenyloetyloaminę. Ci, którzy są uzależnieni od miłosnej adrenaliny są w związkach burzliwych, szarpanych, często toksycznych i przemocowych. To  związki, w których jest dużo silnych i skrajnych emocji. Raz się kochają, raz nienawidzą. W kółko się rozstają i znów wracają do siebie. Partnerzy w takich związkach często mówią, że „żyć ze sobą nie mogą, ale bez siebie też nie”. Osoby z zewnątrz przyglądające się takiej relacji nie mogą wyjść z podziwu „dlaczego oni jeszcze są ze sobą?”, „dlaczego nie mogą po prostu się rozjeść?”, „po co im taka szarpanina?”. No właśnie po to. Po adrenalinę. Coś się dzieje, są emocje, jest życie. No inna rzecz, że są i koszty. Osoby wychodzące z takich relacji mówią o zmęczeniu, wewnętrznym chaosie i rozedrganiu, poczuciu rozbicia. Moi pacjenci  używają takich słów jak: „jestem kompletnie rozwalona”, „to mnie dokumentnie rozbiło”, „czuję się jakby przejechał po mnie walec”, „ja już nawet nie wiem jak się czuję”, „ten związek mnie zmiażdżył” itp. Z kolei Ci, którzy potrzebują ciągłej dostawy fenyloetyloaminy (czyli tzw. narkotyku miłości, który wydziela się w stanie zakochania i po pewnym czasie znika) wchodzą co chwila w stan zakochania. Co chwila może oznaczać co kilka tygodni czy miesięcy, ale może też oznaczać co kilka lat. Chodzi o to, aby móc ciągle czuć te przysłowiowe motyle w brzuchu, czuć tę adorację i zachwyt kogoś nad sobą i nasz nad kimś, pożądanie. Czuć ten haj, tę euforię, podniecenie, tęsknotę, tę moc. Kiedy w danej relacji to zanika, szukamy kolejnej, mówiąc, że „coś się wypaliło”, „to już nie jest to samo co na początku”, „chyba się odkochałem”, „on już na mnie tak nie działa”.. No i z jednej strony jest pięknie i cudownie, z drugiej? Może być tak jak powiedział mój 54 letni pacjent uzależniony od tej chemii, która towarzyszy zakochaniu: „Miałem naprawdę wiele kobiet, byłem w wielu, choć krótkich związkach. Ale dziś nie mam nikogo tak naprawdę bliskiego. Skrzywdziłem wiele osób. I czuję się pusty w środku. Goniłem z jakąś ułudą. Sam nie wiem za czym. Czuję, że w jakimś sensie przegrałem życie.” Jest jeszcze jedna odmiana kochania za bardzo. To fantazjowanie. Mam pacjentkę, która nigdy nie była w realnym w związku. Ale w swojej głowie była w wielu. W swoich fantazjach zakochiwała się, kochała, uprawiała seks, miała rodzinę i przysłowiowy domek z ogródkiem i psa. Na fantazjach potrafiła spędzać naprawdę długie godziny. Ale fantazja to nie życie. I ona dobrze o tym wiedziała.
Dobrze, abyś wiedział/a, w jaki sposób Ty kochasz za bardzo.

* Sporządzenie listy strat i korzyści

Jeśli jako osoba kochająca za bardzo zaczynasz poważnie myśleć o zmianie, to znaczy, że doświadczyłeś/łaś już dotkliwych skutków swojego uzależnienia. Ale w trakcie zdrowienia możesz zacząć o tym zapominać. Tak działa właśnie uzależnienie. Tak jak alkoholik, z jednej strony chcący przestać pić, ale z drugiej strony chcący móc pić dalej, zaczyna osłabiać dotkliwość skutków picia, tak i ty, jako nałogowiec miłości, możesz robić dokładnie to samo. „Przecież w sumie to on nie był taki zły”, „przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka”, „co takiego złego jest w tym, że chcę być kochany” – znasz to? Dlatego zrób listę strat. Wszystkich. Tych w obszarze zdrowia fizycznego i emocjonalnego, w pracy, Twoich relacjach z rodziną i przyjaciółmi, w obszarze Twoich zainteresowań i rozwoju, Twoich planów i celów. Powieś je w widocznym miejscu lub zaglądaj tam co jakiś czas. Szczególnie wtedy, kiedy zaczynasz odpływać. Teraz zrób listę korzyści, jakie przyjdą wraz ze zdrowieniem. Również we wszystkich sferach. Kolejna lista to lista korzyści z uzależnienia i lista strat ze zdrowienia. To bardzo ważne, abyś dokładnie wiedział, po pierwsze po co chcesz wyzdrowieć? A po drugie, z czym będziesz potrzebował się uporać zdrowiejąc.
* Stanięcie twarzą w twarz ze swoim lękiem

Jeśli jesteś osobą kochającą za bardzo, to z pewnością nosisz w sobie masę niepokoju. I z pewnością od niego uciekasz: w zakochanie, miłość, związek, fantazjowanie, ale może także w używki, jedzenie, zakupy, pracę, sen, seks, telewizję, spotkania ze znajomymi czy cokolwiek innego. I przeraża Cię to, co możesz poczuć, gdy przestaniesz wciąż nawiewać. Warto to jednak zrobić, ale warto to zrobić przy wsparciu. I tu, być może przy wsparciu profesjonalisty. Spotkanie się ze swoim lękiem może być trudne, ale jeśli to zrobisz i jeśli jeszcze dodatkowo nauczysz się radzić z nim sobie bardziej konstruktywnie, zyskasz do siebie więcej zaufania, więcej mocy sprawczej, a przez to więcej pewności i spokoju.

* Zyskanie umiejętności samoregulowania

Wyobrażam sobie, że się miotasz. Pomiędzy lękiem a spokojem, pomiędzy euforią a rozpaczą, pomiędzy radością a poczuciem wstydu, pomiędzy złością a poczuciem winy. Może jest w tym jeszcze wiele innych emocji. Jednym słowem – doświadczasz ciągłej huśtawki emocjonalnej, a do tego sądzę, iż masz poczucie, że zupełnie nie masz na nią wpływu. Potrzebujesz więc wypracować umiejętność samoregulowania i samokojenia. Potrzebujesz odzyskać wpływ na swoje emocje i znaleźć wewnętrzny balans. Jak to zrobić? Dobrze jest zacząć od wzięcia odpowiedzialności za swoje stany emocjonalne. Oznacza to uznanie, iż ponieważ są to Twoje emocje, to możesz na nie wpływać. W jaki sposób? Np. poprzez zmianę interpretacji pewnych zdarzeń, zmianę przekonań,  czy choćby poprzez techniki regulowania emocji. Na początek weźmy pod lupę zmianę interpretacji. Załóżmy, że on wczoraj nie zadzwonił. Myślisz sobie: „On mnie już na pewno nie kocha. Znudził się mną. I pewnie myśli, że jestem beznadziejna”. Co czujesz? A teraz wyobraź sobie, że po pierwszej automatycznej reakcji myślowej zaczynasz się „prostować”. Myślisz: „Moment. Tak naprawdę to nie wiem co się stało. Mogą być różne powody tego, dlaczego od wczoraj milczy. Postaram się nie nakręcać do momentu, aż z nim porozmawiam i o to dopytam.” Co czujesz teraz? Chyba inaczej, prawda? Teraz zmiana przekonań. Szczególnie tych destrukcyjnych i fałszywych. Np. „Nikt mnie nigdy nie pokocha”, „na miłość trzeba sobie zasłużyć”, „nie zasługuję na to, żeby być szczęśliwą”, „nikt nie zechce takiej brzydkiej i głupiej jak ja”, „wszyscy są ode mnie lepsi i fajniejsi”. No i wreszcie techniki regulacji emocji. Jest ich sporo, a są to m.in. techniki rozpoznawania emocji, techniki spowalniania emocji, rozpoznawanie sytuacji aktywizujących,  techniki odzyskiwania kontroli nad emocjami, różne formy relaksacji, ćwiczenia oddechowe, pracy z ciałem itp. Właściwie to zmiana interpretacji i praca z przekonaniami to również w jakimś sensie techniki regulacji emocji. Z pewnością niebawem napiszę na ten temat oddzielny artykuł.

* Odzyskanie wpływu na swoje życie

Odzyskiwanie wpływu nad swoim życie wewnętrznym, czyli nad emocjami i myślami, jest w dużej mierze odzyskiwaniem sprawczości nad własnym życie w ogóle. Ale to pojęcie szersze. Do tej pory prawdopodobnie wiele, jeśli nie wszystko, zależało od niego/niej, czyli od tego jak aktualnie było w relacji, od tego co on zrobił czy powiedział itp. Miałam pacjentkę, która właściwie nie prowadziła własnego życia, ponieważ niemalże całkowicie podporządkowała je jemu. Nie planowała weekendów, ponieważ „on mógł mieć wtedy czas się spotkać”. Nie wyjechała na staż za granicę, bo nie chciała zostawiać tej relacji, mimo iż była dla niej szkodliwa. Nie spotykała się z przyjaciółką, bo on jej nie lubił. Jak się z nim pokłóciła, cały tydzień miała do luftu. I tak dalej. W zdrowieniu chodzi o to, aby powoli zacząć dochodzić do tego: kim jestem, czego chcę, co jest MOJĄ potrzebą, jak mogę je realizować, co jest MOIM celem, jak mogę je osiągnąć, jak chcę, żeby wyglądało moje życie, co mogę zrobić, aby takie było, jak chcę je poprowadzić, jak chcę kształtować moją rzeczywistość. Znalezienie odpowiedzi na powyższe pytania może chwilę zająć.

* Nauczenie się bycia samej/samemu

To jest ogromnie ważne. I pewnie najtrudniejsze, zdaję sobie z tego sprawę. Ale jeśli nie będziesz potrafić być sam/a, to będziesz „kochać, bo potrzebujesz”, w myśl słynnego powiedzenia Ericha Fromma: „Miłość niedojrzała powiada: Kocham cię, bo cię potrzebuję. Miłość dojrzała mówi: Potrzebuję cię, bo cię kocham.”. Jeśli nie będziesz potrafił/a być sam/a, będziesz się uzależniać. Będziesz, tak jak do tej pory, szukać w popłochu, brać cokolwiek, zadowalać się resztkami ze stołu i cierpieć. Ucz się bycia samemu/samej. Powoli, krok po kroku. Zacznij od jednego wieczoru, godziny czy 10 min, w zależności od siły Twojego lęku i Twoich dotychczasowych doświadczeń z samotnością. Wypróbuj różne warianty oswajania tego stanu. Wypełnij czas, który masz tylko dla siebie, zaplanuj go, żebyś miał/a możliwość zajęcia się czymś. Odwróć uwagę, zajmij czymś myśli i ręce. Jeśli jesteś w stanie – zrelaksuj się: weź kąpiel, posłuchaj muzyki. Innym razem odwrotnie – nie planuj, zmierz się ze wszystkim co się z Tobą dzieje – emocjami, myślami. W gruncie rzeczy to tylko myśli czy emocje, nie zrobią Ci krzywdy, jeśli nie dasz im tej mocy. Im bardziej obszerny i elastyczny będzie Twój wachlarz sposobów radzenia, tym zdrowiej i skuteczniej. Wykorzystaj samotność jako okazję do poznania siebie i do budowania najważniejszej relacji w życiu – z samą/samym sobą. Przełącz się na przeżycia wewnętrzne. Postaw na budowanie wewnętrznej siły, mocy, samodzielności i niezależności. Ucz się radzenia sobie w życiu, wspierania siebie i samoopiekowania.

* Odbudowanie poczucia wartości i godności

Jeśli jesteś osobą kochająca za bardzo, z pewnością Twoja wartość i godność zostały nadszarpnięte. A może nawet i zmiażdżone. Teraz potrzebujesz je odbudować. Wspieranie poczucia własnej wartości i godności to PRAKTYKA, a ta wymaga czasu i dyscypliny. Praktyka odbudowywania wartości i godności polegałaby w tym wypadku na pogłębianiu: świadomość siebie (swoich emocji, mechanizmów postępowania etc), samoakceptacji, odpowiedzialności za swoje życie i postępowanie, asertywności, sprawczości, skuteczności, uczciwości, prawości, a także na: dbaniu o siebie, zmianie sposobu myślenia, itd. Celem i jednocześnie efektem odbudowania się we wspomnianych obszarach ma być zbudowanie relacji ze sobą oparta na miłości, szacunku i równowadze. Z tej pozycji każda nowa relacja, którą stworzysz będzie relacją, która będzie Ci służyć. Sądzę, że w innej nie będziesz chciał/a już po prostu być. I tego właśnie wszystkim Nam życzę.

I na koniec

Pięć ochronnych pytań, które warto sobie zadać wchodząc w kolejną relację:

* Czy zarówno ja, jak i partner, mamy stabilne poczucie własnej wartości?
* Czy czuję się w tej relacji dobrze?
* Czy ta relacja mnie wzbogaca i rozwija? Czy obserwuję, że wzbogaca i rozwija mojego partnera?
* Czy mam swoje życie poza relacją?
* Czy mój związek jest zintegrowany z moim życiem poza relacją?

RODO – Klauzula informacyjna

Agata Wilska – Pomoc psychologiczna i psychoterapia
Zgodnie ze zmianą prawa dotyczącego ochrony danych osobowych proszę o zapoznanie się z klauzulą informacyjną.

KLAUZULA INFORMACYJNA
Zgodnie z art. 13 ust. 1 Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz. Urz. UE z 4.5.2016 L119) (RODO) informuję, iż:
Administratorem Pani/a danych osobowych jest Agata Wilska, prowadząca jednoosobową działalność gospodarczą: Agata Wilska – Pomoc psychologiczna i psychoterapia z siedzibą w Łodzi przy ul. Klonowej 13/8, 91-036, NIP 9471938319, REGON 101608806. Dodatkowym  miejscem wykonywania działalności jest lokal przy ul. Klonowej 8/1 w Łodzi. W sprawach związanych z Pani/a danymi proszę kontaktować się poprzez e-mail: agata.wilska@psychologwlodzi.pl .
Dane będą przetwarzane w celu świadczenia usług psychologicznych i psychoterapeutycznych (konsultacja psychologiczna, interwencja kryzysowa, psychoterapia, terapia wspierająca ) na podstawie umowy (artykuł 6 RODO ust.1b) – dane zwykłe tj. imię i nazwisko, numer telefonu, ewentualnie adres e-mail, login lub ewentualnie na potrzeby klienta (wystawienie rachunku lub zaświadczenia o korzystaniu z pomocy psychologicznej) adres zamieszkania czy numer pesel; i/lub na podstawie zgody (artykuł 9 RODO ust. 2a) – dane wrażliwe tj. dane o stanie zdrowia, leczeniu farmakologicznym, pochodzeniu, rodzinie, pracy, itp.; i/lub żywotnego interesu klienta (artykuł 9 RODO ust. 2c).
W celu prawidłowej realizacji usług Pani/Pana dane osobowe będą udostępniane (na podstawie umów powierzenia) następującym podmiotom:
1. księgowej – w razie konieczności wystawienia rachunku
2. bankowi – w razie opłat w formie przelewów bankowych
3. hostingowi – w razie kontaktu e-mailowego
4. portalowi społecznościowemu facebook – w razie kontaktu poprzez fan page
5. innym komunikatorom – w razie kontaktu poprzez ww
6. superwizorowi – w przypadku potrzeby poddania superwizji procesu terapeutycznego
Pani/Pana dane osobowe nie będą przekazywane do państwa trzeciego/organizacji międzynarodowej.
Podane dane nie będą profilowane ani poddawane procesom automatyzowanego podejmowania decyzji.
Dane będą przechowywane przez okres najdłużej 10 lat od zakończenia wykonania umowy.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych oraz prawo ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo wniesienia sprzeciwu, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania (jeżeli przetwarzanie odbywa się na podstawie zgody), którego dokonano na podstawie zgody przed jej cofnięciem. Prawo dostępu do treści swoich danych nie dotyczy notatek własnych terapeuty. Są one chronione tajemnicą przedsiębiorstwa i służą one wykonawcy usługi do jej rzetelnej realizacji.
Ma Pani/Pan prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego, gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy RODO.
Podanie przez Pana/Panią danych osobowych jest dobrowolne, aczkolwiek odmowa ich podania jest równoznaczna z brakiem możliwości rzetelnego wykonania stosownej usługi.

Serce czy rozum?

Paulina (39) długo nie była w żadnym związku. Mówi o sobie, że „była strasznym kujonem” i głównie się uczyła. „Marzyłam o medycynie” – mówi. Zresztą marzenie zrealizowała. Dziś jest bardzo dobrej klasy stomatologiem. Dopiero po ukończeniu studiów zorientowała się, że może dobrze byłoby kogoś poznać. Jakuba spotkała u znajomych na działce. Był 6 lat starszy, nikogo nie miał, a marzył o założeniu rodziny. Paulinie się nie spodobał, ale ona mu tak, więc postanowiła „dać temu szansę”. Po dwóch latach od ich pierwszego spotkania postanowili się pobrać. Paulina opowiada: „Nie wiem czy mogę powiedzieć, że ja go kochałam. Ja po prostu postanowiłam wyjść za niego za mąż. Kiedy moja koleżanka z pracy brała w tym samym czasie ślub, o niczym innym nie mówiła. Ona naprawdę tym żyła. Po podróży poślubnej powiedziała, że to był najszczęśliwszy tydzień w jej życiu. A ja? Ja po prostu brałam ślub. Bo miałam już 27 lat, bo on bardzo tego chciał, bo on bardzo chciał mnie, bo był bardzo zaangażowany, bo był bardzo dobrym człowiekiem i materiałem na męża i ojca. Uznałam, że byłabym głupia odrzucając taką okazję. Bałam się, że jeśli się wycofam już nigdy nikogo nie znajdę. A bezdzietną starą panną być nie chciałam”. W kilka lat po ślubie poznała Jarka. Był jej pacjentem i sporo z nią flirtował. Paulina uwielbiała jak przychodził. Potrafili rozmawiać, żartować długie minuty. „Oczywiście była to znajomość jedynie platoniczna” – mówi Paulina. „Ale wie Pani co jest najgorsze? To, że ja sobie uświadomiłam, że z moim mężem nie czułam się tak nigdy. Ja po prostu zgodziłam się być najpierw jego dziewczyną, a potem żoną” – mówi. Czy Paulina jest szczęśliwa? „Nie czuję się nieszczęśliwa. Mój mąż jest porządnym facetem. Mamy córkę. Co roku wyjeżdżamy na wakacje. Jak miliony innych rodzin. Ale nie umiem nazwać tego szczęściem. Szczęście kojarzy mi się radością. A ja jestem co najwyżej spokojna. A może to dużo? Może to wystarczy? Nie wiem. My się nie kłócimy. Jesteśmy dla siebie uprzejmi. Powiedziałam ostatnio mojej siostrze , że decyzja o wyjściu za mąż za Jakuba była bardzo rozsądna. Powiedziała, że to najsmutniejsza rzecz jaką w życiu słyszała..”

Marta (33) jest w trakcie rozwodu. Zresztą już drugiego. Pierwszy raz wyszła za mąż mając 21 lat. „Byłam potwornie zakochana i bardzo tego chciałam” – mówi. Pierwsze małżeństwo nie przetrwało próby czasu, ale Marta swojej decyzji nie żałuje: „Pragnęłam tego. I pamiętam jak bardzo byłam szczęśliwa tego dnia. I pierwsze lata swojego małżeństwa. To, że nam nie wyszło? Trudno. Zdarza się. Przecież takich rzeczy nie da się do końca przewidzieć. A odbierać sobie z tego powodu realizację marzeń? Czym wtedy byłoby życie? Jaki miałoby smak?”. Drugi raz za mąż wyszła 4 lata temu. Wspólnie z mężem mają roczną córeczkę. Marta jednak złożyła już pozew do sądu. „Wiem, że wszyscy odsądzają mnie od czci i wiary. Mój mąż, jego rodzina. Moja zresztą też. Mają mnie za nieodpowiedzialną wariatkę i egoistkę, która robi tylko to co jej pasuje. A ja po prostu już dłużej nie mogę. Nie chcę. Męczę się. Mam udawać? Mam kłamać, że wciąż męża kocham, choć tak nie jest? Być z nim z przymusu, litości, bo tak trzeba? Po to tylko, żeby on był zadowolony? To nie dla mnie. Ja tak nie potrafię. Mam tylko jedno życie, które w dodatku upływa tak szybko. Szkoda czasu na sytuacje, w których nie czujemy się spełnieni. Moja mama prosi mnie, żebym chociaż dała sobie czas na zastanowienie. Ale nad czym ja mam się zastanawiać? Nad tym czy kocham? Wiem, że nie. Nad tym czy nie będę kiedyś tego żałować? A skąd mam to wiedzieć? Wiem tylko tyle, że teraz mi źle. Moja matka uważa, że myślę tylko o czubku własnego nosa. Ja uważam, że o swoim sercu. Niech każda zostanie przy swoim..”

Paulina – rozum, tudzież rozsądek. Marta – kierunek serce. Dokąd je to doprowadzi? Czy to je uszczęśliwia? Co powiedzą o swoim życiu, gdy przyjdzie się im z nim żegnać? Jaką lekcję chciałyby przekazać swoim dzieciom?
Serce czy rozum? Która busola na życie jest tą bardziej wiarygodną, bardziej wartościową?
Na to pytanie próbujemy odpowiedzieć sobie od wieków. Choć mam takie przeświadczenie, że większość dzieł literackich i filmowych dość jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron. W większości tych książek, bajek i filmów, które ja zapamiętałam (ciekawe dlaczego?;)) uogólniony przekaz jest taki, że głos serca kieruje tych dobrych i szlachetnych, a przedstawiciele rozumu są wygodni, wyrachowani i podli. A ponieważ zło dobrem trzeba zwyciężać, a dobro zwycięża zawsze (wiadomo ;) ) – los sowicie wynagradzał odważnych. Czyli tych kierujących się empatią, wrażliwością i etyką. Jednym słowem – sercem. Pamiętam jak byłam w drugiej lub trzeciej klasie liceum, kiedy to omawia się „Romantyczność”  Adama Mickiewicza. „Zdaje mi się, że widzę… gdzie?/ Przed oczyma duszy mojej.” .. Znacie? Pamiętacie? Miałam wtedy dreszcze. Wiedziałam, że wieszcz mówi o czymś ważnym. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” oraz „Miej serce i patrzaj w serce” zostały ze mną na zawsze. W kontrze do tej romantycznej wizji świata jaka z reguły przyświeca nastolatkom stali (zazwyczaj) dorośli. Rodzice i nauczyciele (w większości) wydawali się być tymi rozsądnymi. I też do rozsądków naszych apelowali. Te wszystkie: „pomyśl, zastanów się, ochłoń, nie bądź głupi, bądź rozsądna, odpowiedzialna etc” dla jednych stanowiły potrzebny kubeł zimnej wody na rozpaloną od hormonów i emocji głowę, innym „posłużyły” jako utemperowanie ich marzeń, pragnień i intuicji. Jako upupienie, jeśli ktoś jeszcze czytuje Gombrowicza. Przypominam sobie jak byłam kiedyś u koleżanki. Wtedy odwiedzało się siebie jeszcze w domach ;) Miałam może z 10 lat. Mama H. bardzo się o nią martwiła: „Ona jest taka wrażliwa. Tak łatwo ją zranić. No i ta naiwność! Ona każdemu uwierzy. I ciągle buja w obłokach!”. Dziś H. jest uznaną artystką. Gdyby nie jej wrażliwość, prawdopodobnie nigdy by nią nie została. Po co o tym mówię? Bo pamiętam z okresu swojego dzieciństwa i wczesnej młodości, że jakoś ta atmosfera wokół serca była lekko zgniła. A wokół rozumu – przeciwnie. Rozsądne dzieci były grzeczne, spokojne, posłuszne i bezproblemowe. A rozsądni dorośli – skuteczni i  odnoszący sukcesu. Może stąd ta coraz bardziej powszechna tęsknota za „powrotem do siebie, dzikością, spontanicznością”. Furorę robią wszelkie ruchy, które zachęcają do tego, aby puścić kontrolę, wsłuchać się w siebie, iść za głosem serca. Ilość odbiorców tych i pokrewnych trendów jest oszałamiająca. Przyznaję, że i mnie są one bliskie. O ile nie wylewamy dziecka z kąpielą. Tym dzieckiem jest w tym wypadku większa lub mniejsza szczypta przytomności. Która przydaje się zawsze. Wiedzą o tym moje bohaterki. Pauliny kompasem jest rozsądek. Marty – serce. Można powiedzieć, że oba wybory przynoszą moim pacjentkom jakieś korzyści. Ale i jakieś koszty. A im bardziej skrajna postać wychylenia w jedną, bądź druga stronę, tym większe. Szczególnie, jeśli głowa mówi jedno, a serce drugie. Wnioski? Po pierwsze, integracja. Po drugie, balans. Po trzecie, elastyczność. Po czwarte, nie ma na nic gwarancji. Zacznijmy od trzech pierwszych. Wyobraźmy sobie, że serce to siedlisko emocji, potrzeb, intuicji, biologii, namiętności, pragnienia, instynktów. Rozum to suma wiedzy o życiowych szansach i zagrożeniach, wynik doświadczeń życiowych, wyciąganie wniosków, uczenie się na błędach, mądrość. Oczywiście upraszczając. Z reguły, kiedy jesteśmy dziećmi mamy lepszy kontakt z sercem. Z wiekiem przybywa nam rozsądku. Byłoby dobrze, gdybyśmy, dorastając, zaczęli te dwa kompasy integrować. Po co? Bo po to mamy i jedno i drugie, aby z tego korzystać. Natura jest mądra. Skoro wyposażyła nas i w głowę i w serce, to prawdopodobnie chciała, abyśmy używali i jednego i drugiego. Są oczywiście zwolennicy podejść bardziej skrajnych. Np. takich, iż serce czy też intuicja zawsze podpowiadają prawdę, tylko my nie zawsze chcemy ich słuchać. Jakiś czas temu gościem jednej z audycji radiowych, którą lubię była jedna ze znanych blogerek. Opowiadała jak decyzję o wyjściu za mąż podjęła trzeciego dnia znajomości ze swoim przyszłym mężem. Prowadzący audycję zapytał czy to jest dobry sposób na to, aby tak wybierać męża. Rozmówczyni odpowiedziała, że jest to jedyny sposób. Nie ma innego. Byłam pod wrażeniem. Głównie odwagi. I zaczęłam się nad tym zastanawiać. I pomyślałam sobie, że nie wiem jak jest, ale jeśli by nawet założyć, że wszystkie nasze odpowiedzi są właśnie w sercu, to aby je usłyszeć trzeba kilku rzeczy. Na pewno mieć ze sobą bardzo dobry kontakt. A tego nam brak. Ponadto trzeba nauczyć się odróżniać głos serca od pożądania, namiętności, deficytowych potrzeb, zaburzonych mechanizmów funkcjonowania, toksycznych schematów działania, a to często nam się miesza. Jeśli siebie nie znamy, uczucia i impulsy mogą okazać się fatalnym doradcą.  Nie wspomnę już, jak używamy serca jako usprawiedliwienia czy wymówki dla niedojrzałych decyzji. Mam też poczucie, że czasami głos serca jest przez nas idealizowany. Czy zdarzyło się Wam w przypływie chwili pomyśleć, że „w gruncie rzeczy trzeba było TO (wpisz właściwe) zrobić?”.. Ale tak naprawdę nie wiemy tego czego nie wiemy. Nie wiemy jaki byłby finał naszej decyzji. I jakbyśmy się z nią czuli dzisiaj. Zwolennicy kierowania się w życiu rozsądkiem mogliby w tym miejscu przytoczyć np. szereg badań nad małżeństwami aranżowanymi (badania psychologiczne z University of Rajasthan w Dżajpurze). Pokazują one, że choć na początku siła uczucia w małżeństwach z wyboru była większa, to już po 5 latach te proporcje ulegały zmianie. Po 10 latach różnice w głębokości miłości były jeszcze większe. Czy to można uznać za dowód, że serce jest omylne? Nie wiem, ale wiem na pewno, że choćby nie wiem co, to męża wolałabym wybrać sobie sama. To co chętnie sobie wezmę z owych badań, to to, iż pewnie sama miłość nie wystarczy. I to potwierdzają moje gabinetowe doświadczenia. Z drugiej strony, miłość ewidentnie pomaga. Bez niej, pewne rzeczy trudno byłoby udźwignąć. Gdy ludzie kierują się jedynie sercem, a nie mają z nim dobrego kontaktu często wpadają w tarapaty i ranią innych. To już ustaliliśmy. Ale ci, którzy do głosu dopuszczają jedynie rozsądek, są dla mnie jacyś tacy płascy, bez wewnętrznej głębi, tajemnicy. A ich życie, choć często ułożone – bez emocji, lekkości, radości, polotu, smaku. Bez zakrzywienia metafizycznego. Bez wymiaru duchowego. Takie życie bez życia. Życie – algorytm. Dlatego też mówię o zintegrowaniu uczuć z myśleniem i o balansie jednego z drugim. A także o umiejętności elastycznego sięgania po to, którego akurat potrzebujemy. One nie muszą stać w opozycji do siebie. Mogą ze sobą współpracować. W końcu i serce i rozum mają wspólny cel – zrobić swojemu człowiekowi dobrze. Trochę to „dobrze” inaczej rozumieją i mają też różne drogi do tegoż „dobrze”, ale jednak działają na naszą rzecz. I warto obu głosów posłuchać. Dokładnie w taki sam sposób kiedy nasz Wewnętrzny Dorosły słucha i naszego Wewnętrznego Dziecka (chcę, potrzebuję, teraz) i naszego Wewnętrznego Rodzica (powinieneś, byłoby dobrze) i, uwzględniając kontekst, decyduje za kim chce pójść. Jeśli aktualnie jest na imprezie – korzysta z Dziecka, by móc się bawić, śmiać i tańczyć. Jeśli na zebraniu z dyrektorem – z Rodzica, bo w tej sytuacji to mu się bardziej „opłaca”. I tu przechodzimy do punktu czwartego. Czy to jest gwarancja szczęśliwego życia? Rozczaruję Was. Nie ma niezawodnych sposobów i narzędzi. Nie ma gwarancji. A przynajmniej ja ich nie znam. Ja też sama, w swoim życiu, szukam i sprawdzam. Czasem błądzę, czasem czuję się bliżej jakiś odpowiedzi. Moją odpowiedź w sprawie serca i rozumu już znacie. Ale po pierwsze,  to nie znaczy, że jest ona i Waszą odpowiedzią. Po drugie, wiedzieć kiedy i w jakim stopniu posłuchać kogo, to lekcja, którą odrabiamy całe życie. A po trzecie, nie jest powiedziane, że za jakiś czas odpowiedź ta będzie brzmieć tak samo.

Jeśli trudno Wam odróżnić głos serca od rozumu lub/i czujecie duże pomieszanie i sami już nie wiecie co mówi serce, a co rozum, być może poniższe ćwiczenie może okazać się pomocne.

Ćwiczenie

Ustaw trzy krzesła. Na jednym posadź Serce. Na drugim Rozum. Na trzecim Siebie. Poeksploruj z ułożeniem miejsc względem siebie nawzajem. Poczuj jak chcesz, żeby stały. Blisko siebie? Daleko? Mają być zwrócone ku sobie? A może lepiej, by stały inaczej? Idź za impulsem. Nie zastanawiaj się.

Kiedy poczujesz, że jest odpowiednio, usiądź na Swoim krześle. Daj sobie chwilę. Nie spiesz się. Poprzyglądaj się Sercu. Poprzyglądaj się Rozumowi. Jak wyglądają? Ile mają lat? Są ludźmi czy też może przybierają inną, nieludzką postać? Jaką mają płeć? Może coś mówią lub robią? Wsłuchaj się.

A teraz usiądź na miejscu Serca. Osadź się. Możesz zamknąć oczy. Jak się w tym miejscu czujesz? Czy pojawiają się jakieś konkretne emocje? Co mówisz jako swoje Serce? Co chcesz zrobić? Co chcesz powiedzieć Sobie z tego miejsca? O co chcesz Siebie poprosić? Może chcesz Siebie o coś zapytać? Co dobrego robisz, Serce, dla swojego człowieka? Po co Ty tu jesteś?
Bądź w tym miejscu tak długo jak tego potrzebujesz. Poczekaj, aż wysyci się wszystko co ma przyjść do Ciebie z tego miejsca.

Przesiądź się z powrotem na Swoje miejsce. Popatrz na Serce. Może chcesz Mu coś powiedzieć? Może podziękować?

Gdy będziesz gotowy/a – usiądź na miejscu Rozumu. Ponownie daj Sobie chwilę i poczuj jak Ci jest. Może uda Ci się zaobserwować jakieś wrażenia z ciała? Mów to co Ci się pojawia. Pytaj, proś. Może potrzebujesz zrobić jakiś gest?

Gdy poczujesz, że czas ponownie usiąść na Swoim miejscu – zrób to. Spójrz teraz na Rozum. Czy jest coś co chcesz mu powiedzieć? A może samą wartość ma to co usłyszałeś/łaś?

Jeśli masz ochotę, możesz jeszcze sprawdzić jak to jest z pozycji Serca powiedzieć coś do Rozumu. I odwrotnie.

Przesiadaj się, układaj takie kombinacje jakie Ci pasują.

Jeśli za pierwszym razem będzie Ci trudno cokolwiek poczuć lub zobaczyć, nie szkodzi. Jeśli będziesz to powtarzać, z pewnością w którymś momencie zaczniesz odbierać jakieś sygnały. Sygnały od Siebie do Siebie.

Właściwy partner na życie

„Czy kobieta, z którą jestem jest tą ‘właściwą’?”, „Jaki ‘powinien’ być odpowiedni partner na życie?” – któż z nas nie zadawał sobie takich pytań? Właściwy, odpowiedni partner? Wiadomo! Przystojny, inteligentny, z poczuciem humoru, odpowiedzialny, troskliwy, silny, wrażliwy, empatyczny, zaradny, pełen pasji i zainteresowań, szczodry, wielkoduszny.. itd. Właściwa, odpowiednia partnerka? To oczywiste! Piękna, zgrabna, interesująca, opiekuńcza, ciepła, oddana, radosna, mądra (mam nadzieję, że to by znalazło się na liście).. Każdy pewnie ma przygotowaną swoją długą listę, z którą szuka „tego jedynego” czy „tej jedynej”. To ciekawe, że w znacznie mniejszym stopniu zastanawiamy się nad tym czy my jesteśmy „właściwi”. Czy chcielibyśmy być ze sobą w związku? To tak jak w pewnej buddyjskiej opowieści.. Uczeń przychodzi do mistrza i mówi: „Mistrzu, tak długo jestem sam. Nie mogę znaleźć właściwej partnerki”. „A jakiej partnerki szukasz?” – pyta mistrz. „No pięknej, zadbanej, oczytanej, uduchowionej, o ciekawym wnętrzu, gospodarnej, wrażliwej..” – uczeń wymieniał po kolei. Mistrz polecił uczniowi wszystko to zapisać na kartce. Kiedy uczeń skończył, otrzymał od mistrza poradę: „A teraz sam się taki stań”. No właśnie. To może pomóc w myśl zasady, że podobne przyciąga podobne. Tylko tu pojawia się pytanie: czy to jest w ogóle możliwe? Czy jest możliwe, aby znalazł się ktoś taki, kto spełni tę długą listę wymagań? Wiele doświadczeń podpowiada, że różnie może być. W takim razie co jest ważne? Na czym się skoncentrować? Ja powiedziałabym o trzech rzeczach: o dojrzałości emocjonalnej, o byciu lojalnym i godnym zaufania. Z resztą można sobie poradzić. Naturalnie, każdy z nas ma jakieś swoje kryteria nienegocjowalne. Ja np. nie mogłabym być z kimś kto nie jest inteligentny, niczym się nie interesuje i jest niewrażliwy. Dobrze te swoje nienegocjowalne kryteria znać. Ale uogólniając, powiedzmy, że z  bałaganiarstwem partnera można żyć, natomiast jeśli wybieramy partnera, który jest niedojrzały i nielojalny, to kiepsko wróżę stałości i jakości takiej relacji.

A co to znaczy dojrzały partner? Dojrzały partner:

* Jest świadomy tego, że na związek oraz to co w nim mają wpływ zawsze dwie osoby
* Jest gotowy zobaczyć swój własny udział w tym, co aktualnie dzieje się pomiędzy Tobą a nim
* Jest gotowy wziąć odpowiedzialność za własne decyzje i wybory w związku
* Jest gotowy wziąć odpowiedzialność za drugą osobę czyli uznać, że jest obecna w jego życiu a to wymaga uwzględnienia jej w pewnych Twoich wyborach i decyzjach
* Potrafi, kiedy trzeba panować nad impulsami, zachciankami i uznać, że jest w jego życiu coś trwalszego i ważniejszego
* Potrafi uznać, że związek jest związkiem dwóch indywidualnych osób (ze swoimi indywidualnymi potrzebami, przekonaniami, wartościami, emocjami), że macie prawo się różnić i pewne rzeczy widzieć inaczej
* Potrafi te różnice uszanować i zaakceptować i nie domagać się, żeby on/ona myślał/a i czuł/a dokładnie tak jak on
* Jest świadomy, że kryzysy są naturalnym elementem pojawiającym się w związku i jest  gotowy, żeby się z nimi zmierzyć
* Potrafi rozwiązywać problemy i być w tym wytrwały i cierpliwy
* Potrafi wziąć odpowiedzialność za swoje słowa i emocjonalne reakcje
* Potrafi przyjąć krytyczną informację zwrotną
* Potrafi uznać, że druga osoba nie jest od tego, żeby zaspakajać wszelkie jego potrzeby i oczekiwania, a nawet jeśli w naturalny sposób to robi – prawdopodobnie nie zaspokoi ich wszystkich
* Potrafi zaakceptować, że on również nie jest w stanie zaspokoić wszystkich oczekiwań drugiej strony
* Potrafi nie wywierać na siebie presji, aby dostosowywać się w każdej sytuacji i wymagać od siebie niemożliwego
* Jest świadom swoich granic potrafi ich bronić
* Potrafi, kiedy trzeba ustąpić lub zrobić coś tylko dla Ciebie
* Jest w stanie adekwatnie (w miarę) ocenić rzeczywistość (swoje mocne i słabe strony, zalety i słabości partnera, to ile daje, ile dostaje itp.)
* Potrafi wspierać partnera w jego sprawach, w jego rozwoju
* Potrafi nie być zazdrosny, zawistny, rywalizujący
* Potrafi dać bliskość i wolność w odpowiednich proporcjach
* Potrafi nie być drobiazgowy
* Potrafi wybaczać
* Potrafi uznać, że nie jest centrum wszechświata i są w związku kwestie, które nie mają związku z nim
* Potrafi mówić wprost, a nie unosić się niepotrzebnym honorem, obrażać się i użalać nad sobą
* Potrafi zachować sprawiedliwe standardy zarówno wobec siebie jak i partnera/ki (skoro pozwala sobie na coś akceptuje to również u partnera)
* Okazuje miłość działaniem, a nie jedynie mówieniem o niej

 

Partner lojalny:


* Uznaje, że uczucia partnera są dla niego ważne
* Myśli o emocjach partnera, pyta o nie i uwzględnia je kiedy coś mówi, robi, planuje
* Ponieważ uczucia partnera są dla niego istotne – nie krzywdzi, nie rani, nie ośmiesza
* Uznaje, że kiedy się z kimś wiąże jest z tą osobą w pewnej współzależności.  Oznacza to, że podejmując decyzje – bierze partnera pod uwagę.
* Działa na rzecz związku, a nie przeciwko niemu
* Dotrzymuje obietnic, słów, umów
* Traktuje partnera jak osobę dorosłą. Nie chroni partnera przed tym, z czym ma on obowiązek sobie poradzić.
* Mówi wprost i na bieżąco. O tym co czuje, co myśli, czego chce, potrzebuje i o co ma pretensje.
* Załatwia „wasze sprawy” między Wami czyli nie w gronie przyjaciół, rodziny, a tym bardziej za tzw plecami
* Podejmuje decyzje, że Wasza relacja w pewnym momencie życia staje się ważniejszą, niż np. rodzina pochodzenia
* Nie zatajanie rzeczy ważnych
* Nie manipuluje
* Nie wycofuje się, gdy jest trudno
* Przestrzega ustalonych przez Was reguł i granic

Partner godny zaufania: (według Stephena Covey’a)

* Mówi wprost – jest szczery, uczciwy, nie fałszuje swojego ja

* Okazuje innym szacunek, jest uprzejmy

* Dba o przejrzystość, mówi prawdę

* Naprawia krzywdę – bierze za nią odpowiedzialność, nie wykręca się, nie zatuszowuje, potrafi okazać skruchę, przeprosić, zadośćuczynić

* Jest lojalny – nie obmawia za plecami

* Wykazuje się rezultatami – wykonuje swoje obowiązki i nie bierze ich tyle, by nie móc się wywiązać

* Doskonali się – korzysta z udzielanych mu tzw. informacji zwrotnych

* Konfrontuje się z rzeczywistością – stawia problemom czoła, nie ucieka, nie unika, ale wyjaśnia

* Precyzuje oczekiwania – wyjaśnia je

* Przyjmuje odpowiedzialność i jest odpowiedzialny

* Słucha – zanim dokona oceny stara się zrozumieć

* Dotrzymuje zobowiązań, słowa, obietnic

* Obdarza zaufaniem

Wyobrażam sobie, że w tym momencie na Waszych twarzach pojawia się grymas zrezygnowania. „Gdzie ja znajdę takiego partnera?” – myślicie. „Nie znam nikogo takiego, kto spełniałby powyższe kryteria”. „Ba, samemu/samej też sporo mi brakuje!”. Spokojnie. Każda ze wspomnianych cech, czyli dojrzałość, lojalność i bycie godnym zaufania, jak każda cecha osobowości stanowi pewien wymiar. Oznacza to, że nie można rozpatrywać jej w kategoriach 0-1. To nie jest tak, że ktoś albo jest dojrzały emocjonalnie albo nie. Prawdopodobnie jesteśmy dojrzali mniej lub bardziej. Chodzi o to, aby pracować nad tym, by być bardziej. I takich partnerów też szukać. Czy to jest gwarancja na to, że na pewno się uda? Nie. Bo takich gwarancji nie ma. Ale z pewnością bez dojrzałości i bez lojalności czy zaufania nie uda się nam stworzyć związku trwałego i jakościowego. A o takie nam przecież chodzi, prawda?

Co potrzebujemy usłyszeć od naszych bliskich i co nasi bliscy potrzebują usłyszeć od nas?

W mojej pracy gabinetowej często jestem pytana o to jaki przekaz powinniśmy dawać naszym bliskim: dzieciom, partnerom, rodzicom, przyjaciołom.
Na przykład Dawid zapytał mnie o „właściwy komunikat do syna”. Dawid: „Wie pani, ja bym chciał, żeby mój syn umiał sobie w życiu poradzić. Żeby nie był melepetą. No i czasem go strofuję, czasem opieprzę, czasem się z niego pośmieję. I dużo od niego wymagam. Wiem też, że nie zawsze jestem mu pomocny. Ale to tylko dlatego, żeby on uczył się samodzielności i odporności. Bo świat go nie będzie głaskał po głowie. Ale moja żona uważa, że jestem zbyt surowy. Ja nie chcę mu zrobić krzywdy. Chcę dla niego dobrze. Tylko już w końcu nie wiem jak jest dobrze.”
Laurę z kolei interesował „odpowiedni przekaz do partnera”. Laura: „Mój partner często mi powtarza, że ja go nie akceptuję i ciągle się go czepiam. Mówi, że chcę go zmieniać. Ale to naprawdę nie tak. Ja po prostu w niego wierzę. Wierzę, że może więcej i lepiej. I że na to więcej i lepiej zasługuje. Uważam, że miłość to wiara w drugiego człowieka, że potrafi. Ale on czuje, że nie jest dla mnie dość dobry. Że nie kocham go takim jakim jest. Mówi, że ciągle go porównuję do innych. I że wolałabym być z kimś innym. To nie prawda. Mnie inni nie interesują. Chodzi mi tylko o to, że skoro inni, zupełnie przeciętni mogą, to on też. Natomiast on nie rozumie moich intencji i źle się czuje z tym co robię. Ja już sama nie wiem w takim razie, jak ja powinnam do niego mówić? I co mówić? Co jest właściwe?”.

Jeszcze do niedawna z tego typu pytaniami radziłam sobie w różny sposób. Z reguły podczas rozmowy z pacjentem razem tworzyliśmy odpowiednie przekazy. Ale kilka chwil temu brałam udział w szkoleniu dotyczącym pracy z osobami zgłaszającymi niepowodzenie w związkach. W ramach materiałów szkoleniowych otrzymałam, swego rodzaju, wykaz takich dobrych komunikatów. Zachwyciłam się nim. Bo to było dokładanie to, o co pytają mnie pacjenci. Od tego czasu bardzo z niego korzystam. Na przykład w terapii pary proszę o to, aby partnerzy usiedli naprzeciwko siebie i patrząc sobie w oczy powiedzieli do siebie wybranym komunikatem z kartki. Jest przy tym dużo emocji. Kiedy indziej zadaję taką pracę domową. Innym razem proszę o to, aby partnerzy porozmawiali ze sobą o tym, które komunikaty potrzebują usłyszeć szczególnie. W terapii indywidualnej pytam pacjentów które komunikaty słyszeli (np. od swoich rodziców), a których im brakowało. Rozmawiamy o tym jakie komunikaty potrzebują dać sobie teraz. Czasem rozmowy dotyczą tego które komunikaty, np. żeby przekazać je dziecku, budzą w nas opór. Dlaczego? To są zwykle bardzo rozwojowe prace. Wy też możecie wykonać je w domu.

Zauważcie, że poniższe komunikaty zawierają te, które nasi bliscy prawdopodobnie potrzebują usłyszeć od nas, jak i te, które my bardzo potrzebujemy usłyszeć od naszych bliskich. W każdym z pojedynczych komunikatów kryje się cały przekaz prezentowany w postawie, zachowaniu i życiu, który my potrzebujemy dostać od swoich rodziców czy partnerów, czy też który nasi mężowie, żony czy dzieci potrzebują otrzymać od nas. Nie chodzi oczywiście tylko o słowa. Może o nie nawet w mniejszym stopniu. Chodzi o zaświadczanie sobą. Zachęcam do tego, abyście pochylili się nad każdym komunikatem chwilę dłużej. Tylko wtedy zdołacie poczuć ich moc i znaczenie. Nie chodzi o omiecenie listy wzrokiem, ale o popracowanie z każdym z nich. Lub chociaż z tymi, które są dla Was z jakiegoś powodu szczególnie ważne czy też poruszające.

Komunikaty dobrej partnerki do partnera*:

„Widzę Cię”
„Akceptuję Cię”
„Możesz mi zaufać”
„Jesteś wyjątkowy”
„Jestem Tobą zainteresowana”
„Ciekawi mnie Twoja inność”
„Proszę, pokaż mi kawałek swojego męskiego świata”.
„Czuję się zaszczycona, że pozwalasz mi patrzeć jak odkrywasz siebie”
„Dziękuję, że towarzyszysz mi w mojej drodze”
„Pokażę Ci to oczami kobiety”
„Interesuje mnie jak na to patrzą mężczyźni”
„Dziękuję Ci, że mogę przy Tobie cieszyć się swoją kobiecością”
„Lubię z Tobą przebywać, takim jakim jesteś”
„Chcę Ci towarzyszyć”
„Jesteś najlepszym mężczyzną dla mnie”

Komunikaty dobrego partnera do partnerki:

„Widzę Cię”
„Podobasz mi się”
„Możesz mi zaufać”
„Jesteś wyjątkowa”
„Jestem Tobą zainteresowany”
„Ciekawi mnie Twoja inność”
„Interesuje mnie Twój kobiecy świat”
„Czuję się zaszczycony, że pozwalasz mi patrzeć jak odkrywasz siebie”
„Dziękuję, że towarzyszysz mi w mojej drodze”
„Pokaże Ci jak to widzą mężczyźni”
„Dziękuję Ci, że mogę przy Tobie być takim mężczyzną jakim jestem”
„Chcę Ci towarzyszyć”
„Jesteś najlepszą kobietą dla mnie”

Komunikaty dobrej matki do córki:

„Akceptuję Cię”
„Zaopiekuję się tobą”
„Możesz mi zaufać”
„Zawsze będę przy Tobie, jeśli będziesz tego potrzebowała, nawet po śmierci”
„Kocham Cię taką jaką jesteś”
„Kobiecość jest fascynująca”
„Kobiecość jest bezpieczna”
„Kobiecość daje dużo radości”
„Cieszę się, że jestem kobietą i podoba mi się to, że Ty tez możesz cieszyć się swoją kobiecością”
„Widzę Cię i słyszę”
„Możesz zaufać sobie”
„Jesteś wyjątkowa”
„Możesz być podobna do mnie, a możesz być też różna”
„Twój ojciec, a mój mąż, jest najlepszym partnerem dla mnie, Ty na pewno znajdziesz najlepszego partnera dla siebie”

Komunikaty dobrej matki do syna:

„Akceptuję Cię”
„Zaopiekuję się Tobą”
„Możesz mi zaufać”
„Zawsze będę przy Tobie, jeżeli będziesz potrzebował, nawet po śmierci”
„Kocham Cię takim jakim jesteś”
„Męskość mnie fascynuje”
„Cieszę się, że jesteś mężczyzną i podoba mi się to, że Ty możesz się tym cieszyć”
„Widzę Cię i słyszę”
„Możesz zaufać sobie”
„Jesteś wyjątkowy”
„Będę się cieszyć patrząc jak upodabniasz się do ojca”
„Możesz być taki jak ojciec”
„Twój ojciec, a mój mąż jest najlepszym partnerem dla mnie, a Ty na pewno znajdziesz najlepszą partnerkę dla siebie”
„Zapytaj ojca”
„Idź do ojca”
„Porozmawiaj o tym z ojcem”

Komunikaty dobrego ojca do syna:

„Akceptuję Cię”
„Możesz mi zaufać”
„Widzę Ciebie”
„Dasz sobie radę”
„Pomogę Ci, gdy będziesz tego potrzebował”
„Jestem z Ciebie dumny”
„Możesz być taki jak ja, możesz też różnić się ode mnie”
„Możesz mnie przerosnąć, ale możesz tez do mnie nie dorosnąć”
„Twoja matka, a moja żona jest najlepszą partnerka dla mnie, Ty tez znajdziesz najlepszą partnerkę dla siebie”

Komunikaty dobrego ojca do córki:

„Akceptuję Cię”
„Możesz mi zaufać”
„Widzę Cię”
„Dasz sobie radę”
„Pomogę Ci, gdy będziesz tego potrzebowała”
„Jestem z Ciebie dumny”
„Możesz być taka jak matka”
„Twoja matka, a moja żona jest najlepszą partnerka dla mnie. Będę się cieszył, kiedy znajdziesz najlepszego partnera dla siebie”
„Cieszę się patrząc jak stajesz się kobietą”
„jesteś piękną dziewczyną. Będziesz podobać się mężczyznom”

Komunikaty dobrej przyjaciółki do przyjaciółki:

„Szanuję Cię”
„Akceptuję Cię taką jaką jesteś”
„Ciekawa jestem jak Ty to widzisz”
„Widzę Cię”
„Możesz mi zaufać”
„Mogę coś Ci dać i mogę też coś od Ciebie przyjąć”
„Ciekawe w czym jesteśmy podobne, a w czym się różnimy”
„Jestem ciekawa Twoich doświadczeń”
„Chętnie podzielę się z Tobą moimi doświadczeniami”
„Lubię z Tobą przebywać”
„Chętnie będę Ci towarzyszyć”
„Jestem ciekawa jak Ty przeżywasz spotkanie z mężczyznami”

Komunikaty dobrego przyjaciela do przyjaciela:

„Szanuję Cię”
„ Akceptuję Cię”
„Imponujesz mi”
„Widzę Cię”
„Ciekawy jestem twojego zdania na ten temat”
„Możesz mi zaufać”
„Możemy podzielić się swoimi doświadczeniami”
„Fajnie się z Tobą rozmawia”
„Możemy porozmawiać o kobietach”
„Możemy kawałek przejść razem”

Komunikaty dobrej córki do matki:

„Szanuję Cię”
„Ufam Ci”
„Chcę być podobną kobietą jak Ty”
„Dziękuję, że pozwalasz mi być podobną do Ciebie i że mogę też się od Ciebie różnić”
„Dziękuję, że nauczyłaś mnie jak być kobietą”
„Widzę Ciebie i dzięki Tobie widzę też siebie”
„Szanuję Twoje wybory”
„Dziękuję, że pozwalasz mi obserwować Twoje dorosłe życie”
„Dziękuję, że pozwalasz mi iść moją własną drogą”
„Dziękuję, że pokazałaś mi jak mogę cieszyć się swoją kobiecością”
„Dziękuję, że nauczyłaś mnie szacunku do mężczyzn”
„Dziękuję, że akceptujesz moje wybory”
„Dziękuję Ci za wszystko co mi dajesz”

Komunikaty dobrej córki do ojca:

„Szanuję Cię”
„Ufam Ci”
„Szanuję Twoje wybory”
„Dziękuję, że pozwalasz mi obserwować Twoje dorosłe, męskie życie”
„Dziękuję, że z dumą przyglądałeś się rozkwitającej we mnie kobiecości”
„Dziękuję, że akceptujesz moje wybory”
„Dziękuję za Twoją wiarę we mnie”
„Dziękuję, że zawsze byłeś,kiedy Cię potrzebowałam”
„Dziękuję, że pokazałeś mi jak mężczyzna szanuje kobietę”
„Dziękuję, że dzięki Tobie nauczyłam się zaufania do mężczyzn”

Komunikaty dobrego syna do matki:

„Szanuję Cię”
„Ufam Ci”
„Szanuje Twoje wybory”
„Jestem Ci wdzięczny, że akceptujesz moją inność”
„Dziękuję Ci, że pozwalasz mi iść moją własną drogą”
„Dziękuję, że pozwalasz mi być takim jak ojciec”
„Dziękuję Ci za uchylenie drzwi do świata kobiet”
„Dziękuję, że akceptujesz moje wybory”
„Jestem Ci wdzięczny, że pokazałaś mi jak kobieta szanuje mężczyznę”
„Dziękuję Ci za to, co od Ciebie dostałem”

Komunikaty dobrego syna do ojca:

„Szanuję Cię”
„Ufam Ci”
„Szanuję Twoje wybory”
„Jestem Ci wdzięczny, że akceptujesz mnie takim jakim jestem”
„Dziękuję Ci, że pozwalasz mi iść swoją własną drogą”
„Jestem Ci wdzięczny, że mogę być takim jak Ty, ale mogę też się od Ciebie różnić”
„Dziękuję, że byłeś ze mną zawsze wtedy, gdy byłeś mi potrzebny”
„Dziękuję Ci za Twoją wiarę we mnie”
„Dziękuję, że nauczyłeś mnie być mężczyzną”
„Dziękuję, że nauczyłeś mnie szacunku do kobiet”
„Dziękuję, że akceptujesz moje wybory”
„Dziękuję za wszystko co od Ciebie dostałem”

* Wszystkie komunikaty z listy opracowała psychoterapeutka i superwizorka Lucyna Lipman z Polskiego Instytutu Ericksonowskiego (www.p-i-e.pl)

„Sama miłość nie wystarczy, kluczowe są pewne umiejętności” [WYWIAD DLA KOCHAJ.PL]

- Oddanie się jedynie porywowi hormonów – z wiarą, iż jeśli się kochamy, to wszystko będzie dobrze, bywa myśleniem życzeniowym. Z kolei wybieranie partnera jak samochodu na jednym z popularnych portali aukcyjnych, z listą kryteriów i roszczeń, jest odebraniem sobie wszystkiego tego, co w związkach i miłości smakuje najlepiej – mówi psycholog.
Dla osób w związkach walentynki to okazja do świętowania. Dla tych żyjących w pojedynkę to raczej czas rozmyślań o tym, jak właściwie wybrać partnera, z którym przejdą przez życie. Czy istnieje coś takiego jak idealne dopasowanie? Ile jest prawdy w tym, że z lenistwa wybieramy osoby, które akurat „mamy pod ręką”? I w końcu, jakie warunki powinna spełniać para, by stworzyć relację na długie lata?
Rozmowa z Agatą Wilską, psycholog, prowadzącą psychoterapię indywidualną oraz par (agatawilska.pl). Współautorka bloga www.seanspsychologiczny.pl.


Sylwia Stodulska-Jurczyk: Co się tak naprawdę kryje pod terminem „dopasowanie w związku”?
Agata Wilska: Bardzo dobre pytanie. Myślę, że pod tym terminem kryje się dokładnie to, co ma na myśli ten, kto tego terminu używa. Moi pacjenci używają go bardzo często. W różnych kontekstach. Mówią, na przykład, że do siebie z mężem/żoną nie pasują. Lub proszą mnie, żebym to ja podzieliła się z nimi moją opinią w sprawie ich wzajemnego dopasowania. Osoby samotne pytają mnie, jak znaleźć kogoś, kto by do nich pasował. Zawsze wtedy proszę moich pacjentów, żeby zdefiniowali słowo „dopasowanie”. Bo dla każdego może oznaczać co innego. Ponadto definicja może też ujawnić określone przekonania na temat związku. Na przykład, że wzajemne dopasowanie oznacza to, że się ze sobą we wszystkim zgadzamy. A to jeden z podstawowych mitów dotyczący relacji.
A co o dopasowaniu mówi nauka?
Jeśli chodzi o naukę to i ta rozumie pod tym terminem różne rzeczy. Dane z licznie przeprowadzonych badań zdają się jednak skłaniać ku koncepcji, iż dopasowanie to raczej zbiór podobieństw. Chodzi głównie o podobieństwa w takich obszarach jak: poziom inteligencji, wykształcenie, wiek, status społeczny, wyznanie (kultywowanie podobnych tradycji i rytuałów), wartości (wspólny cel dla związku, co ma tworzyć jego sens, spoiwo), potrzeby (potrzeba bliskości, odległości, wolności, umiejscowienie granic), poglądy (podział ról w związku, zarządzanie finansami, wychowywanie dzieci), opinie, postawy.  Część naukowców do tej bazy dodałaby z pewnością jeszcze wspólnotę pasji i zainteresowań.
A co z cechami charakteru? Warto stawiać na podobieństwo czy wzajemne uzupełnianie?
Jeśli chodzi o cechy osobowości, kwestia dopasowania wydaje się być nieco bardziej skomplikowana. Wśród naukowców nie ma zgody, które z cech charakteru „powinny” być podobne, a które „powinny” się uzupełniać. Zgadzają się w jednym – istnieją takie cechy, które powinny być symetryczne i takie, które dobrze, by były komplementarne (m.in.: pesymizm versus optymizm, mówca versus słuchacz). Być może to właśnie w teorii o komplementarności cech w relacji ma swoje źródło koncepcja o przeciwieństwach, które się przyciągają. Natomiast na pytania: „które to z cech?”, a także „jakie są optymalne proporcje pomiędzy podobieństwami a różnicami w związku?” – tu już zgodności brak.
Gdy mówimy o wzajemnym dopasowaniu w relacji, nie możemy zapomnieć o jeszcze dwóch ważnych teoriach. Pierwsza (biologiczna czy też ewolucyjna) zakłada, że przy wyborze partnera kierujemy się dopasowaniem wzajemnych układów immunologicznych. Chodzi o to, aby układ immunologiczny naszego wybranka był jak najbardziej odmienny od naszego. W ten sposób nasze potencjalne przyszłe dzieci powinny być odporne na jak największą ilość schorzeń. Druga teoria (doboru na podstawie motywów nieuświadomionych) zakłada, że wybierając partnera, dopasowujemy go jako tego, który ma w posiadaniu klucz pasujący akurat do naszego zamka.
Czym jest owy zamek?
Chodzi o możliwość odtworzenia pewnego emocjonalnego klimatu z domu rodzinnego (o odtworzenie określonych ról, mechanizmów funkcjonowania). Dopasowanie partnera odbywa się w sposób automatyczny, instynktowny i oczywiście  nieświadomy.
A co wynika z Pani codziennej praktyki i pracy z pacjentami?
Jako psycholog-praktyk, kiedy myślę o dopasowaniu, mniej zastanawiam się nad poszczególnymi cechami osobowości, statusem społecznym czy proporcją tego, co symetryczne, do tego, co komplementarne. Nie łudzę się, że ktoś kiedykolwiek dokładanie zbada, wyliczy i da nam gotową receptę na optymalny poziom dopasowania. Ja o dopasowaniu nie myślę jak o zestawie określonych, w dodatku stałych danych. Dla mnie dopasowanie to ciągła praca – ścieranie się, negocjowanie, ustalanie, dochodzenie do porozumienia, uczenie się siebie, kształtowanie, rozwijanie, akceptowanie. Dopasowanie w związku to proces. W dodatku nigdy się nie kończy. Dopasowanie to działanie, aktywność. To także nastawienie. Jeśli wierzę, że ten mężczyzna czy ta kobieta do mnie pasuje (co nie znaczy, że jest idealny/a, również nasze dopasowanie takie nie jest, ale dla mnie jest najlepszy/a) – każdą z jego/jej cech potraktujemy jako pasującą: albo jako podobną do naszej, albo jako wzbogacające uzupełnienie, ewentualnie jako rozwojową lekcję do przepracowania.
Kiedy myślimy o dopasowaniu w ten sposób, pytanie o to, czy my do siebie pasujemy, wydaje się być niepotrzebne. Bo odpowiedź dzierżymy we własnych dłoniach.
Jak wyjaśnić to, że niektórych pociągają zupełnie odmienne osobowości, a inni szukają partnerów o podobnym charakterze? Czy w obu przypadkach para ma takie same szanse?
Rzeczywiście. Istnieją pary, które my psychoterapeuci nazywamy parami symetrycznymi. To pary, w których partnerzy są do siebie bardzo podobni. I takie, które nazywamy komplementarnymi. W tych parach partnerzy „dopełniają się” wzajemnie. To pary, o których mówi się , że właśnie pozornie zupełnie do siebie nie pasują. Dlaczego jedni szukają podobnych, a inni różnych od siebie? Możliwych przyczyn jest kilka. Po pierwsze, wynika to z naszych doświadczeń zebranych w rodzinie pochodzenia. Jak to było u naszych rodziców? Czy to się sprawdzało? Czy chcemy mieć w swoim życiu podobnie? To mogą być oczywiście decyzje świadome i nieświadome.
Na preferencje dotyczące wyboru „podobne czy różne” wpływają również nasze przekonania. Czy bliskość i miłość łączy się nam bardziej ze spokojem, poczuciem bezpieczeństwa (wtedy z reguły bardziej interesują nas podobieństwa), czy też z silnymi emocjami, bodźcami (wtedy raczej sondujemy różnice). Mam też takie obserwacje, iż w parach symetrycznych jest więcej lęku przed odległością między partnerami, a w parach komplementarnych przeważa lęk przed bliskością. Choć jest to oczywiście pewna generalizacja. Z mojego zawodowego punktu widzenia obie pary mają takie same szanse na stworzenie dobrej i trwałej relacji, o ile uporają się z wyzwaniami, jakie przed nimi stoją. Czyli pary symetryczne z akceptacją różnic, niezgodności, separacji, indywidualności każdego z partnerów. A pary komplementarne z przyjęciem bliskości jako czegoś dobrego, niezagrażającego zlaniu i wchłonięciu.
Amerykański psycholog Robert Epstein powiedział, że kluczową rolę odgrywają umiejętności interpersonalne, dzięki którym nawet dwoje ludzi o kompletnie różnych osobowościach może zbudować szczęśliwy i trwały związek. O jakie umiejętności może chodzić?
Z tego, co mówi Robert Epstein wynika właściwie, że sama miłość nie wystarczy. Że kluczowe są pewne umiejętności. I ja się z tym absolutnie zgadzam. Jeśli chodzi o to, jakie umiejętności miał na myśli amerykański psycholog, to wiem, że zawsze dużo mówił o zaangażowaniu. Za jeden z podstawowych mitów uważał ten o idealnych związkach, w których nie ma trudności, a ludzie się nie kłócą.
Ja ze swojej praktyki powiedziałabym o umiejętności rozmawiania. Brzmi być może jak banał, ale proszę mi wierzyć, robimy to rzadko umiejętnie. Umiejętnie, czyli bez wzajemnego oskarżania się i pogardy, ze zdolnością do wejścia w buty partnera. Dodałabym do tego uważność. Chyba te umiejętności uważam za najważniejsze.
John Gottman, autor „7 zasad udanego małżeństwa”, twierdzi z kolei, że ważne jest przede wszystkim to, jak partnerzy porozumiewają się ze sobą oraz to, czy czują, że razem tworzą coś ważnego. Jak to wytłumaczyć?
John Gottman jest zdania, że to, co ma znaczenie dla jakości i trwałości relacji, to nie fakt jak bardzo jesteśmy do siebie podobni lub też jak bardzo się między sobą różnimy. Kluczowa jest komunikacja.  Swoją drogą, dlatego psychoterapia par służy przede wszystkim temu, aby partnerzy mogli się ze sobą skomunikować. Usłyszeć, zrozumieć, porozumieć.
John Gottman za najgroźniejsze sposoby komunikacji uważał: krytycyzm (agresywna ocena partnera), postawę defensywną (obrona poprzez atak, unikanie przyjęcia odpowiedzialności za błąd), pogardę (wyśmiewanie się, sarkazm, upokarzające uwagi, złośliwości, podważanie przekonań partnera na swój temat z intencją obrażenia go) i odcinanie się (unikanie kontaktu wzrokowego, uporczywe milczenie lub odpowiadanie półsłówkami; nie odpowiadanie na pytania; udawanie, że jest się zajętym; ignorowanie; zajmowanie się czymś innym; usztywnienie ciała; zablokowanie mimiki). Nazwał je nawet czterema jeźdźcami apokalipsy, czyli czterema siłami niszczącymi związek. Według Gottmana perspektywa, iż wspólnie tworzymy coś ważnego chroni nas przed używaniem tych sposobów komunikacji. Jeśli ze sobą nie walczymy, tylko działamy na rzecz „my” – nie chcemy się wzajemnie karać czy niszczyć.
Społeczeństwo często namawia nas, by nie kalkulować zbyt wiele na temat miłości, tylko oddać się w ręce przeznaczeniu, intuicji i mieć nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Czy to rozsądne podejście?
Ja jestem zwolenniczką złotego środka. Uważam, że wszelkie skrajności są groźne. Oddanie się jedynie porywowi hormonów (bo początkowo nawet nie do końca serca), z wiarą, iż jeśli się kochamy, to wszystko będzie dobrze, bywa myśleniem życzeniowym. Z kolei wybieranie partnera jak samochodu na jednym z popularnych portali aukcyjnych, z listą kryteriów i roszczeń, jest w moim przekonaniu odebraniem sobie wszystkiego tego co w związkach i miłości smakuje najlepiej: emocji, zmysłowania, poznawania, tajemnicy, niedopowiedzenia.
Gdybym miała bardzo uogólnić problemy związkowe moich pacjentów, to powiedziałabym, że są wynikiem przeważnie jednego z tych dwóch podejść. Albo ignorowania pewnych cennych sygnałów w imię romantycznej miłości lub też próby kalkulowania opłacalności i wzajemnego dopasowania. Intuicja, serce, ciało, chemia – z jednej strony. Plus odrobina rozsądku – z drugiej.
Jak ważne jest dopasowanie seksualne? Podczas badania „Pokolenie singli” dokładnie 50 proc. kobiet i 46 proc. panów odpowiedziało, że udane życie seksualne jest bardzo ważnym czynnikiem udanego związku.
Z dopasowaniem seksualnym jest podobnie jak z dopasowaniem w ogóle. Jeśli mamy przekonanie, że dopasowanie jest procesem, a nie czymś stałym i że możemy na nie aktywnie wpływać, to brak świetnego dopasowania w seksie na początku nie musi nas przerażać, a partnera dyskwalifikować. Jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, że nad dopasowaniem w seksie możemy pracować,  to może się okazać, że początkowe niedopasowanie może się złagodzić.
Oczywiście, że pewien poziom podobieństwa jest pomocny. Czasem wręcz wskazany. Pewnie trudno będzie dograć się komuś, kto seksu nie lubi, z kimś, dla kogo to jest podstawa związku. Z drugiej jednak strony, seks dzieje się między konkretnymi ludźmi, więc może się okazać, że ktoś, kto do tej pory nie czerpał z seksu przyjemności, w danej relacji zacznie się otwierać. I otwartość jest tu chyba słowem kluczem. Jeśli jesteśmy otwarci na to, by nad seksem pracować, a nie uznać, że jeśli się kochamy, to seks się sam załatwi, to może się okazać, że zaczną się dziać cuda.
Co z osobami, które żyły już kiedyś w związkach, teraz ponownie szukają partnera, ale nie ufają zbytnio swojej intuicji? Powinny skorzystać z pomocy znajomych, może portali randkowych?
Jeśli ktoś nie ufa swojej intuicji, czyli tak naprawdę sobie, swoim emocjom, swojemu ciału, swoim doświadczeniom, swojemu myśleniu, to raczej sugerowałabym sięgnięcie po coś, co pomoże się ze sobą skontaktować. Czyli na przykład psychoterapię lub inne pokrewne doświadczenia, jak różnego rodzaju warsztaty, pracę z ciałem. Bo nawet, jeśli znajomi czy portal randkowy pomogą nam dobrze wybrać, to i tak nie będziemy mieć kontaktu z sygnałami ze swojej wewnętrznej busoli. A to jest bardzo ważne nie tylko przy samym wyborze partnera, ale także później, w związku.
Amerykańskie badania pokazały, że jeśli mamy wybierać w zgodzie z naszymi preferencjami lub tym, co jest w naszym zasięgu – to, co mamy pod ręką, zawsze wygrywa (98 proc.). Wygoda?
Podobno rzeczywiście jesteśmy z natury leniwi. I mamy skłonność do wybierania tego co znane. Ale na szczęście życie, miłość i relacje są znacznie bardziej skomplikowane, niż jakiekolwiek wyniki badań, więc odpowiem, że pewnie jest różnie. I że to nie jest takie proste.
Kontynuując, podobno nasze marzenia o partnerze z konkretnymi cechami odchodzą w zapomnienie na korzyść tego, co akurat “jest w karcie”, bez względu na (jak nam się wydaje) złe dopasowanie. Czy skoro mamy taką skłonność, nie powinniśmy rozszerzać na własną korzyść puli tych kandydatów, np. poprzez portale randkowe?
To w tym miejscu mnie pojawia się pytanie, czy to dobrze, czy to źle? Bo oczywiście może być tak, że jest to wynik podejścia, pt. „z braku laku lepszy kit” lub też tak ogromnego pragnienia bycia w związku, że lepszy jest związek jakikolwiek, niż związek udany i wtedy to jest bardzo smutne. Ale może być też tak, że taka rzeczywistość ma związek z rezygnacją z wyśrubowanych wymagań. I to „złe dopasowanie” jest po prostu „dopasowaniem nieidealnym”. Portale randkowe oczywiście mogą dać perspektywę, że tego „kwiatu to pół światu” i w tym sensie być dla kogoś dobre. O ile nie pójdzie nam w drugą skrajność, czyli że skoro mamy taki duży wybór, to nie mogę wybrać. Bo szukam tego „z konkretnymi cechami”, tego idealnego.
Dla kogo są więc internetowe testy dopasowania? Kiedy warto z nich skorzystać?
Po pierwsze – dla kogoś, kto ma trochę zamieszania w swoich potrzebach i preferencjach względem związku. Taki test z racji swojej konstrukcji „wymusi” na użytkowniku znalezienie w sobie pewnych odpowiedzi, istotnych z punktu widzenia budowania relacji. Po drugie – dla kogoś, kto ma mało czasu i potrzebuje pomocy w jakiejś wstępnej selekcji tych osób, z którymi może być mu po drodze. Po trzecie – dla tych osób, dla których ważna jest pewna baza podobieństw w związku. Testy dopasowania z reguły opierają się na teoriach i badaniach dotyczących sondowania tego, co podobne.
Psycholog Lisa Diamond uważa, że ludzie niepotrzebnie zadręczają się pytaniem, czy są wystarczająco dopasowani”, bo jak twierdzi, jeżeli wciąż wypatrujemy jakiegoś niszczącego elementu w naszym związku, zazwyczaj nasze prognozy spełnią się.
Absolutnie tak. Jeśli wierzymy, że nam się uda, to mamy rację. Jeśli wierzymy, że nie, to też mamy rację. Wybierzmy więc. Bardzo dużo zależy od naszego przekonania. Nasze działania są jego pochodną.
Jakie według Pani warunki musi spełnić para, by mogła powiedzieć, że jest na tyle zgrana, by stworzyć związek na długie lata?

Przede wszystkim oboje partnerów potrzebuje chcieć stworzyć taki związek. Po drugie, partnerzy potrzebują również mieć poczucie, że wiele zależy od nich. Nie od przeznaczenia czy określonego dopasowania. Muszą widzieć, że oprócz „ja” i „ty” jest też realny byt w postaci „my”. Ważne, aby mieli z tyłu głowy, że trudności i różnice nie muszą świadczyć o tym, że oni nie są dla siebie. Że o ich „zgraniu” świadczy to, jak owe trudności pokonują, jak sobie z różnicami radzą. Pomocna jest też otwartość na zmiany, te indywidualne każdego z nich, jak i zmiany w ich relacji. Jeśli dodamy do tego uważność, empatię, ciekawość drugiej osoby, chęć rozwoju naszej relacji, to „zgranie” rozumiane jako jakiś zestaw cech nie będzie już takie ważne.

Serial Black Mirror: co widzimy w Czarnym Lustrze?

Kto ogląda serial „Black Mirror”? Palec w górę. Ja dość długo się opierałam. Może po części dlatego, że dotyczył technologii (i jej wpływu na nas), a ja z techniką lubię się średnio. Jestem z pokolenia książek, relacji, podwórek, trzepaków, grania w gumę, wakacji pod namiotem, wielogodzinnego włóczenia się bez nadzoru rodziców i zabawy w „Nieustraszonych” (kto dziś w ogóle o nich słyszał?). I bardzo się z tego cieszę. Z technologii oczywiście korzystam, tyle ile jest mi potrzebne, ale nie mam szczególnego zaciekawienia nią. Nie „jaram się” nowym modelem telefonu i nie czekam z niecierpliwością na to, aż będziemy sobie wstrzykiwać czipy. Chyba nawet bardziej się tego obawiam. I to był drugi powód, przez który odraczałam moment sięgnięcia po Czarne Lustro. Strach. Strach przed zajrzeniem w świat, którego nie chcę. Zawsze jak oglądam filmy SF (baaaardzo rzadko) mam jedną myśl: „nie chcę żyć w takim świecie”. Nie chcę żyć w świecie, w którym nie ma drzew. Nie chcę żyć w świecie, w którym nie ma zwierząt. W świecie bez osobistych relacji, w świecie, w którym rządzą nie moje wartości, w świecie, którego nie rozumiem. Stechnologizowanym, sztucznym, pustym, wypreparowanym z emocji. Ale skoro polecały serial dwie najbliższe mi osoby, które znają mnie nie od dziś – włączyłam. I wsiąkłam. W te przerażające i przygnębiające historie, które traktuję jako przestrogę. Może jedynie z opowieści „San Junipero” powiewa innym nastrojem. Niemniej jednak większość odcinków ostrzega. Jak ja bym sobie życzyła, żeby i inni oglądający też potraktowali je w ten sposób! Podobno taka intencja przyświecała twórcom serialu. Również jako swego rodzaju ostrzeżenie traktuję odcinek „Hang the Dj” (sezon 4, odcinek 4). Kto nie widział, niech nie czyta, bo będą spoilery.

Bohaterami historii jest dziewczyna i chłopak. Każdy z nich wyposażony jest w niewielkie urządzenie. Początkowo nie wiemy czemu ono służy. Coś tam gada, coś pokazuje. Oboje spotykają się na kolacji, ale sprawiają wrażenie, że się nie znają. Podczas spotkania sprawdzają na swoich urządzeniach (klikając w nie równocześnie) ile mają czasu. Dla siebie? Na co? Wyświetlacz pokazuje 12 godzin. Po czym wybiera dla randkowiczów dania. Amy i Frank kosztują też danie partnera, zastanawiając się czy jest to dozwolone. Po randce w restauracji udają się do ekskluzywnej chaty i spędzają tam resztę przeznaczonego im czasu. Nie idą ze sobą do łóżka, czego potem trochę im żal. Wcześniej pytają system (czy też, jak się później okazuje, swojego cyfrowego coacha) czy mogą uprawiać seks. Otrzymują odpowiedź, że to oni decydują. Po upłynięciu przeznaczonego im czasu parowani są z kolejnymi osobami. Dowiadujemy się, że w ten sposób system zbiera dane, które pozwolą Amy, Frankowi i każdemu innemu znaleźć idealne dopasowanie. Do momentu jego znalezienia związki mają określoną datę przydatności i właściwie służą jedynie systemowi. Amy i Frank wchodzą w kolejne relacje, ale nie wydają się być szczęśliwi. Nie śmieją się tak jak ze sobą. Wszystko ich w partnerze drażni. Ich seks jest mechaniczny i odarty z wszelkich uczuć. Amy i Frank tak naprawdę tęsknią do siebie i cały czas mają nadzieję, że system ich sparuje jako tych idealnie dopasowanych. I dostają kolejną szansę. Są szczęśliwi. Nie chcąc psuć tego co między nimi umawiają się, że nie będą dowiadywać się ile dostali czasu. Ale Frank nie wytrzymuje i sprawdza. Okazuje się, że wyjściowo mieli 5 lat, ale ze względu na złamanie przez Franka zasad (kliknął samodzielnie, a nie równocześnie z partnerką) ich czas się skraca. Amy czuje się oszukana i rozżalona. W bohaterach jednak rodzi się bunt z powodu faktu, że ich życiem kieruje system. Dokonują rebelii, która polega na „ucieczce z systemu”. Amy i Frank trafiają do miejsca, w którym znajdują się inni, którzy również zdecydowali się ominąć system. I właśnie ci są dla siebie tymi idealnymi. Ale to nie wszystko. Okazuje się, że wszystko to co widzieliśmy do tej pory działo się w świecie wirtualnym. System sprawdzał kto zechce się z niego wypisać i tych właśnie nagradzał. W ostatniej scenie Amy i Frank spotykają się naprawdę. Ich urządzenie pokazuje 99,8% dopasowania.

Przed czym, według mnie, przestrzega „Hang the DJ”?

Po pierwsze, historia Amy i Franka pokazuje, że coraz częściej szukamy „idealnego dopasowania”. Myślimy, że gdzieś w świecie jest ktoś kto spełnia kryteria naszej drugiej połówki. Co to właściwie znaczy? Jak to zmierzyć? W „Black Mirror” mierzy system i pokazuje – 99,8% dopasowania. Oglądając zastanawiałam się: a co by było, gdyby wyświetlacz urządzenia pokazał 70%? Czy bohaterowie byliby zadowoleni? Czy uznaliby, że to dobry wynik? Czy szukaliby dalej? Odcinek „Hang the DJ” pokazuje, że coraz częściej dążymy do jakiegoś wyśrubowanego modelu. „Wystarczająco” nie wystarcza. Ma być „idealnie”. Relacje nie do końca idealne traktujemy jako przejściowe, nieistotne. W konsekwencji nie staramy się, nie pracujemy nad nimi. A jak nie pracujemy, to nie mogą się udać. Pracując z pacjentami w gabinecie niejednokrotnie mam poczucie, że żyjemy w jakiś związkach, ale postrzegając je jako nieidealne (no bo też innych nie ma) cały czas wyczekujemy „tego jedynego” czy „tej jedynej”. A czekając, nierzadko tracimy to co cenne i wartościowe w „tu i teraz”.

Coraz częściej obserwuję jak narasta w nas potrzeba zwracania się do określonego źródła zewnętrznego, które powie nam jak żyć, co wybrać, co jest dobre a co złe, co się opłaca, w co warto inwestować. Bohaterowie mają swojego wirtualnego coacha, który daje informacje: tyle macie czasu, to nie jest twój idealnie dopasowany partner, to jest dozwolone a to nie. Również ja, jako psycholog, często jestem pytana: „czy my do siebie pasujemy?”, „czy my powinniśmy być razem?”, „czy nasze bycie razem ma sens?”, „czy nam się uda?” i inne wersje podobnych pytań. Chcemy mieć pewność. Gwarancję. Mam wrażenie, że kiedyś bardziej pozwalaliśmy sobie na sprawdzanie, szukanie, ryzykowanie, doświadczanie, popełnianie błędów. Wiedzieliśmy, że relacje to nie matematyka. Tu nie ma algorytmów na „idealne dopasowanie”. Owo dopasowanie, i to nieidealne, jest wynikiem również naszej pracy. Pracy ze sobą samym i w swoim związku. Owszem, sama jestem autorką testu dopasowania, ale kiedy tylko mogę, mówię wszem i wobec, że test doboru partnerskiego nie jest narzędziem GWARANTUJĄCYM sukces w doborze. Jest sposobem na ZWIĘKSZENIE JEGO PRAWDOPODOBIEŃSTWA. A jeszcze bardziej precyzyjnie, jest metodą pomocną w dokonaniu wstępnej selekcji i wytypowaniu tych osób, z którymi masz większe szanse na to, żeby się „poczuć”. To „poczucie się” jest tu kluczowe. Tak jak bohaterowie „Czarnego Lustra” w konsekwencji odwoływali się nie do systemu, a do swoich odczuć. Amy w pewnym momencie pyta Franka: „Jak się czułeś na pierwszym spotkaniu? Bo ja bezpiecznie”. I to dla nich był znak, że oni są dla siebie. Dziś promowaną wartością jest sukces. Także osobisty. Dlatego chcemy „wiedzieć”. Uda się czy nie? Jest się o co starać? Czy ta inwestycja się zwróci? Ale na tym właśnie polega cała tajemnica związków. NIE WIESZ czy się uda. Ale czy nie to nadaje naszemu życiu smak? Czyż nie to jest jego esencją? Czyż nie to sprawia, że jest ono tak magiczne? Ale my coraz gorzej znosimy brak kontroli. I mamy coraz mniejszą tolerancję na to, że czasem bywa trudno. Ma być łatwo, szybko i bez niepotrzebnego ryzyka. A na to wszystko nakłada się jeszcze coraz gorszy kontakt z naszymi emocjami, ciałami, intuicją, instynktem. W konsekwencji mamy jeszcze większe trudności z wybieraniem, bo tracimy umiejętność rozpoznawania co podpowiada nam nasza wewnętrzna busola. I tu koło się zamyka. Zwracamy się do coacha pytając już niemalże o wszystko: „czy seks jest dozwolony?”, „czy można częstować się daniem partnera?”.

Ale jest i optymistyczny akcent. W bohaterach czuć tęsknotę za romantyzmem i właśnie brakiem kontroli. Częstują siebie daniami, nie wiedząc czy mogą. Nie kochają się na pierwszej randce pozostawiając sobie może niedosyt i pragnienie ponownego spotkania? Szukają siebie, wypatrują. Przy ponownym sparowaniu nie sprawdzają ile mają czasu (Frank co prawda ulega chęci kontroli, ale zostaje za to ukarany – uff?). Odwołują się do swoich emocji, nie do suchych danych. W końcu – decydują się na bycie razem niezależnie od i mimo wszystko. I zostają wynagrodzeni. Dostają od systemu przekaz, że to uczucia są jednak kluczowe. I autentyczne pragnienie oraz determinacja. To mnie ogromnie ucieszyło. Co prawda końcowa scena z wyświetlonym „99,8 % dopasowania” nieco osłabiła mój entuzjazm, ale pointę i tak uważam za wartościową. Jak i cały serial – mroczny, smutny, ale jakże pouczający.

Ps. Nie ma nic złego w szukaniu partnera dla siebie. Nie ma nic złego w tym, by szukać go na portalach randkowych. Przeciwnie. Przestrzegam tylko, by nie traktować tego jak przeglądania produktów na portalu aukcyjnym. I by nie traktować pomocnych Wam narzędzi (testów dopasowania, artykułów, wykładów, książek itp.) jako gwarantów na idealny związek. Niech będą dla Was dobrą inspiracją lub co najwyżej podpowiedzią. Reszta roboty należy do Was :)

Czy można kochać za bardzo?

Do mojego gabinetu zawitała ostatnio Katarzyna. Powodem spotkania miały być nieustanne bóle głowy Kasi, których lekarze nie byli w stanie zdiagnozować. Albo inaczej, według lekarzy nie było żadnej medycznej przyczyny ich występowania. Poprosiłam Katarzynę, żeby powiedziała mi coś o sobie. Kasia zaczęła mówić o swoim związku, w którym była od 5 lat. Burzliwym, z elementami emocjonalnej przemocy, od początku przebiegającym w cyklu licznych rozstań i powrotów. Odchodzić miał zawsze on. „Ale zawsze wraca” – powiedziała z dumą Kasia. „Wie Pani, my nie możemy bez siebie żyć. Ja nie wiedziałam, że tak można kogoś kochać. Owszem, Oskar czasami potrafi być nieprzyjemny, ale on wie, że ja mu oddam wszystko, że zrobię dla niego wszystko. I nawet jak odchodzi, czym wpędza mnie w totalna rozpacz, wraca.”. „A co się z panią dzieje, gdy nie jesteście razem?” – pytam. Katarzyna: „Nie żyję, Dosłownie. Wegetuję. Nawet do pracy nie chodzę. Biorę L4. Nic mi się nie chce. Tylko wyję i czekam, aż wreszcie zadzwoni. Moja koleżanka powiedziała mi ostatnio, że to chore i że powinnam się z tej miłości wyleczyć. Wyleczyć? Z miłości? Nie rozumiem. Ona powiedziała, że ja kocham za bardzo. Czy to w ogóle możliwe? Za bardzo kogoś kochać?”

Zadałam Kasi następujące pytania:

* Czy miłość i związki w Twoim wydaniu to stres, cierpienie i niepokój?
* Czy Twój nastrój zależy od jego nastroju (właściwie nic innego nie ma dla Twojego nastroju znaczenia?)?
* Czy Twoje samopoczucie zależy wyłącznie od tego jak układa ci się z związku?
* Czy masz poczucie, iż w twoim życiu liczy się tylko on i  innego nie ma znaczenia?
* Czy masz poczucie, że żyjesz jego życiem? W towarzystwie opowiadasz nie o sobie, a o nim (co lubi, co robi)?
* Czy Twoje wysiłki są skoncentrowane na zapewnieniu mu dobrego samopoczucia?
* Czy Ty nieustannie stawiasz przed Ja?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że życie bez mężczyzny jest niepełne, bezwartościowe?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że samotność jest czymś najgorszym w życiu?
* Czy będąc sama czujesz się bezwartościowa, bezużyteczna i niepotrzebna?
* Czy towarzyszy Ci nieustannie lęk przed porzuceniem?
* Czy gdy on odchodzi lub ma złu humor towarzyszy Ci poczucie winy, że nie robisz czy nie zrobiłaś wszystkiego co można?
* Czy towarzyszy Ci przekonanie, że nie jesteś dla niego wystarczająco dobra?
* Czy mimo licznych strat i negatywnych konsekwencji tkwisz w danym związku?
* Czy czujesz, że Twoje poczucie własnej wartości w danej relacji maleje, a jesteś w niej, pomimo to?
* Czy znosisz upokorzenia przywołując w pamięci chwile, gdy Twój partner był dobry i czuły?
* Czy idealizujesz partnera?
* Czy liczysz na to, że on się zmieni?
* Czy pomimo bólu nie potrafisz się rozstać lub też mimo rozstania nadal Cię bardzo boli?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że nie rozumiesz dlaczego Cię opuścił, skoro tyle mu od siebie dałaś?
* Czy masz skłonności do kontrolowania partnera?
* Czy wchodzisz w rolę ratownika, terapeuty, wybawiciela?
* Czy masz skłonność do obwiniania partnera za swoje nieszczęście?
* Czy Twoim ulubionym stanem jest bycie zakochaną? Czy masz poczucie, że „wtedy naprawdę żyjesz?”
* Czy Twoje związki polegają na ciągłych rozstaniach i powrotach?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że w związku szukasz silnych emocji i nieustannych uniesień?
* Czy masz skłonność do fantazjowania?
* Czy Twoi partnerzy są z reguły: agresywni i przemocowi, niedostępni emocjonalnie i obawiający się bliskości, niezaangażowani i zapracowani, uzależnieni, niedojrzali (wieczni chłopcy, którzy potrzebują opieki)?

Na prawie wszystkie Kasia odpowiedziała twierdząco. A to oznacza, że należy do „kobiet kochających za bardzo.” Podobnie jak Natasza: „Wiem, że ten związek mnie niszczy. Doprowadził do ruiny moje zdrowie i poczucie wartości. A mimo to nie potrafię odejść. Dlaczego? Bo go kocham. Tak bardzo jak jeszcze nigdy nikogo. Z jednej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że mój partner wielokrotnie pokazał mi, że mnie nie chce i nie szanuje, a ja mimo to płaszczę się przed nim i proszę o to, żeby mnie chciał. Nie rozumiem siebie. Jakbym miała w sobie dwie osobowości. Jedna widzi co się dzieje, a druga zupełnie tego nie dostrzega. I ta jedna, ciągła myśl: jeśli między nami będzie dobrze cała reszta się ułoży.”

Termin „kobiety kochające  za bardzo” pochodzi z książki psychoterapeutki Robin Norwood o tym właśnie tytule. Autorka opisuje w niej mechanizm uzależnienia od miłości polegający głównie na uzależnianiu swojego poczucia szczęścia od związku (od tego czy jest, jak się w nim układa) czy partnera (od tego jak się czuje, jak się wobec nas zachowuje). To szczęście może oznaczać różne rzeczy. Niektóre kobiety poczucie szczęścia łączą z ulgą i spokojem, inne bardziej z euforią, adrenaliną, poczuciem bycia wyjątkową, jedyną, potrzebną, ważną. Tak czy inaczej, kobiety kochające za bardzo mają poczucie, że tylko związek/ten mężczyzna/ta kobieta (w przypadku kobiet homoseksualnych) jest w stanie wprowadzić je w określony stan. Jednym słowem to mężczyzna staje się naszym regulatorem emocji. A skoro tylko on jest w stanie nam to dać to uzależnione kobiety: notorycznie walczą o uwagę mężczyzny; zatracają siebie (poczucie wartości i godności, granice) i z siebie rezygnują (marzeń, potrzeb), żeby tylko utrzymać związek; ich uwaga jest wyłącznie przy tym (ciągła analiza tego co się dzieje,); zaniedbują inne ważne obszary w życiu; mają silny przymus bycia w danej relacji (lub relacji w ogóle); tracą kontrolę nad swoim zachowaniem i swoimi wyborami („wiem, że powinnam odejść, ale nie potrafię”, „to jest silniejsze ode mnie”, „coś mi nie pozwala przestać”); kontynuują dane zachowanie (zabieganie o partnera, powroty etc), pomimo licznych strat i negatywnych konsekwencji. Kobiety uzależnione od miłości mierzą swoją miłość rozmiarami bólu i tęsknoty, kiedy np. partner odchodzi. Może to co powiem będzie trudne, ale często cierpienie przeżywane przez kobiety kochające za bardzo niewiele ma wspólnego z miłością. To po prostu objawy odstawienne. Alkoholik w abstynencji (szczególnie przymusowej i szczególnie na początku) też „szaleje” z potrzeby spotkania się z obiektem „swojej miłości”. Czyli po prostu chce się napić. Też w kółko o tym myśli, wydaje mu się, że zwariuje, czuje niepokój i nie umie sobie pomóc. Kiedy kobieta uzależniona od miłości mówi kocham, tak naprawdę ma na myśli: „nie umiem bez ciebie żyć”, „potrzebuję cię”, „tylko ty mnie uszczęśliwiasz”, „boję się”, „nie opuszczaj mnie”, „uczyń mnie szczęśliwą”, „uczyń mnie wartościową” itp.
Termin KOBIETY kochające za bardzo, a nie MĘŻCZYŹNI według autorki nie jest przypadkowy, gdyż dotyczy on głównie pań. Moje doświadczenie terapeutyczne to potwierdza. Oczywiście i mężczyźni uzależniają się od miłości (i ten artykuł absolutnie dedykuję także im), ale kobiety narażone są szczególnie. Wynika to z uwarunkowań kulturowych i społecznych. Podłożem, na którym kształtuje się mechanizm uzależnienia od miłości jest dom rodzinny, w którym o miłość, bliskość, akceptację i uwagę trzeba zabiegać. W rodzinach kobiet, które kochają za bardzo rodzice często byli emocjonalnie niedostępni. Mogło to wynikać z ich zapracowania, czasem choroby somatycznej lub psychicznej, uzależnienia lub po prostu z braku umiejętności bycia w emocjonalnej bliskości. Wychowywanie się w takiej rodzinie jest naturalnie doświadczeniem także mężczyzn, ale to co szczególnie wpływa na fakt, iż na uzależnienie akurat od miłości narażone są głównie kobiety, to po pierwsze nieobecność ojców (z reguły matki są obecne bardziej). Dziewczynki od początku uczą się, że o mężczyznę się zabiega. Po drugie, dziewczynki często dorastają nasiąkając takimi przekonaniami jak: samotność jest gorsza niż cokolwiek; lepiej być w związku byle jakim ale być; kobieta samotna niewiele znaczy; ułożenie sobie życia oznacza wyjście za mąż;  i wiele wiele innych. Chłopcom akurat takich przekazów się oszczędza. Oni oczywiście mają inne, też niebezpieczne w skutkach. No ale to już na zupełnie inny artykuł ;)

Zaufanie w związku

Gdy pytam moich pacjentów o to co jest dla nich w związku najważniejsze, znaczna większość
z nich odpowiada, że zaufanie. Jednocześnie mam poczucie, że przeżywamy aktualnie potężny kryzys zaufania. Na różnych polach. Nie mamy zaufania do władzy, do autorytetów. Do partnerów też nie. Brakiem zaufania do szeroko rozumianych elit nie będziemy się tu zajmować. Przyjrzyjmy się natomiast brakowi zaufania w związku.
Dlaczego nie ufamy?
Przyczyn nieufności w związku może być kilka.
Po pierwsze może być ona wynikiem doświadczeń z poprzednich związków. Były partner nas zdradził, oszukał, zranił – to oczywiście zostawia w nas bolesny ślad.
Może być też tak, że nasze zaufanie zostało nadszarpnięte ze względu na przeżycia ze związku aktualnego. Jeśli obecny partner okazał się wobec nas nielojalny, nic dziwnego, że utraciliśmy do niego zaufanie.
Na brak zaufania cierpią też osoby, które w odległej przeszłości (dzieciństwie) doświadczyły czegoś, co skutecznie zainstalowało w nich zgeneralizowaną nieufność do ludzi. Np. jedna moja pacjentka była świadkiem zdrady jednego z rodziców. Inna doświadczała powtarzalnego braku lojalności ze strony matki, braku lojalności wobec niej. Matka mojej pacjentki potrafiła różne rzeczy obiecywać i nie dotrzymywać słowa. Potrafiła wyjawiać sekrety córki i obmawiać ją przy koleżankach. To w zrozumiały sposób prowadzi do obronnego przekonania, że ludziom nie należy ufać.
U podstaw braku zaufania często leży też lęk, niepewność, zaniżone poczucie braku wartości i brak wiary w to, że ktoś może nas tak po prostu pokochać. Pokochać, chcieć z nami być i nie chcieć nas ranić.
Nie możemy też zapomnieć o mechanizmie projekcji. Projekcja (od łac. proiacere, wyrzucać przed siebie) polega na  przypisywaniu innym własnych poglądów, zachowań lub cech, najczęściej negatywnych i najczęściej tych, których nie jesteśmy u siebie świadomi. Trudno myśleć o sobie, że jest się kimś komu np. trudno się oprzeć pokusie zdrady. Lub też nie chcemy siebie widzieć jako kogoś, kto nie zawsze okazuje wystarczającą lojalność wobec partnera. Przyznanie się do tego wymagałoby niezwykłej odwagi i uczciwości samego ze sobą. O wiele łatwiej jest wyprojektować własne tendencje na partnera. Myślimy wtedy: „on pewnie tylko czeka na okazję” albo „ona na pewno flirtuje z kolegami w pracy” itp.
Warto w tym miejscu też wspomnieć o skrajnym przykładzie patologicznego braku zaufania jakim jest Zespół Otella. Polega on na uporczywych urojeniach związanych z niewiernością partnerki, nawet wtedy, gdy nie ma jakichkolwiek symptomów zdrady czy romansu. Występuje najczęściej u mężczyzn nadużywających alkoholu.
Brak zaufania niewątpliwie jest dla związku szkodliwy. Szczególnie dlatego, że z nieufnością wobec partnera radzimy sobie w sposób, który szkodzi mu dodatkowo.
W jaki sposób radzimy sobie z brakiem zaufania?
Najczęściej na trzy sposoby.
Po pierwsze kontrolujemy. Pozwalamy sobie na sprawdzanie smsów, maili, komunikatorów. Łamiemy hasła. A nawet zakładamy podsłuchy czy robimy tzw. „ustawki”. Nie przesadzam. Jedna moja pacjentka mająca duży kłopot z zaufaniem zaaranżowała sytuację, w której jej znajoma podegrała kobietę zainteresowaną jej partnerem. Moja pacjentka chciała sprawdzić czy jej narzeczony ulegnie czy też nie.
Drugi sposób to zaborczość. Ograniczamy partnera, nie godzimy się na spotkania bez naszej obecności, w skrajnych przypadkach separujemy go od przyjaciół, pasji, zainteresowań. W końcu na kursie żeglarskim mógłby kogoś poznać, prawda?
Trzeci sposób to wchodzenie w rolę niekochanego dziecka. Ciągle dopytujemy partnera czy nas kocha, wciąż mówimy mu o naszej niepewności, prosimy go o zapewnienia, że nigdy, że na pewno, że na zawsze.
Wszystkie te sposoby są strzałem we własną stopę. Błędem jest zakładać, że kontrola nas uspokoi. Nie. Nawet jeśli na chwilę, bo nie znajdziemy nic niepokojącego, to przecież za chwilę może pojawić się myśl: „tym razem nic, ale kto wie?, może pojutrze coś by było?”. Nie skontrolujemy wszystkiego, więc spokój jest złudny i tylko chwilowy. Kontrola ma tendencję do eskalowania. Kontrola oddala. Nie wspomnę już, że łamie podstawowe prawo jednostki do intymności. To samo z zaborczością. Druga osoba nie jest naszą własnością. Nie możemy jej czegokolwiek zabronić. I znów – zaborczość nie zbliża, przeciwnie. A ciągłe proszenie o zapewnienia? Z pewnością jest męczące. Więc też nie pomaga. Tu pojawia się pytanie jak radzić sobie z brakiem zaufania w sposób zdrowy?
Jak budować zaufanie w związku?
Jeśli wykonałeś/łaś już pierwszy krok czyli zaobserwowałeś/łaś u siebie kłopot z zaufaniem, zastanów się nad jego przyczynami. Czy Twoja nieufność jest wynikiem Twoich bardzo wczesnych doświadczeń? Czy też może to Twój obecny partner Twoje zaufanie zawiódł? W zidentyfikowaniu źródeł Twoich kłopotów zawiera się podpowiedź jak sobie z tą trudnością poradzić.
Jeśli przyczyną są Twoje doświadczenia z poprzednich związków będziesz potrzebować do tego wrócić i po pierwsze opłakać co trzeba. Konieczna też będzie analiza pod kątem tego czy poprzedni partner/partnerzy był/byli godni zaufania. Bardzo często bowiem jest tak, że nasz wybranek od początku zdradza objawy kogoś mało godnego zaufania, ale my chcąc być kochane/kochani ignorujemy sygnały i lecimy jak te ćmy do ognia. I kończymy z podpalonymi skrzydłami. Po czym poznasz, że potencjalny partner jest godny zaufania?

Partner godny zaufania
Według mnie partner godny zaufania:
1. Stara się Ciebie nie krzywdzić i nie ranić.
2. Szanuje i uwzględnia Twoje uczucia, nie ośmiesza ich.
3. Uwzględnia Cię w jego życiu. Bierze Cię pod uwagę w swoich decyzjach i wyborach.
4. Bierze odpowiedzialność za decyzję, że jest w związku, widzi Waszą współzależność.
5. Nie wycofuje się, gdy jest trudno.
6. Działa na rzecz związku, a nie przeciwko niemu, wie, że oprócz „ja” i „ty” jest także byt o nazwie „my”.
7. Traktuje nas jak dorosłego, nadmiernie nas nie chroni np. mówi również o trudnych czy niewygodnych emocjach, faktach, nie zamiata pod dywan.
8. Mówi wprost i na bieżąco, bo wie, że zatajanie prowadzi do narastającego napięcia, które nie służy związkowi.
9. Załatwia Wasze sprawy między Wami.
10. Przestrzega ustalonych przez Was reguł i granic.
11. Nie zataja rzeczy ważnych.
12. Nie manipuluje.
13. Dokonał wyboru lojalności między rodziną pochodzenia, a związkiem, czyli odciął pępowinę.
Dla jeszcze większego rozeznania przytaczam opinię Stephena Covey’a (edukator, autor). Partner godny zaufania:
1. Mówi wprost – jest szczery, uczciwy, nie fałszuje swojego ja.
2. Okazuje innym szacunek, jest uprzejmy.
3. Dba o przejrzystość, mówi prawdę.
4. Naprawia krzywdę – bierze za nią odpowiedzialność, nie wykręca się, nie zatuszowuje, potrafi okazać skruchę, przeprosić, zadośćuczynić.
5. Jest lojalny – nie obmawia za plecami.
6. Wykazuje się rezultatami – wykonuje swoje obowiązki i nie bierze ich tyle, by nie móc się wywiązać.
7. Doskonali się – korzysta z udzielanych mu tzw. informacji zwrotnych.
8. Konfrontuje się z rzeczywistością – stawia problemom czoła, nie ucieka, nie unika, ale wyjaśnia.
9. Precyzuje oczekiwania – wyjaśnia je.
10. Przyjmuje odpowiedzialność i jest odpowiedzialny.
11. Słucha – zanim dokona oceny stara się zrozumieć.
12. Dotrzymuje zobowiązań, słowa, obietnic.
13. Obdarza zaufaniem.
Takiej analizy możesz też dokonać w swoim obecnym związku. Czy Twój aktualny partner wykazuje cechy osoby godnej zaufania? A Ty? Pamiętaj, że zaufanie to nie pewność. To nie wiedza. To wiara. I nic nie da Ci gwarancji, że partner tego zaufania nie zawiedzie. Jednak możesz wybrać lepiej lub gorzej. Możesz wybrać kogoś kto nie wykazuje zachowań osoby godnej zaufania, ale możesz uznać, że to się opatrzy, że on się zmieni, a potem drżeć ze strachu i płakać z powodu zranionego serca. Tylko z drugiej strony jakie były przesłanki, że będzie inaczej? Możesz też wybrać kogoś, kto swoim zachowaniem sprawia, iż można mu zawierzyć. Dobrze jest też, będąc w związku, zdefiniować dla siebie i wspólnie z partnerem takie pojęcia jak: lojalność, uczciwość, szczerość, wierność. Bez tego może się okazać, że rozumiecie je zupełnie inaczej. To z kolei niejednokrotnie prowadzi do sytuacji, w której jedna ze stron ma poczucie braku lojalności, kiedy druga zupełnie tak tego nie postrzega. Jeśli Twoja nieufność jest wynikiem zachowania partnera (np. niewierności) będziecie potrzebować kilku rzeczy. Po pierwsze zdradzający musi wziąć odpowiedzialność za akt niewierności czy nielojalności. Jeśli czyn ten jest wynikiem kryzysu między Wami, za ten powinniście wziąć odpowiedzialność oboje. Ale za fakt, iż jedno z partnerów poradziło sobie z nim w sposób nieuczciwy – ta odpowiedzialność należy do zdradzającego. Dla odbudowy zaufania konieczne jest też zadośćuczynienie oraz stworzenia wspólnego programu poradzenia sobie z tym co zaszło i programu odnowy związku. To oczywiście nie gwarantuje, iż utracone zaufanie da się odzyskać. Jest to jedynie (aż?) szansa na jego odbudowanie.
Jeśli ani Twój obecny partner, ani poprzedni nie dawali Ci powodów do nieufności, a Ty mimo to odczuwasz stały niepokój, być może jest to sygnał, iż źródeł Twoich kłopotów z zaufaniem nie należy szukać w relacjach związkowych, a w odległej przeszłości i/lub w Tobie. W niskim poczuciu wartości, niepewności. Wtedy dobrze jest zacząć od wzięcia odpowiedzialności za zmianę i pracę nad sobą. A tę najlepiej przeprowadzić pod okiem doświadczonego fachowca.

Co niszczy związek?

W gabinecie często jestem proszona o to, by wyrazić swoją opinię na temat kondycji czyjegoś związku. Pytania sformułowane są w różny sposób: „Czy my mamy jeszcze szansę?”, „Czy da się nasz związek uratować?”, „Myśli Pani, że poradzimy sobie z tą sytuacją?”.. Jeden z moich nauczycieli zawodu zwykł w takich sytuacjach mawiać, że on nie ma pojęcia czy jego małżeństwo się utrzyma, a co dopiero miałby wiedzieć czy małżeństwo, w gruncie rzeczy obcych mu ludzi, przetrwa? Oczywiście, takie działanie z jego strony pełni funkcje prowokacyjne i ma skłonić parę do szukania własnych odpowiedzi na tak postawione pytanie. Jednak mój starszy kolega po fachu często już w szkoleniowych kuluarach przyznawał, że on naprawdę nie ma pojęcia jaka przyszłość czeka dany związek. Widział bowiem już tyle par, które według jego wiedzy i doświadczenia „powinny” się rozstać, a się nie rozstały, i takie, które, jeśli chodzi o bycie ze sobą „rokowały”, a jednak ich związki się rozpadły, że nie wyraża opinii na ten temat. Bo on po prostu nie wie. Ale jest taki psychoterapeuta, który wie. Nazywa się John Gottman. Jest psychologiem i psychoterapeutą oraz światowej klasy badaczem psychologii par. Dr Gottman przez wiele lat w swoim laboratorium obserwował sposób, w jaki ludzie komunikują się między sobą w związkach. Stwierdził, że kilka konkretnych rodzajów zachowań pozwala z bardzo wysokim prawdopodobieństwem przewidzieć czy dana relacja przetrwa czy też nie. Jeśli chodzi o zachowania, które związek niszczą i prowadzą do jego rozpadu, to są nimi: krytycyzm, pogarda, defensywność oraz odcinanie się. Gottman nazwał je Czterema Jeźdźcami Apokalipsy. Jest to nawiązanie do Apokalipsy św. Jana. Biblijnymi jeźdźcami końca czasów były: wojna, zaraza, głód i śmierć. Cztery style komunikacji wymienione przez badacza to relacyjni jeźdźcy końca związku.

1. Krytycyzm

Dobrze i zdrowo jest mówić o tym, co nam w naszym związku nie odpowiada. Powiedziałabym nawet, że to nasz obowiązek. Względem nas samych, partnera i relacji. Ale ma znaczenie to w jaki sposób wyrażamy nasze emocje czy zastrzeżenia. Jest różnica czy powiemy do spóźnionego partnera: „Niepokoiłam się, gdy było późno, a ty nie wracałeś do domu i nie zadzwoniłeś do mnie. Umawialiśmy się, że będziemy w takich sytuacjach do siebie dzwonić. Na drugi raz proszę, żebyś o tym pamiętał.”, czy też: “Ty potworny egoisto! Myślisz tylko i wyłącznie o sobie. Ja tu od zmysłów odchodzę! Zdajesz sobie z tego sprawę?! Oczywiście, że nie! Bo Ty wszystko zawsze masz głęboko!”. Pierwszy komentarz jest po prostu wyrażeniem uczuć (niepokój) i potrzeb („pamiętaj, żebyś zadzwonił”). Uwagi odnoszą się do konkretnego zachowania (spóźnienia). Natomiast drugi jest przykładem właśnie krytycyzmu. Krytycyzm dotyka partnera jako osoby („jesteś egoistą”). Bardzo często stanowi generalizację („wszystko”, „zawsze”). Jest agresywnym atakiem wymierzonym w czułe miejsca partnera. Wg. Gottmana problem związany z krytycyzmem jest dodatkowo taki, że toruje on drogę innym niebezpiecznym jeźdźcom. Osoba, która jest w ten sposób traktowana w sposób powtarzający czuje się atakowana, odrzucona i zraniona. Bywa, że następnym razem to ona przypuszcza atak odwetowy. W taki o to sposób spirala krytycyzmu nakręca się, a poczucie obopólnego poranienia w związku narasta.

2. Defensywność czyli postawa obronna

Jak reagujesz, gdy partner zarzuca Ci, że nie zrobiłaś/łeś czegoś na co się umawialiście? Raczej w kierunku: „Masz rację. Przepraszam. Zrobię to jutro.”, czy też: „gdybym miał/a czas to bym zrobił/a” lub: „a ty też nie zawsze robisz to o co cię proszę!”. Jeśli tak jak w przykładzie drugim lub trzecim to masz skłonność do przyjmowania w komunikacji postawy defensywnej. Defensywność objawia się na przykład tym, że gdy ktoś sugeruje, że zrobiliśmy coś złego, to automatycznie odpowiadamy: “to nie moja wina!”, zwykle dodając do tego jakąś wymówkę. Czasem prewencyjnie przechodzimy do obrony, zanim jeszcze ktoś nas o coś oskarżył. Postawa obronna może również przejawiać się w tym, że na żale partnera odpowiadamy własnymi („ty też”). Defensywność pojawia się, kiedy ludzie chcą się ochronić przed strachem, bólem, odpowiedzialnością lub nową informacją. Problem z postawą obronną jest taki, że nie pozwala nam na ujrzenie swojej roli w poruszanym przez partnera problemie. Koncentrujemy się tylko na obronie siebie i nie zwracamy uwagi na to, co trapi partnera. Prowadzi to do powiększenia frustracji w związku.

3. Pogarda

Jeszcze trudniej robi się, gdy w relacji pojawia się pogarda rozumiana jako: wyśmiewanie się, sarkazm, upokarzające uwagi, złośliwości, podważanie przekonań partnera na swój temat z intencją obrażenia go. Pogarda napędzana jest brakiem szacunku i poczuciem wyższości wobec partnera.
Na przykład: “Chyba sobie żartujesz, ty jesteś zmęczony?! Ja biegam z dzieciakami cały dzień, nie usiadłam ani na chwilę, a jedyne co ty potrafisz, to posadzić tyłek na kanapie i grać w te durne, dziecinne gry. Nie mam czasu na zajmowanie się kolejnym dzieciakiem w domu”.
Gottman zwraca również uwagę na niewerbalną ekspresję pogardy i stwierdza, że pogardliwe spojrzenie jest ogromnie destrukcyjne zarówno dla związku, jak i zdrowia partnerów. Wyniki jednego z jego badań pokazują jak pogarda w bliskiej relacji wpływa na nasz układ odpornościowy. Mianowicie osłabia go. Dzieje się tak, ponieważ narażenie na ciągłą pogardę jest jednoznaczne z przebywaniem w permanentnym stresie. A ten w taki właśnie sposób działa na nasz system obronny. To właśnie pogardę John Gottman najsilniej łączy ze znacznym ryzykiem rozstania.
4. Odcinanie się, budowanie muru milczenia
Unikanie kontaktu wzrokowego, uporczywe milczenie lub odpowiadanie półsłówkami; nie odpowiadanie na pytania; udawanie, że jest się zajętym; ignorowanie; zajmowanie się czymś innym; usztywnienie ciała; zablokowanie mimiki – to przykłady zachowań mających na celu wycofanie z interakcji i komunikacji po to, by uniknąć konfliktu czy konfrontacji z emocjami partnera oraz problemami w związku. Takie zachowanie bywa też formą karania, bowiem pod pozorem bycia neutralnym taka osoba dystansuje się, okazuje swoją silną dezaprobatę i  uniemożliwia dalszy kontakt. Gdy spirala trudnych emocji jest mocno nakręcona, odcinanie się jest zrozumiałym odruchem. Kiedy nie można wytrzymać tego, co dzieje się w relacji blokowanie się bywa formą ochrony. Jednak jeśli taki sposób prowadzenia czy też nieprowadzenia dialogu staje się nawykiem wpływa on na relację w niezwykle destrukcyjny sposób. Każdy, kto doświadczył takiego zachowania ze strony partnera wie jaką rodzi to bezsilność i frustracje. Wyobraźcie sobie, jak zareagowałaby ściana, gdybyście opowiedzieli jej o swoich uczuciach. Jeśli milczycie lub odpowiadacie półsłówkami, to odmawiacie partnerowi wszelkiej komunikacji i budowania bliskości.

Rozpoznanie niszczących wzorców komunikowania się to pierwszy, bardzo ważny krok. Istotne jest, by zauważyć je nie tylko u partnera, ale przede wszystkim u siebie. Co oczywiście jest trudniejsze. Zazwyczaj. Często chęć naprawiania relacji jest podszyta chęcią zmieniania partnera, a nie siebie. W takiej sytuacji istnieje ryzyko, iż omawiane style komunikacji staną się dla Was kolejną amunicją krytyki. A tego nie chcemy. Pamiętajcie, że aby coś zmienić, trzeba zacząć od siebie.

Trudne wybory

Seweryn (43) jest w związku ze swoją żoną od prawie 20 lat. Mają dwoje dzieci w wieku szkolnym. Seweryn od prawie trzech lat ma romans. Żona o niczym nie wie. Przychodzi na spotkanie, bo „nie wie co ma dalej robić”. Odejść od żony? Porzucić kochankę? Seweryn miota się w swoich argumentach. W ciągu ostatnich trzech lat kilkukrotnie podejmował decyzję to jedną, to drugą, po czym z każdej się wycofywał. „Nie jestem mocny w dokonywaniu wyborów.” – mówi. „Mam wrażenie, że ja nigdy żadnych tak naprawdę nie dokonałem. Od zawsze wiedziałem, że chcę być adwokatem i robiłem wszystko, żeby to osiągnąć. Nie zadawałem sobie pytania: iść na prawo czy na medycynę? Ożeniłem się, bo byliśmy z żoną para, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat.. To była dla mnie oczywista kolej rzeczy. To samo z dziećmi. Po raz pierwszy w życiu stoję przed prawdziwym wyborem – to czy to. I nie umiem się w tym odnaleźć. Nie umiem się zdecydować. Prawdę mówiąc, nawet nie wiem jak to się robi? Nie wiem jak sobie pomóc? Jakie zadać sobie pytania, żeby wiedzieć czego chcę. I co byłoby dobre..”

Dokonywanie wyborów to sztuka. Dla niektórych niełatwa. Warto się jej jednak nauczyć, bo życie tak naprawdę w dużej mierze na tym właśnie polega – na wybieraniu. Jaka szkoła? Jakie studia?Jaka praca? Jaki partner? Żenić się czy nie? Mieć dzieci czy ich nie mieć? Mieszkać w mieście czy budować dom pod lasem? Pracować dużo i dużo mieć czy pracować mniej, by zyskać coś innego? To decyzje w jakiejś mierze życiowe. Ale wyborów dokonujemy cały czas. W każdej godzinie, a nawet minucie naszego życia. W co się ubrać? Pospać dłużej czy iść na trening? Włączyć telewizor czy posłuchać muzyki? Zjeść słodką bułkę czy sałatkę z rukolą? Każda nawet najmniejsza decyzja tworzy nasze życie. Jak powiedział Bruce Barton: „Kiedy czasami zdam sobie sprawę z olbrzymich konsekwencji całkiem małych rzeczy nie mogę odeprzeć myśli, że małych rzeczy nie ma.” Dlatego tak ważne, aby nauczyć się wybierać. Szczególnie dzisiaj, kiedy tak naprawdę możemy w dużej mierze żyć jak chcemy. Oczywiście, każdy ma swoje zewnętrzne i wewnętrzne ograniczenia, ale mimo wszystko. Świat jest jak szwedzki stół. Nie dasz rady zjeść wszystkiego. Musisz wybrać. Ale jak?

Moim zdaniem, największe kłopoty decyzyjne mają po pierwsze osoby, którym nie pozwalano na samodzielne podejmowanie decyzji. Małe dzieci dokonują już swoich wyborów od narodzin. Im starsze, tym tych wyborów więcej. Dzieci lubią zdecydować co zjedzą, ile, dokąd pójdą, w jakie rajtuzy chcą być ubrane, z kim chcą się bawić, czego uczyć itp. Są rodzice, którzy im na to pozwalają. Naturalnie w granicach bezpieczeństwa i zgodnie z tym na co pozwala sytuacja, ale jednak dają dziecku przekaz pt. „sprawdź”. „Sprawdź co lubisz, sprawdź czy ci to pasuje”. Dzieci takich rodziców uczą się poznawać siebie. Uczą się rozpoznawać sygnały z ciała, które mówią im: „to mi się podoba, to mi się nie podoba”. Uczą się, że mają moc sprawczą, że mogą wpływać na swoje jeszcze niedorosłe życie. Przynajmniej w jakimś stopniu. Są i tacy rodzice, którzy decydują za swoje dzieci. Nawet w sytuacjach, które tego nie wymagają. Jedna z moich pacjentek któregoś razu wzburzona zachowaniem swojej siostry rzuciła na sesji: „Kto to pomyślał, żeby dziecko decydowało o tym co zje na śniadanie?”. Dodam, że siostrzenica pacjentki miała 4 lata. Są rodzice, którzy nie mają nawyku zadawania dzieciom pytań: „na co masz ochotę?”, „czy już się najadłeś?”, „który chcesz kolor skarpetek?”. Nie jest to pewnie możliwe w każdej sytuacji. Ale znam rodziców, którzy decydują za dzieci niemalże w każdym obszarze. Pamiętam jak kiedyś spotkałam znajomą z 6 letnią córką. Zaczęłam podpytywać małą Zosię czy podoba się jej w zerówce, kogo lubi najbardziej. Na wszystkie pytania odpowiadała jej mama. „Zosia bardzo lubi przedszkole”, „Zosia przyjaźni się z taką Olą”.. Jaki może być skutek takiej postawy rodziców w życiu już ich dorosłych dzieci? Przede wszystkim brak kontaktu z sygnałami własnego ciała i brak zaufania do swoich emocji. To tak jak w tej smutnej anegdotce, kiedy syn pyta mamy: „mamo, czy ja jestem głodny czy jest mi zimno?”.
Jest też taka grupa rodziców, która z kolei oddaje decyzje swoim dzieciom w sprawach, które nie są do udźwignięcia przez małego człowieka. Jedna z moich pacjentek w wieku 10 lat była zapytana przez swoja matkę czy ma się rozwieźć z jej ojcem. Moja dojrzała dziś klientka ma kłopoty decyzyjne, ponieważ jest sparaliżowana lękiem przed konsekwencjami. Jako mała dziewczynka, widząc nieszczęście własnej matki, „podjęła decyzję” o rozpadzie rodziny. Ojciec pacjentki do końca swojego życia obwiniał ją, że rozbiła jego rodzinę.
Jest jeszcze jedna możliwa przyczyna trudności w dokonywaniu wyborów. To lęk przed popełnieniem błędu. Jedna z moich pacjentek nie dokonywała wyborów, ponieważ bała się, że podejmie złą decyzję. Przypomniała sobie jak to było w jej domu. Rodzice nie podejmowali decyzji za nią. Ale jednocześnie przed każdą ważna decyzją czuła ogromną presję z ich strony, że jej decyzja musi być dobra. „Pamiętam jak wybierałam liceum. Miałam trzy upatrzone. Rozmawiałam z moją mamą na temat moich kryteriów i argumentów za i przeciw. A ona cały czas powtarzała: ‘a co jeśli to”, ‘ a co jeśli tamto’. Innym razem wybierałam fakultety pod studia. Moi rodzice zaprosili mnie na naradę rodzinną i zrobili mi wykład, że teraz ważą się losy mojego przyszłego zawodowego życia i żebym nie podejmowała decyzji pochopnie. Z resztą ta rada, aby nie podejmować decyzji pochopnie, żeby się dobrze zastanowić dźwięczy mi w uszach do dzisiaj. To mnie kompletnie blokuje. Nigdy nie wiem czy przemyślałam coś wystarczająco dobrze. Żeby, broń Boże nie wybrać źle. Pamiętam też sytuację, kiedy nie byłam zadowolona z wyboru specjalizacji na studiach. Miałam wrażenie, że moi rodzice są na mnie źli, że popełniłam błąd. Zawsze powtarzali, że jestem taka mądra, dojrzała i rozsądna. Mam wrażenie, że to działa na mnie jak zaklęcie pt.’nie możesz się pomylić, w końcu jesteś taka mądra, dojrzała i rozsądna’. Wiem, że bardzo mnie kochają i chcą dobrze, ale takie ich podejście mi nie pomaga. Wolałabym usłyszeć: ‘hej, to nie koniec świata, wyluzuj’”.
Rodzice zazwyczaj chcą dobrze. Czasem brakuje im wiedzy jak jest dobrze. Czasem wiedzę mają, ale brak im umiejętności. A czasem mają jedno i drugie, ale nie zawsze sobie radzą. To zupełnie zrozumiałe. Są ludźmi, mylą się, popełniają błędy. Nie chodzi o to, aby ich obwiniać. Chodzi o to, aby zrozumieć skąd nasze trudności. Zrozumienie potrafi minimalizować cierpienie. Potrafi też wygenerować odpowiedź co robić, by sobie pomóc. I pozwala nie przenosić pewnych zachowań dalej, np. wobec naszych dzieci. A więc jak sobie pomóc?

Stale:
Ćwicz wybory
To przede wszystkim. Zacznij od drobiazgów – w którym kubku masz ochotę wypić herbatę? Chodzi o to, żeby trenować nawyk podejmowania decyzji i wdrażania ich w życie. Decyzje bowiem wymagają głównie działania, próbowania, a nie myślenia i gromadzenia wiedzy.
Pogłębiaj samoświadomość
Tylko wiedząc jakie masz cele, potrzeby, pragnienia, wartości będziesz mógł wiedzieć jak chcesz żyć i na czym Ci zależy, a w związku z tym jakich wyborów chcesz dokonać.
Pogłębiaj kontakt z emocjami, ciałem, intuicją, nieświadomością
Tylko tak dowiesz się od siebie czego chcesz. I tylko tak zbudujesz zaufanie do siebie.
Dawaj sobie prawo do błędów
Po pierwsze tylko tak się nauczysz. Po drugie, pamiętaj, że brak decyzji również jest decyzją. Np. decyzją o tkwieniu w stanie zawieszenia. Albo decyzją o nieodchodzeniu od partnera. Zawsze podejmujesz decyzje na teraz, mając te dane, które masz. Nie wiesz tego czego nie wiesz. Nie jesteś w stanie przewidzieć tego, czego nie jesteś w stanie przewidzieć. Więc nie próbuj. I uwierz, że nawet jeśli popełnisz błąd to sobie poradzisz. Czymkolwiek by to poradzenie sobie miało być.

Przy konkretnej decyzji:
Oceń swój wariant pod kątem swoich wartości, potrzeb, pragnień, celu.
Co jest teraz dla Ciebie najważniejsze?
Zadaj sobie parę pytań:
Gdzie ta decyzja Cię zabierze?
W jaki sposób to będzie dla Ciebie dobre?
Czy to pomnoży Twoje szczęście?
Czy to poprawi Twoje samopoczucie?
Czy ta decyzja Ci służy?
Czy ta decyzja poprawi Twoje życie?
Czy ta decyzja jest „ekologiczna”?
Co możesz zyskać?
Po co dokonujesz takiego wyboru, w imię czego?
Co byś zrobił wiedząc, że się uda?
Jakie są możliwe ryzyka i negatywne konsekwencje? Które będzie Ci łatwiej nieść?
Co się stanie, jeśli to zrobisz?
Co się nie stanie, jeśli to zrobisz?
Co się stanie, jeśli tego nie zrobisz?
Co się stanie jeśli tego nie zrobisz?
Wyobraź sobie, że podejmujesz określoną decyzję – co się pojawia w ciele, co czujesz?
Co to dla Ciebie oznacza? Jak chcesz wykorzystać tę informację? Jaki nasuwa Ci się wniosek?
Zastanów się czego dotyczy Twój wewnętrzny konflikt
Między tak naprawdę czym a czym wybierasz?
Wyobraź sobie najgorszy możliwy scenariusz
Niektórym to pomaga. Wiedząc, że w razie najgorszego są przygotowani – przestają stać w miejscu.
Porozmawiaj z kimś
Po pierwsze, wypowiedzenie na głos swoich emocji, przemyśleń, argumentów pomaga je ułożyć i zobaczyć z boku. Po drugie, czyjś ogląd sytuacji może dać Ci cenne wskazówki czy też dane, których nie brałeś pod uwagę. Po trzecie, jest to zawsze szansa na wsparcie.
Odłóż decyzje w czasie
Nie w nieskończoność, bo to co najbardziej męczy to właśnie stan zawieszenia. Ale to tak jak z zadaniem matematycznym. Siedzisz, główkujesz jak je rozwiązać, doprowadzasz do przeciążenia procesów poznawczych, odchodzisz, zajmujesz się czymś innym i nagle.. – masz rozwiązanie.
Zapytaj nieświadomość
Niektórzy bardzo jej ufają i potrafią z niej korzystać. Jedna moja pacjentka przy trudnych sytuacjach decyzyjnych zwykła zapisywać sobie pytanie na kartce. Przed położeniem się spać myślała o nim chwilę, a kartkę kładła pod poduszką. I czekała na list ze świata nocy. Czyli sen, który miał jej przynieść właściwą odpowiedź.

Dlaczego ona od niego nie odchodzi – rzecz o przemocy *

Dagmara (24, w związku niesformalizowanym od 5 lat). Mieszka z partnerem w swoim mieszkaniu po babci, ale tylko ona opłaca czynsz i rachunki. Jej partner twierdzi, że jest jej gościem, a od gości pieniędzy się nie żąda. Kiedy Dagmarze brakuje do pierwszego jej partner albo pieniądze jej pożycza albo nawet nie, komentując przy tym jak bardzo jest rozrzutna i niegospodarna. Dodam, że jako gość za jedzenie również nie płaci.

Katarzyna (34, w związku małżeńskim od 9 lat). Odkąd wyszła za mąż zrezygnowała ze wszystkich zajęć dodatkowych, ponieważ mąż Katarzyny nie lubi jak wychodzi. „Powtarzał, że znów mnie dupa świerzbi” – mówi Katarzyna. Koleżanek też już nie ma, bo mąż nie lubił jak opowiadała im o ich wspólnym życiu. „No a o czym jak nie o swoim życiu opowiada się znajomym?” – komentuje Kasia. Mąż Katarzyny był zdania, że rozmawianie z koleżankami o mężu to zdrada i brak lojalności. Mąż Katarzyny dwa razy w tygodniu wychodzi z kolegami pograć w piłkę. Na pytanie Kasi, czy on w takim razie może, odpowiedział, że „on robi coś pożytecznego, bo uprawia sport, a ona tylko dokupowałaby nowych fatałaszek, na które on ma pracować”.

Małgorzata (47, w związku małżeńskim od 24 lat). Mąż Małgorzaty bywa humorzasty i porywczy. „Nie znasz dnia ani godziny” – mówi Małgosia. „W takich momentach wszyscy muszą schodzić mu z drogi. Wszystkiego się czepia.” – dodaje. Potrafi godzinami wysuwać swoje pretensje lub godzinami milczeć. Często wychodzi bez słowa, mimo że są z Małgosią umówieni np. do znajomych. „Na zewnątrz jest do rany przyłóż.” – dopowiada Małgorzata. W pracy lubiany, pomocny, w domu zamienia się w marudnego pana i władcę.

Dagmara, Katarzyna i Małgorzata są ofiarami przemocy. W takiej sytuacji jak one jest co najmniej 70 tys. innych kobiet. Blisko tyle odnotowała policja w 2016 r. Prawie 75 tys. jest podejrzanych o jej stosowanie. Według statystyk policyjnych 95% sprawców przemocy to mężczyźni, a 91 % ofiar to kobiety i dzieci. Możemy sobie tylko wyobrazić ile z kobiet w ogóle sytuacji przemocy nie zgłasza. Dlaczego? No właśnie. Kiedy słyszymy o zjawisku przemocy, często cisną się nam na usta pytania: „Jak ona mogła sobie na to pozwolić?”, „Jak ona mogła do tego dopuścić?”, „Dlaczego ona ciągle z nim jest?”, „Dlaczego nie odeszła?”. No właśnie, dlaczego?

Brak wiedzy

Aby pozwolić sobie na wyjście z jakiejś sytuacji, nie wspomnę już o zgłoszeniu jej na policję, trzeba wiedzieć, że dana sytuacja nam szkodzi i że jest przestępstwem. Wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy, że to co robi jej partner to przemoc. Szczególnie jeśli chodzi o przemoc emocjonalną. Fizyczną łatwiej zdefiniować, zauważyć. Ale psychiczna? Kiedy mówię moim pacjentkom, że zachowanie ich partnera jest przemocowe, bywa, że mi nie dowierzają.  „On po prostu czasem ma zły humor”, „Każdy czasem może się zdenerwować” – mówią. Szczególnie trudno nazwać przemoc  po imieniu, jeśli w rodzinie pochodzenia również dochodziło do przemocy. Wiele kobiet uważa, iż fakt, że mężczyzna sprawdza jej telefon lub też zabrania pójścia do pracy, jest normą. Tacy mężczyźni po prostu są. Nie, to nieprawda. Tacy są niektórzy mężczyźni. Tacy, którzy dopuszczają się przemocy.

Przekonania i doświadczenia

Jest cała masa przekonań, która może utrudniać uświadomienie, że nasz partner stosuje przemoc. W końcu: „mąż kocha swoją żonę”, „mąż chce dla swojej rodziny jak najlepiej”, „mężowi można zaufać”, „ludzie w związkach się nie krzywdzą”, „w każdym człowieku jest ziarnko dobra”, „dlaczego mam mu nie wierzyć?”, „może on ma rację?”, „może on to faktycznie robi dla mojego dobra?”. Jeśli jeszcze dołożymy do tego fakt, iż kobieta doświadczająca przemocy nie zna innego życia, ponieważ jej dziadek, ojciec i brat byli przemocowi, to jak mogłaby myśleć inaczej? Uznając, iż mężczyzna, który kocha kobietę jej nie ubliża, musiałaby zakwestionować miłość swojego ojca do jej matki i do niej samej. A to bywa zbyt trudne. Są kobiety, które doświadczywszy przemocy w domu rodzinnym obiecują sobie, że nigdy więcej na to nie pozwolą. Do czasu, aż lądują u boku mężczyzny, który w przemocy ojcu nie ustępuje. Dlaczego? Po pierwsze – to znają. Wiedzą jak się w tym poruszać. I choć deklaratywnie tego nie chcą, nie umieją odnaleźć się w sytuacji, która jest im obca – w związku wolnym od przemocy. Po drugie – mają nadzieję. Nadzieję, że tym razem uda się im przełamać ten potworny wzorzec. Z ojcem się nie udało. Choć tak bardzo się starały być dobre, posłuszne i miłe – nic to nie zmieniło. Może więc tym razem, gdy zrobią wszystko jak należy? Może ich miłość do tego mężczyzny go odmieni? Są to oczywiście motywacje nieświadome, ale bardzo silne. Jest jeszcze jedno. Są kobiety, które głębokość miłości mierzą natężeniem emocji. „Jak jest zazdrosny, to znaczy, że kocha”, „jak szaleje z miłości, to cudownie”, „on mnie kocha taką wariacką miłością”, „co to było za szaleńcze uczucie!” – wszystko to usłyszałam w swoim gabinecie. Jak w takiej sytuacji uznać izolowanie przez partnera za przejaw przemocy?

Syndrom gotowanej żaby

Rzadko kiedy się zdarza, aby sprawca przemocy dopuścił się jej nagle w sposób skrajny. Z reguły zachowania przemocowe są przez sprawcę uaktywniane stopniowo. Na samym początku sprawca się pilnuje. Może nawet robić świetne pierwsze wrażenie. Potem się zaczyna. Najpierw jakieś krytyczne uwagi na temat lenistwa, podśmiewywanie się przy znajomych z nowej fryzury, żarty na temat konieczności odcięcia od konta itp. Potem może karanie brakiem kontaktu, uwagi na temat życia koleżanek i obrażanie się, gdy coś nie idzie po jego myśli. Jednym słowem – sprawca nie od razu wyciąga działa ciężkie. Może gdyby tak było, łatwiej byłoby zauważyć, że coś się dzieje. Jak żaba, którą jakby wrzucić do wrzątku (nigdy tego nie róbcie!) – natychmiast z niej wyskoczy. Ale gdyby włożyć żabę do wody letniej i powoli podgrzewać – żaba nie poczułaby momentu, w którym zaczyna się gotować. Z przemocą jest podobnie.

Cykl przemocy

Tak jak sprawca rzadko kiedy ujawnia swoje najgorsze oblicze od razu, tak nie jest „potworem” cały czas. Przemoc zazwyczaj ma swój określony cykl. Zaczyna się od narastającego napięcia u sprawcy. Następnie dochodzi do gwałtownego wyładowania jego agresji, po czym sprawca zaczyna przepraszać. Często wyraża żal i skruchę, kupuje prezenty i obiecuje poprawę. I to zamydla oczy ofierze. Kobieta po raz wtóry wzbudza w sobie nadzieję, że tym razem on naprawdę zrozumiał. Tym samym traci ona czujność i gotowość do podjęcia jakichś kroków ku zmianie swojej sytuacji. Moje pacjentki w takich momentach mówią: „Ale jak on się nie awanturuje to jest cudowny”. Ale się awanturuje.

Pranie mózgu


Wyobraźmy sobie. Sprawca przemocy poniża ofiarę i degraduje jej poczucie własnej wartości.  W myśl powiedzenia, że nawet kłamstwo powtórzone kilka razy staje się prawdą, ofiara zaczyna nasiąkać tym co słyszy. Powoli zaczyna wierzyć w to co mówi partner. Szczególnie, że wcześniej sprawca skutecznie odizolował ofiarę od wszystkich, którzy mogliby być jakimś głosem rozsądku i sprzeciwu w tej sytuacji. Ofiara nie ma nikogo, kto powiedziałby, że nie jest tak jak myśli. A może nawet jej najbliżsi utwierdzają ją w tym, że „takie jest życie”, „taki jest los kobiet”, „nie ma co narzekać i użalać się nad sobą”. A nawet: „gdyby była bardziej ogarnięta, z pewnością on by się tak nie wkurzał”. Życie ofiary coraz bardziej zaczyna zakleszczać się do koncentracji wyłącznie na sprawcy – czy jest dziś w dobrym humorze, czy dziś trochę odpuści? Zazwyczaj jest w złym. Wtedy wymaga posłuszeństwa, demonstruje swoją siłę i nierzadko grozi. Ofiara naprawdę się boi. Jest sama, nie ma wsparcia. Jeśli jeszcze doświadczyła tego, że matka nie odeszła od przemocowego ojca, skąd ma ona wiedzieć, że to jest możliwe? Bywa, że sprawca okazuje pobłażliwość. U ofiary mającej poczucie, iż jej los jest w rękach sprawcy wytwarza się coś na kształt syndromu sztokholmskiego (stan psychiczny, który wyraża się odczuwaniem sympatii, współczucia i solidarności ze sprawcą przemocy). To co się dzieje w związku, w którym dochodzi do przemocy przypomina niewidzialna klatkę czy dwuosobową sektę.
Zespół stresu pourazowego i syndrom wyuczonej bezradności
Niektóre ofiary przemocy doskonale zdają sobie sprawę, że to w czym tkwią to przemoc. Mimo to nic z tym nie robią. Dlaczego? Lata tkwienia w przemocy sprawiają, że u ofiary zaczynają wytwarzać się objawy stresu pourazowego i wyuczonej bezradności. Ich powstaniu sprzyjają sytuacje, w których człowiek narażony jest na utratę zdrowia czy życia. Przemoc jest takim doświadczeniem. Ofiara przemocy może więc nawet nie pamiętać wielu zdarzeń przemocowych ze swojego życia. Żeby przetrwać, może unikać myśli i uczuć związanych z tym co się dzieje. Może więc mieć przekonanie, że „nie jest tak źle”. Trzeba też jasno powiedzieć, że kobieta przez lata doświadczająca przemocy może mieć kłopoty w sferze poznawczej. Nierzadko słaba koncentracja uwagi, kłopoty z racjonalnym myśleniem i podejmowaniem decyzji, słabe możliwości poznawcze spostrzegania sukcesu oraz swoich zasobów, brak umiejętności szukania alternatywnych rozwiązań sprawiają, że ona naprawdę nie widzi możliwości wyjścia z sytuacji. Ofiara ma poczucie, że cokolwiek nie zrobi nie będzie to miało znaczenia dla zmiany sytuacji. Stąd zupełne poddanie się, bierność, uległość.
Brak wspierającego otoczenia
Wiele ofiar przemocy dorastało w domach, w których również była przemoc. W takiej sytuacji trudno o wsparcie. Nawet jeśli taka kobieta słyszy od matki: „on nie może cię tak traktować, odejdź”, to jeśli jej matka nie odeszła, trudno uwierzyć, że można. W końcu uczymy się przez przykład, nie wykład. Wiele sytuacji jest jeszcze mniej optymistycznych. Otoczenie wspiera w ofierze przekonania, że „jest do niczego” (to słyszy od ojca lub/i matki) lub też że „nic na to nie poradzi”. Są jeszcze inni – przyjaciele, znajomi, ale jak już wspominałam, od nich ofiara skutecznie jest izolowana. Zostają koledzy czy koleżanki z pracy (o ile kobieta pracuje), sąsiedzi czy pracownicy różnych służb. Nawet jeśli w początkowym okresie trwania przemocy kobieta jeszcze poszukuje pomocy, reakcja ze strony otoczenia może być tym co posunie kobietę w swych działaniach naprzód lub też osłabi ją na lata. Jeśli osoba poszukująca pomocy usłyszy, że to czego doznaje to bezprawna przemoc i otrzyma realną, szybką pomoc – proces przemocy może się zatrzymać. Jeśli jednak otoczenie z powodu ignorancji, zmęczenia sytuacją lub bezradnością zachowuje się w taki sposób, że to dodatkowo „uszkadza” krzywdzoną osobę – to wycofuje ofiarę na długo. Jeśli nie na zawsze. Zachowania powodujące wtórne zranienie ofiary to: niewiara w to co mówi, pomniejszanie tragizmu i wagi raniących doświadczeń, obwinianie ofiary, naznaczanie jej negatywnymi określeniami, sugerowanie, iż chce ona uzyskać nieuzasadnione korzyści ze swojej sytuacji, uszczypliwe uwagi typu „jak tyle wytrzymuje, to pewnie to lubi”, „nie odchodzi, więc widać nie jest to takie straszne”, „sama nie wie czego chce, więc może potrzebuje twardej ręki”, „jak ją bije to pewnie zasłużyła, przecież wie co robi”, „wariatka, nie zaszkodzi jak ją trochę potarmosi”. Pod wpływem takich reakcji otoczenia krzywdzona osoba zaczyna przystosowywać się do roli ofiary i przestaje się bronić. Zaczyna myśleć, że bycie ofiarą przemocy jest jej nieuchronnym przeznaczeniem do końca życia. Obwinia się i odmawia sobie podstawowych praw ludzkich, przestaje oczekiwać poprawy swojej sytuacji. Traci nadzieję i poczucie godności. W czasie urazu stosuje taktykę przetrwania. Czasem, w ostatnim odruchu desperacji podejmuje zamach na swoje życie lub życie sprawcy.
Wstyd


Wszystkie kobiety – ofiary przemocy, z którymi pracowałam mówiły o wstydzie. Był to czynnik, który najsilniej hamował je w tym, by szukać pomocy.
Dagmara: „Nikomu nie mówiłam jak wygląda u nas podział finansowy. Wstydzę się tego, że tak jest. Zdaję sobie sprawę, że on mnie wykorzystuje. Ale nie umiem mu się postawić. Gdyby moi rodzice dowiedzieli się, że ja za wszystko płacę wywaliliby go z mojego mieszkania. A ja tego nie chcę. Z resztą jak miałabym im wytłumaczyć, że tak jest od początku?”
Katarzyna: „Ostatnio spotkałam koleżankę ze szkoły. Zapytała mnie dlaczego już dwa razy nie przyszłam na spotkanie klasowe. Co jej miałam powiedzieć? Że dlatego, że mąż mnie nie puszcza? Dojrzała kobita, a tak się daje! Ja wiem jak to brzmi: ‘Nie byłam, bo mąż nie byłby zadowolony’. Jak wypowiadam to na głos to sama jestem sobą załamana. Dlaczego sobie na to pozwalam? Ale pozwalam sobie. I to od tylu lat. I im dłużej to trwa tym coraz bardziej mi wstyd. A ten wstyd paraliżuje.”
Małgorzata: „Tydzień temu miałam zaproszenie na pracowy bankiet. Mieliśmy iść z mężem, ale on w ostatniej chwili się wycofał. Poszło o krawat. Nie mógł go zawiązać, cały czas był za krótki lub za długi, w końcu się wkurzył, cisnął nim o ziemię i usiadł przed telewizorem, rzucając, żebym ‘poszła sobie sama na to spotkanie wyższej pierdolencji’. I poszłam. Ale nikomu nie powiedziałam jaka jest właściwa przyczyna tego, że jestem sama. Dlaczego? Przecież to wstyd. W końcu twój partner w jakimś sensie świadczy o tobie. W pracy jestem osobą bardzo silną, asertywną i stanowczą. Gdyby ktoś się dowiedział o mojej sytuacji w domu, zapadłabym się pod ziemię.”
W ciągu tygodnia giną w Polsce trzy kobiety z powodu przemocy domowej – podaje Instytut Wymiaru Sprawiedliwości. Przemoc psychiczna wydaje się być mniej groźna. Właśnie z powodu tego błędnego przekonania jest tak niebezpieczna. Można powiedzieć, że przemoc emocjonalna to zbrodnia doskonała. Nie zostawia widocznych śladów (przynajmniej na pierwszy rzut oka), a jednak prowadzi do śmierci. Jeśli nie ciała, to na pewno duszy. Osoba doświadczająca przemocy traci poczucie własnej tożsamości. W pewnym momencie już nie wiem kim jest. Jaka jest. I co może. A może.

Tu znajdziesz pomoc:
Niebieska Linia: www.niebieskalinia.pl
Fundacja Centrum Praw Kobiet: www.cpk.org.pl
Sieć Pomocy Ofiarom Przestępstw: http://www.pokrzywdzeni.gov.pl
Informator Obywatelski: www.informatorobywatelski.pl
Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie: www.pcpr.info
Ośrodki Interwencji Kryzysowej: www.interwencjakryzysowa.pl
Departament ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji MPiPS: www.kobieta.gov.pl

W ramach bliskiej memu sercu filmoterapii (korzystania z filmu jako narzędzia do psychoedukacji, a  nawet wspomagania działań psychoterapeutycznych) polecam następujące filmy:

„Sypiając z wrogiem” – Joseph Ruben
„Chłopięcy świat” – Michael Caton- Jones
„Męska sprawa” – Sławomir Fabicki
„Thelma i Louise” – Ridley Scott

* Należy podkreślić, iż przemoc dotyka również mężczyzn. Mechanizmy przemocy, o których mowa w artykule dotyczą również sytuacji, w której to mężczyzna jest ofiarą przemocy. Ze względu jednak na skalę zjawiska artykuł zadedykowany został głównie kobietom.

Dlaczego wciąż mi nie wychodzi?

O przyczynach samotności czy trudności ze znalezieniem partnera/partnerki mówiłam i pisałam wielokrotnie. Ale po pierwsze, temat wydaje się być wciąż aktualny (dostaję na ten temat sporo zapytań), a po drugie, czas płynie i pojawiają się we mnie kolejne obserwacje i przemyślenia dotyczące tego jakie mamy dziś podejście do relacji. Kilkoma się z Wami podzielę.

Jestem współautorką testów dopasowania portali Sympatia Plus i Kochaj.pl. Dostaję wiele zapytań o to „czy ten test naprawdę pomoże mi znaleźć partnera idealnie do mnie dopasowanego?” lub „na ile test jest skuteczny?”, czy też „na ile mogę mieć pewność, że test rzeczywiście wskaże mi tego jedynego?”. Jestem również, a może przede wszystkim, psychologiem i psychoterapeutką. W swoim gabinecie często słyszę pytania: „Jak już pani o nas opowiedziałam to uważa pani, że my do siebie pasujemy czy nie?”, „Czy uważa pani, że powinniśmy się rozstać?”. Nie wiem co się takiego stało, że przestaliśmy pytać siebie, zamiast innych. Nie wiem dlaczego wychodzimy z założenia, że jest gdzieś na zewnątrz odpowiedź na pytanie jak żyć, co robić, kogo wybrać? Szukamy szybkich i łatwych odpowiedzi. Gotowców. Gwarancji. Chcemy mieć pewność, że jak zrobimy A to dostaniemy B. Rozczaruję Was. Takowych nie ma. Żaden test, żaden człowiek nie da Wam jedynej słusznej odpowiedzi, która zagwarantuje Wam szczęście i powodzenie do końca Waszych dni. Żałuję, niekiedy sama chętnie bym z niej skorzystała, ale wiem, że takiej nie znajdę. Życie to sztuka wyborów. I już w nazwie odczytujemy, że skoro sztuka to nie jest to łatwe. I wymaga umiejętności. Nie wypracujecie ich, jeśli będziecie szukać recept. Są pomoce, podpowiedzi, doświadczenia innych, ale tylko (albo aż) tyle. Gwarancji brak.
W tej potrzebie, aby ktoś lub coś za nas wybrało i do tego „partnera idealnie dopasowanego” kryje się również brak gotowości na trudności i pracę. Bowiem jeżeli mamy być dopasowani „idealnie” to znaczy, że nie będziemy musieli się ze sobą ścierać, spierać, negocjować czy wypracowywać sposobów na rozwiązanie naszych problemów. Bardzo często dostaję wiadomości i maile następującej treści:
„Ciągle kłócę się ze swoim partnerem. Normalnie o wszystko. Co mamy robić, żeby się tak nie kłócić?” albo
„Mój chłopak się na mnie obraził i nie chce ze mną gadać. Co mam zrobić?” lub też
„Moja żona nie chce ze mną sypiać. Czy może pani nam pomóc?”
Odpisuję, że być może mogę, ale aby to stwierdzić trzeba się zobaczyć. Poznać się, poszerzyć ilość danych, porozmawiać. Jak mogę komuś pomóc nic tak naprawdę nie wiedząc? Dlaczego o tym piszę? Dla mnie takie maile (bez kontynuacji i chęci na spotkanie) są dowodem na to, że my naprawdę myślimy, że wszystko chyba jest proste. Że istnieje jakaś pigułka czy czarodziejska różdżka, którą w dodatku mam ja albo chociaż jakiś przepis, który powie: „proszę powiedzieć partnerowi/chłopakowi/żonie to i to i będzie super”. Nie chce się nam wkładać wysiłku. Coraz mniej mamy w sobie zgody na właśnie brak gwarancji. Jesteśmy coraz bardziej roszczeniowi. Także względem relacji. Profesor Tomasz Szlendak z Instytutu Socjologii UMK w Toruniu jest zdania, że lista cech, których oczekujemy od partnera się rozszerza. Pisała też o tym psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska. Mówiła ona o tym, że dziś chcemy aby nasz partner był „wszystkim”: i najlepszym przyjacielem i cudownym ojcem i nieprzeciętnym kochankiem. Nasze babki ponoć nie miały takich oczekiwań. I nie zrozumcie mnie źle. Bardzo, bardzo się cieszę, że już nie musimy być z kimkolwiek (bo opinia społeczna, bo wymagania kultury, bo ograniczenia finansowe) i jestem przeciwniczką myślenia, że jeśli „nie pije, nie bije i, za przeproszeniem, nie śmierdzi” to wystarczy. Jestem za tym, by wiedzieć czego się nie chce, czego chce, kogo się szuka. Jestem za tym, by odważać się na szukanie swojej drogi i swojego szczęścia i spełnienia. Ale my szukamy czasem kogoś i czegoś co nie istnieje. To po pierwsze. A po drugie, choć dokładnie wiemy jaki ma by ten wymarzony partner czy partnerka kiedy pytam o to co Ty możesz i chcesz wnieść do związku, co Ty możesz od siebie dać – nierzadko pojawia się cisza. Bo w ogóle coraz częściej traktujemy związek w sposób konsumpcyjny. Szukamy partnera w taki sposób jakbyśmy szukali do kupna samochodu. Ma spełniać określone kryteria, jak nie spełnia – szukamy dalej. Na portalach randkowych przeglądamy profile jakbyśmy przeglądali ofertę na platformie handlowej. Ostatnio rozmawiałam z jednym moim samotnym pacjentem. Pytałam go jak było na wyjeździe organizowanym przez jedną ze szkół tańca. Mój pacjent liczył, że kogoś tam pozna. „Nic tam ciekawego nie było” – skomentował. Jakby opowiadał o butach, które chciał nabyć. Z racji swojej funkcji na portalu Kochaj.pl pojawiam się czasem w różnych tzw. grupach na portalach społecznościowych. Głównie oczywiście takich, gdzie samotni szukają kogoś do pary. Przyznaję, że bywam przerażona. Nie miałam pojęcia (z racji oczywiście wieku) jak to dziś wygląda wśród młodych. Młodzież się dziś głównie ocena. Przynajmniej tam. Tzw. „ocenka za ocenkę” czyli „oceń mnie a ja ciebie” naprawdę mną wstrząsnęła. Przecież to musi być, wybaczcie kolokwialne stwierdzenie, straszne. Ciągle patrzeć na innych przez pryzmat jakiś dziwnych ocen i wciąż wystawiać się na ocenę.. Jak o tym myślę ogarnia mnie smutek. I w jakimś sensie współczucie. Jeśli będziemy patrzeć na siebie jak na towar w sklepie, który można ocenić, nabyć, zareklamować, wymienić, rzucić w kąt – to kiepsko widzę przyszłość jakościowych relacji. Może brzmię jak leśna babcia, ale trudno. Nie napawa mnie to optymizmem. I znowu – nie jestem zdania, żeby być ze sobą za wszelka cenę. Żeby trwać w imię trwania mimo zranień, bólu, poczucia nieszczęścia itp. Ale łatwo rezygnujemy. Łatwo się poddajemy. Ostatnio zapytałam mojego pacjenta dlaczego rozstał się z partnerką, bo miałam poczucie, że dobrze się czuł w swoim związku. Powiedział, że „było ok, ale bez szału”. Inna pacjentka swoją decyzje o rozstaniu skomentowała następująco: „jakoś nie czułam fajerwerków”. Jeszcze inny przykład: „Już nie jest tak jak kiedyś. Moje uczucie chyba wygasło”. Nie chcę oceniać tych indywidualnych powodów rozstań, bo każdy ma swoją drogę. Ale obserwuję, że takie zjawisko hedonistycznego podejścia do relacji jest coraz częstsze. I jest jednym z powodów tego, że szukamy, szukamy i nie znajdujemy. Albo znajdujemy jedynie na chwilę.
Nie tylko potrzebujemy czuć się w relacji dobrze i przyjemnie (to oczywiście zrozumiałe, o ile założymy, że chodzi o proporcje pomiędzy łatwo-trudno, przyjemnie-nieprzyjemnie, a nie przy pierwszym trudno i nieprzyjemnie – uciekamy), ale też nierzadko potrzebujemy permanentnej stymulacji w naszych relacjach. Nie wystarcza, że jest po prostu dobrze. Jeśli „nie ma szału czy fajerwerków” jest zwyczajnie nudno. Potrzebujemy non stop się bodźcować.
Przyglądam się jeszcze jednemu zjawisku. Ktoś nazwał to stabilną niejednoznacznością. Mimo, że jesteśmy w związku, nie chcemy rezygnować z prawa do rozglądania się. Cały czas mamy oczy szeroko otwarte, bo może znajdzie się ktoś lepszy, fajniejszy, ciekawszy, bo może z kimś innym będę szczęśliwszy/a? Nie chcemy się opowiadać, deklarować. Chcemy mieć możliwość wyjścia ze związku w każdej chwili. Są pewnie tego dla relacji i korzyści. Wiedząc, że już nie działa prawo „trafiony zatopiony”, że ślub, wspólny kredyt czy dziecko nie są gwarantem na tzw. ułożenie sobie życia -  może dzięki temu nie osiadamy na laurach, tylko rozwijamy się, dbamy o siebie nawzajem?Perspektywa, że „i tak nie odejdzie, w końcu jest moją żoną/moim mężem” jest już nieaktualna.
Z drugiej strony może być i odwrotnie. Skoro w każdej chwili możemy się rozstać, to nie chce się już nam przeciwstawiać trudnościom. Można pójść tam, gdzie łatwiej. I tak chodzimy od jednego do drugiego czy od jednej do drugiej i kończymy wnioskiem, że nam nie wychodzi. Że „szukamy i szukamy i nie możemy znaleźć tej jedynej czy tego jedynego”. No nie możemy. M.in. z tych powodów, o których napisałam. Jest ich z pewnością znacznie więcej. I pewnie jeszcze nie raz będziemy się nad nimi pochylać. Nie po to, żeby oceniać. Po to, żeby móc z tych przemyśleń skorzystać.

Rozważania o miłości

Czym jest miłość? Oto odwieczne pytanie, które nurtuje filozofów, naukowców, artystów, dziennikarzy i nas – wszystkich pozostałych.  Z badań CBOS z 2005 roku wynika, że co 10 badany nie potrafi udzielić odpowiedzi na to pytanie. Z kolei najczęściej pojawiały się następujące definicje: miłość to zaufanie, lojalność, poczucie bezpieczeństwa, dążenie do dobra drugiej osoby, szacunek, akceptacja, zrozumienie, wspieranie, przetrwanie trudnych momentów, uważność. 2% badanych połączyło miłość z pobudzeniem emocjonalnym i fizycznym, 2% respondentów zaprzeczyło istnieniu miłości. Sama ogromnie zaciekawiona tematem (można powiedzieć, że w tym obszarze pracuję) sporządziłam własny research. O to czym jest miłość pytałam bliższych i dalszych znajomych, sięgnęłam oczywiście do niewyczerpanego źródła wszelkich danych jakim jest internet, prześledziłam również opinie tych, którzy dla wielu stanowią autorytet.
Co znalazłam?

Sposobów rozumienia miłości są setki.
Na przykład część wypowiedzi dotyczyła definiowania miłości poprzez pragnienie dobra dla drugiej osoby i czynienie tegoż: „Miłość to przekazywanie dobroci drugiemu człowiekowi”, „Miłość to dbałość o dobro i rozwój drugiego człowieka”, Albo: „Miłość to pragnienie szczęścia dla drugiej osoby”. Dla wielu miłość łączy się przede wszystkim z troską: „Miłość to troszczenie się o los drugiej osoby”, niekiedy zmierzającą w stronę rezygnacji z siebie: „Miłość to poczucie, że czyjeś dobro jest ważniejsze, niż twoje”, „Miłość to całkowite oddanie”, „Miłość to nieustająca praca polegająca na rezygnowaniu i dostosowywaniu”, „Miłość jest wtedy, gdy całą sobą chcemy żyć dla tej drugiej osoby”, „Miłość zaczyna się wtedy, kiedy szczęście drugiej osoby staje się ważniejsze, niż twoje” H. Jackson Brown, Jr. Sporo wypowiedzi o miłości dotyczyło więzi i przywiązania: „Miłość to silna więź„, „Miłość to głębokie przywiązanie, pragnienie bliskości, dawanie, wzajemna sympatia”. Pojawiały się też skojarzenia miłości z wewnętrznym poczuciem, że nam się chce: „Miłość to stan chciejstwa, po prostu czujesz, że chcesz”, „Miłość to motywacja”. Niektóre wypowiedzi łączyły miłość z odpowiedzialnością, szacunkiem, tęsknotą, akceptacją ( „Kochać kogoś to pozwalać mu na to, żeby był taki jaki jest”, „Miłość to akceptacja słabości”). Dwie z moich  respondentek, które są buddystkami zdefiniowały miłość następująco: „Miłość to stan w którym w sposób intuicyjny efekt końcowy każdej podejmowanej decyzji jest dla dobra tej drugiej osoby”, „Miłość to całkowita nieobecność lęku”. Niektóre z wypowiedzi były bardziej rozbudowane: „Miłość to uczucie, które przejawia się w relacji do drugiej osoby połączone z silnym pragnieniem obcowania z nią”, „Miłość polega na: na kłóceniu się i godzeniu, na wytykaniu sobie błędów i przebaczaniu, na milczeniu i rozmowie, na słuchaniu i mówieniu, na pewności i zwątpieniu, na byciu razem i byciu daleko od siebie”. Bardzo mi się ta definicja podoba. Niektóre wypowiedzi dotyczyły bardziej nie tego czym miłość jest, ale po czym możemy poznać, że kochamy lub, że jesteśmy kochani: „Miłość powoduje, że chcę być lepsza”, „Miłość wydobywa ze mnie to co najlepsze”, „Miłość do drugiego człowieka objawia się tym, że zaczynasz lubić jego dziwactwa, kochać to co ona kocha, współdzielić przestrzeń i przy tym się nie dusić.”, „Miłość jest wtedy, gdy ona chce po prostu pomilczeć, a ty się wyciszasz”, „Miłość jest wtedy, gdy ona wciąż ma ten błysk w oku, chociaż ostatnio sporo przytyłeś”, „Miłość jest wtedy, gdy pomimo że jesteście ze sobą lata ona nadal głaszcze cię po policzku”, „Miłość to jest słuchanie pod drzwiami czy to jej buty tak skrzypią po schodach, jak do 40 letniej kobiety wciąż mówisz ‘Moja maleńka’ i kiedy patrzysz jak ona je, a sam nie możesz nic przełknąć, kiedy nie zaśniesz zanim nie dotkniesz jej brzucha, gdy stoicie pod drzewem a ty marzysz, żeby się przewróciło, bo będziesz mógł ja osłonić”. Były i definicje bardziej metaforyczne: „Dzięki miłości możemy doświadczać kawałka nieba na ziemi”, „Miłość wznosi na szczyt piękna”, „Miłość jest oddechem prawdy”, „Miłość to odbicie własnej duszy w czyimś sercu”, „Miłość jest lekarstwem co sprawia cuda codzienne” Phil Bosmans. Część osób zdefiniowała miłość jako umiejętność. Część jako sztukę. Część jako potrzebę. Były też osoby, które uznały, że miłość nie istnieje: „Miłość to coś czego nie ma, to coś czym uzasadniamy swoje postawy, decyzje, potrzeby”.
Wielość sposobów rozumienia tego czym jest miłość jest doprawdy niezwykle interesująca.

Któregoś razu oglądałam wykład dominikanina o. Adama Szustaka na temat miłości. Zakonnik opowiadał jak na ten temat rozmawia z młodymi ludźmi. Ojciec Szustak zadaje im pytanie skąd będą wiedzieli, że kochają. Odpowiadają, że będą to czuli. „Bzdura” – mówi Szustak. To nie miłość. Tak wygląda zakochanie. A zakochiwać się możemy więcej, niż raz, nawet wtedy gdy jesteśmy z kimś związani. Miłość to coś zdecydowanie innego, bądź może powinnam raczej powiedzieć, że to zdecydowanie więcej, niż uczucie. Podobnie widzi miłość Erich Fromm, autor słynnej książki „O sztuce miłości”. Fromm twierdzi, że coś takiego jak miłość nie istnieje. Według Fromma miłość to abstrakcja. „Nikt jej nigdy nie widział” – pisze. Według Fromma „istnieje tylko akt kochania”. Dla Szustaka i Fromma miłość to nie uczucie, a decyzja i postawa. Coś co możemy kształtować, budować, lepić, na co możemy aktywnie wpływać. To „stan bycia” jak powiedział któryś z uczestników mojego researchu czy też „zadanie a los” jak mówi Fromm. Szustak i Fromm wychodzą więc z założenia, że miłość można sobie ślubować. Gdyby była wyłącznie uczuciem obiecywanie sobie czegoś nie byłoby możliwe.  A potem słucham sobie audycji radiowej, w której bierze udział jedna z wiodących blogerek. Opowiada jak podejmowała decyzje o ślubie, zarówno pierwszym, jak i drugim – w kilka minut, po zaledwie paru dniach znajomości. Twierdzi, że tylko w ten sposób takie decyzje można podejmować. Autorka bloga prowadzi też warsztaty dla kobiet. Gdy któraś z pań ma wątpliwości w sprawie swojej relacji partnerskiej prowadząca zadaje uczestniczce pytanie: „Czy ty go kochasz?”. Często słyszy odpowiedź: „myślę, że tak”. Według blogerki to jest podstawowy błąd – myślimy, że kochamy, a nie czujemy. Miłość nie mieszka przecież w głowie. Ją się czuje lub nie. W tym miejscu przypomina mi się pewna historia. Byłam kiedyś świadkiem rozmowy dwóch koleżanek siedzących w kawiarni przy stoliku obok. Jedna z nich wyszeptała drugiej, że ona nie wie czy kiedykolwiek miała orgazm. „Jak to nie wiesz?” – zapytała ta pierwsza. „No nie wiem czy to co czułam to było właśnie to” – odpowiedziała. „Skoro mówisz to co mówisz to znaczy, że nie miałaś. Gdybyś miała na pewno byś o tym wiedziała.”. To taka dygresja, ale w temacie pt. jak czujesz to czujesz, jak czujesz to wiesz, nie masz wątpliwości. Koniec kropka.
W takim razie jak to z ta miłością jest? Miłość to uczucie czy jednak decyzja, postawa? Takie pytanie pojawiło się na fan page’u jednego z cenionych ośrodków psychoterapii. Oto przykładowe odpowiedzi: „czucie”, „doznanie”, „wybór”, „postawa”, „wszystko”, „zakochanie – stan, miłość – decyzja”, „setki decyzji każdego dnia”, „wybór podejmowany wciąż na nowo”, „postawa poprzedzona decyzją poprzedzoną uczuciem”, „uczucie, które definiuje postawę oraz ma wpływ na decyzję”, „uczucie może być kryterium wstępnym do podjęcia decyzji na zawsze”, „musi być uczucie i chemia, fascynacja, tu rola uczuć się kończy, przychodzi czas na decyzje i postawę”.

Miłość to fenomen. Chyba żadnemu zjawisku nie poświęcono tyle rozpraw naukowych, książek, filmów, piosenek, wierszy, rozmów przy kawie.  Mimo to – nadal pozostaje tajemnicą. Albert Einstein powiedział, że miłość to „jedyna energia we wszechświecie, której człowiek nie zgłębił”.
I takie rozumienie miłości jest ostatnim, które pojawiło się w moich poszukiwaniach: „Największą tajemnicą miłości jest fakt, ze próby jej zdefiniowania zawsze skazane są na niepowodzenie, bo nic nie ma tak wielu oblicz jak właśnie ona”, „Miłość jest trudna do zdefiniowania ze względu na rozmaitość użyć i znaczeń połączona z zawiłością uczuć i postaw”, „Miłość nie ma definicji dlatego jest wielka”, „Miłość nigdy do końca nie zostanie poznana”. Trudno się z tym nie zgodzić.. Ale my i tak będziemy o niej mówić, pisać, dyskutować, tworzyć pod jej wpływem sztukę, bronić na jej temat prac doktorskich, będziemy jej pragnąć, za nią tęsknić, walczyć o nią  – czymkolwiek czy  kimkolwiek jest.

Czego się dowiem o sobie z testu dopasowania Kochaj.p – czyli praktyczne zastosowania testu

Nie trzeba pewnie być szczególnym mędrcem, aby rozwikłać zagadkę co kryje się pod tajemniczą nazwą „test dopasowania” czy też „test doboru partnerskiego”. Jak się pewnie domyślasz, test ten ma za zadanie pomóc Ci w dokonaniu pierwszej selekcji pośród dziesiątek i setek użytkowników portalu randkowego i „wyszukać” taką osobę, bądź osoby, które według przyjętych kryteriów w teście powinny najbardziej do Ciebie pasować.  To pierwsza podstawowa korzyść wypełnienia testu doboru zaproponowanego przez Kochaj.pl. Jest i druga, dla mnie wcale nie mniej ważna. Otóż test doboru Kochaj.pl zachęca Cię i mobilizuje do przemyśleń. Dzięki udzielaniu odpowiedzi na pytania  pogłębiasz wgląd w siebie. To bardzo ważne. Poszerzona świadomość nie tylko pomaga w znalezieniu partnera (bez świadomości jacy jesteśmy, czego chcemy, kogo szukamy, czego oczekujemy trudno jest spełniać swoje marzenia), ale przydaje się również w każdym innym obszarze życia. Pomaga nam dobrze pracować, kształtować swoją drogę zawodową, mieć satysfakcjonujące relacje z ludźmi, żyć w zgodzie ze sobą, odpowiednio planować wypoczynek, utrzymać zdrowie, itp. Przydatność wiedzy na swój temat jest bardzo szeroka.
Czego więc praktycznego dowiesz się o sobie wypełniając test doboru Kochaj.pl ?
Po pierwsze od siebie samego/samej dowiesz się jakie są Twoje indywidualne potrzeby, oczekiwania względem związku, kogo właściwie szukasz. Z kolei już z charakterystyki (opis Twojego sposobu funkcjonowania w różnych obszarach, dokładnie w ośmiu kategoriach: emocjonalność, potrzeba bliskości, orientacja życiowa, skrupulatność, poszukiwanie nowych doświadczeń, potrzeba kontaktów interpersonalnych, relacje z ludźmi, styl komunikacji) będziesz mógł/mogła sprawdzić np.

*  czy jesteś osobą bardziej impulsywną i uczuciową czy raczej wyważoną i powściągliwą?
* czy potrafisz kontrolować emocje czy raczej to one przejmują kontrolę nad Tobą?
* czy łatwo wyprowadzić cię z równowagi czy raczej należysz do osób, które w każdych warunkach zachowują tzw. zimną krew?
* czy lepiej czujesz się w towarzystwie osób oszczędnych w wyrażaniu uczuć czy bardziej żywiołowych, które natychmiast uzewnętrzniają co czują?
* jak dużą masz potrzebę bliskości i jak się ona wyraża?
* jak wyobrażasz sobie związek?
* czy związek to dla Ciebie jedność, gdzie dwie osoby przywiązane są do siebie bardzo mocno pod względem emocjonalnym, dzielą pasje, zainteresowania oraz najskrytsze problemy czy raczej potrzebujesz w związku swobody i wolności?
* jak reagujesz na sytuacje niejasne, bądź wieloznaczne?
* czy szklanka jest dla Ciebie do połowy pełna czy pusta?
* czy jesteś bardziej pesymistą (na wszelki wypadek zakładasz najgorszy scenariusz) czy raczej optymistą (wypatrujesz zawsze pozytywnych znaków i szans na sukces)?
* jak podchodzisz do wyzwań i zadań?
* czy jesteś osobą uporządkowaną, która w notesie ma dokładnie rozpisany plan działania
czy działasz całkowicie na luzie, spontanicznie, bez wcześniejszych przemyśleń?
* czy lubisz jak wszystko dzieje się w sposób uporządkowany czy możesz funkcjonować w kompletnym chaosie?
* czy jesteś osobą zdyscyplinowaną i  konsekwentną czy cenisz sobie raczej swobodę i brak struktury?
* jak reagujesz na nowe, zaskakujące rzeczy w życiu?
* czy na propozycję niespodzianki odczuwasz dreszczyk podniecenia czy raczej niepokój?
* czy masz dużą potrzebę doznań i wrażeń, chętnie podejmujesz ryzyko, aby urozmaicić codzienność czy raczej preferujesz rutynę, kiedy wszystko odbywa się w dobrze znany sposób, nie lubisz zmian i dodatkowych ekscytacji, nie lubisz też narażać się na dodatkowy stres w postaci przygód?
* czy szalone pomysły dodają Ci skrzydeł czy przyprawiają Cie o białą gorączkę?
* w jak dużym stopniu/jak często potrzebujesz kontaktów z ludźmi?
* czy każdą wolną chwilę spędzasz w towarzystwie czy raczej wolisz być sam (tak czujesz się najlepiej) lub w najbliższym gronie przyjaciół?
* w jaki sposób wchodzisz w relacje z ludźmi?
* czy na tyle cenisz sobie dobre kontakty z otoczeniem, że jesteś gotowy/a na ustępstwa czy raczej ważne jest dla Ciebie Twoje własne zdanie i nie masz kłopotów w konfrontowaniu się?
* czy lubisz przewodzić grupie czy raczej wolisz być ze wszystkimi w relacjach partnerskich?
* jaki preferujesz sposób komunikacji z ludźmi?
* czy jesteś urodzonym mówcą i pogawędka na dowolny temat nie stanowi dla Ciebie problemu, zawsze też masz dużo do powiedzenia, preferujesz rozmowę dynamiczną, konkretną, chętnie dajesz rady czy raczej wolisz słuchać i w trakcie całej konwersacji poświęcić swój czas rozmówcy?
* co jest Twoja mocną stroną w komunikacji z ludźmi?

W charakterystyce, którą otrzymasz po wypełnieniu testu znajdziesz nie tylko opis tego jaki/jaka jesteś (na podstawie udzielanych odpowiedzi). Będziesz też mógł/mogła zapoznać się z pewnymi sugestiami dotyczącymi potencjalnych błędów, które być może popełniałeś/łaś w relacjach z innymi np.

*Osoby, którym z trudem przychodzi okazywanie uczuć mogą dowiedzieć się, że przez innych są często odbierane jako zimne i nieczułe, co utrudnia nawiązywanie relacji.
* Osoby bardzo ekspresyjne mogą dowiedzieć się, że dla innych bywa to męczące. To również nie sprzyja budowaniu bliskości.
* Osoby ceniące sobie wolność, niezależność i prywatność mogą dowiedzieć się, że to może stać w sprzeczności z budowaniem intymności i przywiązania.
* Osoby okazujące zaangażowanie poświęcając się dla związku mogą dowiedzieć się, że dla innych bywa to osaczające i wywołuje chęć ucieczki.
* Osoby nad wyraz entuzjastyczne mogą dowiedzieć się, że pomijają niekiedy ważne sygnały ostrzegawcze pojawiające się relacji.
* Osoby skrajnie pesymistyczne mogą dowiedzieć się jak ich postawa wpływa na brak powodzenia w relacjach.
* Osoby nadmiernie zorganizowane i uporządkowane mogą dowiedzieć się jak ich brak elastyczności wpływa na relacje z innymi, w których trudno liczyć na całkowite poukładanie i spójność.
* Osoby lubiące funkcjonować w permanentnym chaosie mogą dowiedzieć się jak ich niepoukładanie wpływa na relacje z innymi, które w pewnych obszarach domagają się ładu i struktury.
* Osoby mocno asekuracyjne mogą dowiedzieć się, że tracą zbyt wiele cennej energii na zabezpieczanie się przed zagrożeniami, które może wcale nie istnieją lub też istnieją zawsze i nie da się na nie przygotować.  To powoduje, że nie starcza już siły na to co naprawdę w relacji ważne.
* Osoby uwielbiające ryzyko mogą dowiedzieć się, że to utrudnia im budowanie stałych związków, w które siłą rzeczy wkrada się odrobina rutyny.
* Osoby uległe mogą dowiedzieć się, że często postępują wbrew swoim potrzebom, co nie wpływa korzystnie na kształtowanie dojrzałego związku. Taka postawa może być też przyczyną wykorzystywania i nadużywania przez innych.
* Osoby dominujące mogą dowiedzieć się, że ich autorytarność przyczynia się do odsuwania innych od siebie.

Obok wskazania tego co nie służy, test zawiera również indywidualnie dobrane wytyczne, które mogą pomóc Ci w korzystnej zmianie reakcji i zachowań. Tak, aby bardziej świadomie i bardziej uważnie kształtować relacje z innymi.
W takim razie – do dzieła :)

Co bada test dopasowania Kochaj.pl

Coraz więcej osób żyje w pojedynkę. Niektórzy z wyboru. Inni – ponieważ nie znaleźli do tej pory kogoś, z kim chcieliby się związać. Teraz pragną być w związku, ale gdzie i jak szukać kandydata/kandydatkę na takowy? Bardzo często słyszę w gabinecie (szczególnie od osób 30, 40, 50 plus), że są już w takim wieku, że jest trudno. A przynajmniej trudniej.  „Że nie poznają już tak wielu osób jak np. w szkole czy na studiach; że ich życie sprowadza się głównie do pracy, więc jak mają kogoś poznać; że fajni faceci czy fajne dziewczyny są już poparowani” itd., itd. Trudno się z tym nie zgodzić. Oczywiście, przyszłego męża czy żonę można poznać wszędzie i to w najmniej spodziewanym momencie. Ale bądźmy realistami – czy w naszym przypadku tak będzie? Nie wiadomo. Co prawda ja jestem zdania, że sporo zależy od tego jaką energię wysyłamy, od tego gdzie kierujemy uwagę, od tego czy robimy przestrzeń w naszym życiu na poznanie kogoś. Jednak zdaję sobie sprawę, że wiele osób woli wziąć sprawy w swoje ręce w sposób bardziej „mierzalny” i namacalny i np. założyć konto na jednym z portali randkowych. Co za tym idzie – poznawać potencjalnych kandydatów czy kandydatki i zwiększać sobie szanse na to, że z kimś mu „kliknie”. I bardzo dobrze. Portal randkowy jest dziś takim samym miejscem na poznanie kogoś jak każde inne. A dla niektórych samotnych – praktycznie jedyną realną możliwością na zaspokojenie potrzeby miłości i bliskości. W tym miejscu pojawia się jednak kolejny kłopot – udręka wyboru. Tylu mężczyzn, tyle kobiet.. Z kim się umówić na spotkanie? Z kolei po spotkaniu u wielu osób pojawiają się pytania: a może jest ktoś jeszcze fajniejszy? A może do kogoś pasuję bardziej? I tu z pomocą przychodzą wszelkie narzędzia, które mogą ułatwić Ci dokonanie wyboru. Wiem, że słowo „narzędzie” w sytuacji, gdy mówimy o miłości brzmi fatalnie (oschle i naukowo), ale to po prostu coś co ułatwi Ci dokonanie wstępnej selekcji. Wszyscy ją robimy czy mamy tego świadomość czy nie i czy nam się to podoba czy nie (inaczej jak mielibyśmy dokonywać wyborów?), ale na portalu randkowym z racji braku kontaktu twarzą w twarz (przynajmniej na początku) ta selekcja jest nieco utrudniona. Właśnie dlatego powstały testy doboru partnerskiego. Test dopasowania Kochaj.pl ma za zadanie pomóc Ci „wyszukać” te osoby, które według przyjętych kryteriów w teście powinny najbardziej do Ciebie pasować.  Co znaczy w tym przypadku „pasować?” Oznacza to, iż wyselekcjonowane osoby odpowiadają Twoim zadeklarowanym oczekiwaniom, w bazowych obszarach są do Ciebie podobne, a w niektórych ( w których lepsze są drobne różnice, niż podobieństwa) – są wobec Ciebie komplementarne. Test opisuje Ciebie i potencjalnych kandydatów czy kandydatki w ośmiu kategoriach: emocjonalność, potrzeba bliskości, orientacja życiowa, skrupulatność, poszukiwanie nowych doświadczeń, potrzeba kontaktów interpersonalnych, relacje z ludźmi, styl komunikacji.
Emocjonalność:
Dotyczy tego w jaki sposób dokonujesz ekspresji emocji, na ile je kontrolujesz, jak je okazujesz, czy posiadasz umiejętność odczytywania emocji? Ponieważ lepiej czujemy się wśród osób, które charakteryzują się zbliżonym do nas stopniem i sposobem emocjonalności – dopasowanie emocjonalne może być ważnym predykatorem powodzenia  w relacji.
Potrzeba bliskości:
Mówi o tym na ile masz potrzebę przywiązania do partnera. Różnimy się między sobą w tym zakresie. Dla jednych związek to prawie jedność, dla innych ważna jest pewna doza odrębności i osobności w związku. Podobna wizja związku w tym obszarze jest bardzo istotna, aby nikt nie miał poczucia odrzucenia czy stłamszenia, tylko dlatego, że jego wyobrażenie o relacji miłosnej jest odmienne.
Orientacja życiowa:
Dotyczy tego jak reagujemy na różne sytuacje życiowe. Optymistycznie czy pesymistycznie? W tym obszarze najlepiej sprawdzają się umiarkowane różnice. Skrupulatność: Czyli jak podchodzisz do zadań, wyzwań. Jesteś bardziej uporządkowana/y czy spontaniczna/y? Jak ważna jest dla Ciebie struktura i porządek? Znaczne różnice w tym zakresie mogą nastręczać parze trudności.
Poszukiwanie nowych doświadczeń:
Mówi o tym jak reagujemy na nowe, zaskakujące rzeczy. Masz potrzebę wrażeń czy działań rutynowych? Jeśli dla Ciebie codzienność to ciąg uporządkowanych, powtarzalnych czynności, a każda zmiana wprowadza zamęt i stres – może być Ci trudno stworzyć udany związek z kimś, dla kogo życie to przygoda.
Potrzeba kontaktów interpersonalnych:
Dotyczy Twojej potrzeby częstotliwości przebywania z ludźmi i intensywności kontaktów z innymi. Podobieństwo w tym obszarze nie jest konieczne, ale pomocne dla budowania trwałości związku.
Relacje z ludźmi:
Opisuje sposób w jaki wchodzisz w interakcje z innymi. Jaką przyjmujesz rolę w grupie? Czy lubisz jej przewodzić? Jaki jest Twój poziom ugodowości? Jest to obszar, w którym potrzebny stopień podobieństwa jest sprawą indywidualną. Niektórzy lepiej czują się z osobą równie bezkompromisową jak oni, dla innych różnice w tym zakresie nie maja tak dużego znaczenia.
Styl komunikacji:
Odnosi się do preferowanego przez Ciebie sposobu komunikowania. Wolisz mówić czy słuchać? Powodzeniu w relacji sprzyja pewien stopień komplementarności w tym zakresie.
Opisy Twojego (i potencjalnych kandydatów) sposobu funkcjonowania w wymienionych powyżej obszarach są oczywiście wynikiem odpowiedzi, których udzielisz na zadane pytania. Pytania są różnorodne. Dotyczą Twojego temperamentu, zainteresowań, wartości, priorytetów, potrzeb, oczekiwań, wyobrażeń dotyczących związku itp. Część pytań dotyczy Ciebie (tego jaka/i jesteś, co możesz wnieść do związku), część potencjalnego partnera (kogo szukasz). Są również pytania dotyczące takich danych jak: wiek, wykształcenie, wiara etc. Co ważne – nie na wszystkie musisz udzielać odpowiedzi, jeśli uznasz, że jest to pytanie np. zbyt intymne. Wypełnienie testu zajmuje w przybliżeniu kilkanaście minut. Możesz też go przerwać w trakcie i wrócić do niego w innym dogodnym dla Ciebie momencie. Na koniec otrzymujesz wynik testu w postaci interpretacji (czyli mówiąc skrótowo – opisu Ciebie) oraz zostają przedstawione Ci te osoby, które test uznał za najbardziej odpowiadające Twoim oczekiwaniom. Dalsze kroki będą w tym momencie już po Twojej stronie. Czy test dopasowania zagwarantuje Ci miłość? Oczywiście, że nie. Nawet najlepszy. Bo w  relacjach nie można mówić o jakichkolwiek gwarancjach, jedynie o dobrych praktykach. Test dopasowania Kochaj.pl jest właśnie tym co ma Ci pomóc zwiększyć swoje szanse na spotkanie z kimś do kogo Ci blisko. Ja chciałabym dodać jeszcze jedną istotną dla mnie rzecz. Mianowicie co uważam za dodatkową, jednak niezmiernie ważną korzyść z wypełnienia testu. Po pierwsze zostajesz zmobilizowany/a do przemyśleń i pogłębiasz wgląd w siebie. Pracując z ludźmi zauważyłam, że jedynie część z nas jest świadoma – jaka jest, czego chce, kogo szuka, czego oczekuje. A bez tego trudno jest spełniać swoje marzenia. Jeśli czujemy się samotni i szukamy dla siebie kogoś, kto mógłby stać się dla nas kimś bliskim dobrze jest wiedzieć o co nam chodzi. Inaczej działamy po omacku. Oczywiście sama świadomość siebie i swoich potrzeb nie sprawi automatycznie, że kogoś znajdziemy, a potem pokochamy. Jest jednak ważna. Wgląd w siebie i w swoje oczekiwania sprzyja budowaniu satysfakcjonujących relacji. Stąd też korzyść wypełnienia testu dopasowania jest dla mnie podwójna. A o tym czego praktycznego dowiesz się o sobie wypełniając test doboru Kochaj.pl – w kolejnej odsłonie.

Jak wspierać poczucie własnej wartości?

Jeremi (36) od kilku lat jest sam. Jego związki też nie należały do udanych. Z różnych powodów. Zapytałam Jeremiego w czym miałyby mu pomóc nasze spotkania. „Chciałbym zrozumieć dlaczego mi nie wychodzi” – odpowiedział. Zapytałam czy byłby też zainteresowany odpowiedzią na pytanie czego potrzebuje, aby zaczęło mu wychodzić. „Oczywiście. Ale chcę też zrozumieć. Moja siostra wmawia mi, że to dlatego, że mam niskie poczucie własnej wartości. Ja? Niskie poczucie wartości? Od 17 roku życia sam się utrzymuję. Radzę sobie lepiej, niż wszyscy moi znajomi razem wzięci. Pracuję dla największych firm w tym kraju. Czy o kimś takim można powiedzieć, że ma niskie poczucie własnej wartości?”

Owszem, można. I o tym też rozmawiam z Jeremim. Jakkolwiek doceniam osiągnięcia Jeremiego w jego życiu zawodowym, tak poczucie własnej wartości jest czymś więcej niż tylko poczuciem pewności, że potrafimy myśleć i umiemy stawiać czoło różnym wyzwaniom. To Jeremi z pewnością ma. Ale poczucie własnej wartości to także przekonanie, że mamy prawo do szczęścia i powodzenia, że jesteśmy wartościowi i zasługujemy na zaspokojenie swoich potrzeb i pragnień, osiąganie tego co dla nas ważne, a także cieszenie się owocami swoich wysiłków (także w życiu osobistym). W skrócie więc można powiedzieć, iż esencją poczucia własnej wartości jest zaufanie do swojego umysłu i wiara we własną skuteczność oraz przekonanie, że zasługujemy na szczęście i mamy do siebie szacunek. Zdrowa samoocena jest czymś  fundamentalnym. Jej wartość polega na tym, że pozwala nam lepiej się czuć i lepiej żyć. Stanowi ona jedną z najlepszych zapowiedzi osobistego szczęścia. Nie jest jednak panaceum. To tak jak z układem odporności. System immunologiczny nie stanowi gwarancji, że człowiek nigdy nie zachoruje, ale sprawia, że jest on mniej podatny na choroby i lepiej wyposażony, żeby je pokonać. Podobnie wysoka samoocena nie da pewności, że nigdy nie przeżyjemy lęku czy depresji na skutek życiowych trudności, ale sprawi, że będziemy na nie mniej wrażliwi i  lepiej wyposażeni do ich przekraczania.

Po czym poznasz, że Twoje poczucie własnej wartości jest wysokie:

* Jesteś racjonalny/a
* Wżyciu kierujesz się realizmem i intuicją
* Jesteś twórczy/a
* Jesteś niezależny/a
* Potrafisz radzić sobie ze zmianą
* Potrafisz przyznać się do błędów i potrafisz je korygować oraz wyciągac z nich wnioski
* Jesteś osobą życzliwą
* Potrafisz współpracować
* Lubisz wyzwania
* Stale poszukujesz nowych bodźców
* Stawiasz sobie ambitne (ale nie zbyt ambitne lub prawie nieosiągalne) i wartościowe cele
* Gdy w Twoim życiu pojawia się jakiś problem – radzisz sobie z nim
* Po upadku – potrafisz się podnieść
* Masz potrzebę autoekspresji
* Twoja komunikacja jest otwarta, uczciwa i adekwatna
* W komunikacji pragniesz jasności, nie boisz się jej
* Twoje związki są zwykle satysfakcjonujące i życiodajne
* Jesteś wobec innych uczciwy/a
* Do innych odnosisz się z szacunkiem
* Jesteś osoba uprzejmą
* Jesteś osobą hojną
* Zwykle potrafisz założyć czyjeś dobre intencje
* Innych ludzi akceptujesz takimi jacy są
* Potrafisz przyjmować od innych
* Twoim życiowym motto mogłoby być dążenie do radości i szczęścia
* Twoje sukcesy Cię cieszą
* Spożytkowujesz swoje możliwości
* Gdy bronisz swoich przekonań czujesz się komfortowo
* Uważasz, że masz prawo chronić swoje wartości i potrzeby
* Uważasz, że radość i szczęście stanowią naturalne, przyrodzone prawo
* Prowadzisz ze sobą dialog
* Jesteś otwarty/a na nową wiedzę
* Potrafisz na siebie zarabiać
* Potrafisz się sobą opiekować
* Masz do siebie zaufanie
* Cieszysz się, że żyjesz
* Nie masz specjalnych trudności w dzieleniu się swoimi sukcesami, jak i niepowodzeniami
* Z łatwością przyjmujesz komplementy i ciepłe uczucia
* Potrafisz okazywać wdzięczność
* Jesteś otwarty/a na konstruktywna krytykę
* Żyjesz w zgodzie ze sobą
* Twoje wypowiedzi i ruchy są spontaniczne i harmonijne
* Wobec nowych idei, doświadczeń i możliwości jesteś otwarty/a
* Uczucia lęku i niepewności nie obezwładniają Cię
* Potrafisz się z siebie śmiać
* Na różne sytuacje i wyzwania reagujesz elastycznie
* Jesteś asertywny/a
* Akceptujesz asertywność innych

Po czym poznasz, że Twoje poczucie własnej wartości jest niskie:

* Jesteś raczej osobą sztywną
* Obawiasz się nowego i nieznanego
* Nazwałbyś siebie konformistą
* Jesteś osobą uległą
* Jeśli się buntujesz lub bronisz, to w sposób mało adekwatny do sytuacji
* Wobec innych czujesz lęk lub wrogość
* Dostrzegasz u siebie zachowania nadmiernie kontrolujące
* W życiu poszukujesz bezpieczeństwa, tego co znane i mało wymagające
* Nie masz specjalnej wiary w to, że możesz sporo osiągnąć, tak w życiu zawodowym, intelektualnym, jak i emocjonalnym, twórczym i duchowym
* Żyjesz raczej mechanicznie
* Twoja komunikacja jest raczej mglista i wykrętna
* Komunikując się jesteś niepewny/a własnych myśli i uczuć
* Komunikując się obawiasz się reakcji rozmówcy
* Twoje związki są z reguły nieudane i wyniszczające
* W relacjach z innymi raczej spodziewasz się odrzucenia, upokorzenia, intrygi lub zdrady
* Jesteś osoba nieufną
* Jesteś skąpy/a
* U innych zwykle zakładasz złe intencje
* Masz poczucie, że nie masz zbyt wiele do zaoferowania
* Masz kłopot z akceptacją innych ludzi takimi jacy są
* W innych ludziach szukasz tego co mogą dla mnie uczynić, a czego nie
* Kiedy ktoś okazuje Ci ciepło i oddanie wprowadza Cię to w zakłopotanie
* W dyskusjach lubisz mieć rację i tzw. ostatnie słowo
* Czasem starasz się być niewidzialny/a
* Często masz poczucie, że nikt Cię nie zauważa
* Twoim życiowym motto mogłoby być dążenie do unikania bólu
* Twoje sukcesy nie dają Ci satysfakcji
* Twoim motorem do działania jest lęk
* Często udowadniasz innym swoją wartość
* Często czujesz się jak bierny obserwator lub ofiara wydarzeń
* Masz tendencję do uzależnień
* Masz skłonności do izolacji lub „wtapiania się” w relację lub grupę
* Uważasz, że świadomość to przekleństwo
* Nie lubisz ze sobą rozmawiać i nie robisz tego
* Wciąż powtarzasz te same błędy
* W swoim życiu raczej przewidujesz porażki, niż sukcesy
* Nie potrafisz dzielić się swoimi sukcesami
* Swoje niepowodzenia skrzętnie ukrywasz przed sobą i/lub innymi
* W sytuacji komplementowania czy chwalenia czujesz się nieswojo
* Trudno Ci przychodzi okazywanie wdzięczności
* Masz trudności z przyjęciem konstruktywnej krytyki
* Masz trudność z przyznaniem się do błędów
* Żyjesz „cudze”, a nie swoje życie
* Twoje wypowiedzi i ruchy są chaotyczne i niespokojne
* Wobec nowych idei, doświadczeń i możliwości jesteś raczej zamknięty/a
* Jesteś „śmiertelnie poważny”
* Brakuje Ci elastyczności w reagowaniu i działaniu
* Masz kłopoty z asertywnością
* Złościsz się, gdy inni zachowują się wobec Ciebie asertywnie

Poczucie własnej wartości nie jest zero-jedynkowe. To nie jest tak, że je masz lub nie. Samoocena jest wymiarem. Wyobraź sobie jakąś skalę, powiedzmy 10 stopniową. Na niej możesz oszacować swój poziom poczucia własnej wartości. Dodatkowo poziom samooceny może się podnosić i opadać wielokrotnie w ciągu życia. Zmiany te zależą w jakiejś mierze od okoliczności zewnętrznych, ale przede wszystkim od naszego działania na rzecz naszego poczucia własnej wartości. Tu pojawia się pytanie o jakie działania chodzi? Co możemy robić, aby samoocenę wspierać? Metod i technik znajdziecie na pewno wiele, ale większość proponowanych strategii sprowadza się do przesyłania całusów swojemu odbiciu w lustrze i powtarzaniu sobie, że jesteś genialny/a i nikt Ci do pięt nie dorasta. Lub innych o podobnej głębi. Takie propozycje nie tylko nie działają lub na bardzo krótką metę. One mogą nawet pogłębiać problem, bowiem wspierają„ja fasadowe”, nie autentyczne. Nie twierdzę, że praca z tzw. afirmacjami (afirmacja to zdanie wpływające na poziom samoakceptacji, afirmowanie polega zazwyczaj na powtarzaniu pozytywnych twierdzeń np. na temat własnej osoby) nie działa. Przeciwnie. Uważam, że my afirmujemy cały czas, tylko w sposób dla siebie niekorzystny. Potrafimy całe życie mieć w głowie mantrę pt. „nie uda ci się”, „nie dasz rady” itp., a w którymś momencie naprawdę zaczyna to być naszym przeznaczeniem. Dlatego jestem jak najbardziej za tym, aby afirmować – ale afirmować odpowiednio.
Poniżej znajdziecie całą długą listę zdań, które mogą stanowić takie afirmacje. Możesz powiesić je sobie nad łóżkiem, na lustrze, na lodówce i przypominać sobie ich treść. Możesz codziennie rano lub wieczorem odczytywać po cichu lub na głos, aż staną się one Twoją opowieścią. Możesz je wydrukować i pociąć na kawałki (jeden punkt na jednej kartce), a następnie wszystkie karteczki włożyć do słoika. Każdego dnia rano wyciągnij jedną kartkę. „Pracuj” z danym zdaniem cały dzień. Odczytuj je, powtarzaj. Staraj się zauważać w ciągu dnia momenty, kiedy dałeś/łaś radę zachować się tak, jak gdyby dane zdanie było dla Ciebie zupełnie naturalne. Możesz nie losować, a sam/a zdecydować, z którymi zdaniami chcesz pracować najpierw. Wariacji tego ćwiczenia jest wiele. Bardzo dobrze też robi, gdy afirmujemy przy lustrze patrząc sobie głęboko w oczy. Brzmi szamańsko, naiwnie, banalnie? Powiedz mi, że nie zdarzyło Ci się stanąć przed lustrem i zarzucić się potokiem bolesnych ataków: „jak ty wyglądasz?”, „jesteś grubą świnią”, „co ty ze sobą zrobiłaś?”, „jesteś beznadziejny”? Po takim doświadczeniu czujesz się dokładnie tak jak do siebie mówisz – beznadziejnie. Dlaczego więc nie możesz mądrze i niepowierzchownie zacząć mówić do siebie inaczej?

Ćwiczenie**

* Mam prawo do istnienia.
* Wysoko siebie cenię.
* Mam prawo szanować i traktować jako ważne własne potrzeby i pragnienia.
* Nie po to istnieję, by dorastać do cudzych oczekiwań. Moje życie należy do mnie.
* Każdy człowiek jest panem swojego życia. Nikt nie żyje na świecie po to, by spełniać moje oczekiwania.
* Nie uważam siebie za czyjąś własność ani nie uważam nikogo za swoją własność.
* Zasługuję na miłość.
* Zasługuję na podziw.
* Zwykle jestem lubiany/a i szanowany/a przez tych, których lubię i szanuję.
* Powinienem postępować wobec ludzi sprawiedliwie i uczciwie, a inni powinni postępować sprawiedliwie i uczciwie wobec mnie.
* Zasługuję, by być traktowanym/ą przez wszystkich uprzejmie i z szacunkiem.
* Kiedy ludzie traktują mnie nieuprzejmie lub bez szacunku, świadczy to o nich, nie o mnie. Świadczy to o mnie tylko wówczas, gdy takie traktowanie uznaje za słuszne.
* Jeżeli ktoś nie odwzajemnia moich uczuć, może to być bolesne i rozczarowujące, ale nie świadczy to o mojej wartości.
* Żaden człowiek czy grupa nie może dyktować, co powinienem myśleć i odczuwać na swój temat.
* Ufam podpowiedziom swojego umysłu.
* Widzę to, co widzę, i wiem to, co wiem.
* Bardziej mi służy poznanie prawdy niż zachowanie przekonania, że mam rację za cenę niedostrzegania faktów.
* Jeżeli będę wytrwały/a, zrozumiem to, co potrzebuję zrozumieć.
* Jeżeli będę wytrwały/a, a moje cele realistyczne, to będę w stanie je osiągnąć.
* Jestem w stanie sprostać fundamentalnym wymaganiom życia.
* Zasługuję na szczęście.
* Jestem wystarczająco dobry.
* Potrafię podnosić się po porażkach.
* Mam prawo popełniać błędy – to jeden ze sposobów, w jaki się uczę. Błędy nie są powodem do potępiania siebie.
* Nie rezygnuję ze swoich sądów. Nie udaję, że moje przekonania są inne, niż są naprawdę, by zdobyć popularność czy aprobatę.
* Rzecz nie w tym, co oni myślą, ale co ja wiem. To, co wiem, jest dla mnie ważniejsze niż czyjeś błędne przekonanie.
* Nikt nie ma prawa narzucać mi idei i wartości, których nie akceptuję, tak jak ja nie mam prawa narzucać innym swoich idei i wartości.
* Jeżeli moje cele są racjonalne, zasługuje na to, by odnieść sukces w ich realizacji.
* Szczęście i sukces – tak jak zdrowie- są moim naturalnym stanem, a nie chwilowym odchyleniem od normy.
* Rozwój i spełnienie siebie są uprawnionymi celami moralnymi.
* Moje szczęście i samorealizacja są szlachetnymi celami.
* Im bardziej uświadomię sobie, co wpływa na moje zainteresowania, wartości, potrzeby, cele, tym lepsze będzie moje życie.
* Cieszę się mogąc samodzielnie myśleć.
* Lepiej mi służy korygowanie błędów niż udawanie, że nie istnieją.
* Lepiej mi służy świadome niż nieświadome kierowanie się moimi wartościami, a także intelektualne kwestionowanie ich, a nie bezkrytyczne trzymanie się ich jako niepodważalnych aksjomatów.
* Chcę wypatrywać pokus, by uchronić się od nieprzyjemnych wydarzeń; chcę opanowywać impulsy do uników, a nie poddawać się im.
* Jeżeli zrozumiem szerszy kontekst, w którym żyję i działam, będę bardziej efektywny/a; warto spróbować rozumieć otoczenie i świat wokół siebie.
* Aby być ciągle skutecznym/ą chcę stale poszerzać swoją wiedzę; chcę, żeby uczenie się było moim stylem życia.
* Im lepiej poznam i zrozumiem siebie, tym lepsze życie będę mógł/mogła prowadzić. Poznanie siebie jest imperatywem spełnienia.
* U samego podłoża egzystencji istnieję dla siebie.
* U samego podłoża egzystencji akceptuję siebie.
* Uznaję fakt istnienia wszystkich moich myśli , nawet gdy ich nie aprobuję i nie decyduję się według nich postępować. Nie wypieram się ich ani się od nich nie odcinam.
* Potrafię uznać fakt istnienia moich odczuć i emocji, nawet jeśli mi się nie podobają, nie aprobuje ich i nie pozwalam, aby kierowały moim postępowaniem. Nie wypieram się ich ani się od nich nie odcinam.
* Potrafię uznać fakt, że zrobiłem/łam to co zrobiłem/łam, nawet jeżeli tego żałuje i to potępiam. Nie wypieram się swoich czynów ani się od nich nie odcinam.
* Przyznaję, że moje myśli, odczucia i uczynki są wyrazem mojej osoby, przynajmniej w chwili gdy występują. Nie jestem spętany/a tymi z nich, których nie mogę zaaprobować, ale również nie zaprzeczam ich istnieniu ani nie udaję, że nie należą do mnie.
* Uznaję fakt istnienia moich problemów, ale to nie one stanowią o tym kim jestem. Nie są istota mnie. Moje lęki, cierpienie, niepewność czy błędy nie stanowią sedna mojej osoby.
* Jestem odpowiedzialny/a za swoja egzystencję.
* Jestem odpowiedzialny/a za realizacje swoich pragnień.
* Jestem odpowiedzialny/a za poziom świadomości, z jaką podchodzę do pracy i innych moich działań.
* Jestem odpowiedzialny/a za poziom świadomości, z jaką podchodzę do relacji z ludźmi.
* Jestem odpowiedzialny/a za swoje zachowanie wobec innych ludzi.
* Jestem odpowiedzialny/a za dysponowaniem swoim czasem.
* Jestem odpowiedzialny/a za jakość mojej komunikacji.
* Jestem odpowiedzialny/a za swoje szczęście.
* Jestem odpowiedzialny/a za wybór lub akceptowanie wartości, zgodnie z którymi żyję.
* Jestem odpowiedzialny/a za podnoszenie samooceny. Nikt nie może podarować mi poczucia własnej wartości.
* W ostatecznym sensie uznaje fakt swojej samotności. Uznaję, że nie pojawi się ktoś, kto by nagle naprawił moje życie, wybawił mnie, odkupił ciężary mojego dzieciństwa, uwolnił od konsekwencji podjętych decyzji i działań. Ludzie mogą przychodzić mi z pomocą  w konkretnych sprawach, ale nikt nie może wziąć fundamentalnej odpowiedzialności za moje istnienie.
* Potrzeba odpowiedzialności za siebie jest sprawą naturalną. Nie postrzegam jej w kategoriach tragedii.
* Generalnie wyrażanie przeze mnie myśli, przekonań i uczuć uznaję za właściwe, chyba że znajduję się w sytuacji, w której oceniam to jako niepożądane.
* Mam prawo wyrażać siebie w stosowny sposób w stosownym kontekście.
* Mam prawo stawać w obronie swoich przekonań.
* Mam prawo uznawać swoje wartości i uczucia za ważne.
* W moim interesie leży, aby inni widzieli i wiedzieli, kim jestem.
* Tylko ja mogę właściwie określić cele, dla których żyję. Nikt inny nie może dobrze zaplanować mojego istnienia.
* Jeżeli mam odnieść sukces, potrzebuję nauczyć się, jak realizować swoje cele. Potrzebuję obmyślić i wprowadzić w życie plan działania.
* Jeżeli mam odnieść sukces, potrzebuję zwracać uwagę na skutki swojego postępowania.
* W moim interesie jest stały kontakt z rzeczywistością, tzn. poszukiwanie informacji, także zwrotnych, które wiążą się z moimi przekonaniami, działaniami i celami.
* Chcę praktykować samodyscyplinę, nie traktując tego jako ofiary, ale jako naturalny warunek wstępny zrealizowania pragnień.
* Chcę postępować według zasad, które wyznaję.
* Chcę dotrzymywać obietnic.
* Chce wywiązywać się ze swoich zobowiązań.
* Chcę postępować wobec innych szczerze, uczciwie, życzliwie i ze współczuciem.
* Chcę dążyć do moralnej spójności.
* Chcę starać się, by moje życie stało się odzwierciedleniem wewnętrznej wizji dobra.
* Moja samoocena jest cenniejsza niż krótkotrwała nagroda za jej zdradę.
* To co jest, jest. Fakt jest faktem.
* Zamykanie oczu na fakty nie sprawia, że nieprawda staje się prawdą, a prawda nieprawdą.
* Szacunek dla faktów przynosi o wiele bardziej satysfakcjonujące rezultaty niż urąganie faktom.
* Życie i dobrobyt zależą od właściwego wykorzystania świadomości. Unikanie obowiązku dostrzegania rzeczywistości nie służy przystosowaniu.
* W zasadzie na świadomości można polegać, wiedzę można zdobyć, rzeczywistość można poznać.
* wartości, które wspierają życie człowieka i i jego spełnienie na ziemi, są nadrzędne wobec takich wartości, które temu zagrażają.
* Człowiek jest celem, nie środkiem realizacji celów innych ludzi i tak powinien być traktowany. Nikt nie jest niczyją własnością (ani rodziny, ani wspólnoty, ani Kościoła, ani społeczeństwa, ani państwa, ani świata).
* Przynależność dorosłych ludzi do wszelkich grup powinna być skutkiem ich własnego wyboru.
* Związki, których podstawą jest obopólna wymiana, są nadrzędne wobec opartych na poświęceniu kogokolwiek komukolwiek.
* Świat, w którym uznajemy odpowiedzialność swoją i innych za podejmowane decyzje i działania, jest lepszy od świata, w którym zaprzeczamy tej odpowiedzialności.
* Zaprzeczanie osobistej odpowiedzialności nie służy niczyjemu poczuciu wartości, a już najmniej osobie, która tak postępuje.
* Z racjonalnego punktu widzenia to, co moralne, jest tym, co praktyczne.

** Zdania zaczerpnęłam z książki Nathaniela Brandena „6 filarów poczucia własnej wartości”

Wspieranie poczucia własnej wartości to PRAKTYKA. Praktyka wymaga czasu i dyscypliny. Nie jest to działanie zrywami, pod wpływem impulsu czy kryzysu. Jest to sposób codziennego funkcjonowania w sprawach dużych i małych. To sposób zachowania się będący również sposobem bycia. No dobrze – zapytacie, ale jak praktykować? Według wspomnianego powyżej Nathaniela Brandena poczucie własnej wartości jest konsekwencją czy efektem określonych strategii postępowania. To ich zainicjowanie w sobie oraz stałe ich używanie (praktykowanie właśnie) mają wpływ na podniesienie poziomu naszej samooceny. O jakich strategiach mowa? Branden skupia się na sześciu – według niego kluczowych. Są to: praktyka świadomego życia, praktyka samoakceptacji, praktyka odpowiedzialności za siebie, praktyka asertywności, praktyka życia celowego, praktyka prawości. Branden jest zdania, że w praktykowaniu powyższych obszarów nie trzeba osiągać perfekcji. Aby rozwinąć poczucie własnej wartości wystarczy podnieść swój średni poziom funkcjonowania. Mówi: „Prawdę mówiąc, zachęcam pacjentów, by myśleli w kategoriach raczej małych, a nie wielkich kroków. Wielkie mogą onieśmielać (i paraliżować), podczas gdy małe wydają się bardziej osiągalne, a jeden mały krok pociąga za sobą drugi”.

Życie świadome

Życie świadome polega na konfrontowaniu się z faktami i ich poszanowanie. Mam tu na myśli fakty dotyczące rzeczywistości zarówno ze świata wewnętrznego (potrzeby, emocje, pragnienia, przekonania), jak i zewnętrznego.  Świadomość oznacza widzieć i wiedzieć jak jest. Warto tu zaznaczyć, że może nam się nie podobać to co widzimy, ale potrafimy to rozpoznać. Zgodnie z  praktyką świadomości np. tak trudne stany jak lęk czy ból powinny być traktowane nie jako sygnał, by zamknąć oczy, ale by otworzyć je szerzej. Jak pisze Branden: „Wysoka samoocena nie domaga się nieskazitelnego sukcesu, ale szczerego zamiaru by być świadomym”.

Samoakceptacja

Najkrócej mówiąc akceptacja siebie jest odmową bycia swoim wrogiem. Akceptować siebie to stać po swojej stronie, być swoim sprzymierzeńcem. Akceptacja pociąga za sobą deklarację: „decyduję się cenić siebie, traktować siebie z szacunkiem i dawać sobie prawo do istnienia.”. Samoakceptacja jest odmową uznawania jakiegokolwiek aspektu nas (ciała, myśli, uczuć, czynów, marzeń) za obce. To gotowość doświadczania, a nie odcinania się , od wszystkich faktów naszego istnienia w danej chwili. „Akceptować” nie oznacza „lubić”. Oznacza jedynie doświadczać, bez zaprzeczania i unikania, że fakt jest faktem. Uwaga! Gotowość doświadczania i akceptowania uczuć nie oznacza, że muszą one decydować o naszym postępowaniu. Akceptacja własnych emocji czy zachowań ma uzdrawiającą moc. Jeśli w pełni doświadczymy i zaakceptujemy niechciane myśli czy uczucia często będziemy w stanie się ich pozbyć. Uzyskawszy bowiem prawo istnienia znikną z centralnej pozycji. To nie akceptacja, lecz zaprzeczanie sprawia, że tkwimy w tym samym miejscu.

Odpowiedzialność za siebie

Być za siebie odpowiedzialnym oznacza wziąć odpowiedzialności za swoje życie i dobro. A więc: za realizację swoich pragnień; za swoje wybory i działania; za stopień świadomości z jaką podchodzimy do swojej pracy; za stopień swojej świadomości w relacjach z ludźmi; za swoje zachowanie wobec innych; za to jak spędzamy czas; za swoje szczęście; za jakość swojej komunikacji z innymi; za wybór swoich wartości, którymi kieruję się w życiu; za podnoszenie swojej samooceny.

Asertywność

Asertywność oznacza szanowanie własnych pragnień, potrzeb, wartości i poszukiwanie właściwych form wyrażania ich w życiu codziennym. W praktyce przejawia się to w gotowości do stawania w swojej obronie, otwartego bycia tym kim jestem, traktowania siebie z szacunkiem. Być asertywnym to żyć autentycznie oraz mówić i działać zgodnie ze swoimi najgłębszymi przekonaniami i uczuciami. Ale uwaga! Prawdziwa asertywność nie wyraża się w działaniu typu czołg. Autentyczna i dojrzała asertywność jest bardzo wrażliwa na kontekst.

Życie celowe

Jak mówi Nathaniel Branden: „Żyć bez celu to zdawać się na łaskę przypadku”. Aby czuć się wartościowymi w jakiejś mierze potrzebujemy tez czuć się kompetentnymi czy skutecznymi. W tym może nam pomóc praktyka życia celowego. Wiąże się ona z takimi zagadnieniami jak: umiejętnością formułowania celów, umiejętnością określenia działań niezbędnych do ich realizacji, obserwacją zachowań w celu sprawdzenia ich zgodności z wyznaczonymi celami, obserwowaniem wyników własnych działań w celu sprawdzenia czy prowadza tam dokąd chcemy.

Prawość

Prawość dotyczy spójności naszych ideałów, sądów, standardów i przekonań z zachowaniami. Kiedy nasze zachowanie pozostaje w konflikcie z przekonaniami o tym co właściwe – tracimy twarz we własnych oczach. Prawość wiąże się z takimi pytaniami jak: czy jestem uczciwy/a, godny/a zaufania, czy można na mnie polegać? Czy dotrzymuję obietnic?  Czy jestem prawy/a i uczciwy/a w kontaktach z innymi? Tragedia wielu ludzi polega na tym, że nie doceniają kosztów i konsekwencji , jakie dla samooceny niesie hipokryzja i nieuczciwość.

Czy wszystko trzeba przegadać?

Pracowałam kiedyś z parą. Pani nadajmy imię Monika. Panu – Witold. Inicjatorem rozpoczęcia terapii była Pani. Za cel podała: „żebyśmy nauczyli się wreszcie ze sobą rozmawiać”. Pytanie o to „po czym by Pani poznała, że się tego nauczyliście?” zostawiłam na później. Zaczęłam od tego „co z tego, że będą umieli ze sobą rozmawiać ma wynikać?.” „W końcu byśmy się dogadali. Porozumieli.” – odpowiedziała Pani. „W jakiej sprawie na przykład?” – zapytałam. „W każdej” – padła odpowiedź z ust pani Moniki. „Bo mój mąż nie rozmawia. Nie wiem, nie chce?, nie potrzebuje?, nie umie? Ale nie rozmawia. A przecież zgodzi się Pani, że rozmowa jest podstawą związku?” – padło w moim kierunku. Pan, w istocie, do tej pory nie powiedział ani słowa. Zapytałam czy chciałby się odnieść do słów żony. „Sam nie wiem, wie Pani? – zaczął. „Moja żona chce rozmawiać o wszystkim. I ok. Jeśli ona ma taką potrzebę to w porządku. Ja mogę słuchać. Ale ona nie tylko chce mówić. Ona też chce wiedzieć. Więc mnie o wszystko wypytuje. Jak w pracy? Dlaczego nic nie mówię? Ja nie mam potrzeby paplać o wszystkim na prawo i lewo. Każda nasza kłótnia kończy się serią rozmów. Ja nie mam na to siły. Czy naprawdę trzeba rozkładać na czworo każdą moją minę lub fakt, że od godziny czytam gazetę bez słowa? Czy naprawdę wszystko trzeba przegadać?”.

Nie da się ukryć, że psychologowie i psychoterapeuci w rozmowie pokładają duże nadzieje. Niektórzy nawet się śmieją, że jeśli pójdzie się do psychologa to ten na bank zaleci: „proszę o tym ze sobą porozmawiać”. Czy psychoterapeuci więc są zdania, że rozmowa jest panaceum na wszystko? Czy według nich, cytując mojego pacjenta Witka, „wszystko da się przegadać”?

Otóż nie. Takie jest moje zdanie i przynajmniej jeszcze kilku psychoterapeutów jakich znam lub czytuję. Rzeczywiście, obserwuję takie przekonanie, zarówno u niektórych psychoterapeutów, jak i ich pacjentów, że rozmowa ma nieograniczone moce i prowadzi do samego dobra. Trzeba tylko nauczyć się to robić. Moim zdaniem nie istnieje coś takiego jak panaceum na wszystko, choć chcielibyśmy w swym dziecięcym pragnieniu dostać receptę na szczęśliwy związek i udane życie. Rozmowa, choć z założenia może wiele, też ma swoje ograniczenia.

Po pierwsze rozmowa nie zawsze jest skutecznym sposobem na rozwiązanie jakiegoś problemu w związku. Są przecież takie problemy czy różnice zdań, których przeskoczyć czy przegadać się nie da. Czasem jedynym możliwym i najlepszym rozwiązaniem jest zgodzić się na to, że w jakiejś sprawie nie dojdziemy do porozumienia. Np. John Gottman (amerykański terapeuta par) uważa, że blisko 70 % konfliktów w związku jest właściwie nierozwiązywalnych. Tę nadzieję, że rozmową da się wszystko załatwić, żywią często moi pacjenci. Przychodząc na wspólną terapię wierzą, że rozmawiając ze sobą ze wszystkim sobie poradzą. Oczywiście, podjęcie rozmowy z reguły bywa pomocne i korzystne, ale radzę porzucić nadzieję, że rozmowa ma zawsze moc czarodziejskiej różdżki.

Po drugie, nie z każdym można porozmawiać. W tym miejscu przypomina mi się moja dawna pacjentka Renata. Renata od lat żyła w przemocowym związku. Ale głęboko wierzyła w to, że „jej mąż jest dobrym, ale bardzo skrzywdzonym człowiekiem”, stąd jego zachowanie. Moja pacjentka usiłowała rozmawiać z nim na różne sposoby, żywiąc głębokie przekonanie, że „w końcu coś do niego dotrze, przecież nikt nie jest niereformowalny.” Choć ogromnie wierzę w ludzki rozwój i transformację (inaczej pewnie musiałabym zmienić zawód), to uważam, że nie każdy jest na rozmowę i to co z niej wynika gotowy. Nie trzeba być w relacji przemocowej, by przekonać się, że z niektórymi osobami rozmawia się trudniej. Do nich należą np. osoby introwertyczne, czyli takie, które bardziej koncentrują się na swoim świecie wewnętrznym, niż tym co na zewnątrz. Introwertycy często (choć nie musi być to regułą) zamiast rozmawiać (lub zanim porozmawiają) potrzebują pobyć ze swoimi myślami i przeżyciami sami. Zmuszanie ich do rozmowy jawi się im nierzadko jako nękanie.

Po trzecie, są tematy, których forsowanie jest moim zdaniem niepotrzebne. Do nich należą np.: niekończąca się rozmowa na temat rodziny pochodzenia, byłych partnerów, przeszłych doświadczeń seksualnych. Nie uważam też za potrzebne mówienie tzw. prawdy, kiedy z jej ujawnienia nic nie może wyniknąć. A na pewno nic dobrego. Przypomina mi się pacjentka, której matka powiedziała, że chciała ją abortować. Lub inny pacjent, który odchodząc od żony powiedział  przy pożegnaniu, że nigdy jej nie kochał. Jednym z zaleceń podczas psychoterapii bywa rozmowa z najbliższymi. Np. z rodzicami, o tym w jaki sposób nas zranili. Oczywiście, czasem z niego korzystam, ale uważam, iż bywa ono nadużywane. Zgadzam się z psychoterapeutką Agnieszką Iwaszkiewicz (Wysokie obcasy extra, czerwiec 2017), iż „Czasem zamiast o tym rozmawiać, trzeba swoje uczucia przepracować i zaakceptować to, że mama ma swoją perspektywę wspólnej przeszłości i raczej mało prawdopodobne, że zdanie zmieni. Dorosły może sobie poradzić z trudnym dzieciństwem inaczej, niż dzięki rozmowie z rodzicami (…)”. Jestem zdania, że niepotrzebne jest również poruszanie tematów, o których wiemy, iż są dla kogoś bolesne, a on sam nie zgłasza chęci rozmowy na ten temat. Szczególnie, jeśli to nas nie dotyczy. Moja znajoma, świeżo upieczona psycholożka, miała taką tendencję, że konfrontowała wszystkich wokół z tym co uznawała za ważne, by jej rozmówcy sobie uświadomili. Dla ich tzw. dobra. Ja to z kolei widziałam jako, po pierwsze, pomieszanie ról (i właściwie jej nadużywanie), po drugie jako zupełny brak szacunku dla nieświadomości i milczenia rozmówcy, a po trzecie, za działanie nie na rzecz innych, ale na rzecz siebie. Być może moja znajoma potrzebowała tego, by poczuć się mądra? Lub też po to, aby czuć się lepsza? Możemy przytaczać różne hipotezy. W każdym razie – po coś to robiła. I tu poruszamy kolejny ważki temat przy okazji mówienia o ograniczeniach rozmowy, a mianowicie temat motywacji do jej podjęcia.

Rozmawiać zdecydowanie warto. Ale bardzo ważne jest, abyśmy wiedzieli po co to robimy. Czasem wydaje się nam, że zachęcamy partnera do rozmowy, żeby rozwiązać jakiś problem lub się porozumieć. A tak naprawdę rozmowa służy nam głównie po to, aby wylać swoje pretensje i żale, zaatakować, zranić.
Czasami używamy rozmowy do manipulacji czy szantażu emocjonalnego. Jedna moja klientka, kiedy zachęcany do rozmowy partner nie chciał jej podejmować, wykrzykiwała mu: „W takim razie następnym razem nie mów mi, że zrobiłeś wszystko, żeby się dogadać!”.
Propozycja rozmowy (szczególnie kolejnej i kolejnej na ten sam temat) bywa też niezgodą na to, co się słyszy. Jeden z moich pacjentów jeszcze w długi czas po zdradzie żony wracał do tego tematu. Wciąż pytał ją „dlaczego”, choć ona wielokrotnie mu odpowiadała. To mu nie wystarczało. W ciągu naszej pracy mój pacjent uświadomił sobie z czego wynika ta potrzeba rozmawiania. Tak naprawdę nie miał zgody na to co słyszy. Miał swoje wytłumaczenie zaistniałej sytuacji, a ponieważ żona jej nie potwierdzała – ciągle drążył. Miał poczucie, że jeszcze się w  tej sprawie nie dogadali.
Inny powód, dla którego podejmujemy rozmowę to próba zmiany partnera. Bez przerwy chcemy rozmawiać o tym, że partner kolejny rok z rzędu nie rzucił palenia (choć nigdy nie mówił, że ma taki zamiar, a my poznaliśmy go jako palacza) lub nadal nie chodzi z nami do teatru i liczymy na to, że kolejna rozmowa coś zmieni.
Bywa, że domagamy się rozmowy z lęku. Jak mówi Agnieszka Iwaszkiewicz: „’Rozmawiaj ze mną’ może oznaczać ‘bądź ze mną w kontakcie’. Bo jak jesteś wycofany, to ja się czuję opuszczony/a i tracę poczucie bezpieczeństwa. Lub kiedy partner milczy, u drugiego pojawia się poczucie odpowiedzialności za ten stan, więc próbuje zacząć rozmowę, w wyniku której ma poczuć, że nie jest źródłem przygnębienia czy zmartwienia partnera. I w ten sposób poradzić sobie z własnym, nieadekwatnym poczuciem winy. Może być jeszcze tak, że za tym ‘opowiedz mi, co się z tobą dzieje’ kryje się chęć przerwania nieprzyjemnego stanu bliskiej osoby. ‘Powiesz mi co czujesz to ci ulży i przejdzie. No już, skończ z tym smutkiem!(…) Bo JA to ciężko znoszę.’”
W każdym z powyższych przypadków idea rozmowy jest używana do radzenia sobie z własnymi uczuciami. Nie ma więc tych walorów, które powinna mieć rozmowa: bycia w prawdziwym kontakcie, tworzenia więzi i bliskości, pomocy, wsparcia, porozumienia. Jestem zdania, że wtedy odmówienie rozmowy nie jest ucieczką, brakiem odwagi, brakiem umiejętności, zaprzeczeniem czy wyparciem, ale chęcią ochrony siebie, postawieniem zdrowych granic, odmową poddania się naciskowi, ewentualnie dojrzałą decyzją, że kolejna rozmowa już nic nie wniesie.

Jeśli nie rozmowa to co?

Są pary, dla których rozmowa jest podstawą ich relacji. Tzw. gadanie o wszystkim, ciągła wymiana myśli, emocji i wrażeń, intelektualne porozumienie stanowią fundament ich związku. Nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, uważam, że to bardzo cenne. Chodzi jedynie o to, „aby nie robić z rozmowy przymusu, żeby dopuścić możliwość, że jak się czegoś na bieżąco nie przegada, to nie oznacza, że związek się sypie, zbierają się złogi, w ogóle jest fatalnie” – Agnieszka Iwaszkiewicz. Poznałam kiedyś pewną parę podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów. Nie rozmawiali ze sobą dużo. Moja znajoma przyglądając się im któregoś wieczoru szepnęła do mnie: „ To się nazywa martwy związek”. A ja to zobaczyłam inaczej. Miałam wrażenie, że mimo braku wymiany werbalnej dzieje się między nimi dużo. Czuło się jakiś rodzaj więzi, bliskości, intymności, jakiejś pozawerbalnej wymiany. Są przecież pary, które porozumiewają się ze sobą innymi kanałami, niż słowa. Zapominamy, że komunikować się ze sobą nie oznacza tylko mówić do siebie. Komunikatem jest WSZYSTKO. Jego brak (np. nieudzielenie odpowiedzi, nieodpowiedzenie na prośbę, niepodanie ręki na przywitanie, etc) też daje jakiś przekaz. Porozumiewamy się ze sobą za pomocą mimiki, spojrzenia, tonu głosu, gestów, zachowania, dotyku, seksu.
Miałam kiedyś pacjentkę, która miała pretensje do partnera, że nie potrafi jej pewnych rzeczy powiedzieć. Np. prawie nie mówił, że ją kocha. Raczej też nie przepraszał. Zapytałam ją czy czuje się kochana. Odpowiedziała, że tak, ponieważ wie jak jej partner okazuje miłość. Byłam ciekawa jak. Dowiedziałam się, że bardzo się o ukochaną troszczy, dużo dla niej robi, kiedy ma ciężki dzień potrafi przygotować jej kolację i kąpiel. „Ale Pani ma niedosyt?” – zapytałam. „Tak, ponieważ on mi tego nie mówi. Ja to wiem, ale czasem chciałabym to usłyszeć. Jak ja mu mówię, że go kocham to on odpowiada ‘ja ciebie też’, ale mi chodzi o to, żeby on to powiedział sam z siebie”. Podobna rzecz miała się z przeprosinami. Partner mojej pacjentki rzadko używał słowa „przepraszam”, ale ona doskonale wiedziała, kiedy on miał takie intencje. Przychodził i się przytulał.
Słowa są ważne. Szczególnie niektóre. Warto ich nie żałować, tym bardziej jeśli wiemy jak istotne jest to dla kogoś, z kim żyjemy. Większość z nas potrzebuje co jakiś czas usłyszeć potwierdzenie tego co już wiemy: że jesteśmy kochani, jedyni i niepowtarzalni :) Zachęcam, żeby się tym obdarzać. Ale uznajmy też, że nie każdy ma równą łatwość z wyrażaniem uczuć poprzez słowa, że są inne sposoby, aby dostrzec miłość czy skruchę w czyiś oczach lub gestach. Przytoczę tu słowa mojego znajomego, który akurat wyrażał swoje zdanie o mężczyznach, ale mam poczucie, że zastosowanie jest szersze:): „Faceta poznaje się nie po tym co mówi, ale po tym co robi”.
Kiedy trzeba rozmawiać?

No dobrze. Rozmowa nie jest panaceum na wszystko. Ma swoje ograniczenia. Ale są sytuacje kiedy rozmawiać trzeba. Jakie?

GDY MASZ DZIECI
Jeśli jesteś mamą lub tatą potrzebujesz nauczyć się rozmawiać, ponieważ rozmowa z dziećmi jest koniecznością. Rozmawianie nie tylko kształtuje mowę dziecka, ale też uczy je rozumieć świat, swoje uczucia, zachowania innych. Rozmowa z dzieckiem buduje relację z nim i pokazuje jak ją budować z innymi.
GDY NIE ROZMAWIACIE
Taki paradoks – warto rozmawiać, kiedy nie rozmawiamy. Lub kiedy nasze rozmowy służą jedynie wymianie informacji i ustaleniom kwestii logistyczno-technicznych. W takiej sytuacji rozmowa służy bliskości.
GDY WCIĄŻ UNIKASZ ROZMOWY
Należy rozmawiać, kiedy zauważamy, że nasze nierozmawianie jest związane z niepokojącą motywacją: lękiem przed ujawnieniem czegoś, chęcią zatajenia, unikaniem np. tematów trudnych, wycofaniem ze związku w swój świat. W takiej sytuacji rozmowa sprzyja uczciwości, zaangażowaniu i kształtowaniu więzi.
GDY NIEROZMAWIANIE NIE DZIAŁA
Niektóre pary nie rozmawiają ze sobą dużo, ale mają poczucie, że świetnie się w tym rozumieją. Może być jednak tak, że brak rozmów sprzyja nieporozumieniom. Nie trzeba wszystkiego przegadywać, ale jeśli widzimy, że coś nam zalega i niekorzystnie wpływa na relację – porozmawiać warto. Stara zasada w psychologii mówi: „Jeśli coś nie działa – zmień metodę”. Skoro więc zauważasz, że o czymś nie gadacie i to Wam nie służy – zainicjuj rozmowę.
GDY PARTNER MA POWAŻNE KŁOPOTY
Miałam pacjenta, który przyszedł, ponieważ martwił się o żonę i nie wiedział jak jej pomóc. Żona od prawie roku miała kłopoty w pracy. Przypłaciła to depresją – absolutnym wycofaniem ze wszystkiego poza obowiązkami zawodowymi. Całe dnie przesypiała. Dużo paliła i zaczęła spożywać zwiększone ilości alkoholu. Mocno schudła. Odmawiała współżycia i jakichkolwiek rodzinnych aktywności. Mój pacjent pytał żonę co się dzieje, ale ona nie podejmowała tematu. Prosiła, żeby dał jej spokój. Więc on odpuszczał. Gdy partner od kilku dni wraca z pracy przygnębiony i nie chce na ten temat rozmawiać, bo twierdzi że „to przejściowe kłopoty, z którymi sobie sam poradzi” – można nie siać paniki i poczekać. Ale nie w sytuacji, kiedy widzimy, że partner jest chory, robi sobie krzywdę i nie umie sobie pomóc. W takiej sytuacji rozmowa służy dobrze rozumianej konfrontacji i pomocy.
GDY DZIEJE CI SIĘ KRZYWDA
Nie można milczeć w sytuacji przemocy lub czynnego uzależnienia. Trzeba „dać głos” gdy ktoś przekracza Twoje granice, gdy Cię rani, gdy nie realizuje umowy między Wami, gdy Tobą manipuluje, gdy karze Cię milczeniem, gdy Cię wykorzystuje, nadużywa, oszukuje i w tym podobnych sytuacjach.
TEMATY BAZOWE
Są tematy, których w związku nie unikniesz. Trzeba przegadać to jak mniej więcej wyobrażasz sobie Wasze życie, czy chcesz brać ślub, mieszkać z teściami czy poza miastem, czy chcesz mieć dzieci i jaki styl wychowawczy preferujesz, jak widzisz rolę Waszych rodziców, podział obowiązków, emocjonalną odległość między Wami, kwestię pieniędzy, spędzania świąt itp. I nie są to oczywiście tematy, które „załatwisz” w jednej rozmowie przy kolacji. To rozmowy na całe życie, do prowadzenia których generalnie Was zachęcam. Ale bez naiwnego zakładania, że rozmowa to recepta. Może dużo. Ale nie wszystko.

Życie po zdradzie – dla tych, którzy zdradzili

Jędrzej (40) jest żonaty od 6 lat. Miał romans z koleżanką żony. Trwał prawie dwa lata. Żona wie, ale oboje zdecydowali, że dadzą sobie szansę. Jędrzej przychodzi na spotkanie po to, „abym mu podpowiedziała co on może zrobić, żeby żona już poszła dalej.” „Ona ciągle do tego wraca. Minęły już 3 miesiące! Nie spotykam się z nią, a ona wciąż mi nie wierzy. I ciągle pyta dlaczego jej to zrobiłem. Co mam jej powiedzieć? Jest na to w ogóle jakaś odpowiedź? I ten jej płacz. Czy on się kiedyś skończy? Ile można płakać? Albo wrzeszczeć na mnie z powodu tego co się stało. Jak ona krzyczy lub płacze to ja wychodzę. Nie mogę tego słuchać. Wtedy ona się wścieka jeszcze bardziej. No to jej mówię, że jak będzie tak gderać, to naprawdę poszukam gdzieś indziej. No i seks. Jest słaby, bo ona ciągle mówi, że ma tamtą przed oczami. Jest na to jakaś rada?”

Hania (39) jest mężatką od 11 lat. Rok temu miała romans. Trwał pół roku. Wiktora poznała na kursie spadochronowym. Wiktor również nie był wolny. „To było jak grom z jasnego nieba!” – mówi Hania. „Nie dało się tego powstrzymać. Próbowaliśmy, oboje, ale się nie udało” – dodaje. „Jak się już okazało, że się stało postanowiłam zerwać tę relację. To było trudne, bo kurs wciąż trwał, ale starałam się chodzić tam zadaniowo. Postanowiłam też nic nie mówić mężowi, tylko po prostu to skończyć i zapomnieć. Przyjaciółka uważała, że źle robię okłamując męża, ale ja naprawdę chciałam to zamknąć raz na zawsze. Niestety. Wyszło inaczej. Nasz romans nie tylko trwał, ale się rozwijał. Oboje się zaangażowaliśmy. Ale w którymś momencie przyszło otrzeźwienie. Zadaliśmy sobie pytanie do czego to prowadzi? Oboje wiedzieliśmy, że nie zostawimy naszych rodzin. Wiktora młodszy syn miał zaledwie dwa lata. Starszy był w wieku, kiedy potrzebuje się ojca wyjątkowo silnie. Moje małżeństwo nie było idealne, ale czy są takie? Między mną, a mężem nie było źle. Trochę zaniedbaliśmy siebie nawzajem przez pracę, pośpiech i rutynę, ale nie mogę powiedzieć, że z mężem nic mnie już nie łączyło, czy że był mi obojętny. No i są jeszcze dzieci. Zakończyliśmy nasz romans. Ale mąż się niedawno dowiedział. Nie wiem co mam teraz robić? Dla mnie to naprawdę zamknięta historia, choć nie będę kłamać, że bez znaczenia. Ale skończyłam to. Między innymi dla niego i dla nas. Z miłości i odpowiedzialności. Nie wiem jak mu ulżyć, jak odbudować jego zaufanie do mnie. On ciągle mnie przepytuje, sprawdza, kontroluje. Potrafi też obrazić. Godzę się na to, bo wiem że to ja do tego doprowadziłam, ale nie wiem czy dobrze robię. Za wszystko mnie obwinia. Jak przypali kotlety, to też dlatego, że go zdradziłam. Nie wiem czy jak długo to wytrzymam.”

Paweł (44) jest żonaty od 20 lat. Miał romans z klientką (prowadzi studio graficzne). Trwał ponad rok, kiedy o romansie dowiedziała się żona. Od tego czasu wiele się wydarzyło. Żona wyprowadziła się z dziećmi do rodziców. Nie chciała z mężem rozmawiać, ale niczego mu nie utrudniała. Jak mówi Paweł: „zachowała się jak kobieta z klasą”. Nigdy nie używała dzieci jako karty przetargowej. Nigdy nie powiedziała na ich ojca złego słowa. Kiedy mój pacjent zapytał żonę jak jej się to udaje, odpowiedziała, że „widzi w tym też swoją winę.” „Za bardzo skupiłam się na dzieciach. Wiem, że czułeś się odepchnięty” – dodała. Wtedy też Paweł doświadczył „drugiego oblicza swojej kochanki” – jak sam mówi. Zobaczył co stracił. Po kilku miesiącach Paweł i jego żona postanowili zacząć ze sobą od nowa. Teraz, jak mówi Paweł – jest dobrze, ale on nie jest w stanie sobie wybaczyć. „Jak mogłem być tak głupi? Tak ją zranić? Co mnie naszło? Teraz za każdym razem, kiedy ona jest smutna myślę, że to przeze mnie. Nie potrafię sobie z tym poradzić.”

Zdradzający odsądzani są od czi i wiary. A jest ich pokaźna grupa. Podobno zdradza co trzeci mężczyzna i co szósta kobieta. I choć by cisnęły się nam na usta najgorsze z inwektyw wobec tychże – zacytuję słowa znane zapewne wszystkim: „Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień”. Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono. A życie sprawdza nas tak długo jak trwa. Miałam kiedyś pacjenta. Był blisko 60 tki. Zdradził. Choć lata gardził swoim szwagrem, który wdał się w romans ze swoją studentką. „Miałem go za nic. Nie wiedziałem jak można zaryzykować rodzinę dla jakiejś siksy. Dziś chciałbym go przeprosić i powiedzieć, że osądzałem go zbyt surowo.”
Nie usprawiedliwiam zdrady. Ale też nie chcę oceniać. Życie nie jest czarno-białe, a moją rolą jako psychoterapeutki nie jest wydawanie opinii, a zrozumienie. Zrozumienie i pomaganie – w tym, aby zrozumieli też moi pacjenci. Po co to zrobili? Jakie potrzeby realizowali? Co nimi kierowało?  Dlaczego wybrali taki sposób? Czego szukali? Jakie mechanizmy psychologiczne za tym stoją? Swoją rolę widzę też w tym, aby pomóc moim klientom  w tej sytuacji poczuć się i zachować najlepiej jak to możliwe. Najlepiej dla nich i dla ich bliskich.

Jeśli zdradziłeś/łaś:  

* Powiedzieć czy nie?

Kiedy dochodzi do zdrady część ze zdradzających zadaje sobie to pytanie. Pewnie niektórzy od razu wiedzą, że nie powiedzą. „Nie są w końcu frajerami” – jak usłyszałam kiedyś od swojego klienta. Ale jeśli mamy w sobie choć odrobinę wrażliwości zastanawiamy się co będzie lepsze w tej już nieszczęśliwej sytuacji. Co będzie bardziej przyzwoite? Uczciwsze? Co przysporzy więcej cierpienia? Niektórzy przychodzą po odpowiedź do mnie. Ale tu nie ma jednoznacznych rozwiązań. Wielu cenionych psychoterapeutów jest zdania, że jeśli doszło do zdrady, która miała charakter incydentalny i nie ma specjalnie wpływu na relację – wyjawienie tajemnicy bywa ryzykowne. I niepotrzebnie bolesne. Wojciech Eichelberger zwraca też uwagę na motywację tego rodzaju wyznań: „Mężczyźni często uważają, że uczciwie będzie wyznać swoje winy. Tymczasem de facto jest to złożenie odpowiedzialności i ciężaru zdrady na barki najbliższej osoby. Czasem może to być coś jeszcze gorszego – chęć pochwalenia się partnerce: „Zobacz, jakie mam powodzenie u innych lasek”. Ma to złe konsekwencje i w gruncie rzeczy jest kolejnym objawem braku dojrzałości. Jeśli zdradziłeś, musisz samodzielnie nieść ten ciężar. Bywają jednak okoliczności, że powinno się drugiej stronie dać wyraźny sygnał – wtedy gdy dzieje się coś poważnego. Na przykład kiedy romans przeradza się w długotrwały, równoległy związek. Inaczej wszystko może skończyć się tak, że w okolicach czterdziestki ten mężczyzna, albo kobieta, kiedy dzieci wyfrunęły z gniazda, oświadcza: „Słuchaj, ja od 10 lat mam na boku kogoś innego i właśnie odchodzę”. Jeśli to tradycyjny układ – to znaczy, jeśli to on pracował, a ona wychowywała dzieci, a teraz z zaskoczenia została wyrzucona za burtę – no to jest to skrajnie nieuczciwe i nieodpowiedzialne. Gdyby się nie ukrywał, tylko porozmawiał z żoną dziesięć lat wcześniej, ona miałaby szansę podjąć decyzję w okolicach trzydziestki, kiedy kobiecie łatwiej zacząć na nowo. Myślę, że mężczyźni są często skrajnie samolubni i w ogóle nie uwzględniają tego, że jednak zegar biologiczny bije dla ich partnerek inaczej.”

* Weź odpowiedzialność

To czego zabrakło u mojego pacjenta Jędrzeja to tego, aby wziął odpowiedzialność za to, że zdradził. Również Hania używa dość ostrożnego języka: „stało się”, „wyszło inaczej”, „nie dało się tego powstrzymać” itp. Nic SIĘ samo nie stało. To Ty zrobiłeś/łaś. Nie chodzi o to, by się oskarżać czy obwiniać. Chodzi o to, by wziąć na klatę co trzeba. Jakkolwiek zdrada jest często wynikiem kryzysu w związku, do którego pewnie przyczyniliście się oboje, tak wybór, iż z kryzysem poradzisz sobie w ten sposób jest już Twoją decyzją i Twoim działaniem. Nie uciekaj przed tym.

* Przyjmij emocje partnera

„I ten jej płacz. Czy on się kiedyś skończy? Ile można płakać? Albo wrzeszczeć na mnie z powodu tego co się stało. Jak ona krzyczy lub płacze to ja wychodzę. Nie mogę tego słuchać. Wtedy ona się wścieka jeszcze bardziej. No to jej mówię, że jak będzie tak gderać, to naprawdę poszukam gdzieś indziej.” – mówi Jędrzej. „Sorry stary, miałeś romans, który trwał dwa lata. Czego się spodziewałeś?” – z Jędrzejem jestem bardzo wprost. Twoim obowiązkiem wobec tej, którą zdradziłeś jest przyjąć, uszanować, uznać i wytrzymać emocje partnerki. Nie w nieskończoność. Z tym się zgodzę. Ale trzy miesiące jak w przypadku Jędrzeja nieskończonością jeszcze nie są. Nie uważam, że trzeba wytrzymywać wszystko. Jak mi Hania powiedziała w jaki sposób obraża ją mąż  to sobie myślę, że to jednak niedopuszczalne. Ale płacz czy krzyk bez obraźliwych treści? Są w tej sytuacji zrozumiałe.

* Nie szukaj w partnerze terapeuty

Ani przyjaciela/przyjaciółki czy powiernika/powierniczki. Jędrzejowi zdarza się opowiadać żonie o tym jak mu ciężko, bo „tęskni za tamtą”. Naprawdę. Nie ma też żadnych obiekcji, by odpowiadać żonie na jej szczegółowe pytania. Także dotyczące pożycia intymnego jego i kochanki. Miałam kiedyś pacjenta, który nie mogąc wybrać między żoną a kochanką pytał małżonkę co ma zrobić. I prosił o zrozumienie, że „jemu też jest trudno”. Z kolei niewiernej żonie mojego pacjenta zdarzało się wyłączać radio w samochodzie w drodze na zakupy z mężem, ponieważ „ta piosenka kojarzyła jej się z kochankiem”. Oczywiście nie omieszkiwała za każdym razem poinformować o tym fakcie męża. Po co? Zdradzającym też jest trudno. Widzą cierpienie swoich bliskich, niosą poczucie winy, borykają się z ostracyzmem, wątpią, żałują, nie wiedzą jaką podjąć decyzję.. Ale litości! Zdradzony mąż czy żona w roli kumpla czy psychoanalityka to najgorszy możliwy, okrutny wybór. Idź na terapię, wypłacz się w rękaw u znajomych, ale nie oczekuj od zdradzonego partnera, że będzie Ci współczuł. Może, ale to tylko jego dobra wola. Nie każdy jest na to gotowy.

* Odpowiedz sobie na pytanie dlaczego

Zdrada ma zazwyczaj przyczyny. Jak wszystko. Niektórzy nie lubią komplikować spraw i na pytanie „dlaczego” odpowiedzieliby: „bo była okazja”, „bo był alkohol a ona chciała”, „bo miałem ochotę”. I pewnie są sytuacje, w których doszukiwanie się piętrowych uzasadnień nie ma sensu. Ale to dotyczy co najwyżej jednonocnych historii. Gdy mamy na swoim koncie romans – z jakiegoś powodu on się wydarzył. Odpowiedź na pytanie „dlaczego” jest ważna. Nie tylko dla zdradzonego/zdradzonej. Dla tego, który zdradził również. Zrozumienie pozwala uporządkować myśli i emocje. Pomaga też zobaczyć siebie nie tylko jako „tego złego, któremu należy się najwyższy wymiar psychologicznej kary”, ale kogoś kto czegoś potrzebował, czegoś szukał, ewentualnie coś zaniedbał, czegoś nie potrafił. Zrozumienie daje też szansę na wybaczenie sobie, a bez tego nie sposób zadośćczynić i żyć dobrze. W końcu, zrozumienie zawiera w sobie odpowiedź na pytanie co robić, aby nie dopuścić do tego ponownie.

* Daj partnerowi/partnerce czas

Zdrada boli. Szczególnie jeśli trwała jakiś czas, wiązała się z powtarzającą się nieszczerością i zaangażowała emocje. Nie da się z tym uporać po jednej wspólnej rozmowie. Zanim najsilniejsze emocje opadną, partner nabierze zaufania i odbuduje poczucie bezpieczeństwa (także w sypialni) – to potrwa. Dobrze jest uzbroić się w cierpliwość i nie wymagać niemożliwego. Jestem zdania, że po ujawnieniu zdrady należy uznać, iż partner jest teraz trochę w okresie ochronnym. Jakby bez osłony. Może zachowywać się inaczej, niż dotychczas. To prawdopodobnie minie. Musi, jeśli macie dalej żyć. Szczególnie jeśli chcecie żyć ze sobą. Ale póki co potrzebuje to na swój własny sposób przeżyć.

* Odbudowuj zaufanie

Jedną z najtrudniejszych konsekwencji zdrady jest utrata zaufania. To bolesny koszt dla obojga parterów. Zdradzony nie wie jak ponownie zaufać (choć bardzo by chciał), ten który zdradził nie wie jak to zaufanie odbudować (choć tego pragnie). Najczęściej popełniamy dwa błędy. Pierwszy – chcemy za szybko. Za szybko chce oczywiście ten, kto zdradził („bo przecież nie robi nic złego”, „bo ile można”, „bo co ma jeszcze zrobić”, „bo przecież już więcej by nikogo na to nie naraził”, „bo już wie jak to boli” etc). Ale bywa i tak, że zbyt szybko chce ofiara zdrady („bo chce już wrócić do normalności”, „bo chce być dojrzała i pokazać, że ufa”, „bo brak zaufania ją męczy”).  To prowadzi do tego, że wymuszamy na sobie coś co jeszcze nie nastąpiło. Drugi błąd – proces odbudowywania zaufania nie ma końca. Zdradzający nie potrafi sobie wybaczyć, cały czas nosi poczucie winy, ze wszystkiego się tłumaczy. Zdradzony z kolei traktuje zdradę jako dowód, że jej partner nie jest godny zaufania dlatego zamiast ufać kontroluje, sprawdza, wypomina, a nawet upokarza. Aby odbudować relację zaufanie jest konieczne. Bez tego trudno pójść dalej. Ale to wymaga czasu. Tym, którzy zdradzili doradzałabym, aby przez jakiś czas byli szczególnie uważni na pewne rzeczy. Żeby drobnymi gestami dawali partnerowi/ partnerce znać, że są lojalni i uczciwi. Żeby swoim zachowaniem nie prowokowali partnera do produkowania niepotrzebnych lęków. Z drugiej strony okres ochronny musi mieć datę końcową. Przychodzi moment, kiedy trzeba zacząć żyć „normalnie”. Ponownie zaufać, przestać obwiniać, oskarżać, wciąż podejrzewać i bać się. Mimo bólu jaki wywołuje zdrada nie można też dać się poniżać. Nie można też brać odpowiedzialności za to, co nią nie jest. Aby dobrze żyć ze sobą w którymś momencie trzeba się ze zdradą uporać.

* Zapytaj co możesz zrobić

Moi klienci, którzy dopuścili się zdrady często pytają mnie co mogą zrobić, aby partner im wybaczył. Jak mogą naprawić ich wzajemne relacje? Myślę sobie wtedy, że najprościej jest zapytać o to partnera. To zazwyczaj najlepiej działa. Oczywiście zdarza się tak, że słyszymy od partnera „nie wiem”. Wtedy możemy co jakiś czas ponawiać pytanie, bo to, że na pewnym etapie partner nie wie nie oznacza, że na innym też nie będzie wiedział. Możemy też dać partnerowi znać, że jeśli coś się u partnera pojawi, to jesteśmy otwarci, aby to usłyszeć. Możemy pytać partnera czy nasze określone zachowanie w danym momencie (np. rozmawianie o tym lub nie, nie naciskanie w sprawach łóżkowych, odwracanie uwagi itp. ) partnerowi pomaga czy też nie. Czasem też nie trzeba pytać wprost. To po prostu widać. W końcu komunikujemy się ze sobą nie tylko za pomocą słów. Gros zdradzonych partnerów wie czego im potrzeba, aby mogli poczuć się lepiej. Zamiast zgadywać można zapytać u źródła. I włączyć uważność.

* Opracujcie wspólnie plan naprawy relacji

Kiedy przychodzi do mnie para po doświadczeniu zdrady po pierwszych spotkaniach, które głównie służą poznaniu się, poczynieniu ustaleń, umówieniu się na coś oraz wyrażeniu emocji – zachęcam partnerów do stworzenia planu, który pomógłby im odbudować relację. Tych, którzy zdecydowali się radzić sobie samodzielnie też do tego zapraszam. Oczywiście nie jest to możliwe na początku, kiedy fakt zdrady czy romansu wychodzi na jaw. Ale gdy najsilniejsze emocje opadną dobrze jest skierować uwagę, energię i działania ku naprawie. Zadajcie sobie parę pytań: Czego potrzebujemy, żeby się z tym uporać? Co ma robić partner? Co my? Jakiej relacji chcemy? Po czym poznamy, że jesteśmy na dobrej drodze? Jak będziemy mierzyć postępy? Jakie chcemy wyciągnąć wnioski z tego, co się wydarzyło? Po co nam się to zdarzyło? Co sobie zabieramy? O co jesteśmy bogatsi? Czego nie chcemy powtórzyć? Na co chcemy zwrócić uwagę? Co chcemy robić inaczej? Czego nie chcemy zmieniać? Są to oczywiście pytania jedynie pomocnicze. Możecie zadać sobie własne. Byle pomogły Wam stworzyć taki związek jakiego pragniecie.

Życie po zdradzie – dla zdradzonych

Dagmara (44) została zdradzona. Jej mąż przespał się z koleżanką z pracy. Oboje byli pod znacznym wpływem alkoholu, miało to miejsce podczas wyjazdu służbowego. Wie o tym od męża, który postanowił uczciwie jej o tym powiedzieć. Do tej pory nigdy jej nie oszukał. Uważał, że to co zrobił było złe i niepotrzebne, ale okłamywanie żony nie wchodziło dla niego w grę. Dagmara bardzo cierpi. Jest też wściekła. Na sesjach dużo płacze, krzyczy: „jak on mógł jej to zrobić!”. Dla Dagmary zdrada zawsze jawiła się jako coś niewybaczalnego. Jako absolutny koniec związku. Kiedy mąż powiedział jej o tym co zaszło – spakowała go. Od 3 miesięcy mąż mieszka poza domem. Dagmara jednak tęskni. Chciałaby, żeby było jak dawniej, ale „zdrady się nie wybacza i nie usprawiedliwia”. To jej słowa. Ponad to Dagmara jest zdania, że „skoro zdradził raz, zrobi to ponownie”. Dagmara mocno utyskuje też na koleżankę męża, z którą spędził noc. Nie przebiera w słowach. Uważa też, że to z pewnością ona „zaciągnęła go do łóżka”. Myśli o tym, żeby zawiadomić jej męża o tym co się zdarzyło. „Niech wie, że jego żona to..” – tu padają różne inwektywy.

Julia (39) kilka miesięcy temu dowiedziała się, że jej mąż ma romans. Od roku, ze znajomą sprzed lat, z którą odnowił kontakt z powodów biznesowych. Julia wiedziała o tej znajomości, ale nie domyśliła się, że nie jest to znajomość platoniczna. Ma o to do siebie pretensje: „jak mogłam nic nie zauważyć? Podobno takie rzeczy się czuje..”. Prawda wyszła na jaw tzw. „przypadkiem”. Piszę o tym w cudzysłowie, ponieważ jedna z interpretacji psychologicznych jest taka, że romans zostaje ujawniony wtedy, gdy para jest już gotowa na zmierzenie się z tym faktem. Julia bardzo przeżywa to co się stało. Co chwila zadaje sobie pytanie „dlaczego?”, a pytanie to dotyczy głównie jej samej: „co jest ze mną nie tak?”, „co ma ona czego nie mam ja?”. Julia postanowiła jednak mężowi wybaczyć. Dlaczego? „Bo go kocha, bo są dzieci, bo mąż żałuje i bardzo się stara.” Julii jednak trudno ponownie zaufać. Zdarza się jej męża „sprawdzać”, choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Mąż się wtedy denerwuje, a Julia nie rozumie dlaczego. „Przecież gdyby nie miał nic do ukrycia nie złościłby się”- mówi. Dużo też pyta męża o szczegóły romansu. Chce wiedzieć jak często się widywali, gdzie, co dokładnie robili. Mąż odpowiada niechętnie. A jeśli już – Julia po usłyszeniu odpowiedzi na kilka dni wpada w głęboką rozpacz. I  pyta mnie „co może zrobić, żeby zapomnieć?”. Od czasu do czasu kryzysy miewa mąż. Wtedy Julia pyta go „co się dzieje” i wysłuchuje czasem niełatwych dla siebie zwierzeń. Na ostatniej sesji Julia zadaje pytanie: „Czy jest w ogóle możliwe, żebyśmy żyli jak dawniej, normalnie? Czy istnieje jakieś życie po zdradzie?”

Czy istnieje życie po zdradzie?

Zdrada jest doświadczeniem niezwykle bolesnym. Zazwyczaj. Jednocześnie też dość powszechnym. Podobno zdradza co 3 mąż/partner i co 6 żona/partnerka. Mimo powszechności tego zjawiska, kiedy dotyka nas ono bezpośrednio – czujemy „jakby grunt usuwał się nam spod nóg”. Lub „jakbyśmy dostali obuchem w głowę”, „jakby nas ktoś okradł z dotychczasowego życia”, „ograbił z naszych marzeń i celów”. Czy też jakby nam „serce pękało na pół”. To słowa moich zdradzonych pacjentów i pacjentek. Klienci mówią o zranieniu, rozczarowaniu, złości, wstydzie, zawodzie, poczuciu upokorzenia, utracie poczucia bezpieczeństwa, utracie zaufania oraz wiary w miłość i jej sens. Dla niektórych zdrada jest doświadczeniem niemalże granicznym, czyli odnoszącym się do skrajnych sytuacji egzystencjalnych. Ich świadome przeżycie i doświadczenie pozwala na odczytanie i ujawnienie się nowych znaczeń i sensu oraz na przewartościowanie dotychczasowego życia. Parafrazując słowa mojej pacjentki Julii: „Czy jest więc możliwe, żeby po doświadczeniu zdrady żyć jak dawniej, normalnie? Czy istnieje życie po zdradzie?” Tak, istnieje. Jest życie pod zdradzie. Czy normalne? To pewnie zależy od definicji słowa. Oraz w dużej mierze od Ciebie. Czy takie jak dawniej? Prawdopodobnie nie. Może na szczęście.

W poprzednim akapicie powiedziałam, że to także od Ciebie zależy to jak będzie wyglądało Twoje życie po zdradzie. Oczywiście każda z sytuacji jest inna. Zupełnie inną jest ta, kiedy partner czy partnerka zdecydowali się na jednorazowy „skok w bok”, którego żałują lub który nie miał dla nich specjalnego znaczenia. Choć wiem, że dla Ciebie ma. Mimo wszystko obserwuję, że z takim doświadczeniem wiele par radzi sobie lepiej, niż np. w sytuacji, kiedy zdradą jest długotrwały romans. Jeszcze trudniej jest, gdy nasz mąż czy żona zaangażowali uczucia. Lub gdy rozpatrują odejście. Nie wspomnę już o sytuacjach, które wcale nie zdarzają się tak rzadko jak wieloletnie prowadzenie podwójnego życia (czasem z kilkoma partnerami czy partnerkami) czy też kiedy z relacji pozamałżeńskich rodzą się dzieci.
Tak czy inaczej jest kilka rzeczy, które możesz zrobić, aby móc poradzić sobie z tym co się zdarzyło lepiej. Lepiej, to nie znaczy bezboleśnie czy też bez emocji. Lepiej oznacza nie dokładając sobie cierpienia.

* Zmień znaczenie

Zdrada u wielu z nas budzi popłoch. Nadajemy jej szereg dramatycznych znaczeń („to znaczy, że już mnie nie kocha”). Traktujemy ją niezwykle osobiście („co jest ze mną nie tak, że zdradził/a?”). Dla części z nas zdrada oznacza jednoznaczny koniec. Nie chcę powiedzieć, że zdrada to pestka. Nie. Ale czasem mam wrażenie, że traktujemy ją jako coś znacznie bardziej poważnego i rujnującego, niż jest to potrzebne. Miałam kiedyś pacjentkę. Nazwijmy ją Barbarą. Basia była po 60 stce. Przypadkowo dowiedziała się, że jej mąż 20 lat temu zdradził ją z prostytutką. Koledzy z firmy sprawili mu taki prezent na 40 urodziny. Rozumiem Basi zaskoczenie i złość. Ale Basia przychodziła do mnie prawie dwa lata i mam poczucie, że przez ten czas jej stosunek do tego zdarzenia praktycznie się nie zmienił. W dwa lata od tego jak sekret męża wyszedł na jaw Basia płakała dokładnie tak samo. Na nic zdawały się próby męża kojenia żony: „to było głupie, przepraszam”, „to było tak dawno temu”, „przecież było nam te ostatnie 20 lat bardzo dobrze”, „na każdym kroku okazuję ci moją miłość”. Basia była w rozpaczy. Zdrada boli. Nie ma co temu zaprzeczać. Ale czy naprawdę musi ona urastać do czegoś tak dramatycznego, niewybaczalnego, krańcowego?

* Nie traktuj zdrady tak osobiście

„Dlaczego on MI to zrobił?”, „w czym on jest lepszy ode MNIE?” – te i podobne pytania zadaje sobie większość zdradzonych. Uważamy, że w zdradzie zawsze chodzi o nas. O to, że jesteśmy niedostatecznie dobrzy/dobre, seksowni/seksowne, atrakcyjni/atrakcyjne. Ale nie każda zdrada nas dotyczy. Ona nas dotyka – to pewne. Ale nie dotyczy nas często w tym sensie, że zdradzający bardziej zdradza „dla siebie”, niż „przeciwko nam”. Jest taka scena w serialu Broadchurch, który zresztą gorąco polecam. W założeniu to serial kryminalny, ale zagadka kryminalna jest tylko pretekstem dla ukazania bardzo interesujących wątków obyczajowych. Zdradzona żona pyta męża dlaczego to zrobił. Zadaje mu szereg pytań, a każde dotyczy jej samej i ich relacji małżeńskiej. „Zrobiłem to, bo ona była inna.” – odpowiada mąż. „Ona nie była Tobą” – mówi. Ta scena jest dla mnie właśnie o tym. Nie chodzi o to, że żona jest niedostateczna. Chodzi o zrealizowanie potrzeby dotknięcia czegoś, co jest inne, nowe. Nie jest to usprawiedliwienie dla zdrady. To opis mechanizmu wyjaśniającego dlaczego w ogóle do tego dochodzi. A mówię o tym po to, aby zdradzeni mogli przestać się zadręczać, obwiniać i wpędzać w ciągłe porównania. Może w tym pomóc książka Katarzyny Miller o zacnym, acz kontrowersyjnym tytule „Kup kochance męża kwiaty”.

* Daj upust emocjom

Zmienić znaczenie i nie traktować zdrady tak osobiście – to można zrobić w sytuacji, gdy zdradą jest jakaś jednorazowa historia z wyjazdem służbowym i alkoholem w tle. Ale co w sytuacji, gdy dowiadujemy się, że nasz mąż czy nasza żona ma regularny romans? Że od miesięcy lub lat nas oszukiwał/a? Trudno przejść nad tym do porządku dziennego. I też nie o to chodzi. W pierwszej fazie warto pozwolić sobie na przeżycie emocji związanych ze zdradą i ich wyrażenie. Znam osoby i pary, które nie przeszły etapu emocjonalnej zawieruchy, tylko, jak mówili, „z godnością i klasą” dokonali chłodnej analizy sytuacji i podjęli decyzję co dalej. Mam poczucie, że opuszczenie tej fazy sprawia, że ból związany ze zdradą odbija się czkawką, czasem jeszcze w wiele lat od zdarzenia. Jest w Tobie cała masa emocji. Nie trzymaj ich w sobie. Zdradzeni pacjenci często pytają mnie czy powinni wyrażać te emocje bezpośrednio do żony czy męża. Są dwie szkoły. Pierwsza z nich zakłada, że tak. Że właśnie to jest oczyszczające. Druga rekomenduje raczej inny sposób. Według drugiego podejścia wyrażanie wszystkich emocji bezpośrednio do partnera jest niepotrzebne i często bywa strzałem w kolano. Dlaczego? Przeważnie w pierwszej fazie aż kipimy od emocji. Mówimy często rzeczy, które nie są do końca prawdą lub są wyolbrzymione, a wypowiadamy je głównie po to, aby zranić. Potem często żałujemy wypowiadanych słów, ale jest już za późno. One padły i ubodły. W sytuacji kiedy zwracamy się do ojca lub matki naszych dzieci, lub też wtedy gdy mimo zdrady nie zamierzamy się z partnerem rozstawać – strzelanie emocjami jak z karabinu może nie być pomocne. Z drugiej strony, aby proces wyrażania emocji był leczący warto dać upust emocjom w sposób absolutnie nieskrępowany. Dlatego druga szkoła poleca, aby wyemocjonować się np. przy życzliwej osobie – przyjaciółce/przyjacielu, psychoterapeucie, na grupie wsparcia. Z resztą zadbanie o wsparcie w sytuacji zdrady jest niezwykle istotne. Możesz też spisywać emocje na kartce. Nagrywać, namalować, wytańczyć, wybiegać, wykrzyczeć – a wszystko to bez jakiejkolwiek cenzury. Aż do wysycenia.

* Zrób z tego doświadczenie

Pary z doświadczeniem zdrady często pytają mnie czy znam takie, które sobie z tym poradziły. Naturalnie. Powiem więcej – znam takie, dla których doświadczenie zdrady okazało się wstępem do zmian w ich związku. Zmian, oczywiście, na lepsze. Aby to było jednak możliwe, z pewnością potrzebne są określone warunki. Po pierwsze okoliczności zdrady nie mogą być na tyle bolesne, aby uniemożliwiały naprawę relacji. Miałam kiedyś pacjentkę, której mąż nie tylko zdradzał ją z jej najlepszą przyjaciółką, ale powierzał jej również tajemnice żony i poniżał ją opowieściami z ich życia intymnego. Inna moja pacjentka była zdradzana przez męża 9 lat. Mąż miał właściwie dwa domy. To są sytuacje, w których trudno cokolwiek odbudować. Ale kiedy kontekst zdrady nie jest tak skrajnie bolesny (zawsze jest, ale nawet zdradzając można zachować się bardziej lub mniej przyzwoicie) – można zdradę potraktować jako informację. Np. na temat kondycji naszego związku. Powiedziałam wcześniej, że przyczyny zdrady bardzo często są związane bezpośrednio z tym, kto tej zdrady dokonuje. I tak jest w istocie. Potrzeba odmiany, dowartościowania, próba poradzenia sobie z kryzysem wieku średniego – to najczęściej słyszę w swoim gabinecie od osób, które mają na swoim koncie zdradę. Zdrady na tle zaburzeń osobowości (np. osobowość narcystyczna, nieprawidłowa) pozostawiam na boku, bowiem te sytuacje to odrębny i złożony temat. Z reguły jednak, kiedy dochodzi do romansu, który trwa nieco dłużej, niż jedną noc – w grę wchodzą zarówno czynniki indywidualne, jak i relacyjne. Jeśli mamy w sobie na tyle odwagi i gotowości, aby zmierzyć się z pytaniem „dlaczego u nas?” – jest szansa na wyciągnięcie wartościowych wniosków na przyszłość. Zdrada jest zwykle konsekwencją kryzysu w związku. Do kryzysu z reguły przyczyniają się dwie strony. Uwaga – do kryzysu, nie do zdrady. To ważne rozróżnienie. Są różne możliwości poradzenia sobie z kryzysem. To zdradzający  odpowiada za wybranie takiego właśnie sposobu. Ale w sam kryzys swój wkład mają prawdopodobnie oboje. Znam pary, które po wyjściu na jaw zdrady po raz pierwszy od bardzo dawna zaczęły ze sobą rozmawiać. O sobie, swoich potrzebach, pragnieniach, uczuciach, fantazjach. O tym czego im było brak, co przegapili, zaniedbali, stracili z oczu. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek obwiniać – siebie czy partnera. Chodzi o zrozumienie, bo świadomość leczy. I o postawienia sobie pytania: „co dalej?”. I „jak?”.

* Daj sobie czas na decyzję

Gdy dochodzi do ujawnienia zdrady połowa związków się rozpada. Połowa nie. Jak będzie z Wami? To oczywiście zależy przede wszystkim od tego czego chcecie. Na to czego chce partner/ka nie masz specjalnie wpływu, więc to zostawmy. Czego chcesz Ty? Sama chęć nie zawsze wystarczy, bowiem czasem sytuacja jest na tyle trudna, że pary sobie z tym nie radzą. Ale od chęci się zaczyna. Może od razu wiesz, że chcesz rozstania. Lub przeciwnie – jesteś przekonany/a, że pragniesz ratować swój związek. Jeśli masz wątpliwości – pozwól sobie na nie. Daj sobie czas. Nie podejmuj decyzji w emocjach. Jak np. moja pacjentka Dagmara, która teraz żałuje swoich pochopnych kroków. Niekiedy pomaga czasowa separacja. Zadaj sobie pytanie co czujesz i czego pragniesz i uczciwie na nie odpowiedz. Wielu z nas wydaje się, że wie czego chce, ale odpowiedzi nierzadko wynikają z sugestii innych. Jeden z moich zdradzonych pacjentów uznał, że nie chce wracać do wiarołomnej żony. Kiedy podrążyliśmy temat okazało się, że tak naprawdę chce być z żoną, ale rodzina i znajomi uważali, że to zły pomysł. Że „powinien się szanować”, że „powinien mieć swój honor” itp. I że „dzieci powinny dostać przykład, że pewnych rzeczy się nie wybacza”. Możesz posłuchać jak inni widzą z boku całą sytuację, bo to bywa cenne. Ale pamiętaj, że po pierwsze nikt nigdy nie był i nie jest na Twoim miejscu, po drugie Ty żyjesz swoje życie i tylko Ty ponosisz konsekwencje swoich wyborów. Ostateczna decyzja musi być Twoja. Chcesz dać szansę temu związkowi? W jaki sposób to będzie dobre? Czy ten związek jest wart drugiej szansy? Dlaczego? A przykład dla dzieci? Im dłużej żyję i pracuję, tym częściej obserwuję, że bardzo trudno jest założyć na     100 %, że jeśli zrobisz to i to, to będzie to miało takie a takie konsekwencje. Miałam pacjentkę, której matka wybaczyła ojcu zdradę. Dla mojej klientki była to lekcja właśnie wybaczania oraz tego, że życie nie jest czarno – białe. Inna pacjentka z podobnej sytuacji skorzystała inaczej. Nie mogąc pogodzić się z faktem, że jej matka nie odeszła od ojca, gdy jego romans wyszedł na jaw podjęła decyzję, że nigdy nie uwikła się w podobną sytuację zależności emocjonalnej i ekonomicznej. Nie mamy na wszystko wpływu. Możemy próbować przewidzieć prawdopodobne konsekwencje naszych decyzji w przyszłości, ale to tylko prawdopodobieństwo. Jak będzie – nie wiemy. Na dziś mamy dane, jakie mamy. Na ich podstawie możemy podjąć decyzję.

* Stwórz program naprawy związku

Jeśli podjęliście decyzję, że chcecie być ze sobą – zadajcie sobie pytanie czego potrzebujecie, aby mogło być między Wami dobrze. Oto kilka podpowiedzi co warto uwzględnić, a czego unikać:

- Zrób listę zachowań, które pomogą Ci odbudować zaufanie do partnera/partnerki, jednak z zachowaniem szacunku do męża/żony.
- W sytuacji zdrady wielu z nas ma potrzebę swoistego wyrównania krzywd i wynagrodzenia cierpienia. Jakkolwiek tylko w bajkach życie jest w pełni sprawiedliwe i nie warto trzymać się tego naturalnego, acz dziecinnego pragnienia – tak można jednak opracować plan na to jak partner/ka może Ci zadośćuczynić wyrządzone krzywdy.
- Zrezygnuj z kontroli. To nie jest rozwiązanie. Waszym zadaniem jest odbudowywać zaufanie, a kontrola jest jego przeciwieństwem.
- Nie pytaj o szczegóły. Po co Ci wiedzieć ile razy „to robili” i jak? To tylko niezdrowo pobudza wyobraźnię i pogłębia Twoje cierpienie.
- Świadomie zadawaj pytania. Pytaj tylko wtedy, kiedy jesteś gotowa/y poznać odpowiedź. Nie pytaj czy on ją kocha, jeśli wiesz, że szczera twierdząca odpowiedź zwali Cię z nóg. Poczekaj chwilę, aż nabierzesz sił, by sobie z tym poradzić.
- Siebie również nie zadręczaj pytaniami. Niektóre pytania są bez odpowiedzi, trzeba to uznać. Na inne odpowiedź jest na tyle złożona, że nigdy nie będziesz mieć pewności, że odpowiedź w pełni oddaje stan rzeczy.
- Nie wracaj do tego w nieskończoność. Kiedyś będziesz musiał/a przestać pytać, oskarżać, przesłuchiwać, wypominać. Inaczej tego nie wytrzymacie. Bardziej skup się na tym jak jest teraz. Czy widzisz, że mąż/żona się stara?
- Nie używaj faktu zaistnienia zdrady jako argumentu do manipulacji czy szantażu. Miałam pacjentkę, której mąż przy każdej kłótni mówił do niej, aby „zamilkła, bo skoro go zdradziła to teraz on będzie decydował o wszystkim”. Pani tego nie uniosła. Odeszła.
- Zrezygnuj z odwetu. Wbrew oczekiwaniom – tak naprawdę nie poczujesz się lepiej. Jeśli macie odbudowywać związek – zemsta jest strzałem w stopę.
- Nie trać cennej energii na tę trzecią/tego trzeciego. Niektórzy za wszystko obwiniają kochankę/kochanka. Jak moja pacjentka Dagmara. Robią to po to, aby móc usprawiedliwić partnera i go w tej sytuacji idealizować. Nie jestem też zwolenniczką składania wizyt kochance męża czy uprzejmego informowania jej męża. Skoncentruj się na swojej relacji.
- Nie wchodź w rolę przyjaciółki/powierniczki/terapeutki męża. To mąż musi znaleźć gdzieś indziej. Wysłuchiwanie zwierzeń męża o tym jak mu ciężko, bo o niej myśli to zdecydowanie nie Twoja rola. Nie musisz być w tej kwestii wyrozumiała.
- Opracuj plan odbudowy poczucia własnej wartości. Jeśli nie wiesz jak to zrobić – poproś o pomoc fachowca.
- Nie łudź się, że zapomnisz. Nie miej też wobec siebie takich oczekiwań. I też nie chodzi o to, żeby zapomnieć. Dzięki pamięci bolesnych doświadczeń uczysz się i rozwijasz. Chodzi o to, aby pamięć przestała boleć.
- Nieustannie pracuj nad wybaczeniem. To bardzo trudne i jest to proces długotrwały. Ale konieczny, jeśli chcecie, aby było między Wami naprawdę dobrze. Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda w książce „Pułapka niewybaczonej krzywdy” pisze, że osoby, które nie potrafią wybaczyć cierpią podwójnie. Po pierwsze z racji wyrządzonej im krzywdy, po drugie z powodu pielęgnowania urazy. Wybaczyć oznacza zrezygnować z tego drugiego. Wybaczyć to przestać się już tym zajmować. To pogodzić się z tym co jest.
- Wykonajcie jakiś rytuał, który symbolicznie zakończy pewien etap. To oczywiście nie znaczy, że już nigdy nie wrócicie do tego co się stało. Ale symbole bywają pomocne. Pracowałam kiedyś z parą, która na zakończenie etapu odbudowy związku po zdradzie wybrała się w podróż do afryki. To nie musi być jednak coś tak spektakularnego czy kosztownego. Ważne, aby było Wasze.

„Człowiek nie jest samotną wyspą”

Halszka (lat 39) zgłosiła się do mnie w celu rozpoczęcia swojej psychoterapii. Okazało się jednak, że całkiem niedawno była w terapii u kogoś innego. Przerwała, ponieważ „była namawiana przez terapeutkę do tego, żeby zaczęła nawiązywać relacje. A ona nie chce.” Halszka od lat nie jest w żadnym związku. Nie ma przyjaciół. Miała znajomych w liceum i na studiach, ale „każdy poszedł w swoją stronę, niektórzy wyjechali za granicę, inni założyli rodziny”. Pracuje samodzielnie, w domu, kontakty miewa tylko z klientami i do tego głównie telefoniczne. Rodzina jest, owszem, ale w innym mieście. Odwiedza ją dwa razy w miesiącu. Halszka twierdzi, że takie życie jej odpowiada. „Jestem typem samotnika” – mówi. „Od zawsze tak było. Lubię spędzać czas sama ze sobą. Jestem jedynaczką, rodzice zawsze dużo pracowali. Przyzwyczaiłam się do braku towarzystwa.” Pytam Halszkę czy są takie momenty, kiedy jednak czuje się samotna. „Czasem, kiedy wyjeżdżam na wakacje. Po kilku dniach chciałabym się do kogoś odezwać. Ale to nie jest częste i nie jest też szczególnie dojmujące.” Halszka pyta mnie czy będę ją zachęcać do tego, aby „zaczęła wychodzić z domu, umawiać się na randki i odnawiać stare znajomości.” „Moja poprzednia terapeutka twierdziła, że bycie w relacjach jest oznaką zdrowia emocjonalnego. I że relacje z ludźmi są niezbędne do życia. Czy Pani się z nią zgadza? I co, jeśli ja ich nie potrzebuję?” – pyta.

Czy relacje są nam potrzebne do życia?

Podobno tak. Pomijam już, że gdyby nie relacja, w tym wypadku naszych rodziców – nie byłoby nas na świecie. Nasi rodzice, żebyśmy mogli się narodzić, chociaż raz musieli być ze sobą blisko. Podobnie jest ze śmiercią. Jak mawiał Joyce: „Człowiek mógłby żyć samotnie przez całe życie. Ale chociaż sam mógłby wykopać swój grób, musi mieć kogoś kto go pochowa”. Z resztą samotność ponoć ryzyko śmierci przyspiesza – nawet o 14%. Dla porównania, życie w biedzie „sprzyja” przedwczesnej śmierci o 19 % czyli w stosunkowo niewiele większym stopniu, niż stan samotności. Podobno nawet otyłość nie jest tak groźna jak samotność. Z licznych badań wynika, że samotnicy żyją o 15 lat krócej, niż osoby utrzymujące więzi z innymi. Naukowcy przeprowadzili szereg badań, które udowadniają, że samotność nam szkodzi, a relacje – sprzyjają. Wiele takich eksperymentów przytacza psycholożka Susan Pinker w swojej książce „Efekt wioski”. Pinker udowadnia w niej jak kontakty z innymi mogą uczynić nas zdrowszymi, szczęśliwszymi i mądrzejszymi. Do podobnych wniosków doszli też twórcy dokumentalnego filmu „Szwecka teoria miłości”, który aktualnie można oglądać w kinach. Film opatrzony jest komentarzem prof. Zygmunta Baumana, który podpisuje się pod słowami Aleksandra Minkowskiego (pisarz, reportażysta), że „najkrótsza droga do obłędu wiedzie przez samotność”. Pamiętam też swoje zaskoczenie jak wiele lat temu, czytając książki „Żyć w rodzinie i przetrwać” oraz „Żyć w tym świecie i przetrwać” R.Skynner’a i J.Cleese’a, jeden z autorów wysnuł wniosek, że tzw. zdrowa rodzina przypomina raczej rodzinę włoską, niż szwecką. Po doświadczeniach pracy we Włoszech i obserwacjach relacji rodzinnych Włochów (intensywne emocje, hałas, kłótnie, bardzo silne więzi) był to dla mnie wniosek nowy. A jednak. Susan Pinker to potwierdza. Np. na włoskiej Sardynii żyje zaskakująco dużo 100 latków obojga płci. To właśnie więzi społeczne sprzyjają zdrowiu i życiu. I szczęściu, co z kolei potwierdzają coroczne rankingi krajów, w których mieszkańcy czują się szczęśliwi. Od lat wygrywa Dania. Dlaczego? Duńczycy, w przeciwieństwie do Szwedów bardzo dbają o kontakty społeczne. Przeciętny Duńczyk przynależy do co najmniej kilku grup czy organizacji, w których realizuje potrzebę relacji z ludźmi. Duńczycy lubią się ze sobą spotykać i uprawiać tak modne dziś duńskie „hygge”.

Zagrożenia wynikające z samotności i izolacji

Podsumowując wnioski z badań: samotność i izolacja nam nie służą.
Po pierwsze negatywnie wpływają na zdrowie: podwyższają poziom kortyzolu czyli hormonu stresu, podwyższają ciśnienie krwi, wzmagają stany zapalne organizmu, podwyższają ryzyko demencji i przyspieszają oraz zaostrza jej objawy. Osłabiają naszą odporność. Wydłużają czas potrzebny na powrót do zdrowia po chorobie. Osłabiają nasze zdolności do radzenia sobie ze stresem. Wydłużają czas potrzebny na organizowanie sobie wsparcia po traumie. Destrukcyjnie wpływają na sen. Obniżają nastrój, negatywnie wpływają na samopoczucie, sprzyjają depresji. Pogarszają funkcje poznawcze m.in. pamięć czy zdolność do rozwiązywania problemów, zmniejszają naszą sprawność intelektualną. Osłabiają naszą odporność psychiczną. Mogą doprowadzić do dezintegracji osobowości, zaburzeń psychosomatycznych i psychicznych.
Z powyższych rozważań jasno wynika, że nie jesteśmy stworzeni do życia w samotności. Rodzimy się wśród ludzi. Żeby przetrwać – potrzebujemy innych. Żeby być zdrowym somatycznie i emocjonalnie – relacje są potrzebne. Jak powiedziała psychoanalityczka Karen Horney (córka słynnego Zygmunta Freuda) do ukształtowania dojrzałej i zdrowej osobowości potrzeba „wielu rąk i wielu serc”. Żeby być szczęśliwym/ą potrzebujemy czuć,że mamy z kimś więź i gdzieś przynależymy. Julius Verne powiedział, że „z samotności rodzi się rozpacz”.

Czy istnieje dobra samotność?

Skoro samotność jest tak groźna, to co z tymi, którzy faktycznie od czasu do czasu lubią być sami. Co ja mówię – lubią! Oni tego bezwzględnie potrzebują. Jak powietrza. Wisława Szymborska kiedy zbyt długo (kilka godzin) przebywała z ludźmi zapowiadała towarzyszom, żeby teraz nic do niej nie mówili, ponieważ poetka potrzebuje pobyć sama ze swoimi myślami. Miałam kiedyś pacjentkę, której co jakiś czas śnił się sen, że jest w jakimś miejscu (szpital, kolonie, a nawet obóz koncentracyjny), gdzie cały czas jest wśród ludzi i ani przez chwilę nie może być sama. Nie muszę dodawać, że sen miał dla pacjentki znamiona koszmaru. Ja sama mam tak, że prawdziwie regeneruję się jedynie w samotności. Potrzebuję pobyć sama ze sobą chociaż kilkanaście minut dziennie, żeby złapać odpowiedni balans. To też pewnie z racji wykonywanego zawodu. Bywa, że też chwilową samotność zalecam swoim pacjentom. Uważam, że tylko tak można złapać ze sobą prawdziwy, autentyczny kontakt, zadać sobie kilka ważnych pytań i usłyszeć odpowiedzi. Również uważność lubi ciszę. Samotność jest też potrzebna, aby tworzyć. Takiej samotności nam potrzeba. Takiej samotności pożądamy (są i tacy, którzy od niej uciekają, bo uciekają od siebie, ale to zupełnie inny temat). Taka samotność jest konieczna. Jestem też zdania, że aby stworzyć dojrzały i satysfakcjonujący związek potrzebujemy umieć być sami. Byłoby też dobrze, abyśmy przed stałym, ważnym związkiem mieli za sobą czas, kiedy nie byliśmy/byłyśmy w żadnym. Jestem też zwolenniczką tego, aby po rozstaniu dać sobie czas, zanim wejdziemy w kolejną relację. Uważam, że tym, którzy nie zdali egzaminu ze współpracy z samotnością będzie trudniej odnaleźć szczęście z drugim człowiekiem. Nie zgadzam się również z przekonaniem, że bycie w jakimkolwiek związku jest lepsze od bycia samemu/samej, ponieważ najbardziej dojmującą samotnością jest samotność we dwoje. Ale to wszystko o czym mówię nie jest tym rodzajem samotności, przed którą przestrzegają naukowcy i praktycy. To dobra samotność. Przyjemna. Lub nawet jeśli nie – to twórcza, rozwijająca, wartościowa. To nie taka samotność zabija. Nie takiej się obawiamy. Trzeba rozróżnić samodzielność od izolacji, spokój i oddech od przygnębiającego stanu psychicznego. Lekarstwem są więzi z bliskimi, poczucie przynależności do jakiejś grupy czy społeczności, bycie widzialnym, ważnym i potrzebnym. Nie chodzi o to, aby tych kontaktów było bardzo dużo. Ważniejsze, by były jakościowe, pogłębione, a nie przypadkowe i powierzchowne. I jeszcze jedna ważna rzecz, szczególnie dzisiaj – to muszą być kontakty twarzą w twarz.

Wiem, ze aktualnie wiele odbywa się w sieci, także poszukiwania “bratniej duszy”. Dobrze, że szukacie, że próbujecie. Ale jeśli napotkacie kogoś po drugiej stronie ekranu, z kim zaczynacie czuć się dobrze – spotkajcie się na żywo. Sprawdźcie jak Wam w realnym kontakcie. Wymieńcie spojrzenia. Poczujcie wzajemne energie. A jak „chwyci” – złapcie się za rękę i idźcie tworzyć bliskość. Ku szczęściu, mądrości, zdrowiu i długiemu życiu.

*John Donne – poeta, prozaik

Etapy związku miłosnego

Moja stała pacjentka Irmina przychodzi na ostatnią sesję, mówiąc kolokwialnie – w niezbyt dobrym nastroju. Pytam Irminę co się dzieje. „Ach, moja przyjaciółka się zakochała. I bardzo się cieszę! Tak długo była sama, poza tym to zawsze fajny czas – kiedy jest się zakochanym.” – mówi. „Ale jednocześnie tak mi żal, że to już za mną. Ja z moim mężem jesteśmy na zupełnie innym etapie..”
To prawda. Irmina wraz z mężem etap zakochania mają już za sobą. Kiedy rozmawiamy o tym dłużej okazuje się, że wobec tego faktu Irmina ma ambiwalentne uczucia. Z jednej strony tęskni za motylami w brzuchu, bezsennymi nocami z powodu tęsknoty za partnerem i namiętnymi wyjazdami pod namiot. Z drugiej – cieszy się, że może być spokojniejsza i swobodniejsza („nie muszę już udawać, że w makijażu wyglądam tak samo jak bez i że nie mam denerwujących przyzwyczajeń”), bardziej zajęta swoimi sprawami („a nie tylko on i on”) oraz że nie musi się już bać tego czy im wyjdzie czy nie. Wyszło. I to chyba nawet całkiem nieźle. „Doceniam to, że mamy siebie. Nie zawsze było łatwo, ale przetrwaliśmy. Mamy za sobą kilka trudnych momentów, ale wyszliśmy z nich zwycięsko. To bardzo buduje i zbliża.” Nie każdy ma taką szansę. Czy też, powinnam raczej napisać, że nie każdy taką szansę sobie daje. Są tacy, którym nie udaje się wyjść poza etap zakochania. Kiedy ten się kończy – uznają, że im przeszło. Że to najwidoczniej nie to. A przecież zakochanie to dopiero początek. Zanim wejdziemy w fazę, kiedy naprawdę już niewiele między nami – jest sporo przed. Ale potrzebujemy o tym wiedzieć. Związek miłosny ma swoje etapy. Świadomość tego gdzie jesteśmy może ułatwić nam odpowiedź na pytanie o co dobrze by zadbać, aby nie dopuścić do tego co prof. Bogdan Wojciszke (psycholog, autor książki „Psychologia miłości”) nazywa związkiem pustym.

Etapy związku miłosnego:

1. Zakochanie i romantyczne początki

Brak apetytu, bezsenność, przypływ energii, kłopoty z koncentracją – to fizyczne objawy tej fazy. Oprócz tego: silna tęsknota, uporczywe myśli o obiekcie uczuć, potrzeba spędzania ze sobą każdej wolnej chwili, chęć skoncentrowania się wyłącznie na „my”,  potrzeba uszczęśliwiania drugiej osoby, poczucie pełnego porozumienia, snucie wspólnych wizji na przyszłość, gotowość do wyznań i deklaracji, przekonanie o niezmienności trwającego uczucia. W fazie romantycznej jesteśmy najlepszą wersją siebie – zarówno w swoich oczach, jak i w oczach partnera. Zazwyczaj staramy się też, aby utrzymać to wyobrażenie jak najdłużej. Partner też jawi się nam niemalże jako ideał. Co tu dużo mówić – zakochanie to 100 % halucynacji. Tych pozytywnych czyli „widzę to czego nie ma” oraz negatywnych tzn. „nie widzę tego co jest”. Przykład? Widzę partnera jako ucieleśnienie wszystkiego tego czego szukałam, jako kogoś kto odpowiada na wszystkie moje potrzeby; do tego zupełnie nie dostrzegam, że bywa on czasami niecierpliwy, a nawet wybuchowy. Zakochujemy się przeważnie w kimś kogo nie znamy. W związku z powyższym tak naprawdę nie zakochujemy się  w tej osobie (taką jaką ona jest). W końcu nie wiemy jaka jest. Zakochujemy się w naszym wyobrażeniu na jej temat. Oraz pragnieniu. W fazie romantycznej jest dużo namiętności*. Bliskość i intymność dopiero zaczynają się tworzyć. A na zaangażowanie przyjdzie czas później. Im więcej realności i przytomności tym faza ta trwa krócej.

2. Pierwsze rozczarowanie

Powoli zaczynają nam spadać z nosa różowe okulary, przez które oglądaliśmy siebie, rzeczywistość i partnera. Przeglądamy na oczy. Co widzimy? Przede wszystkim słabości i wady partnera. Po drugie własne niedociągnięcia (a przynajmniej dobrze, żebyśmy je zobaczyli). Pojawiają się pierwsze różnice, pierwsze oczekiwania, pierwsze negocjacje i pierwsze kłótnie. O co się ścieramy? Podobno najczęściej o podział obowiązków, czas wolny, seks, pieniądze i dzieci (mieć, nie mieć? jeśli jeszcze ich nie mamy np. z poprzednich związków). Po raz pierwszy w sposób bardziej realny zadajemy sobie pytanie: czy ja chcę z nim/z nią dalej? Jest to też sprawdzian dla naszej dojrzałości. Osoby niedojrzałe będą albo robić wszystko, żeby nie wyjść poza fazę zakochania lub też kiedy wejdą w etap pierwszego rozczarowania uznają, że „to jednak nie to”.

3. Związek kompletny

Odpowiedź na pytanie „czy my chcemy ze sobą” wybrzmiała na tak. Mimo, iż żadne z nas nie jest idealne. Partnerzy są sobie bliżsi w sposób bardziej realny i dojrzały, niż na początku. Na tym etapie związku wiodącymi wartościami w relacji są: nadal pożądanie, do tego poczucie bezpieczeństwa, szacunek, zaufanie, przyjaźń, wzajemne wsparcie, obopólna akceptacja, przywiązanie,  przezwyciężanie drobnych trudności. Partnerzy wracają do bardziej zbalansowanych proporcji pomiędzy bliskością a samodzielnością. Są gotowi na coraz większe zobowiązania i deklaracje. W tej fazie wszystkie 3 elementy miłości, o jakich wspomina prof. Bogdan Wojciszke (czyli namiętność, intymność i zaangażowanie) są obecne.

4. Związek przyjacielski

Po około 4 – 10 latach namiętność w związku spada i zaczyna odgrywać drugorzędną rolę. Tak mówią naukowcy. Tu jako praktyk muszę się wtrącić. Po pierwsze – nie dla wszystkich namiętność traci na znaczeniu. A po drugie – namiętność można też skutecznie podtrzymywać. Oczywiście, że po 10 latach związku jest inaczej, niż po 10 tygodniach. Zmieniają się nasze potrzeby, priorytety, możliwości. Ale nie musi to oznaczać, że namiętność przestaje się liczyć. Niemniej jednak, na tym etapie związku, w porównaniu np. z etapem zakochania, namiętność ustępuje pola intymności i zaangażowaniu. Faza ta może trwać w nieskończoność. Może też niestety przerodzić się w związek pusty (opis poniżej) lub też doprowadzić do kryzysu.

5. Ponowny kryzys

Zaniedbana namiętność, bliskość i więź; nieuważność, pośpiech, lenistwo, różnice w potrzebach, poróżnienie w priorytetach, brak cierpliwości, koncentracja na sobie, zmęczenie, rutyna, ilość obowiązków – to tylko część z przyczyn, które doprowadzają do tego, iż partnerzy zaczynają się od siebie oddalać. W relacji pojawiają się wzajemne pretensje, oskarżenia, złość, żal. Partnerzy zaczynają widzieć w sobie głównie to co „złe”. Na tym etapie niejednokrotnie dochodzi do zdrad i romansów. Partnerzy stoją przed ponowną decyzją w kwestii tego czy chcą nadal być ze sobą. Często towarzyszy im brak nadziei i chęć rozstania. Niektóre relacje faktycznie ulegają rozpadowi. Byli partnerzy zaczynają żyć samodzielnie lub też w innych związkach – wtedy cykl zaczyna się od nowa, ale już z kimś innym. Niektóre pary decydują się włożyć wysiłek w to, aby dokarmić to co zaniedbali. Te związki mogą powrócić do etapu związku przyjacielskiego, a nawet związku kompletnego. Są i takie relacje, dla których odpowiedzią na kryzys nie jest ani rozpad ani naprawa więzi, ale przejście w stan związku wypalonego. Inaczej pustego.

6. Związek pusty

W związku pustym brak i namiętności i intymności i zaangażowania. Jest jedynie zobowiązanie. W takim związku nie ma wzajemnego zainteresowania, zaciekawienia sobą, radości ze wspólnie spędzonego czasu, sympatii do siebie. Są dzieci, wspólne mieszkanie, kredyty. To nas ze sobą trzyma. Przynajmniej deklaratywnie. A u niektórych pewnie faktycznie tylko to. Są utopione koszty („skoro już tyle zainwestowaliśmy..”), jest konieczność i brak możliwości. Taki związek może trwać latami. Niestety.

* 3 podstawowe składniki miłości wg prof. Bogdana Wojciszke: namiętność, intymność i zaangażowanie

Czy przeciwieństwa się przyciągają?

Podsłuchałam ostatnio (naprawdę nie było możliwości nie słyszeć ;) ) rozmowę trzech na oko dwudziestoparoletnich kobiet siedzących w kawiarni przy stoliku obok. Z kontekstu wynikało, że jedna z nich się zakochała. Opowiadała pozostałym: „Znalazłam swoją bratnią duszę! Tak czuję. On lubi to co ja, chodzi w te same miejsca, słucha tej samej muzyki. Dacie wiarę, że on też marzy o wycieczce do Japonii? On ma nawet te same dziwactwa co ja! To naprawdę moja druga połówka!”. Jedna ze znajomych wyraźnie nie podzielała jej entuzjazmu: „O matko, to nie wróżę wam najlepiej. Wy się zanudzicie ze sobą na śmierć! To takie samo, tamto takie samo – przecież od dawna wiadomo, że to przeciwieństwa się przyciągają!” . Na co zareagowała trzecia: „Chyba sobie żartujesz! Może na początku, ale potem? Chyba, że lubisz wiecznie się kłócić. Właśnie dobrze, że są do siebie tacy podobni. Na dłuższą metę ludzie nie mogą być zbyt różni, bo się znienawidzą albo pozabijają!”. Rozmowa przyjaciółek trwała dalej w najlepsze, a ja zaczęłam się zastanawiać – jak to z tymi związkami jest? ..

Większość badań psychologicznych zdaje się nie potwierdzać powszechnego przekonania, że to co nas do siebie przyciąga to właśnie przeciwieństwa. Więcej – naukowcy dość zgodnie podkreślają, że to co wpływa zarówno na ocenę atrakcyjności drugiej osoby oraz na nasze poczucie bezpieczeństwa to jednak podobieństwa. Pisze o tym Alaya Malach Pines w swojej książce „Zakochać się: jak wybieramy tych, których kochamy”. Badacze i praktycy są zdania, że aby mogła nastąpić jakakolwiek identyfikacja musi dojść do choćby minimalnego podobieństwa. Dlatego też przy pierwszych spotkaniach sondujemy głównie to co mamy podobnego. Podobieństwa pozostają też w zależności z jakością relacji i poczuciem satysfakcji w związku, a także jego trwałością.
O jakie podobieństwa chodzi? Co ciekawe np. o urodę. Istnieje koncepcja, która mówi o tym, iż wybieramy partnera, mówiąc kolokwialnie, z „tej samej ligi” czyli z podobnego przedziału atrakcyjności fizycznej. Oznaczałoby to, że bardzo atrakcyjny partner wybierze tylko też bardzo atrakcyjnego, a nieatrakcyjny nieatrakcyjnego.
Jednym z ważniejszych wyznaczników powodzenia w związku jest podobieństwo partnerów pod względem hierarchii wartości. Zgodność dwojga ludzi pod względem tego co uważają za najważniejsze znacznie zwiększa prawdopodobieństwo wzajemnego zrozumienia, realizacji wspólnych celów oraz wsparcia w trudnych sytuacjach. Równie ważne jest podobieństwo poglądów. Osoby o podobnym do nas światopoglądzie potwierdzają słuszność naszych przekonań, a to jest komfortowe i bezpieczne. Z takimi osobami łatwiej nawiązujemy głębszą relację, ponieważ opinie nas nie antagonizują.
Jak twierdzą badacze i praktycy, w szczęśliwych związkach panuje podobieństwo także pod względem: poziomu inteligencji, wykształcenia, wieku, statusu społecznego, religii, wiodących zainteresowań, potrzeb, sposobu spędzania wolnego czasu, poziomu dojrzałości emocjonalnej i odpowiedzialności, poziomu empatii, stabilności emocjonalnej oraz umiejętności komunikacyjnych i społecznych.
A co z innymi cechami osobowości? Tu wśród naukowców pełnej zgodności nie ma. Przykładem takich obszarów, których dotyczy brak jednomyślności wśród badaczy jest np. wymiar ekstrawersja-introwersja czy też pesymizm-optymizm. Być może są to obszary, w których potrzebny stopień podobieństwa jest sprawą wysoce indywidualną.
Skoro podobieństwa są tak istotne dla poczucia satysfakcji w związku dlaczego tak wiele osób twierdzi, że pociągają ich osoby zupełnie od nich odmienne?
No, różnice z pewnością fascynują i ekscytują. Dodają naszym miłosnym relacjom barw i też potrzebnej pikanterii. Dzięki temu, że się różnimy możemy uczyć się od siebie nawzajem. Ale są dwa warunki, które muszą zostać spełnione aby różnice nas rozwijały i wzbogacały, a nie siały spustoszenie. Po pierwsze proporcje podobieństw do różnic powinny być jednak na korzyść tych pierwszych. Jak pisze na podstawie swoich badań z 1989 r. Wilson: „Podobają się nam osoby podobne do nas, szczególnie pod względem systemu wartości, zainteresowań i inteligencji, lecz różniący się od nas jedną cechą, dzięki której wzajemnie się dopełniamy.” I to jest chyba słowo klucz – dopełnienie. Psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger jest zdania, że to właśnie potrzeba dopełnienia jest potrzebą podstawową podczas wyboru tego, kogo obdarzamy uczuciem (Zwierciadło, luty 2017 r). Eichelberger z jednej strony zgadza się, że podobieństwa są istotne, ponieważ amortyzują nieuniknione trudności, tarcia i napięcia, jakie pojawiają się przy okazji miłosnego spotkania. Spotykając się z kimś podobnym do nas można szybko i łatwo się porozumieć. To ważne, aby mieć poczucie, że spotykamy kogoś „z naszego świata, naszego plemienia”. Z drugiej strony Eichelberger uważa, że jest mało prawdopodobne, żeby między ludźmi bardzo do siebie podobnymi wybuchła wielka namiętność. Bo jest zbyt komfortowo, bo „mamy ten sam smak i ten sam zapach”. My ludzie potrzebujemy się uczyć, zmieniać. A to możliwe jest tylko przy kimś ktoś jest inny. Dlatego też pociągają nas u potencjalnego partnera głównie te cechy, których sami nie mamy i które chcielibyśmy w sobie rozwinąć. Ktoś mógłby powiedzieć: „a więc jednak przeciwieństwa!”. Nie do końca. Psychoterapeuta twierdzi, że jeśli jesteśmy przekonani, że tym co spaja związek są przeciwieństwa to będziemy konserwować to co nas różni. Konsekwencją tego będzie trwanie z uporem przy tym jacy jesteśmy (a więc brak rozwoju) i zwiększanie przestrzeni konfliktu. Będziemy też wzmacniać własne deficyty i uzależniać się od siebie, bo skoro zostajemy przy swoim to nadal tylko on potrafi być stanowczy wobec niespodziewanych gości a tylko ona załagodzić konflikt z teściową. Chodzi więc o perspektywę korzystania z różnic w sposób, który mobilizuje nas do wewnętrznej przemiany czyli odkrycia i rozwijania w sobie cech partnera. Eichelberger mówi: „Jeśli ktoś nas zachwyca i fascynuje to mamy dwie możliwości do wyboru. Albo umieścić tę osobę na piedestale i wielbić ją albo zrozumieć, że patrzymy na nasz własny niezrealizowany potencjał.” Dziennikarka Beata Pawłowicz pyta: „A więc szczęśliwa miłość to ta dopełniająca nas, polegająca najpierw na fascynacji cechami drugiego człowieka, które tak naprawdę chcielibyśmy rozwinąć w sobie? Poczuciu, że się nawzajem dopełniamy i pracy nad sobą, by to dopełnienie przestało być konieczne?” „Tak” – odpowiada psycholog. „Końcowym etapem tego procesu jest to, że po prostu jesteśmy razem, to rozwija nasz miłosny potencjał” – dodaje. Przykładem, który unaocznia różnicę pomiędzy przyciąganiem się przeciwieństw a dopełnianiem jest relacja seksualna. „Na początku doświadczamy silnego przyciągania seksualnego do istoty różnej od nas fizycznie, psychicznie i energetycznie. Ale gdy w końcu dochodzi do upragnionego zbliżenia, to już nie doświadczamy siebie jako dwóch podążających ku sobie przeciwieństw, lecz jako kojącego dopełnienia zwanego też poczuciem jedności. Podobnie dzieje się na innych poziomach relacji z kimś różnym od nas: poziomie emocji, wrażliwości, intelektu i charakteru.” – mówi Wojciech Eichelberger. Co ciekawe, według psychoterapeuty metaforyczne przedstawienie udanego związku jako dwóch połówek jabłka też mówi nie o przyciąganiu się przeciwieństw czy podobieństw, a o dopełnieniu – dążeniu do harmonii i jedności. Carl Gustaw Jung (słynny psychiatra i psycholog) też mówił o tym, iż zadaniem życiowym kobiety jest odkrycie i rozwinięcie w sobie aspektu męskiego (animus), a zadaniem życiowym mężczyzny – odkrycie i rozwinięcie w sobie aspektu kobiecego (anima). Podobną opowieść snuje taoistyczna mandala jin-jang.
Wniosek: Jakościowej i satysfakcjonującej relacji sprzyja garść podobieństw (szczególnie w kwestiach priorytetowych) ze szczyptą różnic, które wykorzystywane są do rozwijania siebie i relacji. Skrajności w jakąkolwiek ze stron nie służą. Wiedzą o tym terapeuci pracujący z parami. Bowiem pary i bardzo do siebie podobne (pary symetryczne) i te, których różni niemalże wszystko (pary komplementarne) mają swoje kłopoty. Pary symetryczne obawiają się różnic, widząc je jako pierwszy krok do wzajemnego oddalenia. Te pary borykają się z lękiem przed samotnością. Z kolei pary komplementarne za zagrażające postrzegają podobieństwa, ponieważ zbyt obawiają się zlania. A tak naprawdę często po prostu bliskości. W terapii pary te uczą się, że różnice są naturalne i bezpieczne, uczą się też bycia oddzielnym i niezależnym (pary symetryczne). Z kolei pary komplementarne rozwijają w sobie gotowość do współzależności i dobrej bliskości.

Granice szczerości w związku

Inspiracja do artykułu? Jak przeważnie – ukochani pacjenci. Oczywiście ze względu na ich bezpieczeństwo i anonimowość imiona i pewne szczegóły zostały zmienione.

Lidia (37) jest tuż po rozwodzie. Powoli zaczyna się rozglądać za jakimś interesującym mężczyzną. Rozmawiamy o wnioskach jakie wyciągnęła z poprzedniego związku, które mogłyby jej pomóc w stworzeniu udanej relacji z nowym partnerem. „Powodem moich kłopotów z mężem była obopólna nieszczerość. Ja wolałam unikać rozmawiania o mojej przeszłości, bo się jej wstydziłam. Nie chciałam, żeby mąż wiedział, że kiedyś byłam nieco szalona. Wydawało mi się, żeby nie zrozumiał (Lidia miała dość bogatą przeszłość erotyczną – przyp.autorka). A potem mąż miał ten romans..Może gdybym dowiedziała się od niego, od razu. Ale mnie powiedziała o tym znajoma i to w tak niesprzyjających okolicznościach. Nie byłam w stanie mu wybaczyć. Nie zdrady, tylko kłamstwa. Teraz chcę stworzyć związek, gdzie szczerość będzie podstawą. Jestem gotowa powiedzieć o sobie już na pierwszej randce. Jeśli mnie zechce, to znaczy, że to ten. I tego też będę oczekiwać od niego. Tajemnice to gwóźdź do małżeńskiej trumny”.

Jeremi (41) właśnie rozstał się z żoną. „Dziś wiele zrobiłbym inaczej. Przede wszystkim nie powiedziałbym żonie o zdradzie. To była jednorazowa historia, kompletnie bez znaczenia. Ale wydawało mi się, że zatajenie tego byłoby nielojalnością wobec Renaty. No więc powiedziałem i od razu pożałowałem. Nie wiem na co liczyłem? Na zrozumienie? Może po prostu chciałem zrzucić ten ciężar, podzielić się nim z najbliższą osobą. Naprawdę nie wiem co wtedy myślałem. Żona kazała mi się spakować. Miesiące bez niej były potworne. Ale sklejenie tego potem też nam nie wyszło. Renata przestała mi ufać. Zaczęła mnie sprawdzać, zadawała setki pytań, chciała wiedzieć wszystko, łącznie z tym o czym myślę. Nie byłem w stanie tego znieść. Gdybym mógł zaapelować do ludzi, żeby nie wierzyli w bezwzględną szczerość..Ona zniszczyła moje małżeństwo”.

W gabinecie często jestem pytana o szczerość w relacji. Pacjenci pytają czy warto być szczerym zawsze i w każdej sytuacji? Czy są granice tej szczerości i ewentualnie w którym miejscu. Mają ze wiele doświadczeń oraz wiele własnych koncepcji na jej temat. Od stanowiska absolutnej szczerości po szczerość bardzo wybiórczą. Najczęściej zastanawiają się nad szczerością w kontekście zdrady, pokus, fantazji, ale pojawiają się też wątpliwości dotyczące kwestii przeszłości (czy mówić ile miałem kobiet i gdzie uprawiałem seks), finansów (ile zarabiam), rodziny (co sądzę na temat jego rodziców), a nawet higieny (mówić, że idę wydepilować nogi czy nie) czy fizjologii (mówić bez skrepowania o wzdęciach czy biegunkach?). Postanowiłam więc poczynić drobny research i przeanalizowałam internetowe fora dotyczących tematyki związków. Czego się dowiedziałam? Jak zwykle, że mamy różne opinie i doświadczenia. Zdarzały się oczywiście osoby, które deklarowały absolutną szczerość i takie też miały oczekiwania od partnera („jeśli nie w związku być szczerym to gdzie?”). Byli i tacy, którzy przyznawali, że na temat pewnych spraw milczą („moja babcia mówiła, że całego tyłka się nie pokazuje”, „tajemniczość jest atrakcyjna i pociągająca”). Wielu liczyło na bezwzględną szczerość partnera, co wydawało mi się zrozumiałe. Kto przyzna, że chce być okłamywany? Ale znalazłam i takich, którzy otwarcie mówili, że są kwestie, o których chętnie mogliby nie wiedzieć. Wnioski? Otóż, z mojego oglądu forum wynika, iż kobiety najczęściej nie mówią mężczyznom o swoich fantazjach, wydatkach oraz o kompleksach. Mężczyźni unikają mówienia o innych kobietach (że im się podobają, że miewają fantazje) oraz o złej kuchni czy garderobie partnerki. Są zdania, że to zazwyczaj źle się kończy. Kobiety nie chcą słyszeć od swoich mężczyzn, że przytyły czy powinny przejść na dietę (mimo, że niektóre mówią o tym nieustannie i domagają się reakcji partnera), że za dużo mówią, że podoba Ci się jej przyjaciółka czy inna kobieta, że Twoja matka lepiej gotuje, że ona jest jak swoja matka, że miewasz fantazje z innymi kobietami, że Twoja eks była bardziej namiętna. Mężczyźni zaskoczyli mnie tym ile informacji jest im zupełnie zbędnych. Daruj partnerowi wspomnienia o Twoich byłych, fantazje z Rayanem Gosslingiem w roli głównej i porównywanie go do kolegów z pracy. Możesz pominąć też informacje, że Twoi rodzice go nie lubią, a on źle się ubiera, jest niewykształcony, mało zarabia, kiedyś miał lepszą kondycję a jego hobby jest śmieszne i bez sensu. Mężczyźni nie muszą znać szczegółów co do twojej fizjologii czy higieny i wiedzieć, że jesteś rozczarowana jego sprawnością w łóżku. Mężczyźni nie znoszą też pytań o byłe.

Oczywiście należy mieć świadomość, że powyższe „wyniki” to uogólnienia i uproszczenia. Przytoczyłam je po to, by po pierwsze zaprzeczyć tezie wysuwanej przez niektórych, że wszyscy pragniemy bezwzględnej szczerości. Tak nie jest. Nie wszyscy uważają też, że szczerość jest lekarstwem na wszystko. Chciałam zwrócić uwagę na różnice pomiędzy nami. Bowiem różnie myślimy o świecie i rzeczywistości, w tym także o szczerości. I pytana o granice szczerości w relacji od tego zawsze zaczynam.

  1. Dla większości z nas podstawą związku jest LOJALNOŚĆ wobec siebie. Ale jedynie niektórzy definiują lojalność jako szczerość bez granic. Dla innych lojalność to odpowiedzialność i szacunek wobec uczuć partnera, co czasem oznacza pozbawianie ukochanego/ej wiedzy, która mogłaby jedynie zranić. Dobrze jest o tych różnicach rozmawiać. Znając przekonania i doświadczenia partnera dotyczące szczerości łatwiej będzie Ci podjąć decyzję w kwestii – powiedzieć czy też nie. Jeśli wiesz, że dla partnera szczerość jest absolutna podstawą prawdopodobnie wybierzesz pierwsze rozwiązanie. Jeśli nie, może zdecydujesz inaczej.
  2. Każdy z nas jest inny, różne są także związki. To, że poprzedni partner Cię zawiódł nie oznacza, że zawiedzie i ten. Nie przekładaj doświadczenia z poprzedniej relacji (czy też relacji z domu rodzinnego) jeden do jednego. Dobrze wyciągnąć wnioski z minionych przeżyć, ale pamiętaj, że tworzysz nową jakość. Obecny partner nie musi dostawać cięgów za poprzednich. Były Cię okłamał, ten ma Ci mówić o wszystkim? Dziel się swoimi potrzebami i obawami w tej kwestii, ale słuchaj też co ma Ci do powiedzenia partner, jak on to widzi. Również granice szczerości są w związku obszarem do wspólnych NEGOCJACJI.
  3. Nie ma recept czy przepisów na miłość. Są wskazówki, sugestie, nic ponad to. Ze szczerością jest podobnie. Moim zdaniem nie ma mądrego, który mógłby powiedzieć zawsze czy nigdy: Jeśli powiesz o zdradzie Twój związek na pewno się rozpadnie; albo nigdy nie mów ile wydajesz na buty. Ja zazwyczaj powołuję się na ZNAJOMOŚĆ siebie, partnera oraz na UWAŻNOŚĆ. Jeśli jesteś uważny łatwiej będzie Ci poczuć co zrobić.
  4. Pamiętaj, że to CO mówisz (lub nie) jest ważne. Ale moim zdaniem znacznie ważniejsze jest to JAK mówimy. Są tacy, którzy wychodzą z założenia, iż można powiedzieć wszystko, kwestia jedynie jak to powiemy. Byłabym ostrożna z tak ortodoksyjnym stawianiem sprawy (treść jest ważna), ale zgadzam się, że podstawą jest forma czyli dobór słów (te mają niebywałą moc), oraz niewerbalna strona przekazu.
  5. Obok odpowiedniej formy istotny jest MOMENT kiedy to mówisz. Z jednej strony chodzi o odpowiedni moment w procesie relacji .Może nie powiesz czegoś na początku znajomości, ale z czasem pogłębiania więzi uznasz to za wskazane lub też poczujesz się gotowy. Z drugiej strony chodzi o kwestie znacznie bardziej przejrzyste jak np. to, by nie mówić czegoś przy innych.
  6. Kolejnym ważnym elementem jest CEL w jakim mówisz czy milczysz. Uważam, że bardzo użytecznym pytaniem przy wątpliwościach ze szczerością jest pytanie PO CO? Po co mówię (żeby zrzucić z siebie ciężar, a może chcę coś naprawić)? Po co milczę (obawiam się, a może uważam to za bezcelowo raniące)? Uczciwa odpowiedź wymaga ogromnej dojrzałości, ale warto się na nią zdobyć, bo może być niezwykle użyteczna.
  7. Podobne pytania dotyczą SENSU, KORZYŚCI oraz KONSEKWENCJI. Oczywiście nie zawsze jesteś w stanie je przewidzieć. Ale użyć wyobraźni nie zaszkodzi. Ważne, żeby nie robić niczego w emocjach. W tak subtelnych sprawach jak granice szczerości mogą nie być dobrym doradcą. Pamiętaj, że to co mówisz, może być niekiedy strzałem w swoje kolano. Pamiętaj, kto jest Twoim kumplem, a kto miłością. Może mówienie żonie o swoich fantazjach z asystentką nie jest najlepszym pomysłem? Uważam, że określone kwestie są do określonych osób: inne do rodzica, inne do dziecka, inne do męża, inne do przyjaciółki.
  8. Czasem użytecznymi pytaniami mogą być też np.: CZY JA CHCIAŁABYM WIEDZIEĆ oraz CZY PARTNER MNIE O TO PYTA?. Oczywiście należy wziąć (jak zawsze)pod uwagę kontekst. Po pierwsze nie zawsze jesteśmy z partnerem zgodni. Może Ty nie chciałabyś wiedzieć, ale on, i owszem, bo Ci o tym mówił. Po drugie, jeśli partner nie ma szans, żeby domyślić się Twojej tajemnicy, trudno żeby o to pytał. Ale są sytuacje, w których możesz z powyższych pytań z powodzeniem skorzystać.
  9. I garść sugestii na koniec: Mów o FAKTACH, szczegóły możesz sobie darować (kwestia zdrady, przeszłości erotycznej, faktu, iż, co naturalne podobają Ci się inne kobiety etc); Mów o DECYZJACH, dzielenie się wątpliwościami przemyśl (decyzja dotycząca odejścia kontra wątpliwości czy kochasz swoją żonę); O tym, CO MIĘDZY WAMI jest sprawą otwartą, wymaganie zwierzania się ze szczegółów spotkania z przyjaciółką (co dotyczy np. jej małżeństwa) nie ma związku z lojalnością wobec partnera.
  10. W PODSUMOWANIU: Każdy z nas ma pewien obszar swojej własnej intymności, w której zawierają się również kwestie, o których nie chce mówić. Uważam, że mamy do tego prawo. Jeśli nie są to sprawy mające zasadnicze znaczenie dla relacji, moim zdaniem, należy to uszanować. Wymaganie od ukochanego/ukochanej, żeby mówił nam wszystko, zwierzał się ze wszystkich myśli, tęsknot, fantazji jest dla mnie przemocą i ograniczeniem jego wolności. Sięgnijcie pamięcią do zajęć przedszkolnych. Pamiętacie rysunek dwóch zachodzących na siebie zbiorów? Oddaje on to jakim zjawiskiem jest związek. Jest w nim miejsce na wspólne (wspólny czas, wspólna intymność) i na odrębne (czas spędzany osobno, odrębność emocjonalna i psychologiczna). To jaki obszar w związku jest wspólnym a jaki odrębnym jest indywidualną kwestią każdej diady. Ale dobrze jest pamiętać, że obszary są trzy (moje, jego/jej i nasze). Z mojego doświadczenia wynika, że zignorowanie tego faktu z reguły kończy się pesymistycznie. Zarówno nadmierne separowanie indywidualnych „światów” każdego z partnerów nie służy (jest powodem rozpadu), ale zlanie się nie jest lepszym pomysłem (może doprowadzić np. do uczucia „duszenia się” w związku i potrzeby jego zerwania). Wymaganie bezgranicznej szczerości jest jednym z jego elementów.

Dlatego też zarządzaj szczerością rozważnie, dojrzale i odpowiedzialnie. Nie usprawiedliwiaj się, nie szukaj łatwych rozwiązań, ale decyduj z największą możliwą korzyścią dla związku, w którym jesteś.

 

 

Miłość się robi

Agnieszka (30) jest w związku od dwóch lat. Jej partner właśnie się jej oświadczył. Agnieszka przychodzi na spotkanie, ponieważ „nie wie czy chce wyjść za mąż za Szczepana”. „Nie wiem czy go kocham” – mówi. „Czasem mam poczucie, że tak, a czasem nie jestem tego pewna?” Ciekawi mnie od czego to zależy. „Kiedy masz poczucie, że tak?”   – pytam. „No są takie chwile, że tak czuję. Nie umiem tego inaczej nazwać.” – mówi. „W tej sytuacji nie wiem czy to wystarczy. Do tej pory, kiedy nie rozmawialiśmy o ślubie wydawało mi się, że tak. Ale teraz? Kiedy wychodzi się za mąż chyba powinno się być pewną, że kocha się ponad wszystko”.
Julian (39) zdecydował się na spotkanie, ponieważ zaobserwował, że w jego życiu powtarza się jeden schemat. „Poznaję kobietę, która bardzo mi się podoba. Zakochuję się. Mam wszystkie tego objawy” – uśmiecha się. „Mam wtedy ochotę zrobić dla niej wszystko. Mija jakiś czas. Czasem kilka miesięcy, czasem dłużej. Mój najdłuższy związek trwał 4 lata. I moje uczucia mijają. Chciałbym być w stałym, długotrwałym związku, ale w związku z miłości, a nie rozsądku czy przyzwyczajenia. Tak jak jestem w stanie powiedzieć kobiecie, że ją kocham na początku związku, tak później nie chce mi to przejść przez usta. A przecież zdaję sobie sprawę, że powinno być odwrotnie. Z drugiej jednak strony nie chcę oszukiwać. Jeśli tego nie czuję? Może ja po prostu nie potrafię kochać?”
Matylda (35) i Oskar (38) są małżeństwem od 8 lat. Spotkanie odbywa się z inicjatywy Matyldy. Matylda ma szereg zarzutów dotyczących zachowania Oskara. Twierdzi, że czuje się w związku bardzo samotna. „We wszystkim jestem sama. Oskar w niczym mnie nie odciąży. Nawet jak byłam ostatnio na operacji w szpitalu wszystkie obowiązki domowe czekały na mnie. Oskar ze mną nie rozmawia, głównie spędza czas sam lub z kolegami na wyścigach. Jak mu o tym wszystkim mówię, twierdzi, że przesadzam.” Matylda czuje się przez Oskara niekochana. Oskar deklaruje, że kocha. Że kocha bardzo. Ba, mówi, że „Matylda jest tym co ma najważniejszego”. Pytam Oskara co to znaczy dla niego kochać? Jest tym pytaniem zaskoczony. „Jak pan okazuje żonie miłość?” – próbuję inaczej. „Mówię jej o tym” – odpowiada. „Ale jak pan tę miłość okazuje?” – nie poddaję się. Oskar milczy.
Czym jest miłość? Skąd wiemy, że kochamy? Któż z nas przynajmniej raz w życiu nie zadał sobie takiego pytania? Pojęcie miłości zgłębiali i zgłębiają naukowcy, filozofowie, poeci. A ona nadal pozostaje tajemnicą. Albert Einstein powiedział, że miłość to „jedyna energia we wszechświecie, której człowiek nie zgłębił”. Miłość to fenomen, którego nie jesteśmy w stanie ująć w ciasne ramy definicji. Jest ona trudna do zdefiniowania ze względu na rozmaitość użyć i znaczeń połączonych z zawiłością uczuć i postaw. Według biochemii miłość to reakcja w mózgu. Według ewolucji – rodzaj instynktu służący przetrwaniu gatunku. Psychologicznych koncepcji dlaczego kochamy tę a nie inną osobę jest co najmniej kilka czy kilkanaście. A czym jest dla nas – przeciętnych zjadaczy chleba? Według badań CBOS z 2005 r. ok 1% badanych w ogóle nie jest w stanie odpowiedzieć na powyższe pytanie. 2% respondentów zaprzecza istnieniu czegoś takiego jak miłość. Kolejne 2% łączy miłość z zakochaniem czy pobudzeniem emocjonalnym w sensie fizycznym. Z kolei 1/3 biorących udział w badaniu jest zdania, że miłość to zaufanie, lojalność, uczciwość, szacunek, akceptacja, zrozumienie, wspieranie, dążenie do dobra drugiej osoby, przetrwanie trudnych momentów. Ta grupa badanych nie sprowadza miłości jedynie do uczucia. W moim rozumieniu – dla nich miłość to działanie, choć nie wiem czy oni sami też tak by to zobaczyli. Gdyby pobawić się we wróżkę i prognozować która z tych grup badanych ma największą szansę na doświadczenie miłości to powiedziałabym, że właśnie ta ostatnia. No cóż. Jeśli nie wiemy czym jest miłość (1% badanych) – możemy kochać i nie wiedzieć, że kochamy. Jeśli w miłość nie wierzymy (2%) – trudno będzie nam ją dostrzec, ponieważ zwykliśmy widzieć to co nie stoi w sprzeczności z naszym sposobem patrzenia. Jeśli łączymy miłość z zakochaniem czy też fizycznym pożądaniem (2%) – ta zwykle mija, a nam przychodzi tylko stwierdzić, że „już nie kochamy”. Ale jeśli miłości nie sprowadzamy jedynie do przyjemnego uczucia wynikającego z przypadku – mamy szansę, żeby kochać, kochać długo i tę miłość kształtować. Niemiecki filozof, psycholog i psychoanalityk Erich Fromm, autor słynnej książki „O sztuce miłości” w ogóle twierdzi, że coś takiego jak miłość nie istnieje. Według Fromma miłość to abstrakcja. „Nikt jej nigdy nie widział” – pisze. Według Fromma „istnieje tylko akt kochania”. Dla Fromma miłość to twórcza aktywność przejawiająca się w trosce, dawaniu, poszanowaniu, poznaniu, poczuciu odpowiedzialności. Według Fromma miłość to nie los. Miłość się nie przydarza. Miłość to zadanie, decyzja, obietnica, postawa, działanie i praca. Dlatego też Fromm jest zdania, że miłość można sobie obiecać. Właśnie z tego powodu, że miłość nie jest wyłącznie uczuciem. Uczucie przychodzi i może odejść. Ale akt kochania może być czymś stałym i kształtowanym przez nas. Fromm uważa, że miłość drzemie w każdym z nas, a uaktywnia się właśnie poprzez działanie i zaangażowanie. „Miłość jest czynnym zainteresowaniem się życiem i rozwojem tego co kochamy.” – mówi. Dlatego też zdolność kochania można trenować i rozwijać. Nie bez przyczyny książka filozofa nosi tytuł „O sztuce miłości”. Dla Fromma miłość, istotnie, jest sztuką, którą możemy opanować zgłębiając jej teorię i praktykę. Temu procesowi może towarzyszyć odwaga, pokora, wiara i zdyscyplinowanie, ale także afirmacja i radość. Mimo, iż Fromm postrzega miłość m.in. jako zadanie czy pracę to ta nie jawi mu się jako trud i znój, ale jako największe dobro, prawdziwe bogactwo i ogromna radość.  „Miłość jest największym dobrem i prawdziwym bogactwem. Bogatym zaś jest ten kto daje. Ten kto obawia się, by nie zubożeć nigdy nie jest dość bogaty, by dać.” – pisze. Fromm jest też zdania, że miłość jest wartością absolutnie niezbędną i nadrzędną. „Bez miłości ludzkość nie mogłaby istnieć ani jednego dnia” – mówi. Miłość bowiem „jest poszanowaniem życia we wszystkich przejawach”.
Kiedy przedstawiłam moim bohaterom poglądy Fromma na miłość ( w celu inspiracji) padły z ich ust trzy pytania. „A więc miłość to poświęcenie?” (Oskar), „Czyli należy wyzbyć się siebie?” (Julian), „Czyli uczucia w miłości nie mają znaczenia?” (Agnieszka). Odpowiadając na dwa pierwsze pytania – nic bardziej mylnego. Również Fromm zwrócił uwagę, iż rozpowszechniony jest pogląd, jakoby kochanie innych było cnotą, zaś miłość własna egoizmem. Kalwin wyraża się o miłości siebie samego, jako o „pladze”, Freud miłość własną sprowadza do narcyzmu. Fromm ocenia to jako paradoks. Jeżeli cnotą jest kochać drugiego człowieka -  jako ludzką istotę – musi być cnotą, a nie grzechem, kochać samego siebie. Nie ma bowiem takiego pojęcia człowieka, które by nie obejmowało również i mnie. Twierdzenie zawierające takie wyłączenie zawierałoby  wewnętrzną sprzeczność. Myśl zawarta w biblijnym nakazie: „kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” – zakłada poszanowanie własnej integralności. Miłość własnego Ja jest nierozerwalnie związana z miłością każdego człowieka. Egoizm natomiast, wyklucza jakiekolwiek prawdziwe zainteresowanie bliźnim, szacunek dla jego integralności, potrafi wyłącznie brać a na świat zewnętrzny patrzy z punktu widzenia osobistych korzyści. Prawdą  jest, iż egoiści nie potrafią kochać innych, ale nie potrafią też kochać siebie samych. Dlatego też akt kochania dotyczy nie tylko innych, ale także, a może przede wszystkim nas samych. Jeśli chodzi z kolei o pytanie Agnieszki to oczywiście uczucia są ważne, szczególnie na początku. Tzw. chemia, fascynacja mają znaczenie, ponieważ są pewnym kryterium wstępnym do podjęcia decyzji o stworzeniu relacji z kimś nieznajomym, obcym. Jednakże według Fromma rola uczuć kiedyś się kończy. Wtedy przychodzi czas na postawę.
Czy postrzeganie miłości i kochania w ten sposób będzie dla moich bohaterów jakimś ułatwieniem lub inspiracją? Czy to pomoże im w odpowiedzi na dręczące ich pytania: Czy to jak czuje Agnieszka jej wystarczy, by podjąć decyzję o ślubie? Czy Julian potrafi kochać? Jak Oskar może okazywać żonie miłość? Sama jestem ciekawa.

Gdzie ci mężczyźni, czyli czasem czuły, czasem barbarzyńca*

Ten temat chodził za mną już od dłuższego czasu. To pewnie na skutek tego, że moje liczne doświadczenia gabinetowe zdawały się coraz silniej potwierdzać, że tzw. „męskość” znajduje się w fazie potężnego kryzysu. Z jednej strony kobiety żalą się, że „nie ma już prawdziwych mężczyzn”, że współcześni mężczyźni są „niedojrzali, nieodpowiedzialni, samolubni, egocentryczni, słabi, histeryczni, pełni obaw, narcystyczni, nadwrażliwi, nieczuli” – mogłabym jeszcze powymieniać. Z kolei panowie coraz częściej stawiają sobie pytania o to kim są (również jako mężczyźni) i nierzadko są w tych odpowiedziach mocno zagubieni. Niektórzy są też pełni złości na kobiety za to, że te stawiają przed nimi nierealne oczekiwania pt. „ma być męski i wrażliwy”, „ma zapewnić rodzinie byt i dużo spędzać czasu z dziećmi”. Z kolei kobiety mają poczucie stałego obniżania oczekiwań wobec mężczyzn, których oni i tak nie realizują. Jednym słowem od pewnego czasu w gabinetach psychoterapeutycznych coraz silniej wybrzmiewa pytanie: „co to jest męskość?”. Oraz: „co to znaczy męski mężczyzna?”, „jakich mężczyzn chcą kobiety?”, „jacy mężczyźni czują się męscy?”, „jacy mężczyźni podobają się kobietom?”, „co zrobić, żeby być męskim?”, „kiedy mężczyźni czują się ze sobą dobrze?”, „co mężczyzna może zrobić dla swojej męskości?” itp. Odpowiedzią na powyższe pytania jest dla mnie książka Tomasza Kwaśniewskiego i Jacka Masłowskiego „Czasem czuły, czasem barbarzyńca”. Już sam tytuł zapowiada, że książka będzie świetna ;) A poważnie – uważam, że jest bardzo potrzebna. Przede wszystkim mężczyznom, ale nie tylko. Również nam, kobietom – partnerkom, żonom, matkom (aktualnym, potencjalnym, przyszłym). Czy jest to odpowiedź kompletna – oceńcie sami po lekturze, do której bardzo zachęcam. Ja podzielę się z Wami tym co wydało mi się szczególnie istotne.

Mężczyzna idealny

„Co to jest męskość?” pyta dziennikarz Tomasz Kwaśniewski psychoterapeutę Jacka Masłowskiego. Ten odpowiada: „To jest to czego społeczeństwo potrzebuje od mężczyzn”. Według Masłowskiego ideałem współczesnego mężczyzny jest ktoś kto ma kręgosłup, czyli takie wartości jak: niezłomność, zdecydowanie, odwagę, odpowiedzialność oraz serce, czyli: wrażliwość, miękkość, ciepło, zrozumienie, współpracę. W zupełności się z autorem zgadzam. Dodaje on jeszcze, iż dzisiejszy „mężczyzna idealny” potrzebuje takiej cechy jak elastyczność czyli umiejętność korzystania z kręgosłupa lub serca, w zależności od tego czego wymaga sytuacja. Autor przytacza badania, w których pokazywano kobietom różne zdjęcia mężczyzn. Zadano im pytanie który z nich jest według respondentek najbardziej atrakcyjny. Wybrały strażaka trzymającego na rękach misia pandę, którego ten pierwszy właśnie uratował tego drugiego z pożaru. Czyli wybrały mężczyznę, który wykazał się wartościami zarówno z „kręgosłupa” (odwaga), jak i z „serca” (wrażliwość). Ale uwaga – ten mężczyzna nie mógł być w jednym i w drugim w tym samym czasie. Kiedy walczył z żywiołem korzystał ze swojej niezłomności. Kiedy już nie musiał – mógł nawiązać kontakt ze swoją miękkością. Do tego konieczna jest wspomniana elastyczność. W tym też kryje się klucz do tego, aby wymagań kobiet względem mężczyzn (silny i wrażliwy) nie traktować jako sprzecznych. Kolejną ważną cechą współczesnego mężczyzny jest jego wyrazistość. Jeśli mężczyzna spełnia wszystkie oczekiwania kobiety lub jest nastawiony na ich spełnianie, czy też jeśli cały czas przegląda się w oczach kobiety a swoją samoocenę uzależnia jedynie od jej zadowolenia – to taki mężczyzna jest według autora niewyraźny. A kiedy mężczyzna jest niewyraźny to nie można się na nim oprzeć. Jak mówi Jacek Masłowski: „To jest wata. I kobiety to czują”. Mężczyzna wyraźny jest mocno osadzony w swojej męskości i jest „mocno przy sobie” Oznacza to, że ma wysoką samoświadomość. Zna swoje mocne strony, ale i ograniczenia. Wie jakie ma potrzeby i potrafi je samodzielnie zaspokoić. Jest świadomy jakimi wartościami się w życiu kieruje. Wie co chce w życiu robić. Mężczyzna wyraźny to mężczyzna przewidywalny, z którym można się na coś umówić, który potrafi dać gwarancję. To mężczyzna, który nie boi się kobiet.

Matka

Mężczyzna zaczyna kształtować się w domu. I tak – niektóre z „okoliczności domowych” tę przyszłą męskość wspierają, inne mniej. Jeśli chodzi o postawę mam to najbardziej niesprzyjającą dla przyszłego mężczyzny jest ta, kiedy a) matki „wiedzą za synów” lepiej co oni lubią, czego chcą i co czują , b) wiążą synów ze sobą, c) nie mają zgody na „męskość” syna. Postawę pierwszą dobrze ilustruje anegdotka: Mama woła bawiącego się z innymi synka. Syn wraca do domu i pyta: „jestem głodny?”. Na co matka odpowiada: „Nie, jesteś śpiący”. Nadopiekuńczość, wyręczanie syna ze wszystkiego, brak wsparcia dla jego samodzielności, pozbawianie go wszelkiej odpowiedzialności wspierają syna w jego niedojrzałości. Według autora głównym zadaniem rodzicielstwa jest wychowanie dziecka do autonomii. Postawa druga to sytuacja, w której matka trzyma syna przy sobie. Może to robić na bardzo wiele sposobów, nierzadko sięgając po manipulacje i szantaż emocjonalny. To powoduje, że on nigdy nie dorasta. Niezwykle też trudną sytuacją dla synów jest ta, w której z powodu nieobecności partnera (dosłownej lub np. niedostępności emocjonalnej) matka powołuje do tej roli syna. A on nie ma ani wystarczającej siły, żeby jej odmówić, ani żeby sprostać jej oczekiwaniom. Dlatego też Jacek Masłowski jest zdania, że „matka od pewnego momentu ma syna coraz bardziej odpychać od siebie, wypuszczać.” Żeby on mógł wejść w świat ojca lub choćby innych dorosłych mężczyzn. Postawa numer 3 to ta, w której matka syna zawstydza. Głównie oczywiście w sytuacjach, w której on do głosu dopuszcza swoją męska część np. chce coś zrobić, czymś się wykazać, po coś sięgnąć, zaryzykować, a od matki słyszy np. „daj, lepiej ja to zrobię”, „jak ty się za coś weźmiesz to naprawdę”, lub też w sytuacjach gdzie jego fizjologia dobitnie pokazuje, że jest dorastającym mężczyzną (erekcja, polucje etc). W ten sposób syn „wycina” w sobie to co łączy z byciem mężczyzną.

Ojciec

Ojciec uczy syna czym jest męskość. I znowu – swoim zachowaniem może tą męskość wesprzeć, może jej też zaszkodzić. Zaszkodzi jej, gdy przyjmie jedną z czterech bardzo toksycznych postaw wobec syna: a) postawa „nie istnieję” czyli sytuacja, w której ojciec jest właściwie nieobecny (dosłownie, bo np. po rozstaniu z matką nie utrzymuje  z synem kontaktu, bo cały czas pracuje, lub metaforycznie bo jest  emocjonalnie niedostępny),
b) postawa „zniszczę cię” czyli sytuacja, w której ojciec cały czas rywalizuje z synem, c) postawa „matka jest ważniejsza od ciebie” czyli sytuacja, w której ojciec jest całkowicie podporządkowany matce, d) postawa „podziwiaj mnie” czyli sytuacja, w której autorytet ojca jest autorytetem posągowym i wizerunkowym. Według Jacka Masłowskiego podstawowym zadaniem ojca jest wyprowadzić syna ze świata matki. Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy, które ojciec może zaproponować synowi (najlepiej w wieku 5-6 lat) to możliwość spędzania czasu z dala od matki. Najlepiej z nim – ojcem albo w ogóle z mężczyznami. Ojciec też powinien stawiać matce granice, które mają chronić syna przed jej nadopiekuńczością. Ojciec, który tego nie robi, ojciec, który się wycofuje nie daje dziecku wsparcia. Syn w rezultacie nie ma poczucia wewnętrznej mocy i sprawczości. Bo też nie ma skąd jej wziąć. Autor książki podaje pięć cech dobrego ojcostwa: stanowczość – czyli ojciec jest wyraźny, a granice przez niego ustanowione są jednoznaczne; konsekwencja – czyli jeśli się na coś umówisz to później to realizujesz; ciepło – czyli ojciec, który jest przyjazny, dostępny, empatyczny, miękki; wrażliwość – czyli zgoda na to, żeby pozwolić sobie na przeżywanie także innych emocji niż złość; zaangażowanie – czyli obecność, zarówno w życiu syna jak i swoim, bo trudno być obecnym w czyimś życiu nie będąc obecnym w swoim. Ojciec powinien być też uważny emocjonalnie i dawać synowi czas i uwagę. Dając synowi sygnał, że jest dla ciebie ważny (a więc i dla świata) ojciec buduje poczucie własnej wartości syna.

Partnerka

Zachowanie matki i ojca, które wspierają męskość syna służą m.in. temu, by ten mógł wejść w dojrzały, zdrowy i satysfakcjonujący związek z kobietą (autorzy rozmawiają akurat o związkach heteroseksualnych). Według Masłowskiego chłopcy, którzy z pomocą ojców nie odseparowali się od matek będąc już dorosłymi cały czas przeglądają się w oczach kobiet lub kobiety dokładnie tak samo jak niemowlak przegląda się w oczach matki. Separacja jest konieczna, żeby chłopiec a potem mężczyzna zrozumiał, że bez matki można żyć i że nie umrze jak nie będzie obok niego bliskiej kobiety. Mężczyzna, który nie odciął pępowiny nie będzie ani oparciem dla siebie, ani dla swojej kobiety. Taki mężczyzna będzie od partnerki zależny – od jej opinii, nastroju. Oczywiście tak naprawdę jest to zależność nie od partnerki, a od matki, no ale taka sytuacja jest niezwykle konfliktogenna i niezdrowa dla związku. Żeby stworzyć związek wartościowy mężczyzna powinien być od kobiety względnie niezależny. A ona od niego. Taki mężczyzna potrafi zaspokoić swoje potrzeby, a przez to i innych, w innym wypadku jest jak beczka bez dna. Potrafi też sięgać po kobietę, zdobywać ją i otwierać.

Seks

„Mężczyźni myślą tylko o jednym?”. W pewnym wieku rzeczywiście chłopcy charakteryzują się wysoką popędliwością. To tzw. okres czerwonego rycerza (wg Roberta Bly’a, autora książki „Żelazny Jan”). Po tym czasie wchodzą jednak w fazę rycerza białego, w której zaczynają być ważne wartości społeczne. Jednak bezwzględnie chłopcy potrzebują dość długiego czasu na zintegrowanie penisa z sercem. I na nauczenie się tego, aby w seksie się nie tyle sprawdzać, ile być blisko. Wtedy dopiero są w stanie poczuć różnicę między seksem a miłością fizyczną. Jak mówi Masłowski: „W akcie seksualnym, w którym nie jest uruchomione serce wielu facetów ma raczej pomysł, żeby się sprawdzać, coś udowadniać. Natomiast miłość to jest coś takiego, że ty przestajesz się zastanawiać co masz robić, jak się zachowujesz, tylko po prostu w tym jesteś.” Poza tym „jak ktoś wierzy, że musi w sypialni być samcem alfa czyli dawać partnerce długi, dobry seks to nigdy nie zada jej pytania czego ona naprawdę chce” – dodaje. No ale na to, by pozwolić sobie na otwarcie serca i pełen dostęp do siebie trzeba się odważyć. Jak mówi Masłowski: „Zdjąć zbroję i zaryzykować”.

Praca

Dlaczego wielu mężczyzn pracuje tak dużo? Dlaczego praca jest dla mężczyzn taka ważna? Wynika to po pierwsze z przekonania, że jak chcesz być mężczyzną to powinieneś być mocno zajęty. Po drugie w końcu to jak sobie radzisz w pracy jest wykładnikiem tego jakim jesteś mężczyzną. Innymi słowy mężczyźni budują poczucie własnej wartości w oparciu o dokonania i zobowiązania. Stereotypowo męski mężczyzna „zużywa się” na rzecz innych.  Koszty? Ryzyka? Oczywiście zdrowie. A wtedy często taki mężczyzna musi na chwilę odpuścić. Pojawia się uczucie pustki, braku celu, braku sensu. To trudne zarówno dla niego, jak i jego bliskich. Mężczyźni często też nie zdają sobie sprawy z tego, że „dzięki” pracy nie muszą być blisko. Ze sobą. Z innymi. To ich odgradza i to jeszcze w sposób absolutnie usprawiedliwiony. Ba, wręcz niezwykle szlachetny. Ale mężczyzna, który nie jest blisko ani ze sobą, ani z innymi odcina się od źródeł zasilania. I gaśnie.

Zasilanie

Mężczyźni mają kilka podstawowych źródeł skąd czerpią. Nie zawsze jednak są tego świadomi, nie zawsze też potrafią o to zadbać. Pierwszym z nich jest możliwość pobycia samemu. Raz na jakiś czas. „Każdy facet powinien móc pobyć jakiś czas w samotności.” – twierdzi Masłowski. I „trzeba to sobie zakontraktować” – dodaje. Mężczyzna powinien też mieć jakąś swoją przestrzeń, czyli taki swój prywatny ogród. Coś w czym mężczyzna umiejscawia swoje wewnętrzne źródło mocy. To może być jakaś pasja, hobby. „Bez tej przestrzeni facet po prostu więdnie” – twierdzi autor. Kolejna ważna rzecz to relacje. Jak podkreśla psychoterapeuta – relacje, a nie interakcje. Relacje to jest coś w czym możesz zaistnieć jako osoba, a nie jako rola (np. szef). Mężczyzna też powinien mieć kumpli. Idealnie byłoby, gdyby miał też przyjaciela czyli kogoś komu można pokazać się takim jakim się jest naprawdę bez odbijania się fasada od fasady. Na pewno też jedną z rzeczy, którą mężczyzna powinien umieć, żeby móc się nie wypalić to przyjmować wsparcie. Źródła zasilania są niezwykle ważne. Mężczyzna, który o to nie zadba lub ulegnie kobiecie w ten sposób, że wytnie się z relacji z kumplami i wytnie sobie możliwość spędzenia czasu tylko ze sobą to jest tak jakby odciął się od prądu. A w związku z tym jego relacja z kobietą też traci zasilanie. Dlatego odcinanie mężczyzn od źródła mocy nie jest w naszym, kobiet, interesie. Dbanie o siebie rozumiane jako dbanie o swoje potrzeby warunkuje umiejętność cieszenia się życiem. A bez tego nie może być mowy, aby związek był satysfakcjonujący.

Emocje

Jest takie złośliwe powiedzenie, że mężczyźni odczuwają tylko dwie emocje – głód i złość. Tak dla ścisłości – głód to bardziej stan, niż emocja, ale teraz nie o tym. Czy coś w tym jest? Rzeczywiście, z moich zawodowych doświadczeń wynika, że tak jak kobiety mają z reguły przyblokowaną złość (w końcu „złość piękności szkodzi”), tak mężczyźni złoszczą się z łatwością. Ale, żeby rozpoznali w sobie coś innego np. smutek (przecież „chłopaki nie płaczą”) lub lęk („nie bądź jak baba”) – z tym trudniej. Oczywiście jest to generalizacja, nie dotyczy to wszystkich mężczyzn, żeby była jasność. Jednak spora grupa mężczyzn woli się wkurzać, niż bać, niż smucić, niż doświadczać bezsilności. Pod złością często ukryte są inne emocje. Blokada istniejąca na poziomie przekonań („smutek to słabość”, „prawdziwy mężczyzna nie ma prawa się bać”) uniemożliwia mężczyznom nie tylko wyrażanie emocji, ale w ogóle ich odczuwanie. No dobrze, tylko co z tego wynika? Sceptyk mógłby zapytać – ale właściwie po co mężczyzna miałby odczuwać i wyrażać emocje? Po pierwsze – to dobre dla zdrowia, ale ten argument nie jest chyba dla mężczyzn tym najistotniejszym. Ale wyobraźmy sobie sytuację, w której Ty (nieistotne czy jesteś Droga Czytelniczko kobietą czy Drogi czytelniku mężczyzną) rozmawiasz z człowiekiem (w tym wypadku mężczyzną), który nic nie wyraża. Żadnych emocji. Ja mam tak, że taki ktoś niewiele we mnie porusza. Ktoś taki jest dla mnie zupełnie przezroczysty. Jacek Masłowski taką postawę nazywa teflonową. Taki ktoś „niby coś tam mówi, coś tam robi, ale w tym nie ma soku.” – mówi autor. Taka osoba niewiele wnosi do relacji.  Bycie w relacji z taką osobą na dłuższą metę jest po prostu jałowe. Kolejna ważna rzecz – dopóki nie wypuścimy z siebie trudnych emocji np. smutku, dopóty nie będziemy mogli poczuć prawdziwej radości. Mężczyzna, który zaczyna czuć (nie myśleć tylko czuć) – ma o wiele lepszą relację ze sobą i z innymi. Taki mężczyzna czuje jakby złapał głębszy oddech. Taki mężczyzna zaczyna czuć, że żyje.

*Tytuły zostały zaczerpnięte z piosenki w wykonaniu Danuty Rinn i książki Tomasza Kwaśniewskiego i Jacka Masłowskiego

Ulepszamy seks

Tak to już jest, że kiedy przychodzi grudzień dla części z nas pomysły na podsumowania i postanowienia przychodzą same. W tym czasie wielu moich pacjentów poświęca sesje na rozliczenie się z minionym rokiem i podejmuje decyzje w związku z tym, który nadchodzi. Leitmotivem postanowień noworocznych są oczywiście: zmiana nawyków żywieniowych, rzucenie palenia, rozpoczęcie aktywności ruchowej, nauka języków obcych. Znaczna grupa moich klientów, (subtelnie przeze mnie zachęcana ;) ) podejmuje również zastanowienie nad tym co chce lub zamierza poprawić/zmienić w relacjach. Co ciekawe niewiele osób czyni „postanowienia” w obszarze seksu. Mimo, że ten nierzadko odbiega od ich oczekiwań.
Np. Jagoda. Ma lat 35, jest w związku od 7 lat, ma 3 letniego syna. Spotykamy się, ponieważ jej osobiste życie Jagoda ocenia jako puste, nudne. Seks w swoim związku widzi podobnie. Kiedy pytam czy chciałaby coś w tej sprawie odpowiada: „No pewnie, że bym chciała. Ale czy to jest w ogóle możliwe? Czy można wskrzesić coś co umarło? Czy można sobie postanowić, że teraz będzie namiętnie? Przecież to się samo dzieje.”
Albo Tadeusz (lat 49, w małżeństwie od lat 21, dwoje nastoletnich dzieci) – deklaruje, że jednym z ważniejszych obszarów w jego życiu zawsze był seks. Od kilku lat ta sfera mocno podupadła. Tadeusz twierdzi, że z braku czasu. Jednocześnie w jego planach na przyszły rok jest: remont domu, realizacja ważnego projektu w pracy, kupno motoru. O seksie – ani słowa. Mimo, że Tadeusz postrzega go jako priorytet.
Jagoda i Tadeusz reprezentują dwa bardzo powszechne stanowiska w kwestii seksu. Pierwsze – że seks się po prostu dzieje a my nie mamy specjalnie na niego wpływu; drugie – że nie mamy czasu  się nad nim pochylić i liczymy, że „coś się któregoś dnia odmieni”. Przekonanie, iż wielka miłość zaowocuje udanym związkiem, w którym seks „sam się załatwi” w mojej opinii przynosi wiele szkód. Znam wiele par, które uznały, że „się w tej sferze nie dobrały” i postanowiły się rozstać. Czasem po to, by po paru latach stwierdzić, że owo „dobranie w seksie” wcale nie jest zero-jedynkowe: dobraliście się lub nie. I że być może można było coś w tej sprawie zrobić. Zarówno w kwestii utrzymania związku, jak i w sprawie podniesienia jakości swojego życia seksualnego. Bo można. Niewiele da się zrobić jedynie w dwóch przypadkach: gdy nie ma już żadnej więzi emocjonalnej oraz gdy związek i seks ratuje tylko jedno z partnerów. W pozostałych sytuacjach – zazwyczaj można coś zdziałać. Renowacja związku mimo sytuacyjnie kiepskiego seksu jest możliwa, a seks można poprawić. Ale aby mieć lepszy seks trzeba zająć się nim na dobre. Trzeba poświęcić mu czas, energię, uwagę. W końcu każda z powtarzanych czynności życiowych, jeśli nie będzie wsparta dodatkowymi staraniami i właściwą porcją czasu – zblednie. Stanie się nudna i nieciekawa. Praca nad seksem wymaga starań i systematyczności. Wymaga pewnego wysiłku. Ale wysiłku przyjemnego i z reguły dość szybko przynoszącego zauważalne efekty.

Co możesz zrobić, żeby mieć lepszy seks?

SAMODZIELNIE

Pochyl się nad własną seksualnością

Jesteśmy istotami seksualnymi – od urodzenia, aż do śmierci. Seksualność nie sprowadza się jedynie do wieczornego incydentu w postaci aktu płciowego. Nasz seks (czy go mamy czy nie, czy jest jakościowy czy byle jaki) i nasza seksualność ma związek z całością naszego życia. Seks wpływa na nasze zdrowie psychofizyczne, na nasz poziom energii, na naszą kreatywność, samoocenę, na nasze relacje, decyzje itp. Dlatego też – ma znaczenie. I warto poświęcić mu czas i uwagę. To czego potrzebujesz to pochylić się nad swoją seksualnością z cierpliwością, wyrozumiałością, życzliwością i czułością. Będzie Ci to potrzebne, gdy okaże się, że efekty nie przychodzą tak szybko jakbyś chciał/a lub też chwilowo nie są zadowalające. Pamiętaj, że żaden proces nauki nie jest linearny. Okresy osiągnięć i porażek przeplatają się ze sobą i jest to w pełni naturalne.

Nawiąż kontakt z ciałem

Żyjemy w czasach, w których obsesja na punkcie ciała sięgnęła zenitu. Ciągle jesteśmy z naszych ciał niezadowoleni, wciąż chcemy je poprawiać i ulepszać. Poświęcamy temu masę czasu i uwagi. Ryzykujemy własne zdrowie, a nawet życie, aby osiągnąć wreszcie swój niedościgniony ideał. Jednocześnie jeszcze nigdy wcześniej nie byliśmy tak skrajnie od naszych ciał oddzieleni. Jesteśmy napięci, usztywnieni, prawie nie oddychamy. Nie umiemy rozpoznać właściwych potrzeb ciała. Nie potrafimy rozpoznać emocji (one przecież manifestują się w ciele). Nic dziwnego, że seks jest dla nas mdły. To do czego Cię zapraszam to do wejścia w kontakt z ciałem. Pomocne tu mogą być wszelkie techniki medytacyjne, midfullnes czy tzw. skanowanie ciała (inaczej – przyglądanie się temu co się dzieje w ciele). Celem nie jest zapanowanie nad ciałem czy jego kontrola, ale pogłębienie odczuwania i zrozumienia swojego ciała. Jeśli będziesz czuł/a i rozumiał/a swoje ciało – będziesz wiedział/a co się w Tobie dzieje. Efektem dobrego, głębokiego kontaktu  z ciałem jest poczucie wewnętrznej spójności. Człowiek, który jest zintegrowany odczuwa łączność z emocjami, zmysłami, intuicją i intelektem.

Afirmuj cielesność

Ignorując znaczenie ciała w swoim życiu – odrzucasz seks. Zaakceptuj i uznaj – masz ciało. Więcej – jesteś RÓWNIEŻ swoim ciałem. Ciało jest nośnikiem Twojej energii seksualnej. Możesz ją krępować, oceniać, pacyfikować lub też możesz ją uszanować, docenić i pozwolić jej swobodnie płynąć. Czynisz to m.in. poprzez stosunek do własnego ciała. Dlatego ja zachęcam Cię do stopniowej zmiany Twojego stosunku do własnej cielesności. Zachęcam Cię do akceptacji. Do okazania swojemu ciału wdzięczności – za to, że jest, że jest tak w swej niedoskonałości doskonałe, za to, że dzięki ciału doświadczasz. Zachęcam Cię do otoczenia ciała opieką- choćby w zamian za to jaką wykonuje dla Ciebie pracę. Każdego dnia!

Weź odpowiedzialność za swój seks

Ileż ja to razy słyszałam! Od kobiet, że „są w seksie jakie są, bo nie mają odpowiedniego partnera, który by je rozbudził; że to mężczyzna uczy kobietę; że kobiecie nie wypada”. Od mężczyzn, „że ich partnerka jest zimna, przewidywalna, bierna”. Itd., itd. Oczywiście – w seksie sami nic nie zdziałamy. Choć odrobina otwartości i woli po drugiej stronie, by poszerzać i pogłębiać doświadczenia być musi. Jednakże nazbyt często „zganiamy winę” na partnera. Liczymy, że to ON zrobi, że to ONA się zmieni. A gdybyśmy zapytali siebie uczciwie – a co ja zrobiłam/łem w sprawie swojego seksu oprócz wypominania błędów partnerowi? Co ja zrobiła/łem w sprawie dowiedzenia się od siebie co lubię, gdzie mieszczą się moje strefy erogenne, co mnie podnieca, jakie są moje potrzeby, pragnienia i fantazje? Czy przeczytała/łem choćby jedną książkę na temat seksu, aby dowiedzieć się czegoś więcej o sobie i swoim partnerze/swojej partnerce? Mam poczucie, że oddawanie swojego seksu w ręce partnera dotyczy w dużej mierze kobiet. Przepraszam, Drogie Panie za być może trudną konstatację, ale takie są moje obserwacje. Mówię to po to, abyście mogły w końcu przestać czekać na księcia, który zbudzi Was ze snu i abyście mogły zbudzić, a może dosłowniej – rozbudzić się same. Może wtedy kobiety przestaną potrzebować śnić i fantazjować o boskim macho, który przyniesie im to czego same nie potrafią (boją się?) dawać sobie – siłę, niezależność, moc decydowania i wybierania. Natomiast jeśli chodzi o Panów to oczywiście i u nich całkowite oddanie swojego seksu w ręce partnerki może objawiać się podobnie – ostrożnością i wycofaniem w kontakcie z nią przy jednoczesnym fantazjowaniu o wyuzdanej kochance. Może też prowadzić do zachowań wskazujących na nieumiejętność zarządzania swoją energią seksualną w sposób bezpieczny dla relacji np. zdrady w sytuacji czasowej abstynencji seksualnej z partnerką, która to też się zdarza i jest wpisana w większość długotrwałych związków (zagrożona ciąża, połóg, choroba, wzmożony stres etc).

Przykładowe ćwiczenia:

*Zrób listę rzeczy, które mogą ożywić Twoje życie seksualne. Każdego dnia przeprowadź jedną ożywiającą Cię aktywność. Jeśli to za często – zrób to chociaż raz w tygodniu.

* Dla kobiet: Ćwicz mięśnie dna miednicy
Odpowiadają one nie tylko za prawidłowe utrzymanie moczu, lecz także mają wpływ na siłę przeżywanych orgazmów. Wzmocnione – odwdzięczą Ci się doznaniami podczas uprawiania miłości. Jak je zlokalizować? Siedząc na sedesie z szeroko rozstawionymi kolanami, rozpocznij oddawanie moczu i powstrzymaj je całkowicie, jednocześnie starając się wyczuć, które mięśnie wtedy pracują. Pamiętaj, że tego typu wstrzymywanie moczu ma tylko pomóc w poznaniu mięśni dna miednicy. Przetrzymywanie moczu w pęcherzu może doprowadzić do jego zapalenia. Ćwicz mięśnie napinając je i rozluźniając. Na początku ćwicz na leżąco, na plecach, z ugiętymi nogami w kolanach, gdy nabierzesz wprawy, także siedząc i stojąc. Staraj się, by skurcz mięśni był coraz dłuższy, ale po każdym rozluźniaj mięśnie (przerwa między skurczami ma być na początku 2 razy dłuższa niż sam skurcz). Ćwicz codziennie. W jednej serii wykonuj 10 powtórzeń i tak 3 razy dziennie. Nie napinaj mięśni brzucha. Pilnuj, by podczas skurczu pośladki i uda były rozluźnione. Zwróć uwagę, aby podczas ćwiczeń nie wstrzymywać oddechu.

*Uprawiaj samomiłość
W niektórych środowiskach masturbacja jest oceniana jako wysoce niestosowna czy wręcz niedopuszczalna. Moim zdaniem, jeśli nie jest uprawiana w sposób kompulsywny, bądź jako zastępstwo uprawiania miłości z partnerem jest czymś po pierwsze naturalnym, po drugie – służy dobrym celom. M.in.: zyskaniu bezpieczeństwa w kontakcie ze swoją energią seksualną, odnajdywaniu jej i oswajaniu. Pamiętaj, że na randce ze sobą orgazm nie jest celem. Jest nim możliwość poznania swoich seksualnych i emocjonalnych reakcji.

Zmysłuj

Gdyby nie zmysły – seks byłby naprawdę jakąś przedziwną czynnością. To doznania wzrokowe, zapachowe, słuchowe, dotykowe sprawiają, że seks (dobry seks) jest doświadczeniem tak silnym, tak przyjemnym, tak metafizycznym. Dlatego ważne jest, aby rozwijać receptywność. Jak to robić? Po pierwsze – pozwól się porwać wrażeniom zmysłowym, które napływają do nas codziennie. Daj się zaprzątnąć i nasycić tym co widzisz, słyszysz, czujesz wokół. Po drugie – prowadź testy na zmysły. Wchodź w różne doświadczenia bez oczekiwań i bez autocenzury i oceń co działa a co nie. Buduj życie na realnych doświadczeniach, nie teoriach czy doświadczeniach innych.

Pomocne ćwiczenia:

*Jedz z zawiązanymi oczami
*Wąchaj jedzenie
*Spędź kilka godzin z zamkniętymi oczami
*Wąchaj wszystko co zdołasz (sprawdź np. jak pachnie cos czego nigdy nie wąchałaś/łeś świadomie np. samochód)
*Dotykaj wszystkiego czego możesz (badaj strukturę etc)
*Poznawaj nowe miejsca nie tylko oczami, ale dotykiem, węchem
*Przywołuj wspomnienia zmysłowe (zapachowe, wzrokowe, słuchowe)
*Zwróć uwagę na zmiany np. światła, temperatury, wilgotności

Odczuwaj

Jedną z możliwych przyczyn, z powodu której seks nie sprawia nam przyjemności jest nasze odcięcie od emocji. Odcinamy się od uczuć przeważnie wtedy, gdy jest w nas sporo bólu, żalu, złości, lęku – czyli tego co nieprzyjemne. Kłopot tylko polega na tym, że człowiek nie może zamknąć się selektywnie. Nie może postanowić, że bólu to on czuć nie będzie, ale rozkosz – z miłą chęcią. Albo się na przeżywanie otwierasz albo zamykasz. Nie ma innej drogi. Taki to paradoks, że przyjemne uczucia wiodą poprzez zgodę na te, których nie lubimy. Dlatego trzeba się otworzyć najpierw na doświadczenie bólu, który w sobie nosimy. Trzeba go przeżyć – tyle ile jest. Nie więcej, nie mniej. Kiedy zgodzisz się na jego istnienie i wpuścisz do swojego świata wewnętrznego, wraz z nim przyjdą też inne przeżycia – wzruszenie, przyjemność, radość.

*Oddychaj
czyli zacznij oddychać bardziej świadomie, praktykuj ćwiczenia oddechowe. W pogłębianiu odczuwania oddech ma kolosalne znaczenie. Oddech dodatkowo wzmacnia podniecenie, wydłuża czas erekcji, pogłębia siłę orgazmu.

*Doświadczaj, nie oceniaj
Zazwyczaj kiedy doświadczamy jakiś emocji dokonujemy ich obróbki – intelektualnej i ocennej. W nieskończoność analizujemy dlaczego czujemy to co czujemy, nadajemy przeżyciom etykietki, że to głupie, bez sensu, niepotrzebne itd., itd. Obejrzenie emocji z dystansu jest cenne o ile najpierw pozwolimy sobie na ich przeżycie. A my tę część zazwyczaj omijamy. W ten sposób blokujemy swobodne doświadczenie, które dobrze, aby przez nas przepłynęło. Do tego Cię właśnie zachęcam – do doświadczania. Po prostu. Bez interpretacji. Na to przyjdzie czas później.

Praktykuj uważność

Uważność polega na rozwijaniu umiejętności pełnego skupiania uwagi na tym, co się dzieje tu i teraz, na tym czego aktualnie doświadczasz (na doznaniach, myślach i emocjach). Uważność to pełne zaangażowanie w chwilę obecną, stan dostrojenia z tym co aktualnie się wydarza. Istnieje wiele technik (medytacja, mindfullnes) pogłębiających uważność, do praktyki których bardzo Cię zachęcam. Jeśli jednak na ten moment ustrukturalizowana nauka uważności nie znajduje się na liście Twoich priorytetów to co możesz robić to zatrzymywać się i nie rozpraszać. Chociaż tyle. Pamiętaj też, że uważność lubi ciszę.

Dostarczaj sobie przyjemność

Żeby otworzyć się na seks – potrzebujemy otworzyć się na przyjemność. W końcu po to się kochamy. Dlatego trenuj!

Pomocne ćwiczenia:

*Pracuj z destrukcyjnymi przekonaniami
Jeśli dostrzegasz u siebie pewien opór w kwestii dostarczania sobie przyjemności możliwe, iż stoją za tym jakieś przekonania (prawdopodobnie nabyte). Np. „że na to nie zasługujesz”. Lub też, „że na przyjemność musisz sobie zapracować”. Takich destrukcyjnych przekonań może być bardzo wiele. Samej/samemu może być Ci trudno je rozpoznać, a tym bardziej coś z nimi zrobić. Pomocny może okazać się fachowiec – psycholog albo psychoterapeuta.

*Każdego dnia zrób przynajmniej jedną dobrą i przyjemną rzecz dla siebie. Najlepiej też taką, za którą nie będziesz musiał/a płacić (wyjdź na spacer, wystaw twarz do słońca, wypij herbatę w ulubionej filiżance etc).

*Raz na jakiś czas podaruj sobie tzw. rozkoszny dzień, podczas którego będziesz dostarczać sobie tyle przyjemności ile tylko zdołasz.

*Regularnie się rozluźniaj i relaksuj. Pomocne mogą okazać się wszelkiego rodzaju rozluźniające aktywności i treningi relaksacyjne.

Z PARTNEREM/PARTNERKĄ

Zasilajcie „My”

Jesteś Ty. Jest Twój partner. I jest coś co między sobą nazywacie „MY”. To bardzo konkretny byt, który niestety, ale bez dokarmiania po prostu nie przeżyje. Jedna osoba też nie da rady zasilać go sama. W „My” trzeba inwestować, bo inaczej się wypali. Jak możecie to robić? Choćby poprzez fakt robienia czegoś wspólnie. Lub też robiąc coś dla siebie nawzajem w imię „my”.

Wzbudzajcie chemię

Podstawowym mitem dotyczącej tzw. chemii jest przekonanie, że ta jest albo jej nie ma. I nic na to nie można poradzić. Oczywiście – z jednymi ludźmi nam „klika”, z innymi nie. Ale zakładamy, że z naszym partnerem kiedyś nam „kliknęło”. Czyli baza jest. W takiej sytuacji to co nazywamy chemią można umiejętnie wywołać i wzmacniać. Jak? Głównie poprzez otwartość i pomysłowość.

Pomocne ćwiczenia:

*Systematycznie poszerzajcie swoją strefę komfortu w seksie. Spróbujcie wyrażać siebie swobodniej

*Patrzcie na siebie podczas uprawiania miłości. To nadzwyczaj niedoceniana technika seksualna. Otwarte oczy łączą kochanków na poziomie emocjonalnym. Wzmacniają też przeżycia i doznania.

*Wprowadźcie wspólne oddychanie jako element seksu

*Okazujcie sobie uczucia i namiętność na wszelkie możliwe sposoby

*Dawajcie sobie dowody akceptacji i uznania dla każdej części Waszego ciała

*Chwalcie. Tylko konkretnie i bez porównań. Kiedy komplementujecie partnera w seksie odnoście się mniej do jego umiejętności, a bardziej do Waszego doświadczenia zmysłowego i emocjonalnego. Opisujcie rodzaj przyjemności jakiej partner Wam dostarcza.

*Wprowadźcie do seksu trochę humoru i trochę sakralizacji. Dobry seks tego wymaga.

Rozmawiajcie

Nie tylko oczywiście o seksie, bowiem rozmawianie pogłębia więź i bliskość. Ale w sprawach seksu komunikacja też jest niezbędna. Niestety – bez rozmawiania o seksie nie będzie doskonalenia go. Po prostu – aby coś się zmieniło ludzie potrzebują się porozumieć. A żeby się porozumieć trzeba ze sobą rozmawiać. Dlatego zadawajcie sobie pytania o seks i bycie razem. Zalegające emocje załatwiajcie na bieżąco. Pamiętajcie, że gra wstępna zaczyna się na wiele godzin przed północą. Na to czy chcecie się ze sobą kochać ma wpływ nie tylko to jak partner pachnie czy wygląda, ale przede wszystkim to jakie macie między sobą emocje. Lekceważenie emocji w sprawach seksu sprawdza się tylko w przygodach na jedną noc. Związki  wymagają troski o emocje.

Dotykajcie się

Potrzebujemy dotyku. To nasza najbardziej pierwotna potrzeba. Ludzie bez dotyku umierają – dosłownie. Dla przeżycia bywa on czasem ważniejszy, niż jedzenie. Dotyk to też podstawowe medium porozumiewania się w seksie. Przez dotyk wyrażamy emocje. Dotykiem możemy zbliżyć się do siebie, zmienić nastrój. Zróżnicowany dotyk zmienia jakość seksu i przeciwdziała nudzie. Jednym słowem – dotyk jest ważny. Zaryzykowała bym nawet stwierdzenie, że jeśli istnieje jakiś klucz do kobiecej i męskiej seksualności to jest nią właśnie uważny i świadomy dotyk. Dlatego dotykacie się – dużo, w zróżnicowany sposób i zawsze z pozytywna intencją. Nie unikajcie dotyku konkretnego i zdecydowanego, w którym czuć siłę, pewność i namiętność.

Świadomość w seksie

W poprzednim artykule zastanawialiśmy się nad tym czym jest dobry seks. I co się na niego składa. Ze swojej strony przytoczyłam koncepcję, w której jakościowy seks jest kojarzony przede wszystkim z uważnością i świadomością. Według filozofii slow (bo o niej właśnie mowa) uważne i świadome życie (w tym uważne i świadome życie seksualne) dostarcza coraz więcej intensywnych wrażeń, seks zyskuje coraz więcej odcieni. Zgadzam się z tym w zupełności. Zobrazujmy to na przykładzie jedzenia. Jeśli po pierwsze nie masz pojęcia co Ci smakuje (bo nigdy nie zadałeś/łaś sobie takiego pytania lub ponieważ nie ma to dla Ciebie znaczenia), po drugie nie wiesz co Ci służy a co szkodzi (bo nie czytasz i nie słuchasz swojego organizmu), po trzecie jesz nieuważnie robiąc przy okazji milion innych rzeczy – jesz byle jak. A jeśli jesz byle jak – byle jak się czujesz. A gdybyś tak zapytał/a siebie co lubisz? I nie jadł/a tego co Ci nie smakuje? Gdybyś zaczął/ęła rozpoznawać sygnały swojego ciała, które doskonale podpowiada Ci co jest dla Ciebie, a co nie? Gdybyś zamiast jeść czytając gazetę jadł/a w pełni skoncentrowany/a tylko na tej czynności? Co by się zmieniło? Jadłbyś/jadła mniej, ale lepiej. Jadłbyś/jadła z rozkoszą, ale selektywnie. Czułbyś się/czuła naprawdę odżywiony/a i zasilona/y, a nie zapchany/a. Z seksem jest dokładnie tak samo. Dlatego świadomość (w połączeniu z uważnością) jest taka ważna. Wręcz kluczowa dla rozwoju Twojej seksualności. Masz świadomość – masz wybór. I dlatego też poświęcamy jej tyle miejsca.

 
Czym jest świadomość w seksie?


Wiele osób myśli o seksie w kategoriach wieczornego (najczęściej) incydentu. Idea slow widzi z kolei związek seksu z całością naszego życia. Dostrzega jak nasze życie (doświadczenia, relacje, styl życia) wpływa na nasz seks i z drugiej strony jak nasz seks wpływa na nasze życie (doświadczenia, relacje, styl życia). Ten sposób postrzegania seksu zmienia wszystko. Seks przestaje być zwykłym ćwiczeniem gimnastycznym, a staje się jednym z fundamentów naszego życia. Seks rozumiany oczywiście w kategoriach seksualności, a nie pojedynczego aktu płciowego. „Narzędziem”, które pozwala zmienić optykę jest właśnie świadomość. Pogłębiać ją możesz za pomocą pogłębionych pytań, prób zdefiniowania i ponazywania np. swoich potrzeb, poeksplorowania swoich przekonań, eksperymentowania i obserwacji swoich reakcji, przyglądania się własnej postawie wobec określonych sytuacji itp.

Poniżej znajdziesz przykładowe ćwiczenia i zadania, które mogą być pomocne w Twojej podróży w głąb siebie.*

Zatrzymaj się

To jest absolutnie niezbędne. Jeśli jesteś w ciągłym biegu i masz milion spraw na głowie – to oczywiste, że Twoja uwaga jest przy czymś innym, na pewno nie przy seksie. Jeśli nauczysz się zadawać sobie określone pytania i obserwować siebie – być może w przyszłości będziesz potrafił/a doskonalić świadomość niejako odruchowo. Ale to później. Kiedy zaczynasz – zatrzymanie się jest konieczne.
Zatrzymaj się dosłownie. Zatrzymaj ciało. Usiądź, połóż się – jak Ci lepiej. I zadaj sobie parę pytań. To na początek.

Z kim uprawiasz seks?
W jakich okolicznościach?
Czy robisz to w poczuciu bezpieczeństwa, czy zawsze towarzyszą temu jakie obawy?
Jak się zachowujesz w seksie?
Co umiesz w seksie? Jakie są Twoje mocne strony?
Co uważasz za trudne w seksie?
Co uważasz za niemożliwe w seksie?
Na co masz nadzieję?
Po co wchodzisz w seks?
Co jest dla Ciebie ważne w seksie?
Na ile Twój seks realizuje realizuje to w co wierzysz jako człowiek?
Kim jesteś jako istota seksualna?
Czy Twoja seksualność wiąże się jakoś z Twoją misją życiową? Czyli czy seks, który masz i związki jakie masz wspierają Twój rozwój, dają Ci energię do życia, powodują, że to co dla Ciebie w życiu najważniejsze np. kariera czy rodzicielstwo – dostaje zastrzyk energii?
Czy Twoja seksualność jest związana z Twoja duchowością?
Co to jest przyjemność?
Co ci sprawia przyjemność?
Które zmysły odbierasz jako najważniejsze?
Co pamiętasz z dzieciństwa jako najbardziej przyjemne?
Czy lubisz sprawiać sobie przyjemności, nie kupując rzeczy?
Czy wyobrażasz sobie seks bez przyjemności? A przyjemność bez seksu?
Jaka jest różnica między przyjemnością a rozkoszą?
Po co ludzie uprawiają seks?
Jaka jest różnica między seksem a kochaniem się?
Pamiętasz jakiś dobry seks w swoim życiu i dobre kochanie się? Jakie były różnice, jakie podobieństwa?
Co jest dla Ciebie zabawą w życiu?
Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem w życiu?

Zdefiniuj potrzeby jakie wnosisz do seksu. Wybierz swój styl kochania.

W tym mogą Ci pomóc np. powyższe pytania. Co ponad to?
*Porządnie przebadaj swoje ciało. Co ono lubi?
*Eksperymentuj, poszerzaj swoją strefę komfortu (innymi słowy rób to co wydaje Ci się trudne lub nieznane) i sprawdzaj jak Ci jest. Notuj wrażenia.
*Co jakiś czas sprawdzaj czy nie jesteś w niewoli swoich nawyków. Pytaj siebie czy w ciągu ostatniego czasu zaznałeś/łaś czegoś co było poza Twoim zasięgiem?
*Zrób listę rzeczy, które Cię podniecają

Pracuj nad przekonaniami

Najpierw je pobadaj. W tym pomocne mogą okazać się ćwiczenia poniżej.

Dokończ zdania:

Seks jest
Seks nie jest
Seks służy do
Seks nie służy do
Kobiety powinny
Mężczyźni powinni
Kobiety muszą
Mężczyźni muszą
Kobiety tak mają
Mężczyźni tak mają
Kobiety aktywne seksualnie są
Mężczyźni aktywni seksualnie są
Gdy będę aktywna/y seksualnie, to
Gdy będę pasywna/y seksualnie to
Seks jest powodem, dla którego
Wierzę, że seks przynosi
Największym problemem z seksem jest to, że
W seksie najbardziej złości mnie, gdy
W seksie najbardziej nie chcę, żeby
Mój seks jaki jest, ponieważ

Odpowiedz na pytania:

Czy jako dziecko dostawałeś pozytywne komunikaty na temat ciała i seksu? Jakie?
Czy jako dziecko dostawałeś negatywne komunikaty na temat ciała i seksu? Jakie?
Jak bardzo rozwinąłeś/łaś się od tego czasu?
Na ile jesteś usprawiedliwiony/a a na ile szukasz usprawiedliwień?
Co możesz zrobić, żeby znaleźć rozwiązania tematów, które są dla Ciebie najtrudniejsze?
Na ile dbasz o to co dobre?
O czym marzysz w przyszłości?
Co już teraz robisz dla swojej seksualności?
Co sądzisz o kobietach?
Czym jest kobiecość?
Jakie to role?
Co kobiety powinny robić, żeby zostać kobietami?
Czego nie powinny robić?
Czego kobieta potrzebuje do szczęścia?
Jak wygląda seksualna kobieta?
Czy lubisz seksualne kobiety?
Czy czujesz się dobrze/źle z powodu bycia kobietą? W jakich sytuacjach?
Czy kobiety mogą kochać kobiety i mieć z nimi seks?
Czy matki przestają być seksualne?
Czy matki mogą uprawiać wyrafinowany seks?
Czy w stałym związku kobieta może mieć dobry seks?
Co znaczy bycie singielką?
Czy singielka może być szczęśliwa?
Co jest kobiecie potrzebne do szczęścia?
Co dają związki?
Co daje życie w pojedynkę?
Czym jest dla kobiety satysfakcja w życiu?
Co sądzisz o mężczyznach?
Czym jest męskość?
Jakie to role?
Co mężczyźni powinny robić, żeby zostać kobietami?
Czego nie powinni robić?
Czego mężczyzna potrzebuje do szczęścia?
Jak wygląda seksualny mężczyzna?
Czy lubisz seksualnych mężczyzn?
Czy czujesz się dobrze/źle z powodu bycia mężczyzną? W jakich sytuacjach?
Czy mężczyźni mogą kochać mężczyzn i mieć z nimi seks?
Czy ojcowie przestają być seksualni?
Czy ojcowie mogą uprawiać wyrafinowany seks?
Czy w stałym związku mężczyzna może mieć dobry seks?
Co znaczy bycie singlem?
Czy singiel może być szczęśliwy?
Co jest mężczyźnie potrzebne do szczęścia?
Co dają związki?
Co daje życie w pojedynkę?
Czym jest dla mężczyzny satysfakcja w życiu?
Co budzi w seksie twój opór?

Co Ci przychodzi w życiu:
Łatwo
Szybko
Miło
Lekko
Z mozołem
Ze wstydem
Ze złością
Z oporem
W wiecznym odwlekaniu
W ogóle nie działa

Badanie przekonań ma służyć pogłębieniu zrozumienia siebie oraz ich ewentualnej weryfikacji. Przekonania są ważne, ponieważ one myślą za nas. A te zużyte drastycznie redukują nasze możliwości w życiu, ponieważ zmniejszają naszą otwartość na doświadczanie i uczenie się nowych rzeczy. Mamy mnóstwo przekonań, które tak naprawdę nie są nasze, ale naszych rodziców, nauczycieli, szeroko rozumianej kultury. Mamy też przekonania przeterminowane. Warto zrobić z nimi porządek.

„Nie daj sobie wmówić, że świadomość to nudne i bezproduktywne wgłębianie się w swoje wewnętrzne przeżycia (…). Bo mieć świadomość to odbierać rzeczywistość wielowymiarowo, pielęgnować w sobie otwartość na to, co się wydarzy. Spróbuj się z tym zmierzyć, żeby sprawdzić, co może wnieść świadoma seksualność do twojego życia.”
Marta Niedźwiecka „Slow sex”

*Część zadań i pytań zaczerpnęłam z książki pt. „Slow sex” autorstwa Marty Niedźwieckiej i Hanny Rydlewskiej. Niektóre jednak nieco zmodyfikowałam. Książkę tę z resztą serdecznie polecam. Znajdziecie w niej nie tylko podstawy teoretyczne do omawianych treści, ale także wiele praktycznych ćwiczeń. Ja odkrywam przed Wami ich skromny ułamek procenta.

Dobry seks

Liczba partnerów seksualnych, ilość orgazmów pod rząd, szybkość ich osiągania (kobiety) czy też umiejętność ich odwlekania (mężczyźni), niezliczoność pozycji seksualnych, wiedza dotycząca wyrafinowanych technik seksualnych, zamiłowanie do gadżetów i przebieranek – to mi przychodzi do głowy, kiedy myślę sobie z czym zwykliśmy wiązać pojęcie dobrego seksu. Z czasopism dla kobiet i mężczyzn (na szczęście nie ze wszystkich) wylewają się tony cennych porad pt. „gdzie nacisnąć, żeby odleciał(a) w kosmos”. A jeśli Ci się uda opanować i wdrożyć podpowiedzi redakcji możesz zacząć myśleć o sobie, że co jak co, ale kochankiem/kochanką jesteś wybitnym/wybitną.
Dlaczego zdecydowałam się na ten tekst? Głównie z powodu Liliany i Matyldy – moich klientek.
Liliana w temacie seksu ma o sobie nie najlepsze zdanie. Nazywa siebie nudną. Do tej pory miała jedynie dwóch partnerów seksualnych, potrzebuje sporo czasu żeby się pobudzić, nie bawi jej wskakiwanie w strój pielęgniarki, nie za każdym razem ma orgazm, a nawet jeśli, to nie ma mowy o dotarciu do gwiazd. Ale kiedy zadaję Lilianie pytania pogłębione okazuje się, że tak naprawdę to jej dobrze. Seks jest dla niej przyjemny. Z rozmów z partnerem wynika, że dla niego też. No ale z tego co czyta, z tego co opowiadają koleżanki to może się jednak myli. Myli się w tym, że jej seks jest dobry. Dobry dla niej. I dobry dla niej i partnera wspólnie. Matylda ma inne doświadczenia. W temacie seksu jest otwarta, bezpruderyjna; chętnie opowiada o swoich seksualnych podbojach. Lubi mówić o tym czego się ostatnio nauczyła, czego nowego dotknęła. A z czym przyszła? Z uczuciem pustki. „Wszystko wokół mnie jest takie byle jakie” – mówi.
Seks. Kiedyś – temat tabu. Dziś? W niektórych kręgach nadal. W innych – przeciwnie. Jedni w dalszym ciągu myślą o seksie jako o czymś „złym, grzesznym, wstydliwym, zagrażającym”. Czy też ewentualnie kompletnie „zbędnym, niepotrzebnym, nieistotnym, przereklamowanym”. Inni z kolei seksualizują wszystko. Moim zdaniem żadna z tych grup osób nie jest w pełni szczęśliwa i nie wykorzystuje potencjału jaki zawiera się w temacie – seks. Traktowanie seksu jedynie jako niewiele znaczącego popędu czy też popędu, którym nie możemy w żaden sposób zarządzać, ewentualnie popędu, którego trzeba się wyrzec – jest moim zdaniem szalenie zubażające.
Człowiek jest istotą seksualną od dnia narodzin aż do śmierci. Seksualność ta wyraża się na rozmaite sposoby i nie sprowadza się jedynie do aktu płciowego. Można ją przyrównać do reaktora elektrowni atomowej – jeśli pracuje prawidłowo jest właściwie niewyczerpanym źródłem energii. Seks jako taki jest jednym z jej przepięknych przejawów. Udany – wpływa na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, zmniejsza ból, rozluźnia, poprawia samopoczucie, zasila, pobudza naszą kreatywność, pozwala się swobodniej wyrażać i pełniej czuć, pogłębia bliskość z samym sobą i partnerem.. Jednym słowem – wspiera nas w obszarach pozornie z seksem niezwiązanych, pozwala żyć lepiej, piękniej, przyjemniej i pełniej. Jest więc o co walczyć. Głęboko wierzę, że seks i praca nad rozwojem w tym obszarze jest czymś czemu warto poświęcić część życia.
Czym jest jednak UDANY seks? Czy bliżej do niego Lilianie, która lubi raczej „waniliowo”, bez specjalnych udziwnień i nie zawsze szczytuje czy może Matyldzie, która doświadczeń ma za sobą sporo, ale nie ma poczucia by była emocjonalnie czy cieleśnie zasilona? O zasileniu związku też nie może być mowy, ponieważ Matylda w takowym nie jest.
Próbą odpowiedzi na to pytanie (w mojej ocenie próbą udaną i bliską mojemu sposobowi myślenia) jest filozofia „slow”. Z pewnością znane są Wam koncepcje takie jak slow food, slow life, slow fashon itp. – koncepcje powstałe z niezgody na bylejakość i z potrzeby jakości. Według idei slow – dobry seks to seks uważny i świadomy. Nie powolny jak może się błędnie wydawać. W założeniach slow seksu nie ma znaczenia czy uprawiasz seks szybko czy wolno, ale czy uprawiasz go uważnie czy nieuważnie. Nie ma też znaczenia ile go uprawiasz i jak często. Ma znaczenia JAK. A na to jak wpływa właśnie podłączenie uważności i świadomości. Jak mówi sex coacherka i współautorka książki „Slow sex” Marta Niedźwiecka: „Róbcie to rzadziej i lepiej, a nie często i beznadziejnie”. Z kolei wyznacznikiem jakości w seksie jest indywidualne zadowolenie. To przyjemność czerpana wszystkimi zmysłami, głębokie połączenie emocjonalne lub po prostu dobra zabawa. Według założeń idei slow seks samo poczucie satysfakcji wystarczy aby nazwać seks jakościowym. Co ciekawe – orgazm nie jest konieczny. Oczywiście fajny seks z dobrym orgazmem to ogromny prezent. Jest on w pewnym sensie naszą nagrodą w seksie. Jednak warto dbać o proporcje, ponieważ jeśli jedynym powodem, dla którego się kochamy jest mityczny orgazm – okaleczymy to czym jest uprawianie miłości. Naturalnie, jeśli kobiecie lub mężczyźnie (tak tak, mężczyzna może mieć wytrysk bez orgazmu, bowiem jedno i drugie to nie to samo; za wytrysk odpowiada układ współczulny włączający reakcję „walcz lub uciekaj”, a za orgazm układ przywspółczulny uruchamiający się w sytuacji relaksu; jest możliwy orgazm bez ejakulacji) przez całe życie nie zdarza się coś co mogłaby/mógłby opisać jako orgazm warto, by się tym zajęła/zajął. Ale uzależnienie satysfakcji seksualnej wyłącznie od wystąpienia orgazmu tworzy model seksualności przypominający bardziej współzawodnictwo, niż intymność. Znakomicie dbać o orgazmy, ale nie ma co ich mitologizować. Zadaniowość nie wpływa korzystnie na seks. Podobnie jeśli seks traktujemy jako sposób sprawdzenia się czy dowartościowania. Dlatego też w idei slow warto uprawiać seks dla seksu czyli dla przyjemności i pogłębienia bliskości bez poddawania się terrorowi orgazmu czy sobie przy okazji coś tym seksem „załatwiając”.
Czy według filozofii slow seks istnieją minimalne warunki brzegowe, żeby nazwać seks dobrym? Tak. Określone jest np. to co jest całkowicie niedopuszczalne. Jest tym wymuszanie aktywności seksualnej. Jest też sprecyzowana minimalna długość stosunku, żeby nazwać go udanym. Jest to czas jaki kobieta potrzebuje, by poczuć podniecenie i się rozbudzić. Czy coś jeszcze? Właściwie nie.  W tym podejściu nie istnieje coś takiego jak norma przyzwoitości. Zamiast tego przyjęta jest zasada konsensualności czyli sytuacja, w której dwie dorosłe osoby uzgadniają co chcą robić, są one w pełni świadome i nie pod wpływem jakichkolwiek środków zmieniających świadomość, wiedzą w co wchodzą, są świadome skutków, dbają o swoje granice i bezpieczeństwo. Nie ma też określonej minimalnej ilości aktów płciowych, które musisz odbyć tygodniowo/miesięcznie/rocznie, żeby twój seks można było nazwać dobrym. Jeśli jesteś szczęśliwa/y, zadowolona/y ze sposobu w jaki wyraża się Twoja seksualność, to choćbyś uprawiał/a seks raz na rok – masz dobry seks. Chyba, że nie jesteś. A jeśli nie –  pamiętaj, że każdy miał, ma, bądź będzie miał jakiś seksualny problem. Seks jest czynnością wrodzoną jak zdolność mowy. I jedno i drugie możesz rozwijać póki żyjesz. Według slow seks – nie po to, by Twój seks był perfekcyjny, ale głębiej doświadczany. W takim razie czy technika nie ma znaczenia? Ma. Znajomość anatomii, stref erogennych swoich i partnera, tego co na niego i na nas działa, dobra technika – to wszystko podnosi jakość seksu. Ale nawet jeśli będziemy świetni od strony technicznej, ale jednocześnie nieuważni – nie będziemy nigdy z seksu czerpać tyle ile jest nam w stanie dać. Weźmy np. takiego stereotypowego narcystycznego macho. Mają tacy macho opinię dobrych kochanków, bo bywają uzdolnieni technicznie. Ale przysłowiowy macho tak naprawdę jest w łóżku sam lub też Ty nie masz większego znaczenia. Od wielu moich pacjentek słyszałam, że taki seks bywa niezwykle interesujący, ale na dłuższą metę mało zasilający energię kobiety i jej poczucie wartości. Czy według omawianej filozofii można mieć dobry seks bez miłości? Owszem. Marta Niedźwiecka w książce „Slow sex” rozróżnia cztery możliwości. Według niej można mieć: dobry seks bez miłości; dobry seks z osobą, którą się kocha; zły seks bez miłości oraz zły seks z ukochaną/ym. Oczywiście dobry seks w połączeniu z miłością jest tym co wpływa na nasz dobrostan psychofizyczny i odczuwaną jakość życia najlepiej i najpełniej.
Wracając do moich bohaterek. Czy opierając się na filozofii slow Liliana ma dobry seks? A Matylda? Liliana jest zadowolona. Czyli jej seks jest dobry. Kiedy zapytałam ją czy jest jednak coś co chciałaby rozwinąć – powiedziała o umiejętności puszczania. To nacechowane negatywnie w kontekście seksu sformułowanie „puszczanie się” jest jedną z podstawowych naszych tęsknot. Oczywiście głównie kobiet, ponieważ to ich zachowania seksualne są notorycznie oceniane jako nieodpowiednie. A pragnienie puszczenia się w seksie (mam tu na myśli odpuszczenie, nie bezrefleksyjne sypianie z kim popadnie) wynika z chęci odczuwania go w pełni, z tęsknoty za nieskrępowanym napawaniem się nim. To bezwzględnie potrafi Matylda. Natomiast jej z kolei brakuje czasem kontroli z domieszką zdrowego rozsądku, które w seksie również się przydają. I działają na naszą korzyść. Z Lilianą pracujemy nad umiejętnością puszczania w życiu. Jeśli nie umiesz puścić w życiu – trudno Ci będzie w seksie. I odwrotnie – jak masz z tym kłopot w seksie, pewnie masz i w życiu. Matyldę wspieram w tym, aby przyjrzała się sobie i swoim potrzebom. Żeby nie działała po omacku. Tak w życiu, jak i w seksie. Doskonalona świadomość pozwala nie kłamać samemu sobie.
A o świadomości przeczytacie w kolejnym artykule.

Granice w związku

Michalina (31) zdecydowała się na spotkanie, ponieważ jak to powiedziała „ma chyba jakiś problem ze związkami”. Proszę aby wytłumaczyła co ma na myśli. Michalina: „Do tej pory byłam w dwóch poważniejszych w związkach. W każdym z nich czułam się nierozumiana.” Tu Michalina zaczyna bardziej szczegółową opowieść o swoim życiu miłosnym. Czyniąc z długiej historii krótką powiedziałabym, że w pierwszym związku Michalina czuła się nierozumiana, ponieważ miała poczucie, że partner jej nie zna, nie wie czego ona chce, potrzebuje, co lubi. W drugim z kolei partnera to niespecjalnie interesowało. Nie wiem czy z mojego podsumowania to wynika, ale kiedy wsłuchałam się w historię Michaliny było dla mnie jasne, że „problem” o jakim mówiła moja pacjentka to problem granic.

Czym są granice?

Drogi czytelniku, droga czytelniczko – pozwolisz, że zadam Ci kilka pytań.
Jak sądzisz – przy jakiej odległości, na którą zbliża się do Ciebie obca osoba np. pytając Cię o drogę czujesz się komfortowo? A kiedy jest już dla Ciebie „zbyt ciasno”?
Na ile potrzebujesz kogoś znać, żeby zaprosić go do siebie do domu?
Jakie zachowania są dla Ciebie „dopuszczalne” na pierwszej randce?
Co w seksie sprawia Ci przyjemność, a co już nie? Na co prawdopodobnie nie chciałbyś/chciałabyś się zgodzić?
Ile średnio czasu w tygodniu potrzebujesz tylko dla siebie?
Jak wysoki ton głosu, np. w kłótni jest już dla Ciebie nieakceptowalny?
Jak blisko potrzebujesz z kimś być, żeby móc mu powiedzieć o najbardziej dla Ciebie intymnych sprawach?
Te przykładowe pytania dotyczą tego co stanowi Twoją granicę, czyli umowną linię wyznaczającą Twoje psychologiczne terytorium. Do niego należą: Twoje myśli, uczucia, decyzje, czyny, potrzeby, wartości, prawa, tajemnice, sposób dysponowania Twoimi rzeczami. Istnieją granice fizyczne, seksualne, psychiczne, emocjonalne.

Po co nam granice?

Znajomość swoich własnych granic jest niezwykle ważna. Co ja mówię? – ważna! Jest absolutnie konieczna, jeśli chcemy wieść życie takie jakie chcemy wieść.
„Granice potrzebne są ludziom jak powietrze. Bez granic (…) nie wiedzielibyśmy jak żyć, ani kim jesteśmy, ani co mamy do zrobienia.” – Olga Tokarczuk „Ostatnie historie”.
Otóż to. Bez znajomości swoich granic żyjesz po omacku i bezcelowo. Wchodzisz w związki i sytuacje, których nie chcesz. Ośmielę się wręcz powiedzieć – bez znajomości swoich granic jesteś nieszczęśliwa/y.

Granice w związkach miłosnych

W moim przekonaniu bez znajomości swoich granic nie jest możliwe, aby stworzyć związek. Jakikolwiek – owszem, ale bliski, satysfakcjonujący i dojrzały – nie. Skąd taka opinia?
Po pierwsze granice mówią nam o tym czego chcemy, a czego nie. Pozwalają docenić i uszanować swoje uczucia, potrzeby, pragnienia, wartości – świadczą o stosunku do samego siebie. Granice są oznaką, że jesteś dla siebie ważna/y, że o siebie dbasz, że siebie kochasz i szanujesz, że żyjesz w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Granice wyznaczają też to gdzie kończy się jedna osoba, a zaczyna druga. Granice chronią nas i sprawiają, że czujemy się bezpieczniej. Bez podstawowego poczucia bezpieczeństwa, znajomości swoich potrzeb i preferencji, kontaktu ze sobą oraz bez szacunku i sympatii do siebie – związki skazane są na niepowodzenie.
Natomiast sama świadomość swoich granic (choć to bardzo wiele) jeszcze nie wystarczy. Aby związek był udany potrzebne są jeszcze:  umiejętność ich komunikowania oraz wzajemny dla nich szacunek. O to niestety rozbiły się związki mojej bohaterki. Pierwsza relacja Michaliny rozpadła się, ponieważ moja klientka miała kłopot z komunikowaniem tego czego jej potrzeba i na co nie ma zgody. W drugiej – choć Michalina nauczyła się siebie wyrażać, niestety jej partner nie był specjalnie tego ciekawy. Zdarzało mu się też wielokrotnie przekraczać granice wyznaczone przez swoją ukochaną.

Rozpoznawanie granic

Aby dowiedzieć się od samego/samej siebie jak wygląda Twoje psychologiczne terytorium możesz zrobić kilka rzeczy.
Po pierwsze możesz zacząć świadomie zadawać sobie pytania. Mogą być takie jakie zadałam je wcześniej ja, mogą być inne. Pytaj siebie czego chcesz, na czym Ci zależy, jakie są Twoje prawa, jakie są Twoje priorytety, czy sytuacja w jakiej jesteś Ci odpowiada? itp.
Inną metodą na rozpoznawanie swoich granic jest skoncentrowanie się na sygnałach jakie wysyłasz sam/a do siebie w różnych sytuacjach. Na przykład – jesteś na pierwszej randce z nowo poznanym mężczyzną/kobietą. Jakie masz w danym momencie uczucia? Czujesz ekscytację, a może dyskomfort? W jakich momentach? Co Cię napina? Co złości? Czy Twoje ciało ma ochotę się zbliżyć, czy ma ochotę na krok w tył. Kiedy?
Jeszcze innym pomocnym sposobem są tzw. eksperymenty myślowe czy też eksperymenty
w wyobraźni. Załóżmy, że oglądasz film. Wyobraź sobie, że znajdujesz się w sytuacji, w której znalazł się bohater filmu. Pofantazjuj – jak byś się w takiej sytuacji czuł/a? Co byś chciał/a zrobić? Jak byś zrobił/a?
Pamiętaj, że granice nie są sztywne i niezmienne. Dlatego wymagają, aby mieć je na uwadze cały czas. Nie wystarczy, że porozmawiasz ze sobą w tej sprawie raz a dobrze. Co jakiś czas warto zadać sobie pytanie czy dawne granice są nadal aktualne. Ponad to mogą być takie sytuacje, kiedy zdecydujesz się te granice przesunąć – w celach rozwojowych ( w końcu rozwój to wychodzenie poza strefę komfortu) albo ze względu na szczególne poczucie bezpieczeństwa w danej relacji lub też z chęci zrobienia czegoś dla kogoś. Są bowiem granice, które są przesuwalne i takie które nie. Ale żeby wiedzieć które są które konieczny jest wewnętrzny dialog, który prowadzisz sam/a ze sobą.
A co jeśli chodzi o rozpoznawanie granic u partnera? Jak to robić?
Bardzo powszechną metodą na poznanie granic partnera jest metoda tzw. zakładania z góry. Mając swoje własne preferencje oraz doświadczenia z innych relacji wyciągamy określone wnioski. Niebezpieczeństwo jest jednak takie, że nie trafimy. Drugim równie popularnym sposobem jest odgadywanie. Przy tej metodzie ryzyko, że jednak nie uda się nam „wcelować” jest podobne, co przy pierwszej. Zdecydowanie bardziej efektywnym sposobem jest uważna obserwacja – kiedy partner się zbliża, a kiedy oddala? Kiedy komunikuje sprzeciw? W jakich sytuacjach się wycofuje lub napina? Zawsze też możesz partnera zapytać wprost. Np. „Czy jest dla Ciebie ok, kiedy to robię?”. Jest jeszcze jedna bardzo użyteczna możliwość czyli wspólne zaaranżowanie rozmowy, podczas której będziecie rozmawiać o Waszych granicach.

Komunikowanie granic

Czasem mamy taki pomysł, że nasze granice są czymś oczywistym. Dla Ciebie może i tak. Ale nie dla partnera. Dlatego trzeba je komunikować. Można oczywiście „sugerować” czy „dawać do zrozumienia” jak to nierzadko mamy w zwyczaju, ale jeśli nasz partner nie jest mistrzem świata w wychwytywaniu subtelnych sygnałów może się niestety „nie domyślić” (marzenie niektórych z nas). Oczywiście zawsze możesz komunikować swoje granice ciałem – wycofaniem , zbliżeniem, jednak mówienie o tym WPROST z reguły przynosi najlepsze rezultaty. Jeśli natomiast obserwujesz u siebie kłopot z komunikowaniem czego chcesz czy też na co się nie zgadzasz być może warto przyjrzeć się temu z czego to wynika. Diagnoza często zawiera w sobie podpowiedź w kwestii rozwiązania. Jeśli źródło problemu leży głębiej, niż tylko w doborze odpowiednich słów (postawa wobec siebie np. brak szacunku, poczucie bycia niedostatecznie ważną/ym lub też lęk przed reakcją partnera i lęk przed odrzuceniem, czy też brak wiary w to, że ktoś te granice będzie respektował) – może warto skorzystać z pomocy fachowca.

Wzajemny szacunek dla granic

Jedną z podstawowych przyczyn rozpadu związków jest brak poszanowania dla granic partnera. Oczywiście są sytuacje, w których granice, jakie zaznacza partner trudno respektować kiedy jest się w związku. Mam tu na myśli szereg przykładów z mojej pracy zawodowej kiedy to jedno z partnerów stanowczo broniło swojej granicy do prywatności czyli prawa do tego, by w ogóle nie informować partnera gdzie jest i co robi. Lub też gdy jedna z osób w parze wyraźnie protestowała, gdy przekraczano jej granicę wolności, czytaj – prawa do bycia w kilku różnych relacjach jednocześnie. Ale nie o tym mówimy. Mówimy o granicach, które są względnie dojrzałe i które nie wpływają jednoznacznie niszcząco na związek. Nie jest oczywiście proste, by to za każdym razem rozróżnić. Stąd obecne w każdym związku odmienne perspektywy, nieporozumienia, negocjowanie. Nie da się tego uniknąć. I tak ma być. To w żaden sposób nie musi świadczyć o tym, że „do siebie nie pasujemy”, że „za bardzo się różnimy” itp. Póki jesteśmy swoich granic ciekawi, póki jesteśmy otwarci na rozmawianie o nich, póki chcemy je uwzględniać i szanować (choć czasem bywa nam trudno) – póty nadziei, że damy sobie z tym radę. Niepokojące jest to, kiedy nie ma w nas chęci na poznanie granic partnera. Kiedy nie jesteśmy  w stanie wyjść poza swoje: „normalni ludzie tak nie postępują”, „jak ty możesz?”, „to chyba oczywiste, że ..”. Kiedy zaczynamy manipulować: „gdybyś mnie kochała zrobiłabyś to”, „jeśli to zrobisz oznacza, że nic dla ciebie nie znaczę”. Lub też kiedy mimo, iż wiemy w którym miejscu przebiega linia demarkacyjna partnera notorycznie ją przekraczamy.
W zdrowym związku granice są dla nas niemalże „święte”.

 

 

 

 

 

 

 

 

„Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną”*

Justyna (34) od kilku lat jest sama. „To nie tak, że przez ten czas nic się nie działo” – mówi. „Chodziłam na randki, nawiązywałam różne znajomości. Ale żadna z nich nie przerodziła się w coś poważniejszego, stałego.” Pytam dlaczego (choć to pytanie podczas sesji terapeutycznych pada rzadko – terapeuci go nie lubią ;) ). „Wiem jak to zabrzmi, ale moim zdaniem przyczyną są mężczyźni. Przynajmniej ci, których spotykałam. Niedojrzali, słabi, bez energii, bez pasji, bez inicjatywy, bez pomysłu na życie, wystraszeni, wiecznie niegotowi, bierni, niewychowani, rozpieszczeni (…)” – tu zakończę. Co prawda Justyna wymieniła jeszcze kilka niezbyt pochlebnych określeń, ale chcę tego panom zaoszczędzić. Wbrew pozorom Drodzy Panowie jest to artykuł pisany nie tylko z życzliwości dla kobiet, ale i dla Was. Chciałam jedynie naświetlić problem. Jaki? Taki, że Justyna nie jest jedyną moją klientką, która w ten sposób postrzega rzeczywistość. Coraz częściej słyszę w swoim gabinecie, że coś się stało. Pada to z ust nie tylko kobiet. Panie mówią, że tęsknią za mężczyzną, który byłby silny, niezawodny, odpowiedzialny, zaradny, godny zaufania, taki, na którym można się wesprzeć, który wie czego chce i to osiąga. Z kolei panowie coraz częściej zgłaszają: spadek nastroju i energii, lęk, utratę zainteresowań, poczucie braku sensu.
W jednych z ostatnich badań TNS OBOP zapytano kobiety o ideał mężczyzny. Oczywiście odpowiedzi były różne (na szczęście, różnorodność gustów i potrzeb jest zachwycająca), ale najczęściej padało nazwisko Bogusława Lindy. Z badań prof. Bogusława Pawłowskiego (kierownika Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu) wynika, że najbardziej interesujący mężczyźni wykazują subtelne natężenie cech psychopatycznych. Brzmi groźnie, ale zwracam uwagę na słowo subtelne. Chodziło głównie o pewność siebie, pewną skłonność do ryzyka i nonkonformizmu w przeciwieństwie do niepewności, bierności i zachowawczości, na którą narzekają kobiety. Jak pisze jedna z bohaterek artykułu pt. „Za czym tęsknią kobiety” na portalu pokolenieikea.com; „(…) kobiety chcą mężczyzn wyglądających i zachowujących się jak mężczyźni. Trochę dzikich. Trochę pierwotnych (…)”. Prof. Zbigniew Izdebski tak komentuje wyniki badań TNS OBOB, z których jasno wyniki, że Polki tęsknią za macho: „(…) Polki oficjalnie preferują ugrzecznionego, miłego, dobrze wychowanego faceta, przyparte zaś do muru wyznają, że w głębi serca tęsknią za (…) facetem z krwi i kości.” Tylko co to znaczy – facet z krwi i kości? Czy to oznacza powrót do tego co było – epoki patriarchatu, w którym podział ról był ściśle określony bez jakichkolwiek możliwości odstępstw; czasów, w których mężczyzna miał nad kobietą władzę absolutną; mężczyzny częstokroć grubiańskiego i przemocowego? Nie. Nie o tym i nie o takim mężczyźnie marzą kobiety. Mam cichą nadzieję, że mądrzy i naprawdę silni mężczyźni też tego nie chcą. Kobiety marzą o czułym barbarzyńcy. Prof. Izdebski tak go scharakteryzował: „dojrzały psychicznie, wyrozumiały, niezależny, honorowy twardziel”. Dr. Mariola Bieńko (socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego) w miejsce czułego barbarzyńcy używa określenia „hemingwayowski bohater”, który „łączy w sobie cechy odważnego komandosa i siostry miłosierdzia”. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz tak mówi o współczesnym macho: „(…) to nie tylko dobrze zbudowany facet z 3 dniowym zarostem. To mężczyzna decyzyjny, panujący nad emocjami, który daje kobiecie poczucie oparcia, bezpieczeństwa (…). czuły, ale nie rozklejający się, silny psychicznie.” Już słyszę te głosy sceptyków: „ No jasne. Silny i wrażliwy! Odważny i wyrozumiały! Stanowczy i empatyczny! Zdecydujcie się drogie panie!”. Czy chcemy niemożliwego? Czy tacy mężczyźni istnieją tylko w westernach? Zgadzam się, że czasem lista wymagań kobiet wobec mężczyzn nie ma końca. To prawda, że często śnimy o księciu na białym koniu, który występuje tylko w bajkach. Zdarza się nam, że same nie wiemy czego chcemy. I absolutnie jestem za tym, żeby kochać tych mężczyzn, którzy istnieją realnie a nie tych z naszych fantazji. Jednocześnie gros kobiet ma poczucie, iż nie może znaleźć mężczyzny, który spełniłby jakiekolwiek ich kryteria. To po pierwsze. A po drugie – nie, nie uważam, żeby czuły barbarzyńca był jak yeti. Niby jest, ale nikt go nie widział. Jest na wymarciu – tu się zgodzę. Takich mężczyzn nie ma wielu, ale są. Ja takich znam. Z życia osobistego i zawodowego również. To mężczyźni z charakterem – silni, pracowici, decyzyjni, honorowi, odpowiedzialni, lojalni, szanujący i wspierający kobiety, nie bojący się wyrażać uczuć. Żeby nie być posądzoną o jedynie kobiecy punkt widzenia przytaczam słowa mężczyzny – Sebastian Karpiel-Bułecka o tzw. „prawdziwym facecie z krwi i kości”: „Taki ktoś powinien być i do tańca i do różańca. Koniecznie zdolny do roboty, dbający o wszystko co ma w domu. Musi troszczyć się o gazdówkę, ale też popilnować dzieci.”
Dlaczego zdecydowałam się o tym napisać? Bo mam poczucie, że cierpimy. Kobiety, bo są samotne, zmęczone, niezadowolone, rozczarowane, bezsilne, sfrustrowane. Mężczyźni, bo coraz rzadziej są z siebie tak naprawdę zadowoleni (nie mówimy o wizerunku, który prezentują), bo mają poczucie, że zawodzą, bo są zagubieni, niepewni, wycofani. W związku z tym coraz trudniej nam się ze sobą spotkać i wymienić. To oczywiście uogólnienie. Ale służy przedstawieniu ważkiego problemu.
W tym miejscu pojawiają się dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze – co się stało, że współczesny hemingwayowski bohater jest tak rzadkim zjawiskiem? I po drugie – co można z tym zrobić?
Na pierwsze pytanie po części odpowiada antropolożka kultury dr. Zuzanna Grębecka. Twierdzi ona, iż nastąpił rozpad znanych wzorców kulturowych, a nowe jeszcze nie zostały przez mężczyzn wypracowane. Psychoterapeuta pracujący głównie z mężczyznami, współzałożyciel fundacji Masculinum Jacek Masłowski twierdzi, że mężczyźni aktualnie znajdują się w tzw. twórczej próżni. Za przyczynę ich bierności i wycofania uznaje przede wszystkim:
* Ojcowie
Poza chlubnymi wyjątkami ojcowie dzisiejszych mężczyzn byli a) przemocowi b) nieobecni. Jeśli stosowali przemoc – w sercach ich synów mogła zrodzić się decyzja (często podejmowana nieświadomie), że nie będą oni tacy jak ich ojcowie. Wiedząc jak niszcząca jest przemoc postanowili nie korzystać ze swojej agresji. Nie jest jednak możliwe, aby pozbyć się tendencji agresywnych. One są częścią natury człowieka. Możemy tylko różnie z nich korzystać – świadomie lub nie, w sposób czynny lub bierny. Mężczyźni podejmujący decyzję o wycofaniu jawnej agresji bardzo często okazują ją w sposób bierny – poprzez wycofanie, brak reakcji. Nie są też często świadomi, że to jest ich sposób na wyrażenie tych tendencji. Również popkultura łączy agresję z przemocą, a nie jest to jedno i to samo. Mężczyzna, który nie chce być jak jego przemocowy ojciec nie potrafi stanowczo wyznaczyć swoich granic, sięgać do świata po „swoje”, nie potrafi skontaktować się ze swoją męską energią i siłą. Jeśli ojcowie byli nieobecni (wojna, praca, emocjonalne wycofanie) – chłopcom brak jest męskich wzorców. W ok. 6-8 roku życia chłopiec zaczyna interesować się światem ojca. Jeśli ojca nie ma i na nieszczęście nie ma wokół niego innych wartościowych mężczyzn (dziadek, wujek, nauczyciel, trener) – nie ma skąd czerpać.
*Matki
Jeśli w życiu chłopca zabraknie na tyle silnego mężczyzny, żeby „zabrał” go od matki – pozostaje liczyć na mądrą mamę, która poniekąd „odda” syna w ręce mężczyzny lub najlepiej grupy mężczyzn i wesprze dojrzewanie syna poprzez zbieranie przez niego doświadczeń. Jeśli matka ma jednak tendencje do nadopiekuńczości, wyręczania syna, usługiwania mu, ograniczania jego swobody – przyszły mężczyzna nie ma się od kogo i jak uczyć.
* Współczesność
Dzisiejszym dzieciom (w tym chłopcom) brakuje swobody. Nie ma już podwórek, na których dzieciaki bawią się bez kontrolującego oka rodzica. Do szkoły są odprowadzane lub odwożone. Na trening – to samo. Lekcje odrabia z dzieckiem rodzic. Gdzie, kiedy i jak chłopcy mają uczyć się samodzielności, zaradności, odpowiedzialności?
Na pytanie dlaczego kobietom brak silnych mężczyzn przy boku odpowiada też niemiecka psycholożka i psychoterapeutka Maja Storch. Po pierwsze uważa, że jest to pokłosie tego, iż kobiety zechciały być samowystarczalne. W takiej sytuacji mężczyźni przestali czuć się potrzebni. Jeśli przyjąć też zasadę, że w przyrodzie siła pewnych tendencji musi się zgadzać – skoro kobiety parły, mężczyźni odpuścili. Maja Storch mówi także o tym, iż kobiety chcąc zyskać dostęp i prawo do korzystania z własnej siły (zaradności, decyzyjności etc) zaczęły wstydzić się i wypierać tendencje i potrzeby przeciwstawne – chęć bycia słabą, bezbronną, wrażliwą, zaopiekowaną. W konsekwencji zaczęły „lądować” u boku mężczyzn „nieudaczników”. Lub były samotne.
Odpowiedź na pytanie o przyczyny zjawiska o jakim mówimy zawiera w sobie podpowiedzi co robić. Co robić, aby i mężczyźni i kobiety zyskali prawdziwy, głęboki dostęp zarówno do swojego animusa (męski archetyp w psychice) i animy (kobiecy aspekt psychiki), ponieważ harmonijny rozwój wymaga obecności obydwu tych pierwiastków i równowagi między nimi. W czasach tzw. patriarchatu ta równowaga również była zaburzona, tylko w innym kierunku. Być może aby złapać balans potrzebne jest otarcie o skrajności. I być może po części jesteśmy trochę w takim momencie. Ale być może też pojawia się już potrzeba szukania wypośrodkowania. W końcu prawdziwa siła – i kobiety i mężczyzny bierze się nie poprzez zaprzeczanie ale poprzez integrację przeciwieństw.

Polecam do przeczytania:

Przede wszystkim kobietom – „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estes
Przede wszystkim mężczyznom – „Żelazny Jan” Robert Bly

Korzystałam:
książka:
Maja Storch „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną”
wykład:
„Kobiece wnętrze oraz sztuka budowania relacji” – dr. Joanna Heidtman i Jacek Masłowski
portale:
wprost.pl
kobieta.dziennik.pl
transfuzja.org
pokolenieikea.com
doświadczenia i przemyślenia własne :)

* Tytuł artykułu zaczerpnięty został z książki niemieckiej psycholożki i psychoterapeutki Mai Storch o tym właśnie tytule

Miłość bezwarunkowa

„Będę Cię kochał niezależnie od wszystkiego. Będę Cię kochał nawet jeśli nierozsądnie postępujesz. Nawet wtedy, kiedy się poślizgniesz i rozbijesz nos. Kiedy się mylisz, kiedy popełniasz błędy. A także wtedy kiedy zachowujesz się jak zwykły człowiek… – nawet wtedy będę Cię kochał”
Pino Pellegrino

Dominika zgłasza się na konsultację z powodu trudności w relacjach z partnerem. Ma bardzo wiele do niego zastrzeżeń. Pytam czy kocha mężczyznę, z którym żyje. Dominika: „Sama nie wiem. Bo on nie daje mi powodów do miłości. Nie spełnia żadnych moich oczekiwań. Za co mam go kochać? Za to, że siedzi przed telewizorem? Albo całe dnie go nie ma? Zdarzają się lepsze chwile. Wtedy nawet myślę, że go kocham. Ale potem znów jest tak samo. I wtedy myślę, że nie ma ani jednej przyczyny do tego, żebym go kochała.”

Inga przychodzi na spotkanie, ponieważ nie układa się jej w związku. Jej mąż pije, od dwóch lat nie pracuje. Inga utrzymuje dom z jednej nauczycielskiej pensji. Pytam czy chociaż mąż przejął na siebie obowiązki domowe. „Nie, skąd. Twierdzi, że ma depresję, bo nie może znaleźć pracy. Ale on jej nawet nie szuka. Myśli, że z nieba mu spadnie.”. „Czy mąż w związku z depresją się leczy?” – dopytuję. „Gdzie tam! On nie wierzy w lekarzy ani psychologów.” Inga czuje się bezradna. Jej wszelkie prośby i próby mobilizacji męża okazały się nieskuteczne. Moja pacjentka nie widzi wyjścia z sytuacji. „Przecież rozwieść się nie rozwiodę. Przysięgałam go kochać. Na dobre i na złe. Chyba na tym polega miłość, prawda?” „Na czym?” – chcę się dowiedzieć jak Inga to widzi. „No na miłości bezwarunkowej. Kochasz i już. Jeśli stawiasz komuś warunki to chyba nie możemy mówić o miłości, zgadza się?”

Ach te odwieczne pytania! Czym jest miłość? Czy kochamy za? Czy kochamy mimo? Czy w miłości mamy brać to co ktoś nam zechce dać i nie pytać o więcej? Czy mamy prawo stawiać warunki? Czy mamy prawo oczekiwać?
W ostatnim czasie „karierę” zaczęło robić pojęcie miłości bezwarunkowej. W rozlicznych artykułach i felietonach czytamy że „rodzice powinni kochać dzieci bezwarunkowo”, że „miłość bezwarunkowa do dzieci jest tym co wyposaża je w wysoką samoocenę”, że „w związkach powinniśmy pracować nad tym, żeby kochać bezwarunkowo” itp. Obserwuję, że moi klienci zaczynają się w tym gubić. Doświadczają poczucia winy, jeśli pojawią się u nich jakiekolwiek oczekiwania wobec dzieci czy partnerów. Lub też są rozczarowani, że ich mężowie czy żony nie potrafią przyjąć ich z pełną akceptacją dla wszystkich ich cech i zachowań. Zaczynają wątpić w jakość swoich związków. Lub też tak jak Inga w sposób szkodliwy pojmują to czym jest bezwarunkowa miłość. Są oczywiście i tacy, dla których bycie w związku oznacza głównie wpływanie na partnera, aby ten się zmienił, dostosował i odpowiedział na wszystkie nasze deficytowe potrzeby. Takim przykładem jest Dominika, choć myślę, że Dominika jest już na etapie kiedy zaczyna to rozumieć. Ja przytoczyłam nasze pierwsze spotkanie.
Czym jest więc bezwarunkowa miłość?
W tekstach dotyczących tego zagadnienia możemy przeczytać, że miłość bezwarunkowa to odczuwanie miłości niezależnie od wszystkiego. To pragnienie dobra i szczęścia dla kochanej osoby. To czerpanie radości z samego aktu kochania, a nie faktu bycia kochanym. To pełna akceptacja drugiej osoby niezależnie od jakichkolwiek warunków. Niezależnie od tego co ta osoba powie lub zrobi. To całkowita akceptacja bez powziętych z góry założeń, oczekiwań, żądań, pozbawiona pragnienia posiadania drugiej osoby. To dawanie sobie wolności. To równość. To pełne wsparcie dla wzajemnego rozwoju, indywidualności i niezależności. To zaufanie i przebaczanie. To koncentrowanie się na tym co wspólne. To gotowość do widzenia duchowej natury człowieka. Miłość bezwarunkowa wyklucza chęć kontrolowania, manipulowania, podporządkowywania, wykorzystywania, zazdrości, rywalizacji, obwiniania, ciągłej krytyki, ataku, obrony. Kochając bezwarunkowo rezygnujemy ze strachu, wzmacniania poczucia zagrożenia, odrębności czy izolacji, odrzucamy koncentrowanie się na różnicach. Czytamy też, że tak należy kochać.
A potem słucham audycji radiowej, w której jedna ze znanych blogerek i autorek książek o zdrowym żywieniu mówi, że nie pozwala swojemu synkowi na spożywanie trującego jedzenia i tłumaczy mu, że jeśli się kogoś kocha to czasem stawia się pewne ograniczenia. Z miłości.
I słucham dominikanina Adama Szustaka, który twierdzi, że „miłość bezwarunkowa to jedna z największych bzdur świata” oraz że „miłość musi powstawać o pewne warunki”. Żeby mogła być pełniejsza, żeby mogła wzrastać.
I bądź tu mądry. Więc jak należy kochać?
Mam kilka przemyśleń na ten temat.
Po pierwsze uważam, że jedno i drugie wcale się nie wyklucza. Ten brak sprzeczności odczuwam w momencie, gdy przyglądam się swojej relacji z moją kotką. Obdarzam ją miłością, karmię ją, dbam o nią zupełnie bezinteresownie, nie mam wobec niej oczekiwań, że będzie taka lub inna, przyjmuję ją taka jaką jest. Nie zmuszam jej do tego czego nie chce (chyba że coś zagraża jej bezpieczeństwu lub zdrowiu), nie próbuję jej sobie podporządkować. Ale to nie oznacza, że lubię wszystko co robi. To nie oznacza, że godzę się na wszystko. Że nie komunikuję jej swoich granic. Czy to oznacza, że wtedy kocham ją mniej? Nie. Czy moja złość czy irytacja na niektóre z jej zachowań sprawiają, że przestaję darzyć ją miłością? Ani trochę. Czy wszystko mi się w niej podoba? A gdzieżby. Czy mimo wszystko myślę, że jest doskonała taka jaka jest? Tak. Doskonała w swojej niedoskonałości. Myślę, że podobną postawę możemy przyjąć w relacjach z dziećmi, przyjaciółmi, partnerami. I co ważne – także w relacji ze sobą.
W swojej pracy rzeczywiście obserwuję, że wchodząc w relacje mamy potwornie dużo założeń: jaki powinien być partner, jakie powinny być nasze dzieci, jak powinien wyglądać związek; a wszystko co od tych koncepcji odbiega łączymy z brakiem miłości. Żądamy, obrażamy się, złościmy. Wzbudzamy poczucie winy. Zmieniamy naszych bliskich podług naszych wyobrażeń. W naszych relacjach jest mnóstwo strachu. I roszczeń. Czy takie związki są szczęśliwe? Nie. Jest w nich za to dużo rozczarowań, zarzutów, żalu, wzajemnych licytacji, oskarżeń. Partnerzy w takich związkach tęsknią do bycia akceptowanym. I z moich doświadczeń wynika, że jest to jedna z podstawowych wartości, jakiej brakuje nam w relacjach. Różnych – z rodzicami, dziećmi, przyjaciółmi,  partnerami. Kiedy mamy możliwość doświadczania pełnej akceptacji nas jako osoby – rozpuszczamy się. Mamy poczucie jakbyśmy wrócili do domu po długiej, męczącej podróży. W związkach, w których jest więcej akceptacji i miłości, niż strachu i wymagań obecne są radość, spokój, wzajemna ciekawość, zachwyt, zaangażowanie, poczucie pełni i głębi. Niestety, wielu z nas nie miało tyle szczęścia, by od swoich rodziców doświadczyć miłości, która pozbawiona jest założeń kim i jacy powinniśmy być. To powoduje, że sami mamy kłopot z obdarzaniem siebie taką miłością. Siebie i swoich partnerów. Ale kiedy już na swojej drodze spotkamy kogoś kto powie: „w porządku, taki jaki jesteś jest ok”, „takiego cię biorę, takiego cię kocham” – czujemy jak w nasze serca i żołądki wlewa się całe ciepło świata. Tak bardzo jest to ważne. I tego z pewnością mamy w swoich związkach za mało. Tak naprawdę uważam, że bez mądrej akceptacji stworzenie satysfakcjonującej relacji jest właściwie niemożliwe. Sceptycy mogliby w tym miejscu zapytać czy taka pełna akceptacja nie prowadzi do rozleniwienia czy spoczęcia na laurach. Moje doświadczenia wskazują, że kiedy czujemy się akceptowani chętnie dokonujemy dobrych zmian dla związku, chętnie go rozwijamy. Ponadto pamiętajmy, że akceptacja i miłość dotyczą partnera jako osoby. Nie oznacza to, że podoba nam się wszystko co robi. Że nie mamy swoich potrzeb. Że nie możemy wyrazić opinii na ten temat. Przeciwnie. Wyrażajmy je – potrzeby, opinie, niezadowolenie. Ale jest różnica czy dzieląc się z ukochanym swoimi emocjami robimy to po to, żeby wiedział jak się z jego zachowaniem czujemy, co o tym myślimy i czego byśmy chcieli, czy żądamy, żeby on czuł/myślał/robił inaczej. Szczególnie, że my tych zmian domagamy się nawet wtedy, kiedy nie dotyczą one ani bezpośrednio nas, ani naszego związku. Po prostu – chcemy, żeby było po naszemu. Ważne jest również to czy nasz przekaz brzmi: „to mi nie pasuje, jednocześnie to nie ma nic wspólnego z moją miłością do ciebie” czy też: „to mi nie pasuje, więc to zmień, a jak nie, to ja wycofuję miłość”. Ponadto kochanie kogoś, a bycie z kimś w związku to też nie zawsze jedno i to samo. Miałam pacjentkę, która odeszła od męża kochając go, ponieważ swoim zachowaniem ją krzywdził. Zrobiła to z miłości do siebie. W swojej dojrzałości doskonale wiedziała, że gdyby tego nie zrobiła w myśl fałszywie rozumianej miłości bezwarunkowej sprzeniewierzyłaby się miłości do siebie, a miłość pomiędzy nią a mężem uległaby wynaturzeniu. Nie mylmy miłości bezwarunkowej ze swoim prawem do ochrony: swoich potrzeb, swoich granic czy wręcz swojego zdrowia czy życia. To wypaczenie tego czym owa miłość bezwarunkowa jest.
Podsumowując: Jeśli miłość bezwarunkową rozumieć jako większą akceptację partnera jako osoby oraz wykluczenie kontrolowania, manipulowania, podporządkowywania, wykorzystywania, rywalizacji, obwiniania, ciągłej krytyki – to uważam to za dobry kierunek. Czy możliwy do zrealizowania? W pełni pewnie nie. W końcu jesteśmy tylko ludźmi, a nasza emocjonalność nie jest doskonała. Ale jest do czego dążyć i to już jest bardzo wiele. W końcu droga jest celem. Należy jednak pamiętać, że dzielenie się sobą (swoimi emocjami, opiniami, potrzebami) jest nie tylko naszym prawem, ale wręcz obowiązkiem w relacji. Bez tego związek nie ma szans przetrwać. O wzrastaniu i rozwijaniu nawet nie wspomnę. Bowiem aby związek mógł być udany sama miłość nie wystarczy. Nawet bezwarunkowa.
 

 

Związek symbiotyczny

Weronika i Miłosz zdecydowali się na spotkanie, ponieważ od prawie roku starają się o dziecko. Póki co niestety bezskutecznie. Wizytę u psychologa zasugerował parze lekarz. To co pierwsze rzuca mi się w oczy to podobieństwo Weroniki i Miłosza do siebie. Przypominają bardziej rodzeństwo, niż parę. Początkowo nawet trudno uchwycić co takiego wpływa na mój odbiór. Po chwili wszystko staje się bardziej zrozumiałe. Proszę Weronikę i Miłosza, żeby powiedzieli coś o sobie i o swojej relacji.
Weronika: „Poznaliśmy się 3 lata temu na kursie językowym. Zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Od tamtej pory właściwie jesteśmy nierozłączni.”
- „Może pani powiedzieć o tym coś więcej?” – proszę.
- „Pracujemy w jednej firmie, bo ja mam własną działalność i zatrudniłam Miłosza. Staramy się każdą możliwą chwilę spędzać ze sobą. Mamy taką umowę, że szukamy takich zajęć, gdzie możemy iść razem. Teraz np. chodzimy na siłownię. Jeśli wychodzimy ze znajomymi to oczywiście wspólnie. Niektórzy tego nie rozumieją, ale trudno. To chyba naturalne, że w pewnym momencie to związek i rodzina stają się najważniejsi. Moja przyjaciółka tego nie zaakceptowała i już się nie przyjaźnimy. Szkoda, ale mam Miłosza. On jest dla mnie najważniejszy.”
Miłosz: „Może będzie się pani śmiać, ale ja naprawdę myślę, że my byliśmy sobie pisani. My się w ogóle nie kłócimy.”
- „W ogóle?” – dopytuję
- „Nie. Po prostu my się chyba we wszystkim zgadzamy. A nawet jeśli nie, to uznajemy, że zgoda jest ważniejsza i staramy się, żeby jakieś pierdoły nas nie poróżniały. Weronika jest kobietą mojego życia. Kłócić się z nią? Po co?”

Basia i Filip przychodzą wspólnie na prośbę Basi. Basia tak zaczyna spotkanie: „Jesteśmy tutaj, żeby powiedziała nam Pani co się takiego stało, że mój mąż odleciał.” Proszę Basię, żeby wyjaśniła co ma na myśli. „Jesteśmy małżeństwem 5 lat. W związku 8. Do tej pory wszystko było idealnie. Kochaliśmy się jak nikt inny. Przynajmniej tak nas postrzegano. Nie mogliśmy bez siebie żyć. Do tego stopnia, że w ciągu dnia pracy wysyłaliśmy sobie dziesiątki smsów. O wszystkim. Wydawało mi się, że naprawdę nasza relacja jest niezwyczajna, wręcz bajkowa. Miesiąc temu dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradził. To był dla mnie cios. Ja znam tą dziewczynę i wiem jaka ona jest, że żadnemu nie przepuści, szczególnie jeśli jest szczęśliwie żonaty. Ona wszystkim musi udowadniać, że jest lepsza od tych żon. Ale nie rozumiem dlaczego mój mąż na to poszedł? Czego mu brakowało?”

„Już ustaliliśmy, że będziemy najszczęśliwszą parą na świecie” – mówi bohaterka książki „Duma i uprzedzenie” autorstwa Jane Austin. Znacie to? Pragnienie, żeby stworzyć związek z kimś, kto jest do nas tak podobny i tak z nami zgodny, że niemal stopiony – w uczuciach, myślach, potrzebach, pragnieniach, poglądach, działaniach? Te wszystkie: „nie mogę bez ciebie żyć”, „bez ciebie moje życie nie ma sensu”, „ty jesteś powodem, dla którego żyję”, „jesteś doskonała/y”, „czekałem/am na ciebie całe moje życie”, „każda minuta bez ciebie to czas stracony”, „nasza miłość jest w stanie pokonać wszystko” – tak piękne, pożądane i jak najbardziej naturalne w stanie zakochania bywa, że chcemy zatrzymać na dłużej, a nawet na zawsze. Więcej – mamy przekonanie, że wszystko co od tego odbiega nie jest „tą jedyną, prawdziwą miłością”. Są osoby, które tak wyobrażają sobie związek – jako idealne dopasowanie, połączenie i porozumienie. Marzą o spotkaniu „bratniej duszy, absolutnej fuzji, miłości do grobowej deski” – wszystkie te określenia zaczerpnięte są z wypowiedzi moich pacjentów. Przykładem takich par są bohaterowie artykułu. Zarówno Weronika i Miłosz, jak i Basia i Filip mają poczucie wyjątkowości swojego uczucia. Uważają, że doświadczają takiej miłości, jakiej inni nie mają. Używają słów, że „są sobie pisani, przeznaczeni”, a także że „należą do siebie”. Za podstawową wartość związku uważają to, że czują i myślą podobnie i też usilnie dążą do tego, żeby wzmacniać owo poczucie jedności. Unikają kłótni. Nie poruszają kontrowersyjnych tematów. Nie konfrontują się ze sobą. My jest dla nich ważniejsze, niż ja. Właściwie wszystkie potrzeby realizują w związku. Są samowystarczalni. Nie potrzebują zewnętrznego świata, a nawet są gotowi go odrzucić, jeśli ten zagraża ich relacji i jedności. Sprawiają wrażenie przysłowiowych papużek nierozłączek. Każdą chwilę spędzają razem, towarzyszą sobie niemalże w każdej sytuacji, a jeśli nie jest to możliwe pozostają w nieustannym kontakcie. Kiedy są oddzielnie czują się niepewnie, mają poczucie, że „osobno nie istnieją w pełni”. W związku czują się „na swoim miejscu”. Wszystko to słowa moich bohaterów. O takich związkach psychologowie mówią, że to związki symbiotyczne. Jest to pojęcie zaczerpnięte z biologii. Tam oznacza to zjawisko ścisłego współżycia dwóch organizmów, które przynosi korzyść każdej ze stron lub jednej, a drugiej nie szkodzi. Niestety w niektórych układach charakter współżycia może zmieniać się w czasie i doprowadzić do tego, że jeden z organizmów może w pewnych okresach czerpać więcej korzyści, stając się pasożytem, doprowadzając tym samym do upośledzenia lub śmierci drugiego organizmu. Trudno więc dokładnie ustalić bilans zysków i strat takiego układu. W relacjach jest podobnie. Para żyjąca w symbiozie może sprawiać wrażenie pary doskonałej – kochającej, wspierającej, pełnej wzajemnego zachwytu. Czy są tego złe strony? Niestety. Więź symbiotyczna zawiera w sobie bardzo niebezpieczną umowę: „Będzie jak w bajce. Będziesz mieć wszystko co zechcesz. Pod jednym warunkiem – że wyrzekniesz się siebie”. W symbiozie identyfikujemy się z kimś (partnerem) lub czymś (związkiem) w takim stopniu, że doprowadzamy do roztopienia własnej tożsamości. Bez partnera nie wiemy kim jesteśmy. Jesteśmy zagubieni. Niektórzy bez partnera wręcz nie potrafią funkcjonować. Zatracona zostaje samodzielność, indywidualność. Odległość i odrębność budzą lęk, złość, smutek, ból. Wielokrotnie są odbierane jako wyraz braku miłości i zaangażowania czy jako dowód porzucenia. A skoro tak to wszelkie próby odrębności są pacyfikowane lub karane. W wariancie bardziej romantycznym czy pluszowym – poprzez unikanie kłótni, tłumienie złości, podkreślanie podobieństw, idealizację partnera, rezygnowanie ze wszystkiego co poza związkiem; w tym bardziej bojowym – poprzez pretensje, żądanie, wzbudzanie poczucia winy, przyjmowanie roli ofiary, manipulacje, szantaż emocjonalny. Tylko niestety tłumione emocje nie wyparowują i w pewnym momencie będą potrzebowały znaleźć ujście. Bywa, że z powodu od lat tłumionych emocji takie związki rozpadają się z wielkim hukiem. W symbiotycznych związkach nierzadko pojawia się problem z zajściem w ciążę. To zrozumiałe, jeśli zobaczymy, że dziecko w sposób naturalny stanowi dla symbiozy zagrożenie. Samo jej w początkowej fazie wymaga. Nieświadoma chęć ochrony relacji symbiotycznej stanowić może jedną z przeszkód czy utrudnień na drodze do zostania rodzicem. A jeśli dzieci w takim związku się pojawiają stanowi to wyzwanie znacznie silniejsze, niż w związkach niesymbiotycznych. W związkach symbiotycznych może pojawić się też nieuświadomiony lęk przed zatraceniem i potrzeba odczepienia się. Stąd niezrozumiałe dla partnerów zdrady czy romanse. Mogą one wynikać także z faktu, iż do związków symbiotycznych nierzadko wkrada się nuda, zastój, mdłość, skostnienie. Także w seksie, bowiem ten wymaga określonego napięcia i tajemnicy. W sposób naturalny pojawia się potrzeba ożywczej energii i przeciwwagi. W związku symbiotycznym tylko pozornie jest dobrze i wygodnie. Tak naprawdę partnerzy są ze sobą splątani niewidzialną nicią. Nie ma w nich swobody, naturalności i autentyczności. Jest pozornie nieodczuwalny ciężar. Bliskość jest pseudobliskością, bowiem nie możesz kogoś zobaczyć takim jakim jest i nie możesz się z kimś spotkać tak naprawdę, jeśli jesteś sklejony/a, zlany/a, a dodatkowo bardziej jesteś w swoich wyobrażeniach o tym jak być powinno, niż w realności i w tym co jest. Partnerzy w związku symbiotycznym bardziej zainteresowani i zafascynowani są swoimi projekcjami i wizją relacji, niż sobą nawzajem. A co w sytuacji rozpadu takiej relacji (odejście lub śmierć jednego z partnerów)? Miałam kiedyś pacjentkę, która miała za sobą dwie próby samobójcze. Cierpiała po śmierci męża. „Ja bez niego nie istnieję” – mówiła. „Był wszystkim. Wszystkim co ma jakąkolwiek wartość. Moje życie się skończyło.” Pani miała 43 lata. Mąż nie żył od lat 4. Symbioza bywa niezwykle przyjemna. Na pewnych etapach życia pary (etap zakochania) czy w niektórych sytuacjach (seks) – zupełnie też naturalna, dobra i bezpieczna. Jednak dojrzali partnerzy potrafią z symbiozy wychodzić. Mają umiejętność urealniania się, odzyskiwania własnej odrębności i akceptowania odrębności partnera. Zdają sobie sprawę, że jest MY i że są JA.
Weronika i Miłosz podjęli wspólnie terapię. Kiedy po roku zapytałam ich co pomogło im wyjść z relacji symbiotycznej powiedzieli m.in.:
Weronika: „ Przekonałam się, że związek potrzebuje takich doświadczeń: bycia też oddzielnie, tęsknoty. Dostrzegłam, że jeśli nie ma przestrzeni osobnej – to co wspólne też po czasie przestaje cieszyć.”
Miłosz: „Uświadomiłem sobie, że to co robimy i przeżywamy osobno czyni nas w oczach drugiego atrakcyjnym. No i faktycznie – ten kogo nie zatrzymujemy nie ma potrzeby wyrwania się.”

 

Stres i depresja u lekarzy – przyczyny, objawy, środki zaradcze

Z badań przeprowadzonych przez organizację Beyondblue wynika, że co najmniej 1 na 4 lekarzy doświadczył w swoim życiu objawów depresyjnych lub innego rodzaju zaburzeń emocjonalnych (zaburzenia lękowe, wypalenie zawodowe etc). To zdecydowanie więcej, niż w innych grupach zawodowych. Wyniki badań potwierdzają opinie psychologów/psychoterapeutów współpracujących ze środowiskiem medycznym. Są oni zdania, że zawód lekarza jest szczególnie narażony na objawy z kręgu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania. Dlaczego? Przyczyn jest wiele. Po pierwsze lekarze długo się uczą i cały czas wymaga się od nich ciągłego kształcenia. Tak naprawdę w tym zawodzie nie ma takiego momentu, kiedy można powiedzieć „wiem wszystko”. Zawsze istnieje możliwość, by być jeszcze bardziej na bieżąco. Do tego dochodzi presja ze strony przełożonych czy środowiska lekarskiego, by podwyższać swoje kwalifikacje, a jednocześnie brak jest czasu na powyższe. Lekarze pracują z reguły w dużym pośpiechu, a przez to w napięciu. Jeśli dojdzie do tego konflikt na poziomie wartości (np. lekarzowi zależy na tym, by poświęcić pacjentowi tyle czasu, ile potrzeba, ale niestety na wizytę ma jedyne 10 minut, z czym lekarzowi trudno się pogodzić) – sytuacja jest trudna w dwójnasób. Lekarze pracują dużo. Jak donosi serwis Konsylium 24.pl jedynie 17 % lekarzy pracuje tyle, ile wynosi etat (37-38 godzin w tygodniu). Polskie i unijne przepisy pozwalają na pracę lekarza w limicie 48 h w tygodniu. Dotyczy to jednak jedynie lekarzy na etatach. Ponieważ wielu z nich pracuje na tzw. kontraktach limity te ich nie dotyczą. W związku z tym są i tacy, którzy potrafią pracować i 92 godziny w tygodniu (10%), a nawet więcej (4% badanych). Lekarze nierzadko dyżurują też w różnych godzinach, często w nocy. To prowadzi do zrujnowania rytmu biologicznego. Praca lekarza to ciągły kontakt z ludźmi (coraz bardziej roszczeniowymi), pomaganie im czyli bycie „dla”, codzienne stykanie się z cierpieniem, chorobami, śmiercią. To musi odbijać się na zdrowiu emocjonalnym lekarzy. Do tego dochodzi ogromna odpowiedzialność, wymagania trudne do zrealizowania, nadmiar zadań, coraz większa biurokracja, poczucie braku wpływu na pewne rzeczy. Lekarze zazwyczaj źle się odżywiają (brak czasu), nie dosypiają (dyżury), palą (rozładowywanie napięcia), piją ryzykownie (1 na 6). To potęguje odczuwalny dla organizmu stres. Nie zapominajmy także, że lekarze mają swoje domy i rodziny, wobec których pełnią określone obowiązki. Wymagania zawodu lekarza wraz ze zobowiązaniami wobec najbliższych pogodzić jest niezwykle trudno. Atmosfera w pracy i relacje między współpracownikami też bywają różne. Wszystkie powyższe czynniki sprawiają, że lekarze doświadczają permanentnego stresu. Podwyższony poziom kortyzolu, adrenaliny i noradrenaliny, obniżony poziomu serotoniny i dopaminy (to właśnie dzieje się w organizmie podczas intensywnego i przewlekłego stresu) degradują układ odpornościowy. Jeśli dodatkowo nie potrafimy rozpoznać niepokojących sygnałów, jakie wysyła nam organizm i nie mamy wiedzy jak sobie z nimi konstruktywnie poradzić – depresja może stać się naszym doświadczeniem. Odnoszę też wrażenie, że lekarzom często towarzyszy wstyd z powodu faktu, „iż sobie nie radzą”, co skutkuje przetrzymywaniem niepokojących objawów nierzadko do momentu, kiedy jest już naprawdę źle.

Co powinno zaniepokoić?

- poczucie obniżenia nastroju
- anhedonia (nic nie cieszy)
- permanentne zmęczenie czy skrajne wyczerpania, brak energii
- poczucie, że nie jesteśmy w stanie się zasilić (naładować przysłowiowych akumulatorów)
- brak umiejętności odpoczywania
- niechęć do pracy, brak motywacji
- irytacja, niecierpliwość
- wybuchowość, agresja
- cynizm wobec pacjentów, zobojętnienie, pogardliwy stosunek
- chęć izolowania się
- niepokój
- brak kontroli (poczucie „nieogarniania” codziennych zadań), tworzenie zaległości
- trudności z koncentracją uwagi, myśleniem, pamięcią
- obniżenie samooceny, negatywna ocena kompetencji zawodowych
- problemy ze snem (bezsenność, nadmierna senność)
- bóle i inne objawy somatyczne, choroby (ból głowy, kręgosłupa, objawy ze strony układu pokarmowego, tachikardia etc)
Powyższe objawy powinny być dla nas informacją, że coś się nie sprawdza. Że w związku z tym potrzebujemy zmiany – czy to w sposobie pracy, odpoczywania, myślenia czy jeszcze w jakimś innym obszarze. I zrobilibyśmy sobie duży prezent, gdybyśmy tym razem tych sygnałów nie zignorowali, ale wykorzystali je dla naszego zdrowia psychofizycznego. I w końcu zadbali o siebie. W jaki sposób?
- dbając o sen (najlepiej regularny, w zależności od potrzeb organizmu minimum 6-8 godzin, naukowcy są zdania, że najbardziej regenerujący sen to ten przed północą)
- dbając o jakość przyjmowanego jedzenia (w końcu to nasze paliwo), nie doprowadzając do długich przerw w jedzeniu, a przez to spadków glukozy we krwi
- dbając o ruch (idealnie, gdybyśmy ruszali się co najmniej kilka razy w tygodniu, psychologowie są zdania, że nie ma innego sposobu na odreagowanie napięcia jak poprzez wysiłek fizyczny)
- dbając o odpoczynek (każdego dnia)
- dbając o relacje z ludźmi (spotkania towarzyskie potrafią być dobrą odskocznią, przyjaciele niezastąpionym źródłem pomocy i wsparcia, a naprawdę głębokie relacje z ludźmi nadają naszemu życiu sens)
- dbając o swoje pasje i hobby (m.in. w celu przeżycia tzw. „stanu flow”czyli niezwykle regenerującego poczucia absolutnego zespolenia z wykonywaną i przeżywaną czynnością)
- dbając o tzw. work life balance czyli odpowiednie proporcje między pracą, a życiem osobistym
To podstawa. Właściwie można by powiedzieć – elementarna higiena życia, o której wszyscy wiemy, ale tylko garstka z nas żyje w ten sposób. Ponadto dobrze robi kontakt z naturą (pod warunkiem, że lubimy), techniki oddechowe i przyzwolenie sobie na nicnierobienie (po prostu bycie, doświadczanie, zmysłowanie). Ale na niewiele to wszystko, jeśli nie popracujemy nad tym co w nas: oparciem w sobie, umiejętnością opiekowania się sobą, odmawiania i odpuszczania. Warto o to zadbać i ze względu na siebie i ze względu na bezpieczeństwo pacjentów. W końcu, zgodnie z hasłem podczas manifestacji lekarzy pod siedzibą Parlamentu Europejskiego: „zmęczony lekarz to martwy pacjent”.

 

 

O wstydzie

„Wstydliwość zdobi każdego człowieka, dlatego musisz umieć ją przezwyciężyć, nie tracąc jej.”
Monteskiusz

Czym jest wstyd?

Wstyd to uczucie (często przeżywane jako upokarzające) związane ze świadomością własnych braków i lękiem przed opinią innych. Doświadczamy go głównie w relacjach. Do gabinetu psychoterapeuty trafiają najczęściej osoby, które wstydzą się nadmiernie. Klienci, którzy są tego świadomi zgłaszają, że czują się przez wstyd ograniczani. Czego moi pacjenci się wstydzą? Swojego wyglądu, swoich uczuć, myśli, potrzeb, określonych cech osobowości, umiejętności, osiągnięć, nawyków, pozycji materialnej, osobistej historii, tego że na randce ubrudzą się podczas jedzenia – jednym słowem potrafią wstydzić się wszystkiego. I też to wszystko sprowadza się do jednego – wstydzą się siebie. Ze wstydem jest jeszcze dodatkowa trudność, ponieważ my się wstydu wstydzimy. Wstyd uważamy za emocję wyjątkowo wstydliwą. Jeszcze w czasach, które wspierają śmiałość, przebojowość, bezpruderyjność – mamy poczucie, że wstydzą się tylko nieudacznicy i ofiary losu. Jeśli nie chcemy czuć się lub być odbierani w ten sposób – musimy coś z tym wstydem zrobić.

Jakie mamy na wstyd sposoby?

Po pierwsze zaprzeczamy. Udajemy, że go nie ma. Ale udawanie i ukrywanie jest męczące, więc tracimy energię, spada nasza witalność. Jest jeszcze jeden koszt. Odcinając się od jednej emocji tracimy kontakt z pozostałymi. Czyli w gruncie rzeczy ze sobą.
Drugi sposób na wstyd to wycofanie. Zaczynamy unikać ludzi, określonych miejsc czy sytuacji, powoli rezygnujemy z naszych marzeń. Jak to powiedział Tim Jackins: „Coraz więcej rzeczy nie robimy tylko dlatego, że się wstydzimy. Chodzimy wolniej i ostrożniej. Bardzo ostrożnie siedzimy. Bardzo ostrożnie mówimy. Nie śpiewamy pełnym głosem. I nigdy nie tańczymy.”
Możemy też zamienić wstyd na inną emocję np. złość. Kiedy się złościmy nie mamy poczucia, że się wstydzimy. Ponadto agresja to niezwykle skuteczny sposób na trzymanie innych na odległość. A jeśli nie jesteśmy z ludźmi blisko – oni nie są nas w stanie zawstydzić czy ośmieszyć, a przez to zranić. Podobną funkcję ma wywyższanie siebie i poniżanie innych. Takie zachowania bardzo często przykrywają wstyd.
Kolejną strategią, żeby nie musieć odczuwać wstydu jest perfekcjonizm. Czyli dążenie do tego, aby wszystko zrobić tak idealnie, żeby nie było powodów do wstydu. Co w ten sposób tracimy? Przede wszystkim radość i spontaniczność. Do tego jesteśmy stale zmęczeni i w lęku o to czy jest dostatecznie idealnie. Nasze relacje kuleją, ponieważ albo nikt nie jest w stanie z nami wytrzymać albo my nie mamy siły na dodatkową inwestycję energetyczną w ludzi.
Doskonale uwagę od wstydu i bólu z tym związanego odwracają również wszelkie kompulsywne i nałogowe zachowania.
Bywa, że powyższe strategie są przez pacjentów stosowane świadomie (szczególnie unikanie lub np. perfekcjonizm), jednak większość z nas używa ich w sposób zupełnie bezwiedny i automatyczny. Wtedy taki sposób radzenia sobie może stać się częścią naszej tożsamości. Jeśli więc obserwujesz u siebie: skłonność do izolacji, lęk przed bliskością, nieumiejętność stawiania granic, skłonność do zabiegania o innych i dogadzania im, perfekcjonizm, autorytaryzm wobec siebie, zachowania autosabotujące i autoagresywne, sny o określonej tematyce (np. stoisz nagi/a w miejscu publicznym lub też stajesz przed komisją na egzaminie i nic nie umiesz), poczucie bycia ofiarą, objawy depresyjne, kompulsje, uzależnienie od aktywności umysłowej i inne uzależnienia, płytki oddech, napięcie, złość, frustrację, skłonność do kontrolowania, moralizowania i krytyki, poczucie bycia wszechwiedzącym, arogancję, pogardę, protekcjonalizm, poczucie, że świat jest bezwartościowy – istnieje prawdopodobieństwo, że gdzieś bardzo głęboko doświadczasz poczucia swojej ułomności, tudzież zasadniczego braku czy deficytu i obawiasz się jego zdemaskowania. Tym właśnie jest wstyd – wstyd destrukcyjny, toksyczny. Wstyd, który nas hamuje. Wręcz zniewala, paraliżuje.

Dlaczego się wstydzimy?

Zanim odpowiemy na to pytanie warto podkreślić jedno – wstydzimy się wszyscy. W mniejszym (czasem bardzo nieznacznym) lub większym stopniu, ale to emocja powszechna. Niektórzy wstydzą się w sposób nadmierny – tych wstyd unieruchamia. Ale pewna doza wstydu jest naturalna i bardzo potrzebna, by funkcjonować. Wstyd jak każda emocja pełni swoje ważne funkcje. Nie ma emocji złych czy niepotrzebnych. Wszystkie coś sygnalizują.

Zdrowy wstyd:

* Jest przede wszystkim jednym z podstawowych regulatorów zachowania
Masowy bezwstyd doprowadziłby do tego, że przekraczane byłyby normy społeczne, co skutkowałoby kompletnym chaosem. Gdyby nie wstyd ludzie mogliby robić rzeczy straszne, głupie, podłe, niedojrzałe. Wstyd powstrzymuje nas przed nieakceptowanymi zachowaniami w danym środowisku.
* Informuje gdzie mamy granice
Pomaga je też wyrażać. Wstyd jest dla nas sygnałem gdzie mamy swoje czułe punkty. Informuje, że zbliżamy się do tego co intymne i osobiste.
* Sprzyja pokorze
Wstyd chroni nas przed poczuciem bycia doskonałym i wszechmocnym. Konfrontuje nas z naszymi ograniczeniami i pozwala nimi zarządzać. Przestrzega przed zbędnym otwieraniem ust. Brak wstydu ośmiesza.
* Popycha ku rozwojowi i samodoskonaleniu
Wstyd ostrzega, że zboczyliśmy z właściwej dla nas ścieżki i skłania do zmiany. Mobilizuje do poprawy sytuacji.
* Chroni
Przed pochopnym wchodzeniem w relacje. Przed nadmiernym odsłonięciem.
* Sprawia, że intymne związki są ekscytujące
W końcu takie relacje są dla nas atrakcyjne i fascynujące przez to, że możemy przekraczać nasze granice wstydu.

A dlaczego wstydzimy się nadmiernie?

Po pierwsze dlatego, że zawstydzanie dzieci jest niestety jedną z głównych metod wychowawczych. Większość z nas ma za sobą bolesne doświadczenia bycia ośmieszanym – przez rodziców, dziadków, panie w przedszkolu. Sformułowania typu: „wstydź się”, „oj, nieładnie”; wyśmiewanie dzieci, protekcjonalne traktowanie ich emocji, określone epitety („brzydka dziewczynka”), porównania („spójrz tylko na swoją siostrę jak ładnie siedzi przy stole”), pogardliwe spojrzenia, znaczące kręcenie głową – któż z nas tego nie zna? Jeśli dołożymy do tego doświadczenia
z rówieśnikami, którzy chcąc obronić się przed własnym wstydem zawstydzają innych oraz przekaz społeczny kierowany do nas z mediów (masz być fit, sexy,świetnie gotować, znać się na modzie, finansach, odnosić sukcesy w pracy, mieć przystojnego męża i dwoje utalentowanych dzieci) – nic dziwnego, że mamy poczucie gorszości. Dopóki oczywiście nie zorientujemy się, że nie musimy się tak czuć.

Jak pracować nad destrukcyjnym wstydem?

* Wejdź w kontakt ze swoim wstydem
Zapytaj siebie – czego on dotyczy?, jak się przejawia? To pierwszy krok do zmiany – przestać zaprzeczać i uciekać.
* Pracuj nad akceptacją wszystkich uczuć, potrzeb, pragnień, których się wstydzisz
Tylko tak przestaniesz wyrzekać się części siebie.
* Dostrzeż i doceń własną niepowtarzalność
Zamiast oceniać – zachwyć się tym jak różnisz się od innych osób.
* Pracuj nad zgodą na siebie takim jakim jesteś
Obdarz siebie miłością. Zaakceptuj swoje ograniczenia. Jeśli pogodzisz się z tym, że nie jesteś nieomylny/a twoje życie nabierze rozmachu i spontaniczności.
* Nie obawiaj się szczerości
Szczerość zbliża. Dzielenie się sobą, mówienie o sobie zazwyczaj sprawia, że inni tez zaczynają się odsłaniać. Okazuje się wtedy, że inni nie tylko rozumieją nasz wstyd, ale też często również go doświadczają.
* Pamiętaj o badaniach psychologów z Uniwersytetu w Californi
Dowiedli oni, że ludzie, którzy częściej się wstydzą budzą większe zaufanie. Według kalifornijskich badaczy wstyd postrzegany jest jako cnota, ponieważ sprzyja kooperacji oraz hojności.
* Zastosuj metodę małych kroków
Powoli się przełamuj, wychodź z izolacji, podejmuj wstydliwe zachowania. Zacznij od naprawdę drobnych zmian.
* W sytuacji wstydliwej nie koncentruj się na sobie
Skup się na zadaniu lub na tym co mają do powiedzenia inni, a nie na swoich reakcjach z ciała i nad tym jak bardzo się wstydzisz.
* Pamiętaj o korzyściach
To prawda, że są i koszty: stres, ryzyko, konieczne decyzje do podjęcia. Stale przypominaj sobie jednak o zyskach: lepsze samopoczucie fizyczne, przewaga przeżyć pozytywnych nad negatywnymi, bliskość, nowe doznania, poczucie swobody i braku napięcia, radość i wiele wiele innych.
* Skorzystaj z pomocy terapeuty
W bezpiecznych warunkach będziesz mógł/mogła: wejść w kontakt ze swoim zranionym wewnętrznym dzieckiem, sięgnąć po stłumione emocje, skontaktować się z niezaspokojonymi potrzebami, popracować nad ograniczającymi i zawstydzającymi przekonaniami, popracować nad krytykiem wewnętrznym, zapoznać się z pomocnymi metodami na przełamywanie wstydu etc.

 

 

 

 

 

Poczucie odpowiedzialności w relacji

Ostatnio w jednej z rozgłośni radiowych zostałam poproszona o wypowiedź na temat tego co uważam za „rys naszych czasów”. Pytano mnie o to co rzuca mi się w oczy, kiedy przyglądam się światu. A konkretniej – kiedy przyglądam się ludziom. Nie specjalnie lubię dokonywać takich generalizacji, ale zastanowiło mnie to. Przyszło mi do głowy parę obserwacji, jednak za tę, która też mnie najbardziej porusza uznałam nieadekwatną odpowiedzialność. Nieadekwatną czyli albo nadmierną (wobec innych) albo żadną (wobec siebie).
Przykładem nieadekwatnego poczucia odpowiedzialności jest Janka (51 lat). Janka ma męża i dwoje dorosłych dzieci. Na spotkanie przychodzi w poczuciu, że „wszyscy są przeciwko niej”. Jest zdania, że rodzina jej nie szanuje i ją wykorzystuje. Ma pretensje do dzieci o niezaradność i wygodnictwo. Kiedy opowiada mi o swoim życiu zaczynam rozumieć skąd taka postawa bliskich Janki. Ona po prostu ich do tego przyzwyczaiła. Była na każde ich zawołanie, gasiła wszystkie pożary, ratowała sytuacje. Syn skończył liceum właściwie tylko dlatego, że Janka „wychodziła oceny” u nauczycieli. Córka wpadła w długi, bo zainwestowała w mało intratny interes, ale Janka spłaciła wszystko co do grosza. Pytam czy Jance to pasuje. „Oczywiście, że nie. Ale co mam zrobić? Nie pomóc? Odwrócić się od własnych dzieci? Przecież jestem ich matką.” Janka ma objawy depresji. Kiedy rozmawiamy o możliwych sposobach pomocy Janka twierdzi, że „to nie ma sensu, ponieważ jej życie i tak się nie zmieni.” „Chciałam dobrze, ale widać – wrażliwe serce nie jest w cenie. Życie nie jest sprawiedliwe. Trzeba się z tym pogodzić.” Janka nie wygląda jednak na pogodzoną. Raczej na przygnębioną.
Innym przykładem tego co mam na myśli mówiąc o braku odpowiedzialności jest Remek (22). Na wizytę u psychologa namawia go matka, ponieważ nie radzi sobie z agresją i w jej opinii za dużo pije. Remek jest gotowy się z opinią matki zgodzić, ale ma na to wytłumaczenie. „Moje życie od początku jest katastrofą.” Kiedy jednak dopytuję co ma na myśli właściwie trudno mi uchwycić jakiś konkret. Ot, zwykłe codzienne historie rodzinne pt. „moi rodzice nie są idealni”. Remek nie zdał matury, ponieważ „nie miał warunków do nauki”(dużo młodsze, absorbujące rodzeństwo). Z dwóch prac go wyrzucili, ponieważ w jednej kilkukrotnie przyszedł spóźniony („zaledwie parę minut”), w drugiej nie wykonał zlecenia na czas. Remek czuje się jednak pokrzywdzony, ponieważ „nie był najgorszym pracownikiem i każdemu należy się druga szansa.” Na kolejne spotkanie Remek nie przychodzi nie informując mnie o tym. Kiedy do niego dzwonię mówi, że o wizycie zapomniał. Pyta o inny możliwy termin. Kiedy delikatnie daję wyraz swojej złości, ponieważ zarezerwowałam dla niego czas słyszę, że „przecież mówi, że zapomniał, gdyby pamiętał to by był”.

Poczucie winy, wyręczanie, nadopiekuńczość, nadmiarowe chronienie innych przed konsekwencjami, ponoszenie odpowiedzialności za nieswoje błędy, użalanie się nad sobą, pouczanie, udzielanie rad, pomniejszanie naszej odpowiedzialności za sytuację, tłumaczenie się, obwinianie innych za to jak się czujemy, obwinianie innych za to jak wygląda nasze życie – oto przykłady nieadekwatnej odpowiedzialności. Jej nadmiarowości i braku. Osoby mające kłopot z adekwatnym poczuciem odpowiedzialności są albo: smutni, zalęknieni, marudni, zrzędliwi, pasywni, zagubieni, obawiający się podejmowania decyzji i ryzyka albo: zacięci, wrodzy, agresywni, nierzadko uzależnieni. W ich języku można dostrzec następujące sformułowania: „jestem jaki jestem”, „to wszystko przez ojca/szefa/pogodę”, „nic z tym nie można zrobić”, „gdybym tylko miał pieniądze/była ładniejsza/urodził się w innych czasach” itp.

Osoba o adekwatnym poczuciu odpowiedzialności uznaje, że jest sprawcą, tudzież autorem – swoich myśli, uczuć, wyborów, działań, konsekwencji. Taka osoba bierze w pełni odpowiedzialność za to jak wygląda jej życie w sferze fizycznej, intelektualnej i duchowej. Oczywiście jest świadoma pewnych ograniczeń wynikających z sytuacji czy też oddziaływania przeszłych zdarzeń na to co się dzieje teraz, ale bliskie jest jej zdanie, iż „o ile nie ma wpływu na to co z nią zrobiono, zawsze ma wpływ na to co zrobi z tym co z nią zrobiono”.
W związku z powyższym taka osoba:
- nie obwinia innych za to w jakim kierunku toczy się jej życie.
Wie, że jako osoba dorosła (nie mówimy o dzieciach) tylko ona jest za to odpowiedzialna. Niezależnie od przeszłości czy obecnych uwarunkowań jest dysponentem samego siebie.
- odrzuca postawę tłumaczącą dlaczego inni są odpowiedzialni za to kim jest i kim stanie się w przyszłości. W ten sposób odzyskuje kontrolę nad swoim życiem. To ona decyduje jaki nada mu kierunek i sens.
- pracuje nad pozbyciem się złości, wrogości, pesymizmu oraz przygnębienia spowodowanych przeszłymi urazami, krzywdami i złym traktowaniem. Próbuje uwierzyć, że jej bliscy robili tyle ile mogli biorąc pod uwagę ograniczenia ich wiedzy, świadomości i okoliczności.
- nie użala się nad swoimi niepowodzeniami, ponieważ bierze odpowiedzialność za swoje reakcje emocjonalne
- podejmuje decyzję o niezależności od opinii innych – ich sympatii, aprobaty, oczekiwań
- odrzuca błędne mniemanie, że inni w jakiś sposób mogą „coś nam zrobić” – zranić, dotknąć. W gruncie rzeczy pomiędzy bodźcem (czyjeś słowa, czyny) a reakcją (ból, złość) jest miejsce na interpretację. A na tę mamy wpływ.
- uznaje, że odkąd jest dorosła sama decyduje o tym jak rozwinie się jej poczucie własnej wartości. Dlatego też opracowuje dla siebie pozytywne i dowartościowujące skrypty zapewniające jej rozwój osobisty.
- dba o swoje zdrowie psychofizyczne i samopoczucie. W związku z tym podejmuje czynności mających na celu polepszanie zdrowia tj. lepsze zarządzanie czasem, radzenie sobie ze stresem, lękami, zapobieganie wypaleniu itp. Nie czeka aż ktoś lub coś uczyni ją szczęśliwą, bowiem wie, że nikt poza nią nie ma takich kompetencji.
- uznaje, że to ona jest swoim najlepszym kibicem. Zdaje sobie sprawę, że nie jest ani zdrowe ani rozsądne czekanie aż inni dadzą jej powód do zadowolenia z siebie. Starannie i szczerze sporządza rachunek swoich sił, zdolności, talentów, zalet.
- zdejmuje odpowiedzialność z innych, kiedy przychodzi do poniesienia konsekwencji swoich działań czy decyzji. Nie usprawiedliwia się, nie tłumaczy, nie zgania na okoliczności zewnętrzne, nie prosi o „łagodny wymiar kary”, ale „bierze na klatę” to co wziąć powinna, a jeśli trzeba zadośćuczynia i wynagradza.
- używa słów „chcę”, „wybieram”, „decyduję”, ponieważ to oddaje jej życiową postawę, a także tę postawę dodatkowo wzmacnia
Tak wygląda w moim przekonaniu pierwsza strona medalu zwanego adekwatną odpowiedzialnością. Dotyczy ona brania odpowiedzialności za siebie. Jest też i druga dotycząca odpowiedzialności za innych. Już w samym tym sformułowaniu – „odpowiedzialność za innych” kryje się nieadekwatność. Odpowiedzialność za innego dorosłego? Za dziecko, zwierzę, osobę ubezwłasnowolnioną, niepełnosprawną intelektualnie – tak, ale za innego względnie zdrowego dorosłego? Odpowiedzialność WOBEC innych – to rozumiem. Troska o emocje naszych partnerów, odpowiedzialność za to co robię i mówię oraz jak może to wpływać na innych, przewidywanie skutków swoich działań, dotrzymywanie obietnic, solidne wykonywanie obowiązków, rozpoznawanie granic swojej wolności w odniesieniu do praw drugiej osoby – absolutnie. Ale poczucie bycia odpowiedzialnym ZA czyjeś szczęście, uczucia, myśli, reakcje; wyręczanie, chronienie przed konsekwencjami itp. to objawy wypaczonego obrazu odpowiedzialności. Więcej – w moim przekonaniu to reakcje świadczące o fałszywym rozumieniu miłości czy lojalności. Pozbawianie drugiego dorosłego człowieka odpowiedzialności za swoje życie, wybory, reakcje tak naprawdę krzywdzi i upośledza. Jestem zdania, że prawdziwym aktem miłości i współczucia jest uznanie, że tak jak i my odpowiadamy za siebie, tak on/ona także. Przyjmijmy, że nasze pole odpowiedzialności ma granice. Co za ulga! Czy to oznacza, że nie jesteś odpowiedzialna za to, że Twojemu partnerowi jest przykro, kiedy chcesz się spotkać z dawną niewidzianą przyjaciółką? Nie, nie jesteś. Czy to oznacza, że nie jesteś odpowiedzialny za to, że Twoja partnerka jest zazdrosna o koleżankę z pracy, choć Ty nie dajesz jej powodów do zazdrości? Nie, nie jesteś. Czy to oznacza, że nie jesteś odpowiedzialna za to, żeby ratować synowi to i owo, kiedy po raz kolejny narobił sobie kłopotów? Nie, nie jesteś. Czy to oznacza, że nie jesteś odpowiedzialny za to, że Twojej mamie jest przykro, bo w wieku 30 lat wyprowadziłeś się z domu? Nie, nie jesteś. Pozwólmy innym iść własną droga, robić rzeczy po swojemu, czuć po swojemu i myśleć po swojemu. Oczekujmy tych samych praw dla siebie. Oddajmy innym ich własne konsekwencje dokonywanych przez nich wyborów. Sami weźmy na siebie własne. Po prostu „żyjmy i dajmy żyć innym”. Ot co.

 

 

 

O wolności w związku

Para nr 1, Laura i Tobiasz. Zgłosili się na terapię, ponieważ „nie układa się im w związku i ciągle się kłócą”. Pytam co to znaczy.

Laura: Uważam, że Tobiasz w ogóle nie jest zaangażowany w nasz związek.
Tobiasz: To nieprawda.
L: Ciągle go nie ma, wiecznie gdzieś wychodzi, a to na halę, a to na piwo z kolegami. Notorycznie siedzę sama w domu.
T: Nie ciągle i nie wiecznie i nie notorycznie, tylko czasami. Na halę chodzę raz w tygodniu, na piwo może dwa razy w miesiącu.
L; Czy Ty nie rozumiesz, że kiedy jest się w związku pewne rzeczy się zmieniają? Że trzeba wydorośleć? Albo jesteś odpowiedzialny albo nie. A jeśli będziemy mieli dzieci to jak Ty to sobie wyobrażasz?
T: Rozumiem, że dla Ciebie związek to patrzenie na siebie i spijanie sobie z dzióbków. Że odkąd jesteś w związku nie masz już innego życia?
Laura patrzy na mnie w poszukiwaniu poparcia.
L: A skąd ja wiem czy jak mówisz mi, że idziesz do pubu naprawdę tam jesteś? Albo, że nie kręcą się tam wokół ciebie inne dziewczyny?
T: Wiesz, że nie mam nic do ukrycia, bo regularnie przeglądasz mój telefon.
Laura milczy. Zaczyna szlochać.
L: Robię to, bo się boję, a Ty tego nie rozumiesz. Kocham cię i boje się cię stracić. Czy to aż takie przestępstwo, że świata poza tobą nie widzę? Ja o nas walczę. Ty sobie odpuszczasz. Ostatnio, kiedy zagroziłam odejściem Tobiasz powiedział, że jeśli tego właśnie chcę i będę wtedy szczęśliwa to on się wyprowadzi. Czy to jest objaw, że ci na nas zależy?
T: Powiedziałem też, że tego nie chcę, ale tego już nie pamiętasz.
L: Ale zrobiłbyś to i świetnie byś sobie poradził!
Pytam Laurę czy ona by sobie nie poradziła, gdyby przyszło się jej rozstać. „Nie” – mówi zdecydowanie. „Nie poradziłabym sobie, bo kocham Tobiasza. Chyba na tym polega miłość, prawda?”

Para nr 2, Konstancja i Norbert. Zgłosili się na terapię, ponieważ „nie układa się im w związku i ciągle się kłócą”. Pytam co to znaczy.

Konstancja: Uważam, że Norbert w ogóle nie jest zaangażowany w nasz związek.
Norbert: To nieprawda.
K: Ciągle go nie ma. Wciąż ma jakieś ważniejsze sprawy, niż my – siłownia, koledzy, sprawy zawodowe. Oczywiście rozumiem, że ma wymagającą pracę i że potrzebuje się też odstresować. Chodzi mi jedynie o jakiś balans.
N: Kochanie, naprawdę przesadzasz.
K; No i tak wygląda każda nasza dyskusja. Ja mówię ci jak się czuję, a ty mówisz, że przesadzam.
N: Bo przesadzasz.
Pytam Norberta czy może rozwinąć odpowiedź.
N: Konstancja mnie ogranicza. To znaczy chce, bo ja się nie daję. Najchętniej wzięłaby mnie na smycz.
K: Tak, ciągle słyszę, że się przy mnie dusisz.
N: Owszem.
K: Jesteśmy ze sobą 4 lata. Najpierw próbowałam wywalczyć, żebyśmy zamieszkali razem, bo Norbert nie miał takiej potrzeby. Teraz próbuję ustalić co dalej. Czy bierzemy ślub, czy chcemy mieć dzieci? Ja chcę. Od Norberta nie mogę uzyskać odpowiedzi.
N: Jak to nie? Mówię ci przecież, że nie teraz. Nie jestem na to gotowy.
K: A kiedy będziesz? Nie jesteśmy już najmłodsi. Ja za 3 lata przekroczę 40stkę i kto wie czy będę jeszcze mogła zajść w ciążę.
N: Czy nie jest dobrze tak jak jest?
Czyli jak ? – pytam.
N: Ja lubię czuć się wolny.
K: To po co jesteś w związku?
Dobre pytanie – myślę.
N: Bo cię kocham, bo jest fajnie. Mnie jest dobrze.
K: No pewnie. Żyjesz jak chcesz, robisz co chcesz i kiedy chcesz. Najlepiej żyłbyś w otwartym związku.
N: A co w tym złego?
K: Może nic, tylko ja nie rozumiem co wtedy oznacza związek. Co z wiernością, odpowiedzialnością za druga stronę?
N: Są przereklamowane – Norbert śmieje się rubasznie.

Czy będąc w związku można czuć się wolnym? Czy wolność w związku jest w ogóle możliwa? Co to pojęcie w tym kontekście oznacza? Czy są granice wolności w związku? I co lub kto je wyznacza?

Na te i inne „około wolnościowe” pytania usiłują odpowiedzieć sobie moi bohaterowie. Nieświadomie i nie wprost, ale ich dyskusje m.in. właśnie tego dotyczą. Odpowiedzi na te ważkie zagadnienia (czy mamy w nie wgląd czy też nie) wpływają na to z kim się wiążemy i jak nasze związki wyglądają. Kiedy napotykamy na różnicę zdań w tej sferze zaczynamy zadawać sobie pytania bardziej świadomie, weryfikujemy czy aby nasze zdanie w tej sprawie nie uległo dezaktualizacji, eksplorujemy elastyczność naszych definicji.

Dla mnie pojęcie wolności w relacji ma ścisły związek z pojęciem odrębności. Wolność oznacza dla mnie, iż mamy prawo do swoich indywidualnych uczuć, potrzeb, opinii, a nawet tajemnic (choć to pewnie wymagałoby szczegółowego omówienia), że mamy prawo do swoich spraw, zajęć, że mamy też prawo czasem pobyć sami. To po pierwsze. Wolność rozumiem także jako możliwość wybrania partnera w sposób całkowicie wolny, bez przymusu, bez jakichkolwiek nacisków. I nie odbieranie takiego prawa drugiej osobie. „Ale kto zawiera w dzisiejszych czasach w naszej kulturze związki pod naciskiem?” – powiecie.  „Nikt nam ślubów nie aranżuje, do niczego nie zmusza”. To prawda. Ale ilu z nas wchodzi w związek nie dlatego, że naprawdę chce, ale musi, ponieważ potrzebuje tego do życia, do zaspokojenia różnych neurotycznych potrzeb? Wielu z nas. W tym kontekście wolność wyrażałaby się w zdaniu „potrzebuję cię, ponieważ cię kocham”, a nie „kocham cię, ponieważ Cię potrzebuję”. Uważam, że to największy komplement jaki można usłyszeć. Dla mnie wyraża on jedno, mianowicie, że partner/ka nie potrzebuje nas do potwierdzania swojej wartości, do zabiegania o jego/jej dobry nastrój, nie mówiąc już o codziennej obsłudze. To zdanie sprawia, że możemy poczuć się potraktowani podmiotowo (a nie przedmiotowo). Możemy poczuć się naprawdę wybrani i wolni. Myśląc o wolności w taki sposób uważam, że taki rodzaj wolności w związku jest nie tylko możliwy, ale konieczny. I niestety bardzo rzadki. Większość z nas boi się wolności. Uważamy ją jako zagrożenie dla relacji. Mamy dziesiątki lękowych przekonań, że „jeśli tylko pozwolę mu/jej na korzystanie z wolności, to odejdzie”. Wynika to oczywiście z niskiego poczucia własnej wartości i z niewiary w to, że ktoś mógłby naprawdę wybrać MNIE. Że on/ona naprawdę chce ze mną być. Z takim jakim jestem. Po prostu. Nie pomagają nam także liczne przekazy społeczno-kulturowe, w których wolność stawiana jest w opozycji do związku. Z lęku zaczynamy ograniczać wolność partnera. Robimy to na różne sposoby. Przede wszystkim mamy żądania i roszczenia. Jeśli ktoś ich nie realizuje – manipulujemy, grozimy (np. wycofaniem miłości, odejściem), szantażujemy, wzbudzamy poczucie winy. Przypisujemy partnera sobie. Stopniowo przejmujemy nad nim władzę i kontrolę: potrafimy sprawdzać jego/jej smsy, maile, pocztę; podsłuchujemy rozmowy; izolujemy od znajomych, rodziny, pasji. Czy w „imię miłości” i „dla dobra związku” mamy prawo to robić? Nie mamy. Ograniczanie czyjejś wolności jest naruszaniem prawa jednostki do jednej z podstawowych wartości człowieka. Poza tym nie łudźmy się, że chodzi tu o miłość. Kontrola i władza nie mają nic wspólnego z miłością. Są substytutami miłości. A używane w związku – także przemocą. W tym kontekście absolutnie zgadzam się ze słowami psychoterapeuty Bogdana de Barbarro, że „tyle miłości, ile wolności”. Jednak w związku wolność powinna iść w parze z odpowiedzialnością. To moja opinia. Bez odpowiedzialności nie bardzo widzę zasadność mówienia o związku i w ogóle bliskości. Odpowiedzialność rozumiem jako decyzję, że odtąd w moim życiu uwzględniam czyjeś uczucia i potrzeby. Nie tylko własne. Że traktuję je z szacunkiem, że są one dla mnie ważne, że się o nie troszczę. Niektórzy traktują to jako ograniczenie ich wolności. Że mają być wierni? Że nie mogą pojechać na wakacje, kiedy partner/ka jest ciężko chory/a? Wtedy partner/ka może usłyszeć słowa: „ograniczasz mnie”, „ja się przy tobie duszę”, „czuję się jak pies na smyczy”. Nie daj Bóg padnie to na podatny grunt i poczucie winy gotowe: „może faktycznie za dużo wymagam?”, „może miłość polega na bezwarunkowej akceptacji?”, „może rzeczywiście za bardzo się czepiam?”. Stop. Nadużywanie niezależności, egocentryzm, kompletna anarchia oraz nie liczenie się z uczuciami i potrzebami partnera nie są wyrazami miłości. Nie daj się temu zwieść. W tym określonym kontekście są manipulacją, w najlepszym razie przykrywają one lęk przed bliskością, zaangażowaniem, nudą lub pustką w związku. Jest różnica pomiędzy miłością neurotyczną czy partnerem typu bluszcz, a pomiędzy partnerem potrzebującym stworzyć bezpieczny związek na określonych ustaleniach i z określonymi planami. Osoby, które mają trudności ze współzależnością czy nawet czasową zależnością (np. w okresie choroby, podczas ciąży, w sytuacji utraty pracy) mogą mieć kłopoty ze stworzeniem stałego i satysfakcjonującego związku. Jeśli najważniejszą rzeczą w związku jest dążenie do wolności i niezależności i przybiera to formy skrajne (co rozumiem jako brak troski o drugą osobę) nie ma co liczyć, że poczujemy się w takim związku bezpiecznie.
Czy bycie w związku ogranicza więc naszą wolność czy nie? Odpowiem – i tak, i nie. Moim zdaniem związek nie powinien ograniczać wolności inaczej, niż poprzez to, że „odtąd liczę się z Tobą, Twoje uczucia są dla mnie ważne, uwzględniam Cię w moich decyzjach, z Tobą chcę przeżywać swoje życie ”. A co jeśli wolność potraktujemy zgodnie z jej definicją czyli „wolność to sytuacja, w której możemy wybierać ze wszystkich dostępnych opcji”? Przytoczę słowa psycholożki i psychoterapeutki Hanny Samson: „W związku nadal możemy wybierać ze wszystkich dostępnych opcji, tyle że są one inne niż przedtem, bo z niektórych dobrowolnie zrezygnowaliśmy”.

 

 

 

 

 

 

Jak polubić siebie?

W poprzednim artykule dzieliłam się z Wami tym jak ja postrzegam miłość czy sympatię do siebie.
Pisałam o tym co to właściwie znaczy – lubić siebie i po czym poznać, że siebie lubimy, bądź też nie. U osób, których wnioski nie były nad wyraz optymistyczne w sposób naturalny pojawia się pytanie kolejne – jak ja mogę siebie polubić?
Oczywiście o miłości czy sympatii do samego siebie nie możemy mówić w kategoriach 0-1. Jest to pewne kontinuum, na którym każdy z nas ma gdzieś swoje miejsce. Oczywiście to miejsce można zmienić. Ale jest to zawsze proces i bardziej droga do, niż stan, który jesteśmy w stanie osiągnąć w pełni i na zawsze. W tej drodze ku sobie nie ma też jednego optymalnego sposobu dla wszystkich. Proces ten przebiega w różnym tempie. Jednym przychodzi łatwiej, innym trudniej.

Poniżej kilka podpowiedzi, które mogą okazać się pomocne w tej niezwykłej podróży.

Zdefiniuj jak powinna wyglądać przyjaźń

Zastanów się czym jest dla Ciebie dobra, bliska relacja – miłosna, bądź przyjacielska. Jakie zachowania sprawiają, że nazywasz kogoś swoim przyjacielem? Wyobrażam sobie, że powiedziałbyś/łabyś o serdeczności, życzliwości, wsparciu, trosce, umiejętności wybaczania, a może także o szczerości, umiejętności podziałania w sposób „otrzeźwiający”? Niechaj te działania wyznaczą Ci kierunek w traktowaniu samego siebie. Jeśli pogubisz się kiedykolwiek w swoim życiu i zagubisz miłość do siebie – przywołaj w myślach co w takiej sytuacji zrobiłby Twój przyjaciel/przyjaciółka? I zrób to dla siebie.

Zrób listę zachowań wobec innych

Z pewnością jesteś dla kogoś bliską osobą – partnerką/mężem/przyjaciółką. Co robisz dla swoich bliskich? Jak okazujesz im miłość? Może pomagasz im w sytuacji, kiedy tego potrzebują? Może dodajesz im otuchy, kiedy wymaga tego sytuacja? Może dajesz im przysłowiowego kopa na szczęście, kiedy idą na randkę albo na rozmowę o pracę? Czy robisz to także wobec siebie? No właśnie.

Zaciekaw się sobą

Moi klienci często dzielą się ze mną swoimi przekonaniami na swój temat. Gros z nich dotyczy tego jak bardzo wydają się sobie nieinteresujący.  W tym miejscu przypominają mi się słowa Woodiego Allena z brawurowej komedii pt. „Annie Hall”: „Nie chciałbym być członkiem klubu, który miałby za członka kogoś takiego jak ja”. Np. tak nieciekawego, tak przeciętnego – dopowiadam sobie. Jak niewielu z nas ma w sobie ciekawość samego siebie. Interesuje nas co się dzieje u sąsiada czy w wielkim świecie, ale my sami rzadko wydajemy się sobie warci zgłębienia. A nawet jeśli już – myślimy o sobie głównie w kategoriach ocen. Nie mamy nawyku i umiejętności czystej obserwacji tego jacy jesteśmy, jak zachowujemy się w określonych sytuacjach, co lubimy a czego nie. Często towarzyszy temu nadawanie etykiet – to jest dobre, słuszne, zacne, a to złe i podłe. Zachęcam do wybrania się w podróż do swojego wnętrza. Bez uprzedzeń czy ocen, za to z nieskrępowaną, dziecięcą ciekawością. Bowiem nie możesz lubić kogoś kogo nie znasz

Zrób porządek z krytykiem wewnętrznym

„Jesteś do niczego”, „ale z ciebie leń”, „kolejny raz nie dałaś/łeś rady”, „daleko ci do doskonałości” – oto co ma Ci do powiedzenia Twój wewnętrzny krytyk. Wewnętrzny krytyk to zbiór różnych przekonań na swój temat  (oczywiście negatywnych) mających swoje źródło najczęściej w doświadczeniach z domu rodzinnego, wzmacnianych przez doświadczenia późniejsze. Bywa tak, że krytyk ma dobre intencje (chce Cię zmobilizować, wierzy w Ciebie), ale ma słabe umiejętności komunikacyjne. Wtedy należy usłyszeć co ma Ci do powiedzenia i wynegocjować od krytyka odpowiednią formę. Taką, która będzie Cię wspierać w Twoich celach, a nie ranić. Bywa jednak i tak, że krytyk jest okrutny i przemocowy. Wtedy nie ma mowy o jakichkolwiek negocjacjach. Poniższe sposoby mogą pomóc Ci w rozprawieniu się z nim.

Powiedz to na głos

Każdy z nas prowadzi ze sobą permanentny monolog wewnętrzny. Pozornie jest on niesłyszalny, ale tylko pozornie. Tak naprawdę to co do siebie mówimy ma gigantyczny wpływ zarówno na to jak się czujemy, jak i na to co w swoim życiu robimy, co osiągamy. Najgorsze jest to, że przyzwyczajamy się do tych wewnętrznych opowieści co skutkuje tym, że w końcu w ogóle przestajemy je słyszeć. A one i tak robią dla nas robotę – bardzo często szkodliwą. Przeprowadź ze sobą eksperyment. Powiedz na głos to co mówisz do siebie w myślach. Stań przed lustrem, spójrz sobie w oczy i mów do siebie to co słyszysz. Robi wrażenie? Boli? A teraz wyobraź sobie, że mówisz to samo swojej przyjaciółce. Zwolnili ją z pracy a Ty zamiast ją przytulić dosłownie i w przenośni wymierzasz słowne ciosy: „widocznie się nie nadawałaś”, „nic z ciebie nie będzie”, „co za wstyd”. Nie sądzę, że po takim okazaniu wsparcia przyjaciółka chciałaby się z Tobą nadal przyjaźnić.

Doceniaj siebie i wzmacniaj

Żeby zmienić swój stosunek do siebie potrzebne nam są dwie rzeczy. Po pierwsze potrzebujemy zobaczyć co myślimy na swój temat teraz i jak do siebie mówimy.  Potrzebujemy dostrzec jaką krzywdę tym sobie wyrządzamy. Potrzebujemy wstrząsu. Eksperyment przed lustrem może nam w tym pomóc. Jednak żeby zmienić nawyk negatywnego myślenia o sobie na długo (najlepiej na stałe) – konieczny jest regularny trening. Żeby wydrążyć nowe ścieżki w naszym mózgu, aby za jakiś czas na potknięcie zareagować z opieki a nie krytyki wobec siebie – potrzebna jest codzienna praca. Zaproponuję ćwiczenie – w gruncie rzeczy banalne, ale dla niektórych bywa naprawdę trudne. I działa, pod jednym wszak warunkiem – o ile się je wykonuje. Codziennie wieczorem przed zaśnięciem zrób listę co najmniej trzech rzeczy, z których jesteś zadowolony/a. Co zrobiłeś/łaś dobrze albo nieźle, co Ci się udało? Nie muszą to być spektakularne sukcesy. Liczą się nawet drobiazgi. I tak każdego dnia przez miesiąc. Po miesiącu zwiększ liczbę do pięciu. I tak kolejne 30 dni. Aż docenianie siebie stanie się Twoim codziennym nawykiem.

Kolekcjonuj dobre strony

Co w sobie lubisz? Nie chcę słyszeć, że nic. Pomyśl chwilę, daj sobie czas – na pewno znajdziesz choć jedną taką rzecz. To może dotyczyć wyglądu, cech charakteru, umiejętności. Choćby miał to być kształt paznokci czy talent do układania bukietów. Zapisz to na kartce. Może znajdzie się jeszcze coś? Ostatnio zadałam to ćwiczenie mojej pacjentce. Powiedziałam, żeby wymieniła 10 takich cech czy zdolności. Miała na to tyle czasu ile potrzebowała, maksymalnie całą sesję. Początkowo była przerażona i zapierała się, że „tylu na pewno nie znajdzie”. Po 15 minutach odczytała kartkę z 10 punktami. Co najmniej raz w tygodniu dopisuj na kartce kolejny swój zasób. Może ktoś sprawił Ci komplement, że potrafisz wspaniale dobierać ubrania, masz ładny charakter pisma albo jesteś świetnym mówcą. Wszystko to zalicza się do Twoich mocnych stron. Kartkę powieś na lodówce lub noś przy sobie i zerkaj na nią albo w chwilach zwątpienia albo profilaktycznie – codziennie, np. rano na dobry dzień.

Zapytaj przyjaciela

Spotkaj się z przyjacielem lub przyjaciółką i zadaj mu/jej pytania: co w Tobie lubi? , dlaczego się z Tobą przyjaźni?. Możesz porozmawiać też ze swoją rodziną, ale przyjaciele są w tym wypadku o tyle bardziej pożądani, że są z Tobą blisko z wyboru. W przeciwieństwie do rodziny – oni nie muszą się z Tobą spotykać i się z Tobą przyjaźnić (widocznie to lubią). Ich wypowiedzi nagraj na dyktafon, żebyś nie zakłócał/a sobie przeżycia tej sytuacji pisząc, a jednocześnie byś mógł/mogła do tego wracać tak często jak tego potrzebujesz. Możesz też poprosić, żeby każdy z Twoich przyjaciół czy bliskich napisał do Ciebie list. A w nim – wszystko dobre na Twój temat.

Spędzaj ze sobą czas

Poczuj jak fajnym i wartościowym człowiekiem jesteś. Doświadcz tego jak intersującym towarzystwem jesteś dla samego/samej siebie. Rób w swoim towarzystwie ciekawe rzeczy. Sprawiaj sobie przyjemności. Rozpieszczaj się. Rozwijaj. Troszcz się o siebie i się sobą opiekuj. Bądź dla siebie dobry/a, życzliwy/a i wyrozumiały/a (nie mylić z pobłażliwością). Śmiej się w swoim towarzystwie. Śmiej się i raduj. Jednym słowem – czuj się i zachowuj tak jak w towarzystwie najbliższej Ci osoby. Kto nią jest? Ty sam/a. W końcu cóż ważniejszego i cenniejszego na tym świecie, niż miłość do samego świecie? Oscar Wilde powiedział: „Kochać samego siebie — to początek romansu na całe życie”. Otóż to.
A na sam koniec jeszcze Maciej Maleńczuk: „Nigdy z sobą się nie kłócę, nigdy siebie nie porzucę. Całe noce, całe dnie ja po prostu kocham się”.

 

 

 

 

Czy ja lubię siebie?

Z pewnością zauważyłeś/zauważyłaś, że kiedy poszukujesz odpowiedzi na pytania: jak żyć?, jak mieć dobre relacje z innymi?, jak mieć udany związek?, jaki jest przepis na sukces? – gros odpowiedzi sprowadza się do jednej – trzeba siebie polubić. Jeśli nie ma w Tobie miłości czy choćby sympatii do samego/samej siebie – nic z tego nie będzie. Brak akceptacji siebie wyklucza szczęście, spokój, radość, jeśli myślimy o tychże doznaniach nie jako chwilowych porywach serca, które zmieniają się jak chorągiewka pod wpływem okoliczności zewnętrznych, ale o stanach zasadzających się gdzieś w okolicy żołądka, splotu słonecznego czy serca. Wielu moich klientów to wie. Zdaje sobie sprawę z faktu, że lubienie siebie jest podstawą wszystkiego, ale po pierwsze nie wiedzą jak to zrobić (jak polubić siebie), co więcej – niezmiernie często nie są w stanie ocenić czy oni tak naprawdę siebie lubią. Pytają mnie wtedy: „ale co to właściwie znaczy?”, „po czym to można poznać?”.
Bardzo dobre i bardzo ważne pytania.
Mogę się z Wami podzielić tym jak ja to rozumiem.

Lubić siebie to siebie znać

Uważam to za punkt wyjścia, bowiem nie możesz lubić kogoś kogo nie znasz. W moim gabinecie wielokrotnie spotykam się z taką sytuacją, kiedy pacjent deklaruje, że siebie lubi (bądź nie, bądź nie wie jak jest), ale tak naprawdę nic o sobie nie wie. Dla mnie taki rodzaj sympatii do siebie jest ułudą, a jej brak tak naprawdę nie ma podstaw. To tak jakbyś powiedział/a, że lubisz (czy też nie) jakąś osobę publiczną – aktorkę, wokalistę. Oczywiście takie deklaracje często wychodzą z naszych ust i w porządku, o ile mamy świadomość, że mówimy o kimś kogo tak naprawdę nie znamy, że odnosimy się wyłącznie do jakiegoś wąskiego fragmentu rzeczywistości jakim jest wizerunek. Kiedy mówimy o sympatii do siebie siebie tak naprawdę nie znając – również odnosimy się do naszego wizerunku, bądź też bardziej wyobrażeń na swój temat, niż tego jacy jesteśmy naprawdę – z naszymi potrzebami, uczuciami, zasobami, słabościami, tendencjami, kompleksami etc.

Lubić siebie to pozwolić sobie na to, że jesteśmy jacy jesteśmy

Kiedy już staniemy się dla siebie bardziej realni możemy przejść do punktu numer dwa czyli zgody na to, że jesteśmy tacy a nie inni. Ze wszystkim. Czasem kiedy o tym mówię spotykam się z zarzutem, że z akceptacji tego że jesteśmy jacy jesteśmy nic dobrego nie wynika. Słyszałam nie raz: „Gdyby każdy tak myślał – jakim mnie Panie Boże stworzyłeś takim mnie masz – świat stałby w miejscu, a relacje byłyby koszmarem”. Mam takie doświadczenie, że kiedy naprawdę zaakceptujemy siebie i naszą wewnętrzną rzeczywistość – idą za tym dobre rzeczy. Także dla relacji i dla świata. Więcej – obserwuję, że to przez fakt ukrywania przed sobą jakiejś prawdy o nas samych cierpią nasze związki, cierpi świat. Lubić siebie to zgodzić się ze sobą i na siebie takiego jakim jestem. Lubić siebie to być wewnętrznie spójnym.

Lubić siebie to być ze sobą w kontakcie

Poznajemy siebie poprzez rozpoznawanie w sobie różnorodnych myśli, uczuć, przekonań, skłonności, potrzeb etc. Ponieważ one nie są dla nas czymś stałym konieczne jest bycie ze sobą w kontakcie, żeby potrafić je zaobserwować. Bronimy się przed kontaktem ze sobą z lęku, że zobaczymy tam coś co nas przeraża. Bronimy się przed zajrzeniem w głąb siebie, bo może odkryjemy coś czego się wstydzimy. Bronimy się przed wejściem w kontakt ze sobą z obaw, że odkryjemy potrzebę, która nie może zostać zaspokojona. A to budzi trudne emocje. Ale jeśli siebie znasz i lubisz – masz zgodę na to, że nie wszystko jest w Tobie fajne, dobre i szlachetne. Masz też zaufanie do siebie i swojej siły, że poradzisz sobie z tym co zobaczysz.

Lubić siebie to mieć szacunek dla swoich emocji, stanów i potrzeb

Jeśli siebie lubisz – dajesz przestrzeń na to, żeby pojawiały się w Tobie różne stany, emocje i potrzeby. Potrafisz też tych uczuć, stanów czy potrzeb nie oceniać. Zamiast się za nie chłostać – chcesz się dowiedzieć co mają Ci do powiedzenia. Możesz chcieć też w jakiś sposób je wyrazić i zaspokoić. Jeśli lubisz siebie – traktujesz to co się w Tobie pojawia jako ważne.

Lubić siebie to pozwolić sobie na to, że się zmieniamy

Podobno jedyne co w życiu pewne to zmiana. Obserwuję dużą trudność w zaakceptowaniu tego faktu. W deklaracjach jeszcze nie jest tak źle, ale kiedy przychodzi co do czego – zmienia się nasze ciało, jego możliwości, nasza kondycja, poziom energii, zdrowie, nasze potrzeby – z trudem radzimy sobie z pojawiającymi się w nas emocjami (lękiem, rozżaleniem, złością). Oczywiście emocje w sytuacji zmiany są naturalne, pytanie tylko jak długo trwa proces adaptacji do zmian i jak burzliwie on przebiega. Taka sytuacja jest świetnym sprawdzianem czy nasza akceptacja siebie była warunkowa czy też nie.

Lubić siebie to pozwalać sobie na błędy

Już wiesz, że nie jesteś idealny/a. Co za ulga. Już nie musisz udawać, że jesteś nieskazitelny/a. Nikt nie jest. Już nie musisz być sparaliżowany/a strachem przed popełnieniem błędu. Już wiesz, że każdy je popełnia. Potrafisz je sobie wybaczać, uczyć się na nich i wyciągać wnioski.
Lubić siebie to umieć spożytkować swoje zasoby
Oprócz tego, że znasz już swój cień i swoje niedoskonałości – absolutnie wiesz, gdzie jesteś „mocny/a”. Masz rozpoznanie co potrafisz, co Ci wychodzi, w czym jesteś dobry/a. Potrafisz też z tego skorzystać. Doceniasz siebie. Jesteś pozbawiony/a sztucznej kokieterii i fałszywej skromności (nie mówię o pokorze). Wiesz do czego masz dryg czy talent i potrafisz to rozwijać.

Lubić siebie to się o siebie troszczyć

Ostatnio moja pacjentka rozpoczęła sesję takim stwierdzeniem: „Już wiem dlaczego ja o siebie nie dbam i się sobą w ogóle nie opiekuję. Bo ja siebie po prostu potwornie nie lubię. A jeśli kogoś nie lubisz – nie masz ochoty się o niego troszczyć.” Dla mojej klientki to było odkrycie na miarę Kolumba. To prawda. Jeśli lubisz siebie to chcesz objąć siebie troską – chcesz dbać o swoje zdrowie, dać sobie prawo do wypoczynku, zabezpieczyć swoje interesy, postawić jasno granice. Jeśli lubisz siebie – potrafisz też siebie ochronić – przed krzywdą, przemocą, naruszeniem Twojej godności osobistej. Potrafisz być też dla siebie wsparciem. Jesteś dla siebie życzliwy/a, potrafisz stanąć po swojej stronie i kiedy trzeba – dodać sobie otuchy.

Lubić siebie to sprawiać sobie przyjemności

Co sprawia Ci autentyczną, nieskrępowaną przyjemność? Smakowanie dobrego jedzenia? Czytanie kryminałów? Kąpiel w pianie? Szybka jazda na motorze? Jeśli lubisz siebie – znajdujesz na to czas. Sprawiasz sobie prezenty – niekoniecznie zakupowe (choć jak lubisz – dlaczego nie?), ale przede wszystkim zmysłowe. Jeśli lubisz siebie – umilasz sobie życie, nadajesz mu smak.

Lubić siebie to wzbogacać swoje życie

Jeśli lubisz siebie – wzbogacasz swoje życie nie jedynie w przyjemności, ale też w wartość.  Inwestujesz w ważne relacje, hobby, pasje. Rozwijasz się. Jeśli lubisz siebie – potrafisz rozpoznać co Cię odżywia i ożywia i za tym podążać. Jeśli lubisz siebie – wyposażasz swoje życie  w sens.

 Lubić siebie to brać odpowiedzialność

Jeśli lubisz siebie – bierzesz swoje życie w swoje ręce, przyjmując jednocześnie, że są rzeczy, na które nie masz wpływu. Tam jednak gdzie możesz – z tego wpływu chętnie korzystasz. Rezygnujesz z roli ofiary, której inni „coś robią” (krzywdę, ranią, złoszczą etc). Wiesz, że tylko Ty odpowiadasz za swoje uczucia i swoje reakcje. Biorąc odpowiedzialność za swoje życie – dotrzymujesz danych sobie umów lub też nie zganiasz na okoliczności, jeśli ich nie dotrzymałeś. Nie obwiniasz, nie oskarżasz, nie użalasz się nad sobą – to też wyraz dojrzałej sympatii do siebie.

Lubić siebie to mieć przyjemność w przebywaniu samemu ze sobą i się sobą ciekawić
Jedna z moich klientek na pytanie czy ma takie momenty, kiedy jest tylko sama ze sobą odpowiedziała, że nie, ale wcale jej to nie przeszkadza. „Nie lubię swojego towarzystwa. Wydaję się sobie kompletnie nieintersująca. Od lat nie mam też sobie nic nowego do powiedzenia” – dodała. Bardzo mnie to zasmuciło. Przypomniałam sobie wtedy słowa Oscara Wilde’a: „Kochać samego siebie — to początek romansu na całe życie”. Jeśli nie lubisz i nie kochasz siebie – żadna oznaka czyjejś sympatii czy miłości tak naprawdę Cię nie zaspokoi, nie napełni. Natomiast jeśli siebie polubisz i pokochasz – „będziesz mieć poczucie, że kocha Cię cały świat.” Takich słów użyła moja klientka Hania po 4 latach swojej podróży ku sobie. Terapeutycznej podróży, bo inna pewnie nadal przed nią. Ta podróż bowiem nigdy się nie kończy. I to jest fascynujące.

 

 

 

Czy kompromis to przeżytek? – część druga

W poprzedniej odsłonie artykułu rozważaliśmy czy kompromis jest nadal „trendy”? Usiłowaliśmy odpowiedzieć na pytanie czy umiejętność zawierania kompromisu jest wciąż tym co w dużej mierze decyduje o trwałości relacji i satysfakcji partnerów. Przytoczyliśmy kilka sposobów w jaki można rozumieć słowo „kompromis”. Za słynnymi ekspertami w dziedzinie psychologii i psychoterapii zaryzykowaliśmy tezę, że czasem zamiast kompromisu lepiej sprawić komuś prezent. Powiedzieliśmy też jak to zrobić. Pojawia się pytanie – co jeszcze można poczynić w sytuacji, kiedy nasze potrzeby i partnera są tak różne, że wydają się być nie do pogodzenia. Oto kilka praktycznych sposobów:

Kilka pomocnych sposobów w sytuacji, kiedy partnerzy mają różne potrzeby:

Nie bój się różnic

Nie wiem skąd tak powszechne przekonanie, że kiedy jesteśmy w związku powinniśmy być do siebie podobni. Oczywiście podobieństwa w dużej mierze łączą i z reguły wiele ułatwiają, to fakt. Ale pomysł, że dwoje początkowo obcych sobie ludzi, z różnym wyposażeniem genetycznym, z odmiennymi doświadczeniami wychowawczymi będzie miało te same potrzeby, nawyki, temperament, zainteresowania – jest niestety niedorzeczny. Rozumiem z czego może on wynikać. Na przykład z lęku, że różnice stanowią dowód na to, że do siebie nie pasujemy. Jest to prawda o tyle, o ile w taki sposób owe różnice zinterpretujemy. Bo różnice w związku są czymś zupełnie naturalnym, czymś niemożliwym do uniknięcia i w żaden sposób nie muszą temu związkowi zagrażać. O ile oczywiście damy sobie prawo na to, by się od siebie różnić. A jeśli jeszcze będziemy w stanie stać na stanowisku, że „różnimy się pięknie”, że różnice są wzbogacające i rozwijające  – tym dla naszych związków lepiej.

Unikaj strategii walki

Nie lubimy się różnić również z innego powodu. Jeśli mamy różne potrzeby w danej sprawie partner jawi się nam jako ten, który stoi na drodze do naszego celu, jakim jest zaspokojenie naszych potrzeb.  Myśląc w ten sposób zaczynamy traktować go jak przeciwnika.  Zaczynamy uderzać w odmienność partnera – dewaluując jej wartość, ośmieszając ją, krytykując. Jak robi to moja klientka Basia: „Czy pani sobie wyobraża, że on wpadł na pomysł, żebyśmy wyjechali na święta w ciepłe kraje?”. Mówiąc to Basia patrzy na mnie w taki sposób, jakby to było oczywiste, że pomysł jej męża jest kompletnie absurdalny. A moim zdaniem jest absolutnie do przygarnięcia. Ale pytam retorycznie: „Rozumiem, że dla Pani ten pomysł jest nie do przyjęcia?” Basia: „Oczywiście, że nie do przyjęcia, bo to głupi pomysł. Kto to słyszał wyjeżdżać na święta? W święta jest się z rodziną.” Problem oczywiście nie polega na rozstrzygnięciu kto ma rację, ale na tym, że Basia wie kto – ona. Jej opinie, pragnienia, zwyczaje, sposoby radzenia sobie są ok, męża – niestety nie. Bo inne od jej. Taki sposób postrzegania różnic bardzo antagonizuje i oddala od siebie.

Nie unikaj konfrontacji

Moja klientka Ola jest bardzo zadowolona z tego jak funkcjonuje w relacji z mężem. Co prawda jej przyjaciółki są zdania, że „Ola w związku nie istnieje”, a „on w ogóle jej nie szanuje”, ale Ola się tylko uśmiecha. Ola: „Moje przyjaciółki albo są same albo ciągle się w swoich związkach kłócą. A ja od lat jestem z moim mężem i w ogóle się nie kłócimy”. „Może dlatego, że Pani ciągle ustępuje?” – pytam nieśmiało. Ale Ola ma swoje zdanie dotyczące tego jak powinno wyrażać się miłość. Dla Oli, jak dla wielu – miłość to uległość, poświęcenie oraz chronienie partnera. Np. przed okazaniem niezadowolenia czy dyskomfortu. Moje doświadczenie jest jednak takie, że wcześniej czy później taka postawa się dewaluuje. A u ofiarodawcy pojawia się poczucie krzywdy i frustracja. Zgadzam się z psychoterapeutą Andrzejem Wiśniewskim, że konfrontowanie się w związku (niezgadzanie się z partnerem, mówienie rzeczy niezgodnych z oczekiwaniami) jest czymś bardzo potrzebnym, cennym i często jest wyrazem największej troski o partnera i związek. Konfrontować się to również (obok zdrowej ochrony i obdarowywania się prezentami) oznacza o partnera dbać. O partnera i o siebie, a dbanie o siebie w związku jest naszym obowiązkiem zarówno wobec nas samych, jak i naszej relacji. Andrzej Wiśniewski także jest zdania, że nie tylko dla naszego dobra, ale i dobra naszego związku czasem „trzeba się uprzeć”. Dlatego też zadaj sobie pytanie o Twoje granice kompromisu i dbaj o to, żeby nie zostały naruszone.

Dawaj prezenty

W poprzedniej odsłonie artykułu była mowa o prezentach. Podkreśliliśmy jak niezbędna jest to umiejętność: „jak ktoś chce być w związku, to musi posiadać umiejętność zrobienia czegoś dla swojego partnera, nawet jeśli nie ma na to ochoty” – Andrzej Wiśniewski. Podpowiedziałam Wam jak obdarowywać, żeby obdarowywać naprawdę – bez oczekiwania wdzięczności i bez poczucia krzywdy. A co można zrobić, żeby dawanie prezentów było jeszcze łatwiejsze? Pierwszym sposobem jest poszukanie wszystkich, nawet najdrobniejszych korzyści w wyniku wariantu, że godzimy się na pomysł partnera. Jego zadowolenie, uśmiech, większe rozluźnienie, co będzie miało dobroczynny wpływ na atmosferę w relacji albo udany seks? Drugim sposobem jest wspólna zabawa w grę pt. „przekonaj mnie do swojego pomysłu”. Partner ma parę minut na to, aby znaleźć argumenty w jaki sposób jego rozwiązanie będzie dobre dla niego, dla ciebie, dla was. Kto wie – może jest coś o czym nie wiesz i co Cię przekona? Tu pojawia się pytanie – czy jeśli widzimy  korzyści w rozwiązaniu partnera i przystaniemy na jego pomysł możemy nadal mówić o obdarowywaniu się? A dlaczego nie? W końcu istnieją teorie, które mówią, że każda forma altruizmu jest w jakimś kawałku egoistyczna, skoro potem czujemy się lepiej.

Nie kompromis, a współpraca

Typowa sytuacja przedwakacyjna: dokąd wybierzemy się w tym roku? Żona chce nad morze, mąż w góry. I co teraz? Jak mówi Andrzej Wiśniewski – kompromis polegałby na tym, że oboje lądują w Kielcach i nikt z tego zadowolony nie jest. Kenneth Thomas i Ralph Killman – twórcy najpopularniejszych strategii negocjacyjnych (a w końcu czym jest związek jak nie m.in. ciągłym negocjowaniem) są zdania, że zdecydowanie lepszą alternatywą dla kompromisu jest współpraca. Współpraca tym różni się od kompromisu, że jej efektem jest zadowolenie każdego z partnerów. Pojawia się tylko pytanie – jak wypracować takie rozwiązanie, które przyniosłoby obustronną satysfakcję? Dobrze jest zacząć od rozmowy dotyczącej tego jakie nasze ważne potrzeby zaspokaja wyjazd nad morze, tudzież w góry. Podczas takiej rozmowy żona do męża mogłaby powiedzieć, że zależy jej na tym, żeby być nad wodą i się opalić. Z kolei mąż do żony powiedziałby np., że chce spędzić czas aktywnie, a nad morzem nie ma na to zbyt wielu możliwości. Gdyby w ten sposób ze sobą porozmawiali mogłoby się okazać, że jest takie miejsce na mapie, które zaspokajałoby potrzeby obojga. To tak jak w anegdocie o dwóch takich, którzy pragnęli tej samej pomarańczy. Kompromis oznaczałby to, że każdy dostaje połowę. Ale gdy zainteresowani odkryją, że jednemu potrzebna jest skórka do ciasta, a drugiemu sok – każdy może czuć się spełniony. Drugim sposobem na wypracowanie rozwiązania satysfakcjonującego obojga z partnerów jest zastosowanie metody burzy mózgów. Przypomnę tylko, że metoda ta składa się z dwóch etapów. W pierwszym – oboje z partnerów swobodnie zgłaszają pomysły na rozwiązanie konfliktu i zapisują je. Co ważne – na pierwszym etapie zgłaszane pomysły nie są oceniane czy krytykowane. W drugim etapie partnerzy przeglądają zgłoszone pomysły i w sposób twórczy wypracowują rozwiązanie. Być może właśnie takie, które jest w stanie usatysfakcjonować obojga.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy kompromis to przeżytek? – część pierwsza

Kiedy trafia do mnie na terapię para lub też osoba indywidualna, ale zgłaszająca jakieś problemy w swoim związku, bardzo często słyszę takie oto hasła: „wszystko przez to, że on/ona nie potrafi chodzić na kompromisy”, „bo za każdym razem musi być tak jak on/ona chce”, „ja się ciągle poświęcam, a on/ona nigdy”. Kiedy wraz z moimi pacjentami przyglądamy się różnym przekazom rodzinnym, jakie otrzymali oni „w spadku” po swoich przodkach, padają m.in.: „bo małżeństwo to sztuka kompromisu”, „czasem trzeba potrafić ulec, a nie ciągle obstawać przy swoim”, „małżeństwo wymaga poświęceń” etc, etc. Po takich „odkryciach” stajemy przed pytaniami: które z tych przekazów są „prawdziwe” w tym sensie, że nam służą, a które nie? Które z nich się nam sprawdzają? Które uważamy za niezgodne z naszym światopoglądem i naszymi wartościami? Z których chcemy zrobić użytek? To ciekawe, że w deklaracjach (bo w praktykowaniu bywa z tym różnie) prawie wszyscy moi klienci zgadzają się, że aby związek był udany kompromisy są koniecznością. Tak myślą np. Laura i Witek. „ To jak wyglądają te Wasze kompromisy?” – pytam. Laura: „No np. ostatnio pojechaliśmy na wakacje tam gdzie ja chciałam. Czyli do ciepłych krajów. Witek nie lubi upałów i leżenia na plaży, ale powiedział, że się poświęci, bo miałam trudny okres w w pracy i wie, że potrzebuję odpoczynku. Na początku bardzo się cieszyłam, że pojadę tam gdzie chcę i że Witek się na to zgodził, ale kiedy widziałam jego minę wszystkiego mi się odechciewało. Ciągle był niezadowolony, ciągle gadał o tym jak mu gorąco i że się nudzi. Dogryzał mi, że kto normalny spędza urlop smażąc się w słońcu. Miałam dość tych wakacji już po dwóch dniach. Chyba lepiej bym wypoczęła w tych jego Sudetach, bo przynajmniej nie musiałabym patrzeć jaką to krzywdę mu wyrządziłam zabierając go do Hiszpanii.”

Skoro kompromisy są podstawą dobrej relacji, to co się takiego dzieje, że wielu moich klientów nie sprawia wrażenia zadowolonych z faktu, że w jakiejś sprawie poszli na kompromis. Czy to oznacza, że może jednak nie do końca opanowali oni to co nazywane jest „sztuką kompromisu”? Że może rozumieją to, co kryje się za słowem „kompromis” opacznie? Czy też może sam kompromis stał się już przeżytkiem?

Takiego zdania są np. znani i cenieni psychoterapeuci – Wojciech Eichelberger i Andrzej Wiśniewski,. Oboje twierdzą, że „kompromis przeważnie jest zgniły” („Żyj wystarczająco dobrze” A. Jucewicz i G. Sroczyński) i przynosi on więcej szkód, niż pożytku, co dla wielu może być poglądem wręcz rewolucyjnym, biorąc pod uwagę to, czego nas do tej pory uczono. Prof. Bogdan Wojciszke (poprzez swoją książkę „Psychologia miłości” nazywany jest specjalistą od miłości) mówi, że „najgorszym rozwiązaniem jest pójście na kompromis”. Dlaczego? Bo kompromis polega na tym, że każdy z czegoś rezygnuje. Czasem z czegoś dla siebie bardzo ważnego. Istotnie, zgodnie z definicją kompromis jest to „porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw”. Z tej perspektywy faktycznie można było by uznać, że kompromis w tym sensie jest zgniły, że nie ma tu wygranych. Każdy przegrywa. Ale jest i inna definicja: „kompromis to odstępstwo od zasad, założeń lub poglądów w imię ważnych celów lub dla praktycznych korzyści”. Ta definicja brzmi lepiej, bowiem mówi nie tylko o tym, że kompromis wymaga jakiegoś odstępstwa czy rezygnacji, ale podkreśla, że jest to czynione z powodu ważnych celów czy widocznych korzyści. Na przykład jakich? A no m.in. chęci, żeby sprawić radość czy przyjemność partnerowi/partnerce. Lub też z potrzeby bycia w satysfakcjonującej relacji, która czasem wymaga odstawienia na bok własnych potrzeb. Czyli gdyby na kompromis spojrzeć w taki sposób, że to nie jedynie rezygnacja z pojechania w Sudety, ale to także realizacja innej potrzeby – chęci ujrzenia na twarzy ukochanej oznak zadowolenia, a przez to też radości w relacji – kompromis nie musi mieć konotacji jednoznacznie negatywnych. Bo przecież w dojrzałej relacji tak jest – mamy swoje ważne potrzeby i pragnienia, jednocześnie naszą ważną potrzebą i pragnieniem jest chęć sprawiania sobie nawzajem przyjemności, tego aby partner był szczęśliwy i zadowolony, a nasza relacja była satysfakcjonująca. W sytuacji rozbieżności potrzeb tak można na to spojrzeć: owszem, z czegoś rezygnujemy, ale w imię czegoś bardziej istotnego. Sam Andrzej Wiśniewski jest zdania, że „jak ktoś chce być w związku, to musi posiadać umiejętność zrobienia czegoś dla swojego partnera, nawet jeśli nie ma na to ochoty”. Nie nazywa tylko tego kompromisem, a umiejętnością dawania prezentów. Wojciech Eichelberger z kolei nazywa tę umiejętność „życzliwym czy też radosnym poświęceniem” (Magazyn Zwierciadło), choć mnie bliższe jest myślenie o tym jako o obdarowywaniu się, niż poświęcaniu, choćby życzliwym czy radosnym. Słowo „poświęcenie” ma dla mnie (jak i dla Andrzeja Wiśniewskiego) zbyt silne skojarzenia z całą tą martyrologią związkową, „pragnieniem aby partner odwdzięczył się tym samym i udowodnił, że kocha”. Sformułowanie „poświęcenie” ma dla mnie jakiś masochistyczny wydźwięk i ciężar, stawia, moim zdaniem, w pozycji ofiary tego, który właśnie „się poświęca”, pozbawia tę osobę odpowiedzialności za wybór i ma niezwykłą moc wzbudzania poczucia winy u odbiorcy aktu „poświęcenia”. Wracając do kompromisu. Niezależnie od tego czy nazwiemy umiejętność robienia czegoś dla kogoś (nawet jeśli wiąże się to z rezygnacją) – kompromisem czy prezentem – tu eksperci są zgodni – związek, aby był udany tej umiejętności wymaga. Jest kilka warunków, których spełnienie jest potrzebne do tego, aby kompromis czy prezent nie okazały się „zgniłe”. Po pierwsze jeśli już dajemy ukochanej/ukochanemu prezent w postaci np. wakacji w Hiszpanii nie okazujmy tego jak bardzo pragnęlibyśmy być w tym momencie na szczycie Śnieżki. Jeśli decydujemy się na prezent nie wypominajmy ile za niego zapłaciliśmy czy ile czasu poświęciliśmy na jego szukanie. Nie czujesz się na siłach, aby dać z radością lub przynajmniej bez złości – nie dawaj. Nie oczekuj też wdzięczności, bo na tym polega idea prezentu – daję nie po to, żeby coś dostać. W innym wypadku traktujemy związek i druga osobę instrumentalnie, a to wyklucza dobrą, miłosną relację. Z drugiej jednak strony, jeśli w związku nie ma wymiany, a role są jasno podzielone na dawców i biorców wcześniej czy później dojdzie do zachwiania równowagi i kryzysu w parze. Dlatego też bądź uważny/a. Nie czujny/a i napięty/a, ciągle szukający/a potwierdzeń czy aby jestem traktowany/a z odpowiednią wdzięcznością, ale uważny/a na sytuację, w której partner nie ma w sobie naturalnej i niewymuszonej potrzeby obdarowywania także nas. Kolejnym ważnym aspektem jest reakcja obdarowywanego. Aby dawanie prezentów się sprawdziło potrzebujemy umieć je nie tylko dawać, ale i przyjmować. Paradoksalnie, niektórzy mają większy kłopot z tym drugim. Zamiast „dziękuję” zdarza nam się słyszeć „bez łaski” czy „obejdzie się”. Jednym słowem to co wpływa na związek niezwykle destrukcyjnie to poczucie krzywdy u ofiarującego i niedocenienie tejże ofiarności przez osobę obdarowaną. W sytuacji idealnej byłoby tak: kochamy, a więc chcemy dawać nie oczekując za to wdzięczności, ale nasz partner/ka nas kocha, więc również obdarowuje nas z radością, nie mamy też problemów z przyjmowaniem tych darów i ich docenieniem. W nieidealnym świecie jest oczywiście inaczej, ale zawsze możemy zmierzać do (zdając sobie jednocześnie sprawę, że ideału osiągnąć się nie da, ale może on wyznaczyć nam odpowiedni kierunek).

A w kolejnym artykule poszukamy praktycznych sposobów na to, jak poradzić sobie w sytuacji, kiedy partnerzy mają różne potrzeby.

 

 

 

 

 

O co się potykamy na drodze do drugiego człowieka?

Warsztat dla osób samotnych, czy też singli – jak kto woli. Powinnam też w tym miejscu dodać, że uczestnikami są osoby niesparowane, którym ten stał zdecydowanie nie odpowiada. Zajęcia dotyczą pogłębienia świadomości dotyczącej przyczyn stanu, w jakim znajdują się osoby biorący udział w warsztacie. Padają różne odpowiedzi. Wszystkie sprowadzają się do kilku podstawowych kłód tarasujących nam drogę do drugiego człowieka.

BRAK CZASU
Wszyscy wiemy, że aby coś osiągnąć potrzebujemy w to zaangażować czas. Uczą nas tego od małego, uczą nas tego w szkołach. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że aby mieć „dobrą pracę” trzeba poświęcić czas – najpierw na naukę, potem już na samą pracę, żeby nie stracić jej z powodu braku naszego zaangażowania. Przecież angażowanie czasu jest jednym z przejawów zaangażowania w ogóle. Wiemy, że kiedy na czymś nam zależy – żeby się rozwijać w danej dziedzinie, żeby osiągać jak najlepsze efekty, żeby być w czymś mistrzem – czas jest niezbędny. Dlaczego więc kiedy myślimy o związkach wydaje nam się, że „samo się zrobi”? Że możemy mieć dla związku 5 minut dziennie albo pół godziny w tygodniu i to wystarczy? Dlaczego nie buntujemy się przeciwko temu, że aby mieć wokół domu piękny ogród trzeba poświęcić na niego czas, ale z łatwością rezygnujemy z czasu przeznaczonego na pielęgnowanie relacji z drugim człowiekiem? Zastanów się – ile czasu poświęcasz na swój związek? Każdego dnia, każdego tygodnia? Jeśli niewiele – nie dziw się, że Twoje relacje usychają.

WYGODA I KONCENTRACJA NA SOBIE
Jesteśmy z natury wygodni, ekonomiczni i leniwi. Nie lubimy się męczyć. Są dziedziny, w których jeszcze jakoś potrafimy to lenistwo przełamać, bowiem „bez pracy nie ma kołaczy”, a „pieniądze nie spadają z nieba”. Wiemy, że pracować trzeba, ale tam gdzie (pozornie!) możemy sobie odpuścić – robimy to z ochotą. Związek jest tą dziedziną, w którą wysiłek wkładamy niechętnie. Po pierwsze dlatego, że nikt nas nie nauczył, że relacje tegoż wysiłku wymagają. Dlaczego tak twierdzę? Oczywiście, są zapewne domy, w których relacje z ludźmi są priorytetem, ale ze smutkiem obserwuję, że jest tak coraz rzadziej. Po drugie – czy znacie przysłowia, które wskazywałyby, że nie tylko praca ale i relacje są tą inwestycją, która się opłaca? Ja nie. A czy przypominacie sobie, żeby któryś z naszych nauczycieli powiedział: „zamiast siedzieć tyle nad matematyką – leć na podwórko do dzieciaków, bo ostatnio chyba trochę zaniedbałeś kolegów, co?”. W porządku, jeśli nawet nie jest to rola akurat nauczyciela, to czy ktoś z Was słyszał to od swoich rodziców? Pewnie niewielu. I tak idziemy przez życie wkładając wysiłek w pracę i inne ważkie dziedziny, ale nie starcza nam już siły i ochoty na to, aby włożyć jakąś energię w nasze związki z ludźmi. A relacje niewątpliwie takiego zaangażowania energii i wysiłku wymagają. Relacja z drugim człowiekiem w pewien sposób zakłóca nasz spokój i naszą wygodę. Ten ktoś czegoś od nas chce; ma jakieś potrzeby, oczekiwania i wymagania; stawia nam jakieś pytania. Kontakt z drugim człowiekiem wymaga wyjścia z naszego świata i wejścia w kawałku w świat tego kogoś, wymaga przekraczania różnych stref naszego komfortu. Będąc w relacji z drugą osobą konieczne jest (jeśli mówimy o dobrej relacji) uwzględnianie tej osoby i jej uczuć w różnych naszych decyzjach. Jeśli jesteśmy z kimś w związku pewne sprawy wymagają odstawienia, a nawet porzucenia. A nam się nie chce. Nie chce się nam z czegokolwiek rezygnować, bo właściwie dlaczego? Nie chce się nam brać odpowiedzialności za fakt że (jak to mówił lis z „Małego księcia”) kogoś oswoiliśmy”. Nie chce się nam czegokolwiek tłumaczyć i wyjaśniać. Nie chce się nam słuchać – słuchać tak naprawdę, z pełnym zaangażowaniem, uważnością i zaciekawieniem. Tego wszystkiego nam się nie chce. A z tego lenistwa biorą się kolejne przeszkody na drodze do drugiego człowieka. Po pierwsze łatwo nadajemy etykiety. Dlaczego? Bo tak jest prościej. Po co wkładać wysiłek w poznanie sytuacji czy stanowiska drugiej strony, kiedy można szybko i właśnie bez wysiłku wydać osąd w sprawie. Wraz za tym idą kolejne balasty na drodze – nie odpuszczamy i nie wybaczamy. W ogóle ostatnio obserwuję coraz większą koncentrację na sobie i bardzo roszczeniową postawę wobec i życia i innych ludzi. Oczekujemy i żądamy. Nie ma w nas wdzięczności za to co mamy i co dostajemy. Wszystko traktujemy osobiście, ale mamy mały wgląd w to co my robimy i co od siebie dajemy. Taka postawa nie sprzyja tworzeniu głębokich więzi z ludźmi.

LĘK
Jedna z uczestniczek warsztatu Basia od wielu lat jest sama. Otwarcie przyznaje, że boi się wejścia w związek. „Czego się obawiasz?” – pytam. „Że mi nie wyjdzie, a wtedy zamknę się w sobie już na zawsze. Że ktoś mnie zrani, porzuci. Pewnie niepotrzebnie?” – bardziej twierdzi, niż pyta. „Nie wiem czy niepotrzebnie” – odpowiadam. Basia jest zaskoczona. „Związek to spore ryzyko” – mówię. Basia przygląda mi się wielkimi oczyma. „Jak to? Myślałam, że powiesz, że nie ma się czego bać”. No to jest czy nie ma? Wielu moich samotnych pacjentów uważa, że będą mogli wejść w związek dopiero wtedy, kiedy będą gotowi. Jednym z tych wymiarów gotowości ma być brak lęku. I tak zbierają się latami, aż poczują, że wreszcie się nie boją. Tylko im więcej czasu upływa, tym boją się coraz bardziej. Po pierwsze dlatego, że nie trenują. Nie ćwiczą umiejętności komunikowania się, nawiązywania relacji, podtrzymywania relacji, bycia w codzienności z drugim człowiekiem. Nie rozwijają swojej seksualności, przynajmniej w kontakcie z kimś innym, niż oni sami. Tracąc pewne zdolności powoli zatracają też to, co w relacjach z ludźmi jest kluczowe – poczucie własnej wartości. Osoby od wielu lat samotne w pewnym momencie przestają wierzyć, że zasługują na miłość i bliskość. Zaczynają wątpić w to, że „ktoś ich w ogóle zechce”. „Za co można mnie kochać/lubić?”, „co ja właściwie mogę drugiej osobie zaoferować?” – słyszę w gabinecie. No a myśląc o sobie w ten sposób trudno jest zbudować satysfakcjonującą relację. I tak koło się zamyka. Basia boi się zranienia, ponieważ ma za sobą sporo bolesnych doświadczeń. I ja to oczywiście rozumiem. Tylko doświadczenia to jedno, a ich interpretacja czy nauka z nich płynąca to drugie. Np. Thomas Edison (wynalazca żarówki)
przeprowadził ponad 11 000 prób, zanim żarówka zaczęła działać. Gdy zapytano go potem jak to się stało, że się nie zniechęcił po tylu porażkach, odpowiedział: „To nie porażki. Ja ponad 10000 razy dowiedziałem się jak nie robi się żarówki. Dzięki temu z każdym takim doświadczeniem byłem bliżej rozwiązania”. Co chcę przez to wszystko powiedzieć? Otóż. Uważam, ze relacja z drugim człowiekiem, istotnie -  jest ryzykowna i wymaga odwagi. Wielu moich pacjentów, tak jak i Basia nierzadko łudzą się, że ktoś (np. ja) powie im – „Ależ nie ma się czego bać. Nie zostaniesz zraniona/y, odrzucona/y, porzucona/y. Nie martw się!”. No nie, nie, nie. Oczywiście, że istnieje ryzyko zranienia, odrzucenia, porzucenia. I pewnie jeszcze kilka innych możliwości, których boimy się jak ognia. I nie ma co się mamić, że jest inaczej. Uważam, że drogą donikąd jest próba zaprzeczania. Jeśli wchodzimy w związek z absolutną pewnością, że tam nic złego nas nie spotka to odkleiliśmy się od rzeczywistości. Poza tym uważam, że nawet jeśli próbujemy sobie wmówić, że związek jest ryzyka pozbawiony nasze serca i ciała nie dadzą się oszukać i w pewnym momencie dadzą nam znać, że  halucynujemy. Skoro nie tędy droga, to którędy? Nie w kierunku iluzji, a w kierunku po pierwsze – uznania ryzyka. Po drugie – odważenia się na to ryzyko. Po trzecie – zaufania do siebie i swoich zasobów, że sobie z tym (co może nas spotkać) poradzimy. Kiedy mówię o odwadze nie mam na myśli wyczekaniu na moment, kiedy nie będziemy się bać. Odwaga to nie brak lęku. Odwaga to wyjście poza lęk. To działanie pomimo jego obecności. Kiedy się czegoś obawiamy wydaje nam się, że obawiamy się tylko my. Wszyscy inni wchodzą w związki i wychodzą swobodnie, tylko my jesteśmy sparaliżowani strachem. To błędne założenie. Boimy się WSZYSCY. Lub znaczna większość z nas. W mniejszym lub większym stopniu, radząc sobie z tym lepiej lub gorzej, ale lęk jest naszym wspólnym doświadczeniem. W przełamaniu strachu może pomóc wspomniane przeze mnie zaufanie do swoich możliwości w poradzeniu sobie z sytuacją. Czy to zranienia czy to odrzucenia, czy jeszcze innej. Takie doświadczenia są niewątpliwie trudne i bolesne. Wymagają czasu, aby się z nimi uporać. Ale same w sobie „nie zabijają”. O ile my im na to nie pozwolimy.

 

 

Wojna na milczenie – rzecz o cichych dniach w związku

Pracuję obecnie z kilkoma parami. U większości z nich pojawia się problem tzw. cichych dni czyli wielogodzinnego, a nawet wielodniowego milczenia. Najczęściej po kłótni, ale niejednokrotnie też zamiast. Zastanawiałam się czy rzeczywiście tak niewielu z nas potrafi radzić sobie z trudnościami w sposób najbardziej konstruktywny czyli rozmawiając? Oczywiście grupa osób czy też par trafiająca do gabinetu psychoterapeuty nie jest grupą reprezentatywną. Prawdopodobnie przychodzą oni po pomoc właśnie dlatego, że nie radzą sobie w sposób, który jest efektywny i zadowalający. Do stosowania strategii milczenia przyznaje się 1 osoba na 4. Tak jest w Polsce. W badaniach amerykańskich 7 na 10 osób od czasu do czasu korzysta z powyższej metody. Moim zdaniem to sporo, biorąc pod uwagę jak bardzo negatywne skutki potrafi mieć sięganie po ten sposób rozwiązywania konfliktów.
Oczywiście strategii cichych dni, która ma znamiona ostracyzmu społecznego (celowe i drastyczne ograniczenie kontaktów i bliskości) nie należy mylić z chwilową słowną wstrzemięźliwością, kiedy partnerzy lub jedno z partnerów np. po kłótni potrzebuje czasu na ochłonięcie i poukładanie i w tym celu na jakiś czas wychodzi z kontaktu. Taki proces jest zupełnie naturalny i w żaden sposób nie musi zagrażać związkowi. Po pierwsze służy on regeneracji po doświadczeniu nadmiaru bodźców emocjonalnych. Jest dość powszechną reakcją na wyczerpanie emocjonalne. Jest to czas, który może być potrzebny na odreagowanie i wyciszenie emocji, przemyślenie tego co się zdarzyło, zanalizowanie swojego i partnera zachowania, uświadomienie sobie swoich potrzeb, a także znalezienie rozwiązania. Bywa, że jest niezbędny, aby skontrolować i zatrzymać coś, czego powiedzenie lub zrobienie byłoby dla drugiej strony raniące i nieodwracalne. Są osoby, które podczas tego czasu potrzebują z kimś niezaangażowanym emocjonalnie omówić to co się zdarzyło. Jednym słowem czas milczenia po kłótni wielu osobom służy do tego, aby poradzić sobie  z tym co usłyszeli i powiedzieli. Ale nie może on przerodzić się w zapiekłą wojnę na milczenie. Warunkiem tego, aby tak się nie stało jest stosunkowo niezbyt długi czas trwania oraz zainicjowanie ponownego kontaktu przez osobę, która potrzebowała tegoż czasu. Oczywiście niezbyt długi czas trwania jest pojęciem względnym. Jeśli okresowe momenty wstrzemięźliwości w kontakcie trwają nie dłużej, niż minuty czy godziny byłabym jeszcze spokojna. Jeśli przeradzają się w dni – postawiłabym sobie znak zapytania czy naturalny proces nie przeradza się już w niebezpieczny – ucieczki w milczenie potrafiącej trwać wiele dni, tygodni, a nawet miesięcy. Rekordziście jakich znam nie odzywali się do siebie kilka lat. Porozumiewali się poprzez dzieci, co jest niedopuszczalne z punktu widzenia roli rodzica i konsekwencji dla małych i większych mediatorów. Oczywiście po latach zupełnie nie pamiętali od czego to się wszystko zaczęło, o co poszło i o co im teraz chodzi.
Bo właściwie o co chodzi w tym zacietrzewieniu? Ciche dni mogą spełniać kilka funkcji.
Po pierwsze możemy w ten sposób chcieć przeżywać swój ból i smutek po tym, co usłyszeliśmy. Jeśli trwa to chwilę to w porządku. Natomiast jeśli zaczyna trwać uporczywie długo możemy przypuszczać, że proces naturalnego odreagowywania i oczyszczania przerodził się w niezdrowe użalanie się nad sobą. Przedłużające się milczenie może być też komunikatem pt. „bardzo mnie zraniłeś”. W skrajnej postaci może służyć wzbudzeniu poczucia winy u partnera, wymuszaniu przeprosin czy zmiany stanowiska. Może być wyrazem bezsilności pt „nie mam już pomysłu jak z tobą rozmawiać”, „tyle razy rozmawialiśmy, nie wiem jak mam mówić, żebyś mnie zrozumiał” lub też służyć zwróceniu na siebie uwagi. Ciche dni wielokrotnie też służą pielęgnowaniu w sobie złości i urazy. Potrafią być wyrazem naszego stanowiska w sprawie podziału władzy w związku („będzie tak jak ja chcę”). Niezależnie od funkcji jaką ciche dni pełnią – są one formą, świadomej lub nie, kary dla partnera i noszą znamiona przemocy – chłodnej, biernej, ale jednak. Milcząc odcinamy partnera od kontaktu i bliskości oraz od poczucia wpływu na sytuację i jej zmianę. W takiej sytuacji partner nie ma możliwości na realizację swoich podstawowych potrzeb: przynależności, szacunku, kontroli. Dodatkowym „atutem” cichych dni jest ich nieprzewidywalność, co potęguje odczuwanie przedłużającego się milczenia jako tortury. Co więcej, nasza świadoma lub nieświadoma intencja jest taka, żeby zranić. Chcemy, żeby nasz chłód dotknął partnera i zabolał. Przypuszczam, że wiele osób czytających ten tekst, a mających tendencję do stosowania strategii milczenia może się wzburzyć. Tak jak moja klientka Ania, która zapierała się, że to nie kara, ponieważ ona też się okrutnie męczy i że ona po prostu nie potrafi inaczej rozwiązywać problemów. Absolutnie wierzę Ani, że dla niej sytuacja przedłużającego się milczenia mogła być również trudna oraz w to, że nie na tamten moment nie była w stanie zachować się inaczej. Natomiast na poziomie nieświadomym mogła jednak chcieć wziąć odwet na partnerze, choć uznanie tego nie jest procesem łatwym. A też już niezależnie od intencji sama forma cichych dni jest karząca i  agresywna i z tym trudno się spierać.
Ciche dni niczego nie załatwiają. Przeciwnie – tylko nasilają napięcie, wzmagają złość i żal, powodują narastanie uraz i krzywd, pogłębiają frustrację wzajemnych potrzeb, potęgują oddalenie, dewastują poczucie bliskości. Dla dzieci, jeśli je mamy, są prawdziwą męką. Jeśli jeszcze dodatkowo chcąc uspokoić dzieci, mówimy że wszystko jest w porządku, kiedy domową atmosferę można kroić – dzieci uczą się ograniczać zaufanie do swoich odczuć. „Skoro czuję, że coś się dzieje, ale moi mądrzy rodzice temu zaprzeczają, pewnie to ja się mylę” – tak przebiegają procesy wnioskowania u dzieci. A jeśli dodatkowo wikłamy dzieci w bycie posłańcami między nami a partnerem – konsekwencje dla nich w ich dorosłym życiu mogą być naprawdę dotkliwe.

Jak możemy sobie pomóc, jeśli mamy tendencję do używania strategii cichych dni w naszych relacjach?

* Powiedz, że potrzebujesz czasu
Taka informacja naprawdę wiele zmienia. Uspokaja. Dzięki niej rozmówca nie zostaje pozostawiony w poczuciu, że nie wie co się dzieje.
* Wysłuchaj
Jeśli nie jesteś w stanie się przełamać i zacząć mówić – chociaż partnera wysłuchaj. Ten fakt sprawi, że partner nie będzie czuł się ignorowany (przynajmniej może to w tym pomóc). Pozwoli to też partnerowi rozładować napięcie z powodu nagromadzonych myśli i emocji. Jeśli dasz partnerowi możliwość na ich wypowiedzenie – zadeklarujesz dobre intencje i szacunek do uczuć i potrzeb partnera. Tylko warunek jest jeden – nie siedzisz z założonymi rękami i „łaskawie” godzisz się na wysłuchanie, pytając jeszcze na koniec „uprzejmie”: „skończyłeś?”. Chodzi o postawę względnej otwartości i naprawdę dania przestrzeni na to, żeby Twój partner mógł wyrazić to co przeżywa.
* Podejmij neutralny temat
Najłatwiej zacząć od nawiązania do codziennych obowiązków: „kto odbiera dzieci  z przedszkola?”, „co potrzebujesz ze sklepu?” itp. Cokolwiek, co przerwie ciszę jest krokiem w kierunku zażegnania kryzysu.
* Wykonaj gest
Jeśli trudno Ci powiedzieć cokolwiek – wykonaj jakiś gest będący po części oznaką, że Ci przechodzi, po części sygnałem, że chcesz się „pojednać”. Ugotuj coś, zrób partnerowi kanapki do pracy, nakryj stół do wspólnej kolacji, kup ulubiony jogurt partnera, umyj partnerowi samochód, wyjdź z psem jeśli wiesz że to partnera odciąży. Gest bywa prostszy, niż przełamanie milczenia słowami
* Zmniejsz dystans fizyczny
Dotknij partnera za rękę, pogłaszcz po głowie, połóż nogi na jego/jej kolanach, przytul się. Znowu – pokażesz w ten sposób, że stajesz się gotowy/a na przerwanie uporczywej ciszy. Kontakt fizyczny potrafi w takiej sytuacji zdziałać cuda. Dotykasz, a potem jakoś idzie.
* Napisz
Jeśli na ten moment nie jesteś w stanie przerwać ciszy słowem, gestem czy poprzez kontakt fizyczny – możesz napisać. O tym co się aktualnie z Tobą dzieje, o tym jak widzisz całą sytuację, o tym czego Ci aktualnie potrzeba. List, mail, sms – możliwości jest co najmniej kilka. Jeśli i to jest zbyt trudne, możesz napisać po prostu coś przyjemnego: „mimo wszystko miłego dnia”, „nie lubię się sprzeczać” lub chociaż neutralnego np. dotyczącego spraw techniczno-logistycznych: „czy możesz po pracy zrobić zakupy?”. Pamiętaj – cokolwiek co przełamie ciszę jest dobrym punktem wyjścia.
* Zgłoś się po pomoc do fachowca
Gdy Twoja skłonność do korzystania ze strategii cichych dni zaczyna przybierać na sile i w żaden sposób nie potrafisz poradzić sobie z tym szkodliwym nawykiem – zawsze możesz udać się do kogoś (psycholog, psychoterapeuta) kto pomoże Ci zbadać przyczyny tego co się dzieje i poszukać sposobów na zmianę. Zmianę, która posłuży zarówno Tobie jak i Twojej relacji z partnerem/partnerka.

 

 

Sekretne zmowy małżonków, tajne pakty partnerów

czyli rzecz o koluzjach w związku
Wiktoria (29) i Leon (50) są parą od 4 lat. Leon (pracuje w bankowości) udzielał Wiktorii kredytu, kiedy ta była w trudnej sytuacji finansowej. Leon miał wtedy żartem powiedzieć do Wiktorii, że „gdyby oprócz dodatkowej gotówki potrzebowała troskliwego opiekuna to on służy swoją osobą”.
Leon jest duży, sporo mówi, zadaje wiele pytań i często prosi o wyjaśnienia. Wiktoria jest drobna, cicha, mówi mało, o nic nie pyta, wszystko zawsze jest dla niej zrozumiałe.
Leon spodobał się Wiktorii, ponieważ był „silny, męski, odważny”. Wiktoria spodobała się Leonowi, bo była „kobieca, tajemnicza, skromna”.
Przyszli na terapię, ponieważ „nie mogą się porozumieć”. Głównym zarzutem Wiktorii wobec Leona jest to, że jest agresywny. Leon ma pretensje do Wiktorii, że jest niezaradna i że ciągle prosi go o pomoc. Odkąd Leon z powodu złej atmosfery w pracy się z niej zwolnił konflikt między partnerami jeszcze wzrósł.

Większość z nas sądzi, że doskonale wie dlaczego chce być z tą a nie inną osobą. Myślimy też, że zdajemy sobie w pełni sprawę o co się kłócimy czy co stanowi problematyczny aspekt bycia razem.  Wiktoria i Leon – podobnie. Ale kiedy okazuje się, że mimo wprowadzenia określonych zmian (Leon pracuje nad tym, żeby swoje opinie wyrażać ciszej; Wiktoria stara się radzić sobie ze swoimi sprawami samodzielnie) zarzuty partnerów do siebie utrzymują się lub też przenoszą się na inny obszar – pojawia się pytanie o co chodzi? Co jest tak właściwie zasadniczym źródłem nieporozumienia?

Żeby odpowiedzieć na powyższe pytania potrzebujemy zdać sobie sprawę z faktu, że istnieją takie emocje, potrzeby i mechanizmy postępowania, których nie jesteśmy świadomi. Najsilniejsze nieświadome potrzeby i emocje pochodzą z naszych związków z rodzicami. Kiedy spotykamy na swej drodze kogoś, kogo rozpoznamy:
a/ albo jako osobę mogącą zaspokoić nasze głębokie i nieświadome potrzeby, które nie zostały zaspokojone przez rodziców
b/ albo jako kogoś kto pasuje do okoliczności, w jakich dorastaliśmy
c/ albo jako osobę, która przeżywa dokładanie taki sam konflikt wewnętrzny co my, ale reprezentuje drugi biegun tego konfliktu
– zakochujemy się. Jeśli i ta osoba rozpozna nas jako kogoś, kto może odpowiedzieć na jej niezaspokojone potrzeby, bądź kogoś kto wpisuje się się w okoliczności jej dorastania, ewentualnie kogoś kto wyraża ten aspekt jej konfliktu wewnętrznego, z którym nie chce się ona utożsamić – uczucie zostaje odwzajemnione.
Zgodnie z tą koncepcją każdy miłosny wybór zawiera w sobie pragnienie zaspokojenia naszych nieświadomych potrzeb oraz chęć odnalezienia w partnerze jakiejś naszej zagubionej części. W celu realizacji tych potrzeb partnerzy zawierają ze sobą pewnego rodzaju nieświadomą tajną umowę tzw. koluzję.

Przyjrzyjmy się jak to było u Wiktorii i Leona. Wiktoria była i jest osobą mającą silną potrzebę bycia zaopiekowaną. Ma to związek z jej domem rodzinnym, w którym brakowało miłości, ciepła i uwagi. Leon z kolei zawsze miał potrzebę dawania i troszczenia się. Jako najstarszy z czwórki rodzeństwa odnajdywał się w tej roli doskonale. Zgodnie z koncepcją koluzji Wiktoria i Leon pociągali się wzajemnie, bo mogli dać sobie coś czego bardzo potrzebowali: Leon potrzebował się kimś zaopiekować, Wiktoria potrzebowała, by ktoś się nią zaopiekował. Możliwość odtworzenia przez Leona charakterystycznej dla siebie roli (opiekuna) była dla niego dodatkową „atrakcją”. Kolejnym dodatkowym atutem parterów w swoich oczach były różnice między nimi. Leon – zaradny, przebojowy, niczego się nie bał. Wiktoria z kolei lękowa i bezbronna. Według teorii koluzji oboje partnerzy dostrzegli w drugim jakiś aspekt, który u nich samych był ukryty. Partner z kolei reprezentował go w sposób tylko jawny. Co mam na myśli? Przyjmijmy, że każda z cech osobowości ma formę kontinuum (uległość-agresja, dawanie opieki-przyjmowanie opieki, samodzielność-wspieranie się na innych, niepokój – stabilność) oraz że każdy człowiek nosi w sobie oba te bieguny. Upraszczając – nikt z nas nie jest tylko dobry lub tylko zły – bywamy czasem tacy, czasem tacy. Im chętniej i częściej utożsamiamy się tylko z jednym z biegunów (np. z uległością, przyjmowaniem opieki, wspieraniem się na innych – Wiktoria) pojawia się pytanie o drugi biegun. Co z nim? Najczęściej z wielu psychologicznych powodów wypieramy się jednego bieguna w nas oceniając go jako „nie ok”. Ukrywamy go przed sobą spychając tym samym do tzw. „cienia”. W „cieniu” znajdują się wszystkie nasze niechciane, wyparte i wstydliwe impulsy, potrzeby, cechy. Według koncepcji koluzji atrakcyjność partnera jest związana m.in. z tym, że reprezentuje on przeciwległy biegun jakieś ukrytej w nas tendencji w sposób jawny. To fascynuje, ponieważ dzięki temu możemy połączyć się z tym psychicznym aspektem, który jest częścią nas, a który żyje w „cieniu”. Wiktoria prezentowała postawę uległości. Właściwie nigdy się nie złościła. Z kolei Leon bywał agresywny. Dzięki temu, że byli tak różni oboje mogli dotknąć awersu i rewersu określonych tendencji. Wiktoria mogła skontaktować się ze złością w sobie dzięki temu, że Leon robił to w sposób jawny i skrajny (im bardziej wypieramy jakiś aspekt w nas, tym druga strona przejawia go w sposób bardziej skrajny). Z kolei Leon będąc z Wiktorią mógł zacząć oswajać np. tę część w sobie, która potrzebuje brać, przyjmować (troskę, opiekę).
No dobrze. Ale co się takiego stało, że niejawne porozumienie przestało działać? No, nastąpiło coś przed czym żadna para nie ucieknie – kryzys. Kryzys czyli sytuacja, w której z powodu jakieś sytuacji wewnątrz związku lub na zewnątrz dochodzi do ujawnienia się wypartych potrzeb i biegunów. Leon zwolnił się z pracy i zaczęło mu przeszkadzać, że wiele spraw jest na jego głowie. Niezaradność Wiktorii stała się dla Leona irytująca. To w jaki sposób to komunikował był z kolei dla Wiktorii trudny do przyjęcie – mówiła, że Leon krzyczy i nie pozwala jej dojść do głosu.
Wiktoria i Leon są na etapie odpowiadania sobie na pytanie czy sobie z kryzysem poradzą. Od czego to zależy? Nie tylko od chęci, wiary w powodzenie, determinacji czy pracy jaką w to włożą. Zależy to także od tego jak bardzo ich związek jest koluzyjny. Każdy bowiem związek zawiera w sobie jakiś procent koluzji. Pytanie tylko ile jest w związku zdrowych obszarów poza koluzją. Jeśli dużo – spora szansa, że para sobie poradzi. Jeśli niewiele lub też jeśli koluzja obejmuje większość obszarów – będzie trudno. Bowiem każda koluzja wcześniej czy później musi się załamać. Natomiast jeśli para sobie poradzi (rozwiąże zagadkę pt. „jaki wspólny taniec tańczymy?”, „jak wygląda ten klucz, którym partner otwiera moje zamki i odwrotnie”, „co potrzebuje każdy z nas dać sobie indywidualnie, żeby nie musieć w sposób rozpaczliwy szukać tego u partnera”, „jaka zagubiona część w nas domaga się odszukania”, „jakie niezaspokojone potrzeby domagają się odżałowania”, „jak możemy być ze sobą w sposób bardziej elastyczny”, „czego możemy się od siebie nauczyć”) – relacja ulegnie prawdziwej i głębokiej transformacji.
 

 

 

Czego nie robić, gdy randkujesz w sieci

czyli parę słów o mechanizmach psychologicznych, które mogą ci zaszkodzić

Niedawno była u mnie klientka. Nazwijmy ją Martą (lat 30). Ponieważ Marta od roku jest sama postanowiła założyć sobie konto na jednym z portali randkowych. Poznała tam kilka lat starszego od siebie mężczyznę. Zaczęli się spotykać, choć Marta twierdzi, że nie do końca miała na to ochotę. Pytam dlaczego. Marta: „Było kilka rzeczy, które mnie zaniepokoiły. Nie miał zdjęcia, funkcjonował pod nickiem, ale opis miał fantastyczny! Tym mnie zaintrygował. Potem kilkakrotnie zdarzało mu się nie odpisywać, choć był zalogowany, bywało, że mieszał się w zeznaniach..” Zapytałam Martę co się takiego stało, że jednak zmieniła zdanie i zdecydowała się umówić. Marta: „Nie do końca zmieniłam zdanie. Gdzieś w środku czułam, że ta znajomość to nic dobrego. Ale zignorowałam te sygnały. Uznałam, że to po prostu lęk przed spotkaniem kogoś kogo właściwie nie znam. Że to taki naturalny stres. Poza tym w którejś rozmowie powiedziałam mu, że się spotkamy jak tylko uporam się z pracą. Skoro już mu obiecałam? Nie lubię rzucać słów na wiatr.” Poznany mężczyzna Martę oszukał. Nie tylko okazało się, że jest szczęśliwie żonaty, ale wykorzystał Marty umiejętności (Marta jest architektem) i nigdy nie rozliczył się za Marty pracę (Marta zaprojektowała poznanemu mężczyźnie nowe miejsce pracy). „Dałam się podejść jak jakaś nastolatka” – mówi. Rozmawiamy o tym jak to się mogło stać. Marta: „Po pierwsze chyba uznałam, że skoro ja jestem uczciwa, to inni też. Trochę na zasadzie przyciągania ludzi podobnych do siebie. Po drugie znów zignorowałam to co powinno być dla mnie sygnałem do wycofania się – niechętnie mówił o sobie, za to dużo mówił o trudnej sytuacji finansowej. Ale ja tak bardzo potrzebowałam być kochana. Od roku jestem sama, a wcześniejsze relacje i związki okazały się kompletną porażką. Chyba moja potrzeba miłości przysłoniła mi realny ogląd rzeczywistości.”

Obie z Martą doszłyśmy do wspólnego wniosku, że Marta mogła uniknąć kolejnego zawodu gdyby nie popełniła kilku bardzo podstawowych błędów. Oczywiście powyższa konstatacja nie służy samobiczowaniu, ale konstruktywnej analizie tego jaki wkład mamy w sytuację wejścia w coś co w konsekwencji okazuje się być mrzonką czy wręcz oszustwem. Po to, by uniknąć podobnych błędów w przyszłości. Na szczęście konsekwencje dla Marty nie są szczególnie dotkliwe. Poza poczuciem bycia wykorzystaną (z czym można się uporać i co więcej – nauczyć się chronić siebie w przyszłości) oraz kilkunastoma godzinami pracy (to ważne, ale są gorsze nieszczęścia) nie wydarzyło się nic, z czym poradzić sobie byłoby jeszcze trudniej.
Dlatego warto wiedzieć czego się wystrzegać, kiedy się randkuje. Także w sieci.

Nie ignoruj sygnałów z ciała

Marta powiedziała, że „w środku czuła, że ta znajomość to nic dobrego”. Ale to zignorowała. Wytłumaczyła sobie, że to naturalny niepokój przed spotkaniem z kimś, kogo się nie zna. To prawda, że sytuacja poznawania kogoś czy wyjścia na randkę jest sytuacją stresogenną i że odczuwanie napięcia czy podenerwowania jest powszechną normą.  Ale jeśli mamy dobry kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, z emocjami i z naszą intuicją potrafimy odróżnić sygnały stresu związanego z wyzwaniem od stresu, który winien być dla nas ostrzeżeniem. Co nam to utrudnia:
Dysocjacja – zgodnie z definicją to rozłączenie funkcji, które normalnie są zintegrowane.  W tym przypadku mówimy o funkcji percepcji (umiejętność zarejestrowania określonych sygnałów w ciele) i świadomości (odczytanie ich znaczenia). Marta mówiąc, że „czuła coś w środku” miała na myśli (jak się okazało podczas naszych spotkań) określone doznania: ścisk w żołądku, kołatanie serca, które to doznania słusznie połączyła z niepokojem. Osoba zdysocjowana czyli inaczej odłączona od siebie (od doznań z ciała, od emocji) lub bez kontaktu ze sobą albo nie poczułaby ucisku w żołądku albo nie połączyłaby go z niepokojem. Marta to akurat potrafiła. Wielu jednak nie potrafi. Jesteśmy odłączeni od naszych zmysłów, ciał, emocji, a przecież to obok zdrowego rozsądku jest naszym barometrem na życiowe wybory.  Wracając do Marty – Marta uchwyciła przekaz nadany przez ciało ale mu zaprzeczyła.
Zaprzeczanie – to fałszowanie obrazu rzeczywistości poprzez nieprzyjmowanie do wiadomości realnych faktów, w celu odsunięcia negatywnych myśli, uczuć czy konsekwencji, które mogłyby się z tym wiązać.

Nie rób czegoś, co jest niezgodne z Tobą

Marta poszła na spotkanie, mimo że nie miała na nie ochoty. Dlaczego? Bo obiecała. Można powiedzieć, że poddała się pewnemu mechanizmowi wywierania wpływu jakim jest reguła konsekwencji.

Reguła konsekwencji  czy też zaangażowania – mówiąca o tym, że jeżeli zaangażowałem się w coś, to będę kontynuował to działanie, ponieważ chcę być postrzegany jako osoba konsekwentna.

Ok. Ale jeśli stawką jest Twój czas, wydatek, wysiłek, komfort psychiczny, nie wspominając już np. o zdrowiu?
Reguł, które (jeśli nie jesteś ich świadomy a randkujesz w sieci) mogą działać przeciwko Tobie jest więcej. M.in.:

Reguła wzajemności – mówiąca o tym, że powinniśmy odwdzięczyć się osobie, która dostarczyła nam jakieś dobro lub też dała nam coś od siebie.

W trakcie naszych rozmów z Martą moja klientka przyznała, że powiedziała nowo poznanemu mężczyźnie gdzie dokładnie mieszka, choć nie chciała tego robić. Czuła jednak powinność, ponieważ on zrobił to jako pierwszy i bez specjalnego problemu. Też dopiero później okazało się, że podany przez niego adres nie jest prawdziwy, ale to już inna rzecz. Chodzi o to, że Marta zrobiła coś czego nie chciała, ale z powodu poddania się regule wzajemności uległa własnej presji.
Nie rób czegoś do czego nie jesteś przekonana/y. To prawda, że przekraczanie granicy własnego komfortu jest rozwojowe, ale wymaga ono świadomości własnej motywacji. Czy robisz coś, bo chcesz się czegoś nauczyć, doświadczyć czegoś nowego? Czy robisz tak, bo wypada, bo on Cię tak prosi, bo inni tak robią, bo Ci głupio/niezręcznie/wstyd odmówić?

Nie bądź naiwny/a

Marta dostrzegła wiele sygnałów, które powinny ją zastanowić: brak zdjęcia, brak danych, brak odpowiedzi, mieszanie się w zeznaniach, niechęć do mówienia o sobie, rozprawianie o sytuacji finansowej, a także unikanie bardzo popularnych miejsc, niechęć do przedstawienia Marty swoim znajomym, brak konkretnych działań przy całej masie deklaracji – to wszystko udało się Marcie przypomnieć w trakcie naszych dalszych spotkań. Mimo to Marta nie wycofała się. Przeciwnie – angażowała się dalej. Dlaczego? Po co? No oczywiście z powodu od lat niezaspokojonych potrzeb. Natomiast to co „pomogło” Marcie pewnych niepokojących symptomów nie zobaczyć (paradoksalnie – mimo, iż je dostrzegała) czy też nie potraktować ich poważnie były głównie trzy popularne mechanizmy psychologiczne: zaprzeczanie (o którym była mowa wcześniej), projekcja i racjonalizacja.

Projekcja – to mechanizm polegający na przypisywaniu innym własnych poglądów, zachowań, emocji lub cech (najczęściej negatywnych, ale nie jedynie i najczęściej tych, których jesteśmy nieświadomi, ale też nie tylko). Np. Marta uznała, że skoro ona jest uczciwa, to inni ludzie też. Można sobie wyobrazić, że mechanizm projekcji w sytuacji randkowania w sieci może być szkodliwy np. gdy przypisujemy innym własne zaangażowanie w daną relację, potrzebę bliskości itp. To że Ty tak masz nie musi oznaczać, że inni mają podobnie.

Racjonalizacja – użycie samooszukujących się usprawiedliwień nieakceptowanego zachowania lub niepowodzenia, czy też nieadekwatne wyjaśnianie przyczyn zachowania swojego lub cudzego. Oprócz tego, że Marta starała się pewnych niepokojących oznak nie widzieć (zaprzeczenie), to kiedy mechanizm zaprzeczania nie dawał już rady tak zafałszować rzeczywistości, żeby mogło być to wiarygodne – moja klientka zaczęła sobie pewne kwestie „tłumaczyć” i usprawiedliwiać działania zarówno swoje, jak i znajomego z portalu. Marta: „Kiedy na pierwszym spotkaniu czułam się źle, ponieważ on ciągle mnie o coś wypytywał, a sam niewiele mówił uznałam, że może to całkiem fajnie, że jest mnie ciekawy. W końcu nie ma nic gorszego, niż facet mówiący tylko o sobie. A kiedy obiecał mi któregoś dnia, że zabierze mnie do swoich znajomych, a jednak to odwołał i było mi przykro – pomyślałam sobie, że właściwie to zaoszczędził mi masę stresu.” Pierwszy mechanizm racjonalizacji, którego przykładem była randka w realu to tzw. „słodkie cytryny”. Polega on na „wmówieniu” sobie, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, wcale nie jest taka zła, jak się nam na początku wydawało. Innymi słowy ta cytryna wcale nie jest taka kwaśna. A może z pewnego punktu widzenia jest wręcz słodka. Z kolei sytuacja odwołania zaproszenia u znajomych ilustruje drugi podstawowy mechanizm racjonalizacji tzw. „kwaśne winogrona”. Polega na umniejszeniu wagi celu, którego nie udało nam się osiągnąć. Chcieliśmy zjeść winogrona, ale niestety nie udało się. Myślimy sobie wtedy, że te winogrona wcale nie są takie dobre i słodkie. Właściwie są wręcz kwaśne.

Mechanizmom psychologicznym poddaje się każdy z nas. Im większą mamy wiedzę na temat ich działania oraz im bardziej jesteśmy świadomi tego jak manifestują się one w naszym życiu – tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zadziałają na naszą niekorzyść. Np. podczas randkowania w sieci. Masz wpływ na to, aby było ono bezpieczne. Pewnie nawet większy, niż myślisz. Kluczem jest wiedza i znajomość siebie.

 

Mówimy różnymi językami

Na terapię zgłasza się coraz więcej par. Z różnymi trudnościami  – odmiennymi potrzebami i nieumiejętnością poradzenia sobie z tą odmiennością, zalegającymi emocjami wobec siebie, nieprzepracowanym kryzysem, wygasającymi uczuciami, kłopotami w życiu intymnym i wieloma innymi. Trudności części takich par wymagają terapii długoterminowej i pracy na pogłębionym poziomie. Natomiast spotykam w gabinecie i takie pary, których źródłem kłopotów w relacji jest brak podstawowej wiedzy na temat odmienności wynikających np. z płci i w związku m.in. z tym – nieumiejętnością odpowiedniego komunikowania się. Trudno się też temu dziwić. W naszych domach rzadko mamy okazję obserwować przykłady dobrego porozumiewania się, nie uczą nas tego w szkołach. Szkoda. Może gdyby nasi rodzice lub nauczyciele dostarczyli nam wiedzy na temat tego, że a/ kobiety i mężczyźni różnią się między sobą m.in. inaczej się porozumiewają,
b/ wspomniane różnice są oczywiście pewną generalizacją, która nie musi dotyczyć absolutnie każdej kobiety i każdego mężczyzny, chodzi jedynie o zaobserwowanie pewnej tendencji
c/ mówienie o różnicach między kobietami a mężczyznami nie ma na celu ich antagonizowania, przeciwnie – służy wzajemnemu poznaniu, zrozumieniu i ułatwieniu uzyskania porozumienia
d/ różnice wzbogacają nasz świat i nasze relacje, dzięki nim możemy się od siebie uczyć i rozwijać; może wtedy byłoby nam w relacjach łatwiej i przyjemniej. Do nikogo nie mam pretensji. Nasi rodzice nas tego nie uczą, bo wielokrotnie sami tego nie wiedzą, bo też nikt ich tego nie nauczył. Nasi nauczyciele podobnie – nie zawsze mają wiedzę, a nawet jeśli to zwykle nie mają czasu, by się nią podzielić. Tak po prostu jest. To co dziś możemy zrobić to zdobywać i poszerzać tę wiedzę na własną rękę. Mam nadzieję, że dzisiejszy artykuł się do tego przyczyni.

Jednym z propagatorów mówienia o tym, że kobiety i mężczyźni w pewnych aspektach różnią się od siebie jest John Gray – autor słynnego światowego bestselleru o moim zdaniem nie do końca jednak fortunnym tytule „Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus”. Kiedy mówię, bądź piszę o Grayu zawsze mam potrzebę dopowiedzenia, że nie podpisałabym się pod wszystkim o czym mówi. A już na pewno daleka jestem od tego, by traktować to o czym Gray pisze jako oblig czy jedynie słuszny opis damsko-męskiej rzeczywistości. Świat jest tak fantastycznie złożony, że na szczęście nie da się go opisać w jeden sposób. Są różni mężczyźni i różne kobiety. Niektórzy wpiszą się w teorie Graya niemalże w całości, inni jedynie w części albo wcale. A jeszcze inaczej może to wyglądać, gdy związek miłosny tworzy nie kobieta z mężczyzną, a kobieta z kobietą czy też mężczyzna z mężczyzną. Natomiast wiem jedno – jeśli nie traktuje się koncepcji Graya w sposób nieprzytomnie bezkrytyczny mogą powiedzieć nam dużo o nas samych i naszych partnerach. Obserwuję w swojej pracy zawodowej, że znaczna część wiedzy, jakiej dostarcza John Gray jest dla par niezwykle przydatna. Na przykład ta dotycząca różnic w używaniu języka. Gray jest zdania, że kobiety i mężczyźni używają tych samych słów, jednakże sposób w jaki ich używają nadaje im różne znaczenia. Dodatkowo jest zdania, że te same słowa budzą u kobiet i mężczyzn różne uczucia.

Jakim językiem mówią kobiety

Kobiety używają wielu wyolbrzymień, metafor, uogólnień („ty zawsze, ty nigdy, nikt mnie nie kocha, to było straszne, wbijasz mi nóż w serce, czuję że rozpadam się na kawałki”). Robią to, by wyrazić jak najpełniej swoje uczucia. Mężczyźni słowa wypowiadane przez kobiety traktują w sposób dosłowny i odpowiadają na to co mówi kobieta odwołując się bezpośrednio do samej treści. Np:

K: „Nigdy nie wychodzimy z domu”
M: „Nieprawda. Przecież wychodziliśmy w zeszłym miesiącu.”
K: „Nikt na mnie nie zwraca uwagi”
M: „Przesadzasz, że nikt. Ja np. zwracam.”

K: „Nikt mi w domu nie pomaga. Ze wszystkim jestem sama.”
M: „Przecież ci pomagam. W zeszłym tygodniu odkurzyłem cały dom.”

K: „Już mam dość tej roboty. Wszyscy mnie wykorzystują.”
M: „To odejdź. Albo nie daj się wykorzystywać.”

K: „Nic mi ostatnio nie wychodzi”
M: „Nie dramatyzuj. Jak ci nie wychodzi to zostaw.”

K: „Ty już mnie chyba nie kochasz”
M: „Gdybym cię nie kochał już dawno by mnie tu nie było”

Lub też traktują wypowiadane przez kobietę słowa bardzo osobiście. Np.:

K: „Zaraz umrę ze zmęczenia. Tylko obowiązki i obowiązki.”
M: „Wiecznie jesteś niezadowolona. Czy to moja wina, że tyle na siebie bierzesz?”

K: „Ten facet z tego filmu to był dopiero romantyczny, co?”
M: „Też byłbym romantyczny, gdybym miał 20 lat mniej albo nie miał na głowie kredytu.”

Takie reakcje mężczyzn, mimo najlepszych intencji panów tylko potęgują podłe samopoczucie kobiet. Po takiej wymianie kobieta czuje się „niesłuchana, nierozumiana, niewspierana, oceniana” – to właśnie słyszę od moich pacjentek. Dlaczego? Dla kobiety jej emocjonalne wypowiedzi są wołaniem o współczucie. Treść jest absolutnie drugorzędna. Najważniejsze są emocje, które kobieta poprzez wypowiadane słowa może uzewnętrznić. Mężczyzna tego nie wie. A ponieważ w męskim świecie raczej nie daje się do zrozumienia, tylko mówi wprost, tym bardziej mężczyźnie trudno jest odczytać tak zakamuflowany przekaz. U mężczyzny okoliczniki czasowe czy kwantyfikatory ogólne (zawsze, nigdy, nikt) znaczą dokładnie tyle ile znaczą, stąd mężczyzna polemizuje z określonymi słowami w wypowiedzi kobiety. Czasem, żeby siebie obronić („jak to nikt ci nie pomaga jak ja ci pomagam”), a czasem, żeby autentycznie kobiecie pomóc („jak to nikt cię w pracy nie lubi, jak mówiłaś, że Marysia cię lubi”). Gdyby mężczyzna miał wiedzę jaka potrzeba kobiety kryje się za wszystkimi: „nikt”, „nigdy” i „zawsze”, tudzież innymi hiperbolami i przenośniami – byłby w stanie zareagować odpowiednio. Odpowiednio – czyli jak? Z akceptacją, zrozumieniem i współczuciem. Odpowiednia reakcja mężczyzny powoduje, że kobieta czuje się słuchana (nie słyszana – dla kobiet to potężna różnica), rozumiana, akceptowana, wspierana i kochana. Żeby mężczyzna mógł zareagować właściwie (czyli tak jak potrzebuje tego jego partnerka, żeby poczuć się dobrze) konieczne jest zdobycie przez mężczyznę umiejętności odpowiedniej interpretacji komunikatów nadawanych przez kobietę. Inaczej stale będzie reagował „ze swojego” (np. z obawy, że kobiety nie zadowala, że jest przyczyną jej frustracji itp.).
Np:
Kiedy kobieta mówi „nigdy nie wychodzimy z domu” nie ma na myśli tego, że naprawdę „nigdy”. Zupełnie też nie musi kryć się za tym oskarżenie mężczyzny, choć ten bardzo często tak to właśnie czyta. Za takim komunikatem zwykle kryje się po prostu: „Mam ochotę na wspólne wyjście. Już od kilku dni/tygodni nie wychodziliśmy, a ja tak lubię spędzać z Tobą czas tylko we dwoje. Może zabierzesz mnie na kolację?”.
Kiedy kobieta mówi „nikt na mnie nie zwraca uwagi” może mieć na myśli „ Dziś mam uczucie, że nie jestem zauważana i doceniana. Wydaje mi się, że nikt mnie nie dostrzega. Ostatnio też jesteś taki zajęty. Boję się, że praca jest dla ciebie ważniejsza. Przytul mnie i powiedz, że jestem niezwykła i że mnie kochasz”.
Wypowiadane przez kobietę słowa: „nikt mnie nie słucha” można by przetłumaczyć następująco: „Boję się, że cię nudzę i już się mną nie interesujesz. Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś zwrócił na mnie szczególną uwagę. Miałam ciężki dzień i wydaje mi się, że nikt nie chce wysłuchać co mam do powiedzenia. Chciałabym, żebyś mnie posłuchał i zadał mi parę pytań np. jak ci minął dzień?, jak się czujesz? Wtedy poczuję się lepiej.”
Gdyby przetłumaczyć kobiece słowa „nic mi się nie udaje” mogłyby brzmieć następująco: „Mam dziś tyle kłopotów i ma wrażenie, że nic mi dzisiaj nie wychodzi. Poczuję się lepiej jak ci wszystko opowiem. Staram się ze wszystkich sił i tyle jeszcze do zrobienia przede mną. Przytul mnie i pochwal, doceń. To z pewnością pomoże.”
Właściwa interpretacja słów kobiety lub przynajmniej poszerzenie perspektywy o inne możliwości interpretacji poza tą, która pojawia się w głowach mężczyzn automatycznie („to mija wina”) pomaga mężczyznom zareagować odpowiednio. Czyli ze zrozumieniem, współczuciem i akceptacją uczuć kobiety. Panowie – odsuńcie dosłowne znaczenie poszczególnych słów. „Nigdy” zazwyczaj oznacza „od pewnego czasu” albo nawet „dzisiaj”. „Nikt” to przeważnie „dzisiaj tylko takich zauważam”. To nie ma specjalnego znaczenia. Kluczem jest odczytanie przekazu emocjonalnego (kobiecego rozdrażnienia, zmęczenia, zniechęcenia) oraz potrzeb jakie się za tym kryją (potrzeba odpoczynku, odmiany, uwagi, szacunku). Potem pozostaje już tylko właściwa reakcja. Jaka? Zamiast radzić („to odejdź z tej pracy”), stawać w swojej obronie („ja też mam dużo pracy”) czy też podważać kobiece uczucia („nie masz powodu, żeby się tak czuć”, „przesadzasz”) – usiądź, posłuchaj, pobądź, pogłaszcz, przytul, zapytaj o emocje, zapytaj co możesz zrobić żeby Twoja partnerka mogła poczuć się lepiej, kiwnij głową lub wydaj dźwięk świadczący o Twoim zaangażowaniu w rozmowę np. „aha”, „rozumiem” (o ile jest to autentyczne i zgodne z prawdą), powtórz to co usłyszałeś (to technika tzw. parafrazowanie: „mówisz kochanie, że jest ci ostatnio ciężko”). Gdy mężczyźni słyszą, że taka reakcja jest reakcją pożądaną zwykle są zaskoczeni. „To mam nic nie robić?” – pytają. Wtedy odpowiadam, że takie nic to dla kobiety wszystko. Wszystko czego ona potrzebuje. Kobietę zasila kontakt i zrozumienie. Tylko tyle. I aż tyle. Panowie?..

Jakim językiem mówią mężczyźni

Tak jak podstawowym zadaniem mężczyzn w komunikacji z kobietami jest zdobycie umiejętności odpowiedniej interpretacji (mniej dosłownej i mniej osobistej) oraz właściwej odpowiedzi (akceptującej, rozumiejącej i wspierającej) na wypowiadanie uczuć przez kobiety, tak podstawowym zadaniem kobiet w komunikacji z mężczyznami jest zdobycie umiejętności odpowiedniej interpretacji i właściwej odpowiedzi na męskie milczenie.
Kobiety myślą głośno – dzielą się tym co wewnątrz, pozwalają myślom płynąć swobodnie, a słowom padać niemalże bez ograniczeń. Bardzo często kobieta odkrywa o co jej chodzi właśnie dopiero, gdy mówi. Według Graya mężczyźni mają inaczej. Mężczyzna zanim zacznie mówić lub reagować najpierw w milczeniu przeżywa to co usłyszał lub czego doświadczył, następnie w ciszy kształtuje właściwą odpowiedź. Można powiedzieć, że w pierwszej kolejności formuje ją w środku i dopiero ją wypowiada. Do momentu aż mężczyzna nie dysponuje wystarczającą ilością danych może wcale nie odpowiedzieć. Bywa, że trwa to minuty, bywa że godziny albo dłużej. To dla kobiet jest nie do zniesienia. Kobieta interpretuje męskie milczenie tak jak zinterpretowałaby własne. Kobieta bowiem milknie kiedy nie chce rozmawiać, nie ufa rozmówcy lub gdy ma do powiedzenia coś bolesnego. Dlatego też gdy mężczyzna przestaje mówić kobieta czuje się ignorowana, nieważna, niekochana. Słyszy taki oto przekaz: „Nie reaguję, bo nie zależy mi na Tobie. To co mówisz jest nieważne. Nie kocham Cię. Chcę odejść.” Oczywiście słyszy zbyt wiele. Męskie milczenie oznacza według Graya jedno: „Jeszcze nie wiem co odpowiedzieć. Muszę to przemyśleć.” Żeby odpowiednio zinterpretować milczenie mężczyzny kobieta potrzebuje wiedzieć, że kobiety mówią zarówno wtedy gdy chcą przekazać i uzyskać jakąś informację, ale także aby poeksplorować i odkryć co właściwie chcą powiedzieć, również po to aby rozładować emocje, stres, napięcie, aby poczuć się pewniej oraz aby zbudować zażyłość. Gray jest zdania, że mężczyźni mówią tylko wtedy, gdy chodzi o pozyskanie czy przekazanie informacji. W pozostałych sytuacjach – milczą i potrzebują się oddalić. O swojej potrzebie mówią zazwyczaj nie wprost wysyłając w kierunku kobiety określone sygnały. Kobiety jednak odpowiadają na nie w sposób, który mężczyźni odczytują jako zdecydowanie mało pomocny.
Np.

M: „Wszystko ok.”
K: „Przecież widzę, że nie jest ok. Powiedz mi natychmiast o co chodzi.”

M: „ Nic się nie stało.”
K: „Wiem, że coś cię trapi. Wyrzuć to z siebie.”

M: „Poradzę sobie.”
K: „Ale ja mogłabym Ci pomóc. Nie musisz być z tym sam.”

Mężczyzna wypowiadając którąś z powyższych uwag oczekuje od kobiety zwykle milczącej akceptacji i przyzwolenia na to, żeby się oddalić. Można powiedzieć, że męskie „wszystko ok” jest skróconą wersją: „Wszystko ok, bo umiem sobie sam poradzić z problemami. Pomoc nie jest mi potrzebna. Jeśli chcesz mnie jakoś wesprzeć – nie martw się o mnie i zaufaj mi. Jestem zdolny sprostać temu o własnych siłach.” Pozyskując tę wiedzę na temat potrzeb mężczyzn kobieta może przestać się obawiać, że partner albo coś przed nią ukrywa albo nie czuje się przy niej bezpiecznie lub też że jej nie kocha. Nie mówimy tu o sytuacji, w której milczenie mężczyzny właśnie to oznacza, bo pewnie zdarza się i tak. Mówimy o tym, że kobiety interpretują tak zachowanie mężczyzn znacznie częściej, niż potrzeba. Nie mówimy też o tym, że czasem dobre i rozwojowe byłoby, gdyby mężczyźni nieco odpuścili z działania w pojedynkę i wsparli się na swoich kobietach np. opowiadając im choćby o tym, że mają trudny czy wymagający czas. Mówimy o tym, że dla wielu mężczyzn w wielu sytuacjach wsparciem jest okazanie mu zaufania, że da sobie radę. Nie mówimy również o tym jak reagować w sytuacji, gdy z mężczyzną dzieje się coś naprawdę niepokojącego (np. objawy depresyjne), a ten nie chce sobie pomóc w myśl zasady „dam sobie radę”. Mówimy o tym, że kobiety czasem opacznie rozumieją męskie milczenie, tendencję do wycofywania się i skrytość. Aby tych opacznie interpretowanych treści i zachowań było jak najmniej – poniżej kilka przykładów jak można odczytać je inaczej.
Np.
Kiedy mężczyzna mówi „nic się nie stało” może mieć na myśli: „Nie stało się nic z czym nie mógłbym poradzić sobie samodzielnie. Nie zadawaj mi więcej pytań na ten temat proszę.”
A gdy używa sformułowania „ wszystko w porządku” chce powiedzieć: „ Mam pewien problem, ale niech on ciebie nie obciąża. Mogę tę sprawę rozwiązać sam, tylko proszę nie zakłócaj mi spokoju sugerując co mam robić i co w tej sytuacji byłoby najlepsze. Zachowuj się normalnie, a ja sobie to wszystko poukładam.”
Mężczyzna, który mówi „to nic wielkiego” może chcieć przekazać Ci komunikat: „To nic wielkiego, bo mogę sam to załatwić. Proszę, nie zaprzątaj sobie tym głowy. I nie mówmy o tym, bo to mnie dodatkowo drażni. Chcę to wziąć na siebie. Lubię dawać sobie radę z problemami.”
Z kolei słowa „nie ma problemu” mogą oznaczać: „Nie będę miał żadnych trudności z załatwieniem tej sprawy. Z przyjemnością zrobię to dla ciebie.”
Jak widać – to co mężczyzna odbiera jako wspierające i pokrzepiające to sygnał  pt.: „Dopóki sam nie poprosisz mnie o pomoc ufam, że dajesz sobie radę”. Z kolei nierozumiany i oceniany czuje się w sytuacji, gdy kobieta:
- krytykuje jego potrzebę wyłączenia się (werbalnie – słowem, niewerbalnie – gestem, spojrzeniem, wprost i nie wprost)
- próbuje mu pomagać w rozwikłaniu problemu sugerując swoje rozwiązania
- zalewa go pytaniami dotyczącymi jego uczuć
- siedzi pod drzwiami jego „jaskini” (czyli miejsca lub czynności oddalenia) oczekując na jego wyjście
- niepokoi się o niego
- żałuje go
- współczuje mu
- lituje się nad nim
- po powrocie z „jaskini” karze go za oddalenie
W tym momencie kobiety pytają mnie (bardzo z resztą słusznie) – jak się zachowywać? W jaki sposób dać mężczyźnie przekaz pt: „ufam Ci”. Wiedzą już czego unikać. A co robić?
Coś dla siebie Drogie Panie. Coś co Was cieszy. Możecie poczytać książkę, pójść na spacer, wziąć kąpiel z pianką – możliwości jest bez liku. To właśnie daje mężczyźnie tak potrzebną przestrzeń i czas. A nam jak się przyda?! Drogie Panie?..

 

 

 

Po co nam emocje? Czyli kilka powodów, dla których warto czuć.

Hania (lat 35): „ Moim problemem jest to, że ja nic nie czuję.” – to było pierwsze zdanie, które wypowiedziała. „Mam wrażenie, że nic nie wzbudza we mnie emocji. Ostatnio moja znajoma powiedziała, że jest mi wszystko obojętne. To chyba też nie do końca prawda. Ja doświadczam po prostu  jakiejś wszechogarniającej pustki. Mam poczucie, że jestem pusta w środku. I wszystko wydaje mi się bez sensu.”

Melania (lat 33) podjęła decyzję o rozpoczęciu terapii ze względu na to, że nie wie czego w życiu chce. „Wszystko co się w moim życiu dzieje jest wynikiem okoliczności, a nie moich samodzielnych decyzji. Pracuję tu gdzie pracuję, bo koleżanka potrzebowała asystentki, no to się zgodziłam. Jestem od 6 lat w związku, ale czy jestem szczęśliwa? Za 3 miesiące biorę ślub, bo chce tego mój partner. I tak jest ze wszystkim. Mam wrażenie, że nie kieruję swoim życiem. W sylwestra przyjaciółka zapytała mnie jakie mam plany na najbliższy rok, jakie cele i postanowienia, gdzie chciałabym być za rok o tej porze. To pytanie mnie zabiło, bo uświadomiłam sobie, że ja sobie takiego nigdy nie zadaję. Skąd ludzie wierzą czego pragną?”

Odpowiedź na pytanie „czego chcemy, pragniemy, o czym marzymy i co jest dla nas ważne” kryje się w naszych sercach. A konkretniej – w naszych uczuciach. To emocje podpowiadają nam, w którym iść kierunku. Nie jest  to oczywiście jedyny obszar (albo przynajmniej nie musi, a czasem nawet nie powinien być tym jedynym), w którym szukamy odpowiedzi na najważniejsze pytania, ale zdecydowanie bez kontaktu z uczuciami tracimy podstawowy barometr na życie. Melanii trudno jest dowiedzieć się od samej siebie „co dalej” lub też „co teraz”, ponieważ nie ma dostępu do swoich uczuć. Ale Melania jeszcze tego nie wie.
Braku kontaktu z emocjami jest świadoma z kolei Hania. Hania doświadcza tego, co jest konsekwencją ograniczonego dostępu do wrażeń i przeżyć – poczucia bezsensu. I na szczęście zaczyna jej to doskwierać. Pracujemy z Hanią od kilku miesięcy. W trakcie trwania terapii moja klientka uświadomiła sobie, że z różnych – dla mnie zrozumiałych – powodów dawno temu podjęła nieświadomą decyzję, że nie będzie czuć. Oczywiście po to, żeby nie czuć bólu. Tylko, że z emocjami to jest tak, że nie da się odciąć od jednych np. lęku lub cierpienia, a w pełni odczuwać inne np. radość czy miłość. Albo otwieramy się na przeżywanie i doświadczanie albo się na to zamykamy. Na ostatnim spotkaniu Hania zapytała mnie w żartobliwy sposób – „a co ja będę z tego miała?”. Chodziło oczywiście o odczuwanie. To zainspirowało mnie do napisania paru słów o tym po co w ogóle nam uczucia.

Umożliwiają nam przetrwanie

Wyobraź sobie, że idziesz ulicą. Słyszysz za sobą nadjeżdżający z piskiem opon samochód. Odwracasz się i widzisz, że jedzie prosto na Ciebie. Co robisz? Oczywiście odsuwasz się, uciekasz. Po co? Żeby ochronić swoje życie i zdrowie. Skąd wiesz, że to sytuacja niebezpieczna i skąd wiesz co zrobić? Odczułeś atawistyczny strach. To on uchronił cię przed tragedią. Gdybyś zaczął analizować fakty pt. czy on jedzie dokładnie w moim kierunku, a może jednak mnie ominie – mogłoby być za późno. Emocje mają to do siebie, że wyprzedzają rozsądek. Po prostu umysł emocjonalny działa szybciej, niż racjonalny. Strach przed utratą życia lub zdrowia , gniew w sytuacji naruszania naszych granic, pożądanie, zakochanie i miłość, w wyniku których płodzą i rodzą się dzieci – wszystko to pozwoliło i pozwala nam przetrwać. I nam indywidualnie i nam jako gatunkowi.
Są ważnymi sygnałami

Taka sytuacja: jesteś na randce. Twój współtowarzysz odprowadza cię do domu i zaczyna całować. Odsuwasz się – dla ciebie to jeszcze za wcześnie. Ale on napiera. Czujesz narastającą wściekłość – odpychasz go, mówisz kilka niecenzuralnych słów i idziesz do domu. Wiesz, że już się z nim nie spotkasz. Gdyby nie twoja złość nic byś nie wiedziała. To dzięki niej poczułaś, że ktoś narusza twoje granice. Inny przykład – zaczynasz się z kimś spotykać. Nowo poznany partner sporo pije, zdarza mu się powiedzieć coś w taki sposób, że zaczynasz się go bać. Odczytujesz przekaz ze strony swojego ciała i już wiesz, że od tego kogoś trzeba się trzymać z daleka. Boimy się emocji, a przecież one tak wiele nam mówią – do czegoś zapraszają, przed czymś ostrzegają. To dar, z którego tak rzadko chcemy korzystać.

Mówią o naszych potrzebach, preferencjach, wartościach

Być może jesteś osobą, która gdy ma dużo na głowie – czuje się spięta i podenerwowana. A być może przeciwnie – gdy masz sporo zajęć i permanentną presję czasu przyrasta ci energii, jesteś lepiej zorganizowana i czujesz, że żyjesz. Być może jesteś osobą, która gdy ma spędzić urlop na Malediwach albo w SPA wraca z niego jeszcze bardziej zmęczona. A być może po takim urlopie czujesz się tak zregenerowana jak nigdy. Być może jesteś osobą, która wyraźnie ładuje baterie, gdy czyta/chodzi z psami na spacery/pływa/pieli ogródek etc, a być może zasila cię przyjmowanie gości/gotowanie/spędzanie czasu z dziećmi. Nasze emocje – to czy jesteśmy spokojni, rozluźnieni, doenergetyzowani, wypoczęci czy też spięci albo bez życia – sygnalizują nam jacy jesteśmy, co lubimy, czego potrzebujemy, czego chcemy, co ma dla nas wartość. Bez dostępu do emocji  jak mielibyśmy się tego dowiedzieć?
Wyznaczają nam cele i kierunek

Jeśli już znasz odpowiedź na pytania:  kim jestem?, jaki jestem?, czego chcę?, czego potrzebuję?, co lubię?, kiedy mi dobrze?, co jest dla mnie ważne? – wiesz jaki obrać kierunek na życie. Czy żyć samemu czy z kimś; czy mieć dużą rodzinę – dzieci, zwierzęta; gdzie pracować i ile; jak mieszkać; w jaki sposób spędzać weekendy i wakacje; z kim wchodzić w relacje; jak w nich funkcjonować; o co się spierać a co odpuszczać; o co walczyć a czym nie zawracać sobie głowy; jak wychowywać dzieci itp. Emocje wskażą ci drogę.
Ułatwiają a czasem wręcz umożliwiają podejmowanie decyzji

Wyobraź sobie, że masz podjąć życiową decyzję bez udziału emocji. Np. za kogo wyjść za mąż lub też którą ofertę pracy wybrać (zakładając wariant, że masz do wyboru więcej opcji, niż jedna). Analiza wszystkich nie emocjonalnych danych mogłaby pochłonąć masę czasu. Poza tym decyzja podejmowana jedynie na podstawie suchych faktów nierzadko nie sprawia nam satysfakcji, nie przynosi radości. Co z tego, że wybraliśmy ofertę najbardziej intratną, jeśli nie lubimy tego co robimy lub nie kochamy człowieka,  z którym żyjemy?
Motywują nas do działania

Gdyby nie emocje, które skłaniają nas do podjęcia, bądź utrzymania jakiegoś działania prawdopodobnie pewnych działań nigdy byśmy nie podjęli. Załóżmy: palisz papierosy, a twoje zdrowie i kondycja wołają do ciebie o wsparcie. Robisz badania, rozmawiasz z lekarzem, który z posępną miną mówi, że ”niestety nie jest najlepiej”. Zaczynasz odczuwać strach przed dalszymi konsekwencjami. Albo złość, że twój 5 letni syn biega szybciej, niż ty. Albo smutek z powodu tego co sobie zrobiłeś. Postanawiasz wziąć się za siebie – rzucić palenie i zacząć ćwiczyć. Impulsem do zmiany była emocja. Ona też będzie podtrzymywać motywację do jej utrzymania (np. nadzieja na zmianę, radość z efektów).
Budują więzi i łączą

Kiedy odczuwasz większą bliskość z ludźmi – kiedy wymieniasz się informacjami lub podajesz fakty ze swojego życia czy kiedy dzielisz się z kimś swoimi przeżyciami? Jeśli ktoś był na jakichkolwiek warsztatach lub treningach psychologicznych (które to obfitują w znaczną ilość emocji) doskonale wie jaką bliskość i więź odczuwa się z innymi uczestnikami takich doświadczeń. To właśnie emocje jakie dzielisz z innymi ludźmi wpływają na to czy nazywasz kogoś swoim przyjacielem czy po prostu znajomym. Bowiem to emocje tworzą więź i budują bliskość.
Nadają życiu smak i sens

Gdybym zapytała cię co zapamiętałeś/łaś z dzieciństwa lub ze szkoły średniej ciekawa jestem co byś odpowiedział/ła? Założę się, że wspomnienia te będą związane z emocjami: kojące wszelkie troski drożdżowe ciasto babci, entuzjastyczne wyprawy nad rzekę, przyjemnie przerażające wieczory z wywoływaniem duchów, ekscytujący pocałunek, wygrane zawody, złamane serce.. Nie pamiętamy tego, co nie wywoływało w nas emocji, bo tak naprawdę nie miało to dla nas znaczenia. Podłączenie uczuć pod określone zdarzenia czy czynności sprawia, że stają się one niezwykłe. W innym wypadku zjedzenie ciasta byłoby po prostu zaspokojeniem głodu, zawody byłyby jedynie ćwiczeniem kondycyjnym, a pocałunek mało higieniczną wymianą płynów ustrojowych. Bez emocji życie traci smak, zapach i sens. Staje się puste, płaskie i jałowe.

 

Kobiety są jak fale, mężczyźni jak sprężynki czyli słów kilka na temat potrzeb

Warsztaty dla par. Uczestnicy mają podzielić się tym jakie zachowania partnera/partnerki są dla nich szczególnie trudne.

Panie:

Alicja: „Dla mnie trudne jest to, że Wojtek nic mi nie mówi. Przychodzi z pracy, pytam go jak było, a on, że normalnie. Do szału mnie to doprowadza!”

Nastka: „Ja trudno znoszę wyjścia Bartka z kolegami. Albo jego męskie wyjazdy. Wtedy mało do mnie pisze, ja się martwię i wyobrażam sobie najgorsze scenariusze.”

Lucyna: „Mnie drażni to, że mój Iwo czasem jest taki daleki. Jakby bez kontaktu. I wtedy w nic się nie angażuje. A jak pytam czy wszystko w porządku złości się. Odpowiada pytaniem na pytanie – dlaczego miałoby być nie w porządku?..”

Marianna: „Uważam za raniące to, że moja troska jest odbierana przez Witka jak jakaś kontrola czy ingerencja. Albo jeszcze lepiej – litość. Do mnie naprawdę dotyka do żywego.”

Panowie:

Wojtek: „Trudne są dla mnie „dołki” mojej żony. Czasem wpada w nie niespodziewanie i zupełnie bez powodu. Wtedy nie wiem jak jej pomóc. Bo każda moja pomoc spotyka się z jeszcze silniejszą eskalacją emocji.”

Bartek: „To, że Nastka nie ma do mnie zaufania. Że każdy moje wyjście na piwo kończy się jej pretensjami, histeriami albo chłodem w sypialni.”

Iwo: „Ja nie znoszę, kiedy Lucyna za mną chodzi. Może to wydaje się śmieszne, ale jak tylko coś się ze mną dzieje jest jak mój cień. I pyta i drąży. Nienawidzę tego.”

Witek: „Zgadzam się z Wojtkiem. Moja narzeczona też tak ma. Jednego dnia wszystko jest ok, a innego – zmiana stanowiska o 180%. Wszystko potrafi być nie tak. Próbuję ją pocieszać, ale to nic nie daje. Ona uważa, ze jej nie rozumiem. Chyba faktycznie.”

O podobnych trudnościach, obawach czy zarzutach słyszę w gabinecie. Kobiety z reguły źle znoszą męskie milczenie, nieobecność, brak zainteresowania i uwagi z ich strony, wycofywanie się. Z kolei mężczyźni z trudem radzą sobie z kobiecymi spadkami nastrojów, ich labilnością, brakiem zaufania do mężczyzn i próbami przytrzymywania ich przy sobie czy karaniem ich, kiedy Ci potrzebują się na chwilę oddalić.

Wszystko jednak staje się prostsze, kiedy kobiety dowiadują się o mężczyznach tego, że są oni jak sprężynki. A z kolei mężczyźni zyskują wiedzę na temat kobiet, że są one jak fale. I że zachowanie ich obojga jest zupełnie naturalne. I że w żaden sposób nie ma to związku z nimi samymi i z tym, że oni lub one robią coś nie tak. A kiedy już to wiedzą mogą być spokojniejsze i spokojniejsi.

Skąd to się wzięło?

Dawno, dawno temu jedna ze starszych wiekiem i stażem terapeutek zapytała mnie czy czytałam słynny światowy bestseller pt. „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya. „Ależ skąd” – odpowiedziałam będąc przekonaną (a może powinnam powiedzieć raczej – uprzedzoną), że to amerykański poradnik w stylu – ”dam Ci receptę na to jak żyć” czy też – „przepis na szczęście w 24 punktach”. Do tego sam tytuł sugerował coś, z czym do tej pory starałam się polemizować. Mianowicie z tym, że mężczyźni i kobiety to dwa różne światy oraz że można opisać zachowania, sposób odczuwania i myślenia związanych z płcią jako pewien algorytm. Nie lubię uproszczeń i stereotypów. Uważam, że potrafią mieć bardzo bolesne konsekwencje. Obawiałam się, że książka Johna Graya je powiela. „Przeczytaj” – powiedziała znajoma terapeutka. „Zobaczysz, że pozwoli Ci ona lepiej zrozumieć i siebie i partnera oraz kobiety i mężczyzn w ogóle. I będzie Ci bardzo przydatna w pracy. Sprawdź.” – dodała. Sprawdziłam. I mimo, że nie pod wszystkim bym się podpisała i że zawsze staram się rozpoznawać w rozmówcach ich indywidualną historię i indywidualne potrzeby (a nie „podpinać” ich pod definicje czy opisy) to z niektórych Greyowskich obserwacji bardzo korzystam.
Między innymi z tego dotyczącego fal i sprężynek.

Mężczyźni są jak sprężynki:

Mężczyzna w pewnej dziedzinie żywo przypomina sprężynkę. Oddala się od partnerki na pewną odległość, a potem jednym sprężystym krokiem znów się przybliża. Kobiety często mylnie interpretują odsuwanie się mężczyzn, ponieważ gdy same tak się zachowują, czynią to z zupełnie innych przyczyn. Kobieta oddala się od partnera, jeśli przestaje mu ufać, czuje że on nie liczy się z jej uczuciami, zranił ją lub gdy zrobił coś, co ją boleśnie rozczarowało. Oczywiście mężczyzna może się odsunąć z tych samych powodów, jednak najczęściej oddala się, mimo iż partnerka nie uczyniła nic „złego”, a on nadal ją kocha i obdarza zaufaniem. Mężczyzna oddala się, aby zaspokoić swoją potrzebę niezależności, usamodzielnienia się czy zatroszczenia się o siebie. Mężczyźni oscylują bowiem pomiędzy pragnieniem głębokiego wejścia w związek i wyrwania się z niego.  Ta potrzeba jest instynktowna. Można powiedzieć, że mężczyzna będąc przez dłuższy czas blisko partnerki zatraca poniekąd swoją tożsamość. Z kolei kiedy jest w oddaleniu zaczyna odczuwać potrzebę uczucia i intymności. Jeżeli mężczyzna nie ma możliwości odsunięcia się na pewną odległość nie będzie w stanie odczuć jak silna jest jego potrzeba bliskości. Sprawą więc szczególnej wagi jest zrozumienie przez kobiety podstawowego faktu: jeżeli będą upierały się przy tym, by partner ciągle był blisko, narzucały mu się, gdy stara się odsunąć, to on ciągle będzie uciekał i unikał ich i nie nawiąże kontaktu z prawdziwą tęsknotą ani głęboką potrzebą miłości. Jednym słowem to co kobiety mogą zrobić najlepszego (dla swoich mężczyzn i swoich związków) jest „pozwolić” swojemu mężczyźnie czasem się oddalić. Po jakimś czasie sam powróci. Jest to coś, z czym kobiety mają trudność. „Ściągają” partnerów, gdy oni próbują się oddalić: chodzą za nimi, rezygnują ze wszystkich przyjemności byle tylko stale być w pobliżu swojego partnera, starają się polepszyć jego nastrój, krytykują jego potrzebę samotności, „odgrywają” rolę osoby samotnej i zranionej, zadają im pytania wzbudzające poczucie winy („jak możesz tak mnie traktować?”), proszą o zreperowanie zepsutego gniazdka etc. Lub też karzą ich za to, że się oddalili: są chłodne, odmawiają dotyku, czułości, zbliżeń, są smutne, obwiniają partnerów o swój stan, nie pozwalają się „pocieszyć” czy „udobruchać” – swoje niezadowolenie wyrażają słowem, tonem głosu, spojrzeniem. Innym pomysłem kobiet na „przytrzymanie” mężczyzny jest usilne staranie się, żeby być kobietą idealną i zadowolić partnera tak, żeby nie miał powodów, żeby się odsunąć. Tym sposobem kobieta rezygnuje całkowicie z siebie, co ma negatywne konsekwencje nie tylko dla niej samej, ale i dla związku. A co się dzieje z mężczyzną, który jest przywoływany lub karany za oddalenie? Jego naturalny cykl uczuciowy zostaje zakłócony. Mężczyzna staje się bierny, drażliwy i defensywny, niezdolny do decydowania o sobie, traci też pasje i pożądanie. Tak naprawdę mężczyzna, który nie może, bądź nie umie się oddalić nie będzie tak naprawdę blisko. Co mogą zrobić kobiety, żeby „umożliwić” mężczyźnie oddalenie? Przede wszystkim unikać wszelkich prób „ściągania” go, zaprzestać karania swojego mężczyzny oraz zrobić w tym czasie coś dla siebie. A jeśli kobieta będzie jeszcze w stanie przywitać swojego ukochanego pogodnym uśmiechem prawdopodobieństwo, że mężczyzna szybciej i chętniej będzie do nie j wracał – wzrośnie.

Kobiety są jak fale:

Kiedy kobieta wie, że jest kochana jej samopoczucie wznosi się i opada ruchem fali. Kobieta czuje się wspaniale, osiąga wierzchołek fali, lecz w chwilę potem (godzina, dzień, tydzień) jej nastrój  zmienia się i fala ulega załamaniu. Upadek jest przejściowy co oznacza, że krótko po osiągnięciu najniższego punktu humor znowu się polepsza i fala zaczyna się wznosić. Na szczycie fali kobieta czuje się przepełniona miłością. Jest szczęśliwa, radosna, wdzięczna partnerowi za to co od niego dostaje. Czuje się piękna i silna. I nagle wpada w ciemną studnię. Zaczyna poddawać się niezrozumiałym (dla innych i dla niej samej) emocjom, wsiąka w ciemność wszystkich swoich niepokojów. Czuje się niekochana, samotna i opuszczona. Przykład? Kobieta wychodzi rano do pracy. Jest w dobrym nastroju, wszystko wydaje się w porządku. Umawia się z partnerem na wspólną kolację po pracy. Przyjeżdża do umówionej restauracji. Jej samopoczucie od rana uległo drastycznej zmianie. Płacze. Wyrzuca z siebie emocje. Pojawiają się zarzuty wobec partnera. Używa słów: „nikt”, „nigdy”, „zawsze”. Sygnałami ostrzegawczymi, że kobieta „przechodzi na ciemną stronę” mogą być sformułowania typu: „nikt mnie nie rozumie”, „jest jeszcze tyle do zrobienia”, „powinieneś więcej..”, „jest mi wszystko jedno”, „rób co uważasz”, „nie wiem co robić”. Wtedy zazwyczaj partner jakoś reaguje. Od jego reakcji w dużej mierze zależy to czy kobieta poczuje się rozumiana, wsparta i kochana czy też nie. Jeśli nie – kobieta zazwyczaj zamyka się w sobie, a jej „dołek” przedłuża się. Jeśli otrzyma wsparcie – równie nieoczekiwanie jak spadek nastroju pojawi się jego wzniesienie. Jak zazwyczaj reagują mężczyźni? Przede wszystkim czują się winni temu, że kobieta źle się czuje. Mężczyźni myślą, że zmiany nastroju partnerki zależą wyłącznie od jego zachowania. Kiedy kobieta jest szczęśliwa mężczyzna czuje się dumny. Kiedy widzi jej przygnębienie sądzi, że to z jego powodu. Wtedy może zacząć bronić się i odpierać „ataki” („przecież Cię kocham”, „przecież Ci pomagam”), co w żaden sposób nie pomaga rozwiązać sytuacji. Bywa, że reaguje agresją, ponieważ wiemy, że to jedna z form obrony siebie („ty też nie zawsze tak postępujesz”, „zastanawiałaś się nad sobą?”). Innym razem mężczyzna mając najlepsze intencje stara się partnerce pomóc. Np. próbuje jej udowodnić, że nie ma żadnych powodów do tego, żeby czuła się w ten sposób („zobacz, masz szczęśliwą rodzinę, pracę, ciesz się”). Albo próbuje zbijać partnerki argumenty („nie no czasem ten twój szef cię jednak docenia”). Lub też doradza jej rozsądne rozwiązanie („może powinnaś zmienić pracę”). Zdarza się też, że ocenia partnerkę za to, że ta przeżywa gorszy moment. Bywa, że ją krytykuje czy ośmiesza („kiedy ci to przejdzie?”, „znowu chyba masz okres”). Kiedy pytam mężczyzn o to jak się czują w takiej sytuacji często wspominają o zakłopotaniu, dezorientacji i bezradności. Nie rozumieją reakcji kobiety i nie wiedzą jak jej pomóc. Otóż – ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje kobieta, której fala opada jest tłumaczenie, że jej gorszy nastrój nie ma żadnego uzasadnienia. Równie nieskuteczne jest podejmowanie przez mężczyznę prób poprawiania jej nastroju. Mechanizm działania fali jest taki, że kobieta potrzebuje osiągnąć „dno”, zanim poczuje się lepiej. Czy wręcz – żeby w ogóle mogła się poczuć lepiej. To co mężczyzna może zrobić najlepszego to okazać jej miłość, uwagę i otoczyć opieką. Mężczyzna nie musi w pełni rozumieć co się takiego stało, że partnerka tak reaguje. Nie wiem czy same kobiety to potrafią. Chodzi o to, żeby mężczyzna był i potrafił wykazać się wyrozumiałością i cierpliwością. Co może mężczyznom w tym pomóc? Po pierwsze świadomość, że fakt, iż kobieta ląduje w „dołku” nie jest w żadnym przypadku winą czy przegraną mężczyzny. Jest to związane z naturalnym cyklem uczuciowym kobiet. Po drugie dobrze aby mężczyzna zrozumiał, że jego wysiłki nie są w stanie zmienić „falowania” uczuć partnerki. Mogą jej natomiast pomóc przebrnąć przez ten trudny okres. To naprawdę dużo. Po trzecie – warto aby mężczyzna pamiętał, że niczego nie może tu przyspieszyć. Jeśli okaże partnerce miłość, cierpliwość i zrozumienie – prawdopodobnie dołki będą płytsze i krótsze, ale zupełnie kobieta się ich nie pozbędzie. Należy liczyć się z tym, że jej niepokoje będą co jakiś czas powracać. A co oznacza wykazanie się przez mężczyzn miłością, cierpliwością i zrozumieniem w praktyce? Przede wszystkim należy unikać tego, o czym była mowa wcześniej. Zdania typu „dlaczego ty się tak przejmujesz?”, „znowu przez to przechodzimy”, „ile razy będziemy się tym zajmować”, „to zrób coś, a nie tylko narzekasz”, „przecież już to ustaliliśmy”, „widzisz wszystko w czarnych barwach” etc – to gwóźdź do przysłowiowej trumny. Kobieta oczekuje od mężczyzny tego, aby ten nie komentował czy doradzał, ale po prostu był. Był i słuchał. I trzymał ją za rękę lub przytulił. Wykazał zrozumienie dla jej emocji poprzez obecność i uważność. Wielokrotnie byłam świadkiem tego, że taka postawa potrafi działać cuda. Nie zawsze natychmiast, ale mimo wszystko. Jaką korzyść może przynieść taka zmiana w zachowaniu mężczyzn? Przede wszystkim sprawi, że kobieta poczuje się bezpiecznie przechodząc przez kolejne fazy cyklu, w przeciwnym bowiem razie zacznie udawać, że jest ze wszystkiego zadowolona i będzie tłumić swoje „negatywne” uczucia. Kiedy kobieta nie może bezpiecznie pogrążyć się „w dołku” jedynym rozwiązaniem staje się dla niej unikanie intymności, bliskości, zbliżenia, seksu. Zdarza się także, że stara się stłumić swoje negatywne emocje wpadając w przeróżne kompulsje i nałogi: picie, nadmierne jedzenie, szaleńczą pracę, przesadną troskę o siebie, itp. Jednym słowem – kiedy kobieta tłumi swoje uczucia, czy to negatywne czy pozytywne – przestaje być zdolna do miłości.

Jak skorzystać z powyższej wiedzy?

Według obserwacji i doświadczeń Johna Graya mężczyźni walczą o prawo do wolności. Kobiety – prawo do niepokoju. Mężczyznom potrzeba przestrzeni, kobietom – zrozumienia. I jeśli tylko nie zafiksujecie się na tym, że każdy mężczyzna ma tak jak ci opisani przez autora czy że każda kobieta przeżywa swoje „czarne studnie” identycznie jak bohaterki książki – wiedza dotycząca kobiecych i męskich wzorców zachowań może Wam tylko pomóc. Jeśli nie potraktujecie powyższego opisu jako pewnik czy receptę na „rozgryzienie” zachowania partnerki czy partnera – skorzystacie. Kobiety w jakiś obszarach są do siebie podobne, w innych – kompletnie się różnią. Podobnie jak mężczyźni. Oprócz samej płci znaczenie dla tego kim i jacy jesteśmy mają geny, relacja z rodzicami, wszelkie doświadczenia i pewnie jeszcze wiele innych czynników w zależności od „wyznawania” określonych wartości czy koncepcji (dzień urodzenia, dieta, poprzednie wcielenia?).
Przestrzegam przed bezkrytycznym przyjmowaniem czegokolwiek – wszelkich teorii, również tych zawartych w książce Johna Graya czy tym artykule. Zachęcam do poszerzania horyzontów, pogłębiania świadomości, pełniejszego zrozumienia. A każda nowa wiedza jest w tym pomocna.

 

Ogień i woda. Introwertyk z ekstrawertykiem – czy to ma szansę się udać?

Nina (36) i Adam (39) są małżeństwem od 8 lat. Na spotkanie przychodzą w dużym kryzysie. Proszą o pierwszą konsultację oddzielnie ( z każdym z nich z osobna), choć docelowo chcą rozpocząć terapię wspólnie.

Nina: „Naszym problemem jest to, że się potwornie różnimy. Nie łączy nas chyba nic za wyjątkiem naszego dziecka. I też gdyby nie on – pewnie już byśmy się rozstali. Adam mówi, że nie chce rozstania, ale wiem, że chodzi głównie o syna. On jest świetnym ojcem i pewnie nie zniósłby rozłąki z nim. Ja się nie liczę. Różni nas naprawdę wszystko. To jak lubimy spędzać czas, gdzie lubimy jeździć na wakacje, jak wypoczywać. Dla mojego męża najlepszym wypoczynkiem jest wieczór przy dobrym filmie, kiedy jesteśmy tylko ja i on. Dla mnie to szczyt nudy. Ja bym poszła do znajomych albo chociaż do restauracji. Wakacje? Adam uwielbia wyprawy w góry, ja pojechałabym w gronie przyjaciół na jakąś wyspę. Mnie roznosi energia, ciągle bym coś robiła, gadała, zmieniała. On wiecznie milczy, a każda zmiana to dla niego koniec świata. Nie wiem czy to jest do pogodzenia. Mam wrażenie, że zupełnie się rozjechaliśmy.”

Adam: „Myślę, że kłopot leży w tym, że jesteśmy tak różni. Nina to istny ogień. Ma niespożytą energię, wszędzie jej pełno, robi 10 rzeczy naraz, ciągle o czymś mówi, coś chce zmieniać. Moja mama mówi na nią z czułością – ta Twoja włoska żona. Ja jestem inny, co moja żona często mi zarzuca. O co ma najczęściej pretensje? Że jestem gburem, że nigdy jej o nic nie zapytam, że sam nic od siebie nie powiem, że ona o mnie nic nie wie, że ciągle siedziałbym sam, że mi nie zależy, że jej nie kocham. To nieprawda. Ona po prostu nie rozumie, że tak mam. I tak miałem zawsze. Dlaczego miałbym robić coś na siłę czy wbrew sobie? Tylko pytanie czy nam się uda jakoś to poskładać?”

To prawda, że Nina i Adam różnią się między sobą. Nina to przykład typowej ekstrawertyczki. Z kolei Adam to introwertyk. Co to właściwie znaczy? Ojcem pojęć ekstra i introwersji jest Carl Gustaw Jung – szwajcarski naukowiec, psychiatra i psycholog żyjący na przełomie XIX i XX w. Jung zauważył, że ludzie różnią się między sobą w sposobie kierowania swojej uwagi (a co za tym idzie także postrzegania oraz aktywności). Ci, którzy chętniej kierują uwagę do siebie nazwał introwertykami (intro – wewnątrz, vertere – zwracać się). Tych, którzy czerpali energię z zewnątrz – ekstrawertykami (extra – zewnątrz, vertere – zwracać się).

I tak oto introwertyk:

* ładuje akumulatory w samotności
* lubi spędzać czas sam ze sobą
* wypoczywa i regeneruje się głównie w swoim towarzystwie
* preferuje spotkania jeden na jeden lub w małej grupie najbliższych przyjaciół
* nie ma dużego grona przyjaciół, za to starannie wybranych, wiernych i sprawdzonych
* nie czuje się dobrze w sytuacji nawiązywania nowych kontaktów
* częste, intensywne i powierzchowne kontakty go męczą
* przyjęcia, imprezy, bankiety i small talki to zdecydowanie nie jego bajka
* w towarzystwie stoi raczej na uboczu, przygląda się i obserwuje
* lubi spokój i ciszę
* dość szybko czuje się „przebodźcowany”
* potrzebuje czasu i przestrzeni, żeby dopuścić do siebie uczucia
* woli słuchać, niż mówić
* zadaje niewiele pytań
* jest postrzegany przez innych jako skryty, wycofany, nieśmiały
* chętnie zagłębia się w swoim świecie wewnętrznym
* jego uczucia, myśli i wrażenia są źródłem jego analiz i natchnień
* potrzebuje dystansu, by móc ponownie się zbliżyć
* preferuje bezpieczeństwo i stałość
* nie lubi zmian
* lubi planować, wszystko dokładnie przemyśleć i analizować
* nie działa impulsywnie czy pochopnie
* jest ostrożny w podejmowaniu decyzji
* nie jest mistrzem w radzeniu sobie ze stresem
* w sytuacji stresu – niewiele mówi, zamyka się w sobie, to co się dzieje analizuje w samotności (stres = „muszę stąd uciekać)
* może mieć tendencję do zamartwiania się bez wyraźnego powodu
* często bywa pesymistą
* z reguły bywa samodzielny i niezależny
* asertywność nie jest jego mocną stroną
* nie ma bardzo rozbudowanej ilości zainteresowań, ale jeśli coś go interesuje – zostaje w tej dziedzinie ekspertem
* lubi pracować sam
* dobrze czuje się w pracy spokojnej, stabilnej i przewidywalnej
* monotonne czynności go nie męczą

Z kolei ekstrawertyk:

* jest pełen energii
* ma potrzebę bycia w ciągłym ruchu
* jest aktywny
* lubi działać
* nie lubi stałości, rutyny i monotonii
* potrzebuje zróżnicowania i ciągłych zmian
* ma duże zapotrzebowanie na bodźce
* lubi, gdy wokół niego dużo się dzieje – wtedy czuje, że żyje
* brak działań i zmniejszenie tempa meczą go
* jego postawa wyraża się w sformułowaniu – jak najwięcej jak najczęściej
* ma potrzebę bycia z ludźmi – tak się regeneruje, to go napędza
* innych ludzi potrzebuje do wspólnego przeżywania
* jest postrzegany jako otwarty, towarzyski, śmiały
* ma łatwość w nawiązywaniu kontaktów
* mówi dużo i szybko
* zamaszyście gestykuluje
* lubi być w centrum uwagi
* chętnie mówi o sobie
* zadaje dużo pytań
* emocje okazuje z łatwością i w sposób entuzjastyczny
* doświadczenie i emocje przeżywa natychmiast
* ma sto pomysłów na minutę
* ma wiele zainteresowań
* szybko podejmuje decyzje
* z reguły jest urodzonym optymistą
* jest beztroski
* presja czasu i wyniku działają na niego mobilizująco
* podczas wystąpień publicznych czuje się jak ryba w wodzie
* posiada cechy przywódcze
* z reguły dobrze radzi sobie ze stresem
* w sytuacjach trudnych frustracje rozładowuje poprzez rozmawianie (stres = „muszę kogoś znaleźć)
* lubi pracę w zespole

Oczywiście tzw. „czystych typów” jest mniej, niż tzw. „typów mieszanych” czy inaczej ambiwertyków. Większość z nas stanowi jednak mieszankę cech zarówno intro, jak i ekstrawertyka, ewentualnie z przewagą któregoś z nich. Wyobraźmy sobie, że skrajna introwersja mieści się na jednym krańcu określonego wymiaru, a skrajna ekstrawersja – na drugim. Pomiędzy nimi jest cała masa możliwości. Przykład Niny i Adama jest dość skrajny. Nina rzeczywiście wykazuje znaczącą większość cech ekstrawertyczki, a Adam introwertyka. A Ty jak myślisz – gdzie na takiej wyobrażonej skali, będącą powiedzmy linią ciągłą mieścisz się Ty? A gdzie Twój partner, jeśli jesteś aktualnie w związku? Z tą introwersją i ekstrawersją jest z reguły tak, że albo dobieramy się na zasadzie podobieństw (ekstrawertyk łączy się z ekstrawertykiem) lub, co nietrudno przewidzieć – na podstawie różnic. Dodatkowo w relacjach często uaktywniają się jeszcze bardziej biegunowe tendencje. Tak jak właśnie Nina z Adamem. W kwestii podobieństw chodzi oczywiście o to, że to co podobne zbliża i jest bezpieczne. Z kolei różnice bywają dla wielu atrakcyjne, fascynujące. Już na wspólnym spotkaniu zarówno Nina, jak i Adam przyznali, że początkowo zainteresowali się sobą właśnie ze względu na to jak różnili się między sobą. Nina: „W Adamie zaintrygowała mnie jego niedostępność i jakaś taka tajemnica. Mówił niewiele, tylko tak wymownie na mnie patrzył. Strasznie mnie to kręciło. No i jak w końcu coś powiedział – to było coś. Nie jakieś tam peplanie. A potem okazało się, że Adam jest też po prostu dobrym i porządnym człowiekiem, w którym mogę znaleźć oparcie i bezpieczeństwo, któremu mogę zaufać, z którym mogę założyć rodzinę. No i to się akurat sprawdziło.” Adam: „Mnie zafascynowała Niny energia. Niespożyta! Było i jest w niej tyle życia, radości, pasji. Zadurzyłem się w niej bez pamięci.” Nasuwa się pytanie – to co się takiego stało, że po tych prawie 10 latach razem Nina i Adam znaleźli się w tym miejscu? Tak to już z tymi różnicami bywa. To co inspirujące na początku, po latach staje się źródłem nieporozumień. Szczególnie, jeśli ma się do owych różnic stosunek nieodpowiedni – czyli wartościujący. Widać to u Niny i Adama. Podczas spotkań Nina wielokrotnie używała wobec Adama określeń, że jest „nudny, nieprzebojowy, niedzisiejszy, apatyczny, gburowaty, nieprzystępny”. Adam nie pozostawał Ninie dłużny. Mówił, że „nie umie usiedzieć na miejscu, musi przeglądać się w oczach innych”, nazywał ją „latawicą, histeryczką, a nawet wariatką”, twierdził, że jest „zachłanna i nienasycona” i z „wiecznymi pretensjami”. Trudno budować w taki sposób bliskość. A co można zrobić, żeby różnice – ewidentne i z pewnością wymagające nie musiały stanowić kości niezgody?

Kilka sugestii dla ekstrawertyka:

* Nazwij różnice
Ważna jest świadomość różnic. Wiele par bojąc się tego jak wiele ich różni uciekają przed ich dostrzeżeniem. Ale to bardzo krótkowzroczna strategia. Jeśli o czymś nie mówicie wcale nie oznacza, że to nie istnieje. Staw różnicom czoła. Najpierw poprzez ich nazwanie.
* Nie oceniaj. Przewartościuj.
Różnice same w sobie nie są ani dobre ani złe. One po prostu są. To Wy nadajecie im określoną interpretację pt. „dobrze, że się różnimy” czy „źle, że się różnimy”. Wszystko ma swoje plusy i minusy – różnice między ludźmi także. Różnicie się i to jest trudne. Jednocześnie to jest ciekawe. Zobacz obie strony tego medalu. Nie wartościuj też różnic pt. „on ma inaczej to znaczy gorzej”. A kto powiedział, że regenerowanie się wśród ludzi jest lepsze od tego w samotności?
* Różnice – cecha wrodzona
Pamiętaj, że temperament czy niektóre z cech osobowości są wrodzone i niezmienne. Nie zakładaj więc złych intencji partnera („on nie chce się zmienić”, „on mi robi na złość”, „jemu nie zależy”) i uznaj, że masz ograniczone możliwości wpływu na zmianę.
* Akceptacja
Nie możesz zmienić drugiego człowieka tylko dlatego, że tego chcesz. Pozostaje pytanie – czy jesteś w stanie zaakceptować to, że jest inny?
* Ucz się
Różnice stanowią dla związku wyzwanie, jednocześnie są fenomenalną okazją do rozwoju. Gdybyście byli bardzo podobni niewiele moglibyście się od siebie nauczyć. A tak? Może Twój partner zainspiruje Cię np. do tego, żeby częściej zwalniać? Może w jakiś sposób ochroni Cie przed „zatraceniem” w relacjach? Czego jeszcze możesz nauczyć się żyjąc u boku introwertyka? Cierpliwości, wyłapywania subtelnych sygnałów, zaufania, reagowania z wyczuciem.. Mimo, iż ekstrawertyzm jest w dużej mierze cechą wrodzoną nie oznacza to, że żadna zmiana nie jest możliwa.
* Kompromisy
Tak jak Ty oczekujesz od partnera, że on raz na jakiś czas wyjdzie z Tobą potańczyć, tak on też ma pewne potrzeby. Np. że kiedyś mu odpuścisz i nie będziesz miała pretensji, że z Tobą nie idzie. Albo wyjdziesz z nim bez zbędnej złości z przyjęcia o 22, bo wiesz, że dla niego to żadna frajda być tam dłużej. Kompromisy? Raczej życzliwe poświęcenie albo lepiej – podarunek.
* Unikaj interpretacji
Nie oceniaj zachowań partnera stosując własne kryteria. To, że on siedzi cicho wcale nie oznacza, że się nudzi, czymś martwi lub już Cię nie kocha. Tak lubi. To, że nie jest specjalnie rozmowny przez telefon nie musi świadczyć, że nie chce rozmawiać Z TOBĄ. On po prostu nie przepada za rozmowami przy pomocy telefonu. Jeśli chce pobyć sam ze sobą nie oznacza, że mu przy Tobie źle. On to robi nie z Twojego powodu, ale ze swojego – tego potrzebuje, to mu zapewnia poczucie bezpieczeństwa, to pozwala mu ponownie się zbliżyć. Akceptacja jego potrzeby dystansu z pewnością zostanie doceniona.
* Zalety
Kiedy jesteśmy już różnicami zmęczeni oceniamy je tylko negatywnie – jako wady partnera. Zapominasz już, że kiedyś fakt że był małomówny oznaczało, że jest tajemniczy? Lub też, że obok tego co stanowi źródło nieporozumień Twój introwertywny partner jest godny zaufania, wierny, oddany, delikatny, akceptujący, mało krytyczny, stanowi dla Ciebie oparcie, daje Ci swobodę działania, nie rzuca słów na wiatr, traktuje swoje wybory (w tym wybór Ciebie) poważnie. Na pewno nie wspomniałam o wszystkim.

Kilka sugestii dla introwertyka:

* Nazwij różnice
Ważna jest świadomość różnic. Wiele par bojąc się tego jak wiele ich różni uciekają przed ich dostrzeżeniem. Ale to bardzo krótkowzroczna strategia. Jeśli o czymś nie mówicie wcale nie oznacza, że to nie istnieje. Staw różnicom czoła. Najpierw poprzez ich nazwanie.
* Nie oceniaj. Przewartościuj.
Różnice same w sobie nie są ani dobre ani złe. One po prostu są. To Wy nadajecie im określoną interpretację pt. „dobrze, że się różnimy” czy „źle, że się różnimy”. Wszystko ma swoje plusy i minusy – różnice między ludźmi także. Różnicie się i to jest trudne. Jednocześnie to jest ciekawe. Zobacz obie strony tego medalu. Nie wartościuj też różnic pt. „on ma inaczej to znaczy gorzej”. A kto powiedział, że regenerowanie się w samotności jest lepsze od tego wśród ludzi?
* Różnice – cecha wrodzona
Pamiętaj, że temperament czy niektóre z cech osobowości są wrodzone i niezmienne. Nie zakładaj więc złych intencji partnera („on nie chce się zmienić”, „on mi robi na złość”, „jemu nie zależy”) i uznaj, że masz ograniczone możliwości wpływu na zmianę.
* Akceptacja
Nie możesz zmienić drugiego człowieka tylko dlatego, że tego chcesz. Pozostaje pytanie – czy jesteś w stanie zaakceptować to, że jest inny?
* Ucz się
Różnice stanowią dla związku wyzwanie, jednocześnie są fenomenalną okazją do rozwoju. Gdybyście byli bardzo podobni niewiele moglibyście się od siebie nauczyć. A tak? Może Twój partner zainspiruje Cię np. do tego, żeby bardziej się otworzyć? Może w jakiś sposób ochroni Cię przed izolacją? Czego jeszcze możesz nauczyć się żyjąc u boku ekstrawertyka? Mówienia wprost, wyrażania emocji, sztuki rozmawiania, konfrontowania się, wspierania się poprzez rozmowę?.. Mimo, iż introwertyzm jest w dużej mierze cechą wrodzoną nie oznacza to, że żadna zmiana nie jest możliwa.
* Kompromisy
Tak jak Ty oczekujesz od partnera, że zaakceptuje to, że raz na jakiś czas potrzebujesz pobyć tylko sam ze sobą, tak on też ma pewne potrzeby. Np. że zabierzesz go czasem do restauracji. Kompromisy? Raczej życzliwe poświęcenie albo lepiej – podarunek.
* Unikaj interpretacji
Nie oceniaj zachowań partnera stosując własne kryteria. To, że Twój partner dość wylewnie okazuje emocje nie tylko Tobie, ale i innym nie musi oznaczać, że inni są dla niego tak samo ważni. A jego pytania wprost nie muszą być wyrazem ingerencji czy nadzoru.
* Zalety
Kiedy jesteśmy już różnicami zmęczeni oceniamy je tylko negatywnie – jako wady partnera. Zapominasz już, że kiedyś fakt że ona tańczyła do rana był podniecający? Lub też, że obok tego co stanowi źródło nieporozumień Twój ekstrawertywny partner wnosi do Twojego domu życie, emocje, że jest autentyczny, naturalny, swobodny, spontaniczny? Na pewno nie wspomniałam o wszystkim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O uważności. Także w święta.

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. To siłą rzeczy zaprasza moich pacjentów do wspominania i rozważania – jak było kiedyś, gdy byli dziećmi, jak jest teraz, kiedy są już dorośli.

Anna: „Teraz nie ma już tej magii. Niby we wszystkich witrynach sklepów choinki, bombki; we wszystkich rozgłośniach radiowych świąteczna muzyka; ale jakoś nie czuje się tych świąt. Może przez ten dobrobyt, że pomarańcze i czekoladę możemy jeść codziennie; może przez ten pośpiech; może po prostu dlatego, że nie jest się już dzieckiem. Dzieci wszystko przeżywają inaczej.”

Marta: „Nie lubię świąt. Wszyscy naokoło składają sobie życzenia wesołych i spokojnych świąt, a dla mnie one ani wesołe ani spokojne. Dla mnie to czas pośpiechu, stresu i wytężonej pracy, której nie znoszę – sprzątania i gotowania. Co roku organizuję Wigilię ja, bo mam najlepsze warunki. Nie twierdzę, że jestem ze wszystkim sama, ale przy tak licznej rodzinie naprawdę jest co robić. Po takich świętach jestem spragniona urlopu, którego już nie mam, bo wykorzystuję go na przygotowania do świąt. Mogłoby być już po świętach..”

Kamil: „Święta kojarzą mi się z napięciem. Kiedyś mojej matki, dziś mojej żony. Obie wpadają wtedy w jakiś szał przygotowań. To co moim zdaniem mogłoby być miłe staje się jakimś koszmarem.”

Pośpiech, stres, napięcie – tak większość z nas żyje na co dzień. W ciągłym biegu, od zadania do zadania, bez  chwili na zatrzymanie i oddech – w ten sposób przepływamy przez życie tak naprawdę nieprzytomnie i niechlujnie, nie doświadczając i nie będąc w pełni obecni. Wydawałoby się, że okres świąt może być tym czasem, kiedy zwalniamy i możemy ze sobą pobyć. Ze sobą samym i z innymi bliskimi. Ale kiedy rozglądam się wokół niewiele jest osób, które z tej okazji korzystają. Wiem jaka jest rzeczywistość i czego od nas wymaga, w końcu nie żyję na księżycu i też się z nią zmagam. Ale jestem przekonana, że największe oczekiwania mamy wobec siebie my sami. A gdyby tak tegoroczne święta uczynić naprawdę świątecznymi? I to nie przez choinkę do nieba, ociekające światełkami okna, stosy prezentów czy kilogramy potraw, ale przez prawdziwe, głębokie doświadczenie świąt. Jest ono możliwe tylko wtedy, kiedy pozwolimy sobie się zatrzymać. Nie chodzi tu o zatrzymanie dosłowne, choć też. Zatrzymanie ciała pomaga zatrzymać też umysł, który ciągle skacze, wraca do przeszłości i wybiega w przyszłość, zamiast po prostu być – być „tu i teraz”. Zatrzymanie na chwilę ciała i umysłu jest warunkiem koniecznym do tego, żeby umożliwić sobie głębokie przeżycie jakiegoś doświadczenia. Drugim niezbędnym warunkiem jest umiejętność obejmowania uwagą tego co się dzieje – w naszym świecie wewnętrznym (czyli ciele, myślach, emocjach) oraz naokoło nas. Chodzi o bycie w chwili obecnej z pełnym zaangażowaniem, o objęcie tego momentu pełną świadomością, o zanurzenie w danym doświadczeniu. Najlepiej bez oceniania („to wszystko przebiega nie tak”), porównywania („kiedyś to były święta..”), analizowania („czy gdybym miała swoja rodzinę byłoby inaczej?”), modyfikowania („trzeba to zorganizować inaczej”), korzystania ze schematów („na święta powinno być ciasto własnej roboty”), bez obaw, bez oczekiwań, bez nakładania projekcji, itp. Pozostawanie w danym momencie z ciekawością – tylko i aż tyle. Gdyby zechcieć w taki sposób wejść w tegoroczne święta mogłoby się okazać, że nabiorą one absolutnie nowego znaczenia i smaku. I to tylko dzięki Twojej uwadze. Bycie uważnym można i warto trenować. Święta są do tego fantastyczną okazją, bo niosą ze sobą całą masę doznań zmysłowych. Ale tak naprawdę każdy moment jest odpowiedni.

Jak praktykować uważność na co dzień i w święta:

* Zwalniaj, zatrzymuj się, bądź
Od czasu do czasu pozwól sobie na bycie, po prostu. Bez pośpiechu, bez celu, bez presji, bez oczekiwań, beż dążeń.
* Obejmij świadomością swój oddech
Oddech jest najlepszym pomostem łączącym Cię z chwilą obecną. Jeśli masz trudność z „wychodzeniem ze swojej głowy” i byciem „tu i teraz”, gdy jesteś rozporoszony/a – oddech może być pomocnym narzędziem do zakotwiczenia Cię w chwili, która trwa.
* Zmysłuj
Daj sobie naprawdę poczuć i przeżyć – to co jesz, co słyszysz, na co patrzysz.
* Jedz uważnie
Czyli przede wszystkim wolniej. Zamiast połykać jedzenie bez świadomości nie tylko co jesz, ale że w ogóle jesz – powąchaj to co masz na talerzu, przypatrz się, delektuj się każdym kęsem. Zrób ze zwykłego obiadu małe święto.
* Uważnie słuchaj muzyki
Usiądź. Nie słuchaj muzyki tylko przy okazji innych czynności. Wsłuchaj się w niuanse. Rozsmakuj się.
* Obejmij świadomością swoje ciało
Zwracaj uwagę na doznania płynące z ciała. Gdzie czujesz napięcie? Gdzie jest rozluźnione? Co czujesz w ciele podczas radości, lęku, smutku? Czego ciału potrzeba?
* Poruszaj się uważnie
Chodzisz na spacery, pływasz, biegasz? Rób to z najwyższą uwagą. Bądź świadomy każdego stąpnięcia czy wymachu. Poczuj pracę swoich mięśni. Przyjrzyj się oddechowi. Praktykujący uważność nazywają tę technikę medytacją w ruchu.
* Skoncentruj się na jednej czynności
Każda najdrobniejsza czynność może być treningiem uważności. Z każdego, nawet banalnego działania możesz uczynić coś wyjątkowego. Jeśli tylko zechcesz objąć je uwagą – zmywanie naczyń, obieranie ziemniaków, poranne mycie zębów może przerodzić się w spektakl rozgrywający się przed twoimi oczami.
* Bądź świadomie obecny/a w relacjach
Spójrz na swojego rozmówcę, jakbyś patrzył na niego po raz pierwszy. Przyjrzyj się mu dokładnie. Usłysz co mówi. Zaciekaw się tym. Wsłuchaj się w to z pełnym zaangażowaniem. Nie oceniaj, nie interpretuj. Bądź skupiony i rozluźniony jednocześnie. Przyglądaj się temu co się wydarza.
*  Celebruj momenty
Łap chwile. Jak? Zauważ, doceń, uciesz się, zachwyć. Zaangażuj uwagę tam, co do tej pory pomijałeś/łaś, co wydawało Ci się oczywiste lub bez znaczenia – bawiące się dzieci, kształt chmur na niebie czy kropel deszczu na szybie, wspólne śniadanie z rodziną. Obejrzyj zwykłą codzienność świeżym okiem i umysłem.
* Wyłącz autopilota
Zrób coś inaczej, niż zwykle – idź do pracy inną drogą, wykonuj poranne rytuały w odmiennej kolejności. W ten sposób będąc niejako „zmuszonym” do podłączenia uwagi odzyskasz chwilę obecną.

* Umów się ze sobą na hasło, które przypomni Ci o uważności
Powiedzmy za każdym razem, gdy napotkasz kolor zielony włączysz bycie uważnym, o ile akurat byłeś gdzieś rozproszony i nieobecny w tym co „tu i teraz”. Albo, gdy usłyszysz określone słowo. Ty wiesz najlepiej co wybrać.
* Trenuj uważność w niesprzyjających warunkach
W korkach, kolejkach, gdy jest głośno. Pozornie to warunki niekorzystne, tak naprawdę każda chwila jest odpowiednia, a im dla Ciebie trudniejsza, tym lepsza na praktykę.
* Przeczytaj książki: „Życie piękna katastrofa” i „Gdziekolwiek jesteś bądź”, „Praktyka uważności dla początkujących” Jon Kabat Zinna oraz „Każdy krok niesie pokój” i „Cud uważności” Thich Nhat Hanha.
* Możesz wziąć udział w treningu uważności na specjalistycznych kursach prowadzonych przez wykwalifikowanych nauczycieli metody Mindfulness (uważność, uważna obecność).

Korzyści z praktykowania uważności:

Wzrasta nasza świadomość siebie
Zyskujemy głęboki kontakt ze sobą
Zyskujemy wgląd w nasze emocje, pragnienia, potrzeby
Wzrasta nasza umiejętność radzenia sobie z emocjami (lękiem, złością)
Mamy lepszy kontakt z naszym ciałem
Wzrasta akceptacja siebie i innych
Mamy lepszy kontakt z innymi
Zyskujemy dobroczynną perspektywę drugiego człowieka
Pogłębia się nasza empatia, współczucie, życzliwość wobec drugiego człowieka
Wzrasta w nas poczucie przyjemności i radości czerpanych z kontaktu  drugim człowiekiem
Poprawia się jakość naszych relacji – pojawia się efekt świeżości, a także otwartość, zaufanie, wzajemność, autentyzm, partner czuje się widziany i akceptowany w swej różnorodności
Wzrasta umiejętność radzenia sobie z trudnościami
Wzrasta umiejętność reagowania mniej emocjonalnie
Zyskujemy inną perspektywę różnych spraw np. mamy mniej osobisty stosunek do błahostek
Umożliwia wyjście z rożnych (czasem szkodliwych) automatyzmów i rutyny (także w relacjach)
Pogłębia się nasza elastyczność
Redukuje stres
Sprzyja relaksacji
Wzrasta umiejętność radzenia sobie z chorobą
Redukuje ból

Uogólniając – wzrasta nasza jakość życia. Można powiedzieć, że bycie uważnym sprawia, że my się do tego życia tak naprawdę budzimy. To tak jakbyśmy nagle otworzyli oczy, uszy, dłonie, serca i … dzieją się cuda..

Życzę Wam i Sobie Świąt w pełni uważnych. I pełnych cudów.

 

 

Czy mój partner ma już problem? O nowoczesnych uzależnieniach.

Maja i Staszek. Przyczyna nieporozumień? Według Staszka to sposób życia, a dokładniej mówiąc -  jedzenia Mai. Staszek: „Maja zdrowo się odżywia. No i fajnie, gdyby nie to, że poza zdrowym odżywianiem nic dla niej nie istnieje. Ona spędza na przygotowywaniu posiłków kilka godzin w ciągu dnia. Najpierw rozpisuje sobie dietę. Potem robi zakupy co trwa wieczność, bo każdą rzecz kupuje w innym miejscu. Jajka na ryneczku od prawdziwego chłopa, warzywa w ekologicznym sklepie, itd. Potem gotuje. Nic nie możemy razem zrobić. Do restauracji nie wychodzimy, bo w końcu nie wiadomo co tam podają. Jak idziemy na kolację do znajomych Majka wyjmuje swoje pudełka z jedzeniem. Czasem mam ochotę ze wstydu zapaść się po ziemię. Nie uważa Pani, że to chore?” Majka jest zaskoczona, że można mieć do niej pretensje o to, że zdrowo się odżywia i zdrowo żyje. „Mieć o to zarzuty to jest dopiero chore!” – mówi. „Rozwiedli się, bo ona zdrowo jadła!” – ironizuje.

Marianna i Oskar. Przyczyna nieporozumień? Według Marianny to „kochanka męża”, jak zwykła nazywać siłownię. Marianna: „Cieszę się, że Oskar dba o swój wygląd. Imponuje mi też, że mój chłopak jest silny i dobrze zbudowany. Ale moim zdaniem Oskar przesadza. Po pierwsze spędza w siłowni długie godziny każdego dnia. W tygodniu nie mamy dla siebie czasu w ogóle. Rzadko gdzieś jeździmy, bo tam nie ma takiego sprzętu lub nie daj Boże – w ogóle nie ma siłowni. No ale do tego już przywykłam. Zaniepokoiłam się na dobre ostatnio. Kilka miesięcy temu Oskar leżał tydzień w szpitalu. Zachowywał się tam jak lew w klatce, bo nie mógł ćwiczyć. Raz był spanikowany, raz agresywny. Ciągle patrzył w lustro i wrzeszczał, że chudnie. Po wyjściu, mimo że lekarz zabronił mu intensywnych treningów jeszcze przez dwa tygodnie on chciał nadrobić zaległości, więc ćwiczył dwa razy tyle. Boję się o niego. Chcę mieć dziecko, ale po pierwsze nie wiem czy on czegoś nie bierze, a po drugie – nie chcę go wychowywać sama. A tak by to wyglądało, biorąc pod uwagę styl życia Oskara.” Oskar: „Chcę się podobać sobie i swojej kobiecie. Uważam, że to podstawa. Nie wiem w czym jest problem.”

Monika i Aleks: Przyczyna nieporozumień? Według Moniki, to fakt, że Aleks się jej czepia i nastawia innych przeciwko niej. Monika: „Cały czas marudzi. Chodzi o solarium. Aleks uważa, że przesadzam z opalenizną. Że chodzenie do solarium codziennie to choroba. Już się do tego gadania przyzwyczaiłam, ale ostatnio rozmawiał na ten temat z rodzicami i moją przyjaciółką. Ona to się specjalnie nie przejęła, bo sama lubi się opalać. Ale rodzice zrobili aferę, szczególnie matka. Zaczęła szaleć, że dostanę raka, że to jest niezdrowe i że źle wygląda. Z tym, że to źle wygląda absolutnie się nie zgodzę, bo to blada skóra wygląda okropnie – mizernie, nijak i grubo. A w kwestii zdrowia  uważam, że niewiele rzeczy jest zdrowe. Życie jest niezdrowe. Nic nie można jeść, nic pić, bo wszystko szkodzi. To co to za życie? Wolę żyć krócej, ale ładnie wyglądać, niż przeżyć całe życie nie mogąc patrzeć się na siebie w lustrze.”

Czy sposób życia Mai, Oskara i Moniki to już problem? Dla ich partnerów tak. Ale dla nich samych, przynajmniej w deklaracjach – nie. A jednak. Obsesyjna dbałość o zdrowie, muskulaturę czy opaleniznę nosi znamiona uzależnienia. W dbałości nie ma nic złego – przeciwnie. Ale obsesja niesie ze sobą poważne konsekwencje. Ona nie tylko wyznacza kierunek naszych myśli i działań, ale wpływa także na nasze zdrowie, emocje i relacje. Wpływa często niekorzystnie. Jeśli dostrzegając negatywne konsekwencje naszych działań potrafimy ich bez większego żalu zaprzestać – wszystko w porządku. Jeśli mimo strat jakie przynosi nam nasz sposób funkcjonowania nie potrafimy z niego zrezygnować lub to uruchamia w nas silne emocje – możemy już mówić o uzależnieniu. Uzależnić potrafi niemalże wszystko, nie tylko narkotyki, papierosy, alkohol czy leki. Do istnienia uzależnień typu: hazard, zakupy, pornografia, seks też już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Mamy świadomość, że istnieją i mniej więcej wiemy na czym polegają. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że wraz z rozwojem technologii czy panującymi aktualnie trendami modowymi – przyrasta kolejnych uzależnień. Jednym z nich jest ortoreksja (Majka), bigoreksja (Oskar), czy tanorekasja (Monika).

Ortoreksja

Nazwa pochodzi od słów orto (łac) – prawidłowy i oreksis – apetyt. W skrócie można powiedzieć, że ortoreksja to obsesyjna dbałość o zdrowe odżywianie. Ktoś mógłby zapytać „a cóż złego jest w zdrowym odżywianiu?”. Zupełnie nic o ile nie przybiera ono znamion obsesji. Wyobraźmy sobie kogoś, dla kogo zdrowe odżywianie jest centrum wszystkiego – dnia, działań, myślenia, emocji. Ortorektyk całe dnie potrafi spędzić na przygotowywaniu jedzenia. Najpierw poświęca czas na skrupulatne zakupy w sklepach ekologicznych. Pobliski market nie wchodzi w grę. Następnie kilka godzin gotuje. Jeśli akurat nie je czy też nie kucharzy – zaczytuje się w nowych dietach czy wartościach odżywczych określonych produktów, przegrzebuje internet w poszukiwaniu bionowości lub myśli o tym co przyrządzi jutro. Spożywanie posiłków jest celebracją, które wymaga określonej oprawy i warunków. Ortorektyk każdy kęs potrafi przeżuwać kilkadziesiąt razy. W końcu to zdrowo. Ortorektycy tak bardzo obawiają się jedzenia, które mogłoby im zaszkodzić, że nie zjedzą niczego czego sami nie przyrządzili. W wersji lżejszej wypytują w restauracji czy też gospodarzy o zawarte w sałatce składniki.  W postaci zaawansowanej ortorektyk nie jada poza domem, unika wszelkich spotkań czy wyjazdów (również zawodowych), gdzie nie mógłby jeść tego, co sam przyrządzi. W ten sposób nie naraża się też na komentarze niezrozumienia czy naciski na zmianę przyzwyczajeń. W skrajnej postaci ortorektyk jada sam. Zdrowe odżywianie powinno zapewniać nam zdrowie, dodawać energii i witalności, służyć dobremu samopoczuciu, pozytywnie wpływać na jakość naszego życia i naszych relacji. Ortorektykowi często wiele brakuje do miana bycia okazem zdrowia. Ortorektyk bywa niedożywiony i osłabiony. Miewa bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, nudności. Nierzadko dopada go spadek odporności, anemia, osteoporoza, choroby serca, uszkodzenia pracy narządów. Ortorektycy narzekają na huśtawki nastrojów, objawy depresyjne, kłopoty z pamięcią czy koncentracją uwagi. Gdybyśmy nie mieli do czynienia z uzależnieniem – osoba chcąca się zdrowo odżywiać wprowadziłaby do diety takie zmiany, które pomogłyby jej przywrócić zdrowie. Ortorektyk mimo kosztów zdrowotnych nie chce niczego zmieniać. Wręcz reaguje niepokojem na myśl, że miałby zrezygnować z tego jak funkcjonuje obecnie. Obok strat zdrowotnych są i inne: cierpi na na tym praca, życie rodzinne i towarzyskie, finanse. Tak naprawdę ortorektycy pod przykrywką poczucia dumy i wyższości, że tak zdrowo żyją bardzo często czują się samotni, wyobcowany, dziwni. I gdzieś bardzo w głębi serca zazdroszczą tym, którzy mogą żyć „normalnie”.

Bigoreksja

Big – czyli duży. Duże i idealnie uformowane mają być przede wszystkim bicepsy, a także pozostałe mięśnie (brzucha, nóg). Tak jak anorektyczka dąży do bycia coraz chudszą, tak bigorektyk do tego, by być jeszcze bardziej umięśnionym. Oboje są obsesyjnie skoncentrowani na swoim wyglądzie. To bardzo podobne zaburzenia. Anorektyczka sterczy całe dnie przed lustrem, żeby porównać siebie sprzed tygodnia i sprawdzić czy aby nie przytyła. Bigorektyk to samo, tyle że jego analiza dotyczy wielkości muskulatury. Anorektyczka dąży do osiągnięcia ideału sylwetki, bigorektyk podobnie, tyle że ideał (dodajmy że nie do osiągnięcia, bo oboje nie potrafią wytyczyć granicy, do której chcieliby dojść) jest inaczej postrzegany. I anorektyczka i bigorektyk nie akceptują swojego wyglądu (szerzej i głębiej – siebie). Oboje wprowadzają działania, które mają służyć osiągnięciu wybranego celu, a działania te są często bardzo wyniszczające (restrykcyjne diety, korzystanie z niebezpiecznych suplementów czy sterydów, wielogodzinne ćwiczenia). Oboje mimo wielu wyrzeczeń są bardzo krytyczni wobec efektów. Gdy te ich nie satysfakcjonują – przeżywają silne emocje (niepokój, złość) i biją w siebie. U osób uzależnionych zaburzone są procesy poznawcze i realny ogląd rzeczywistości. Stąd anorektyczka naprawdę widzi w lustrze grubasa, a bigorektyk chuderlaka. Dla bigorektyka siłownia i budowanie muskulatury to nie jedynie zamiłowanie – to konieczność, bez której nie może się obejść. Gdyby było inaczej bigorektyk zrezygnowałby z czegoś co mu szkodzi, przynajmniej w takiej ilości. Nie robi tego, mimo licznych strat. m.in zdrowotnych, finansowych, zawodowych, emocjonalnych, relacyjnych, o duchowych nie wspominając. Bigorektycy mają kłopoty z potencją i płodnością (konsekwencja zażywania sterydów), niedoborem witamin (dieta wysokobiałkowa), uszkodzeniem organów (nerek, wątroby, serca). Dieta i intensywne ćwiczenia doprowadzają do obciążenia układu pokarmowego, zmian miażdżycowych, zawałów serca, udarów mózgu, nowotworów. Tak jak anoreksja – zaawansowana bigoreksja może być chorobą śmiertelną. Bigorektycy są nadpobudliwi, agresywni, mają kłopoty z koncentracją uwagi i kontrolą emocji. Często czują się wyizolowani, ponieważ tyle czasu poświęcają na dietę i ćwiczenia, że nie mają już czasu na cokolwiek innego np. relacje. Tematem tabu wśród bigorektyków jest depresja, a nawet śmierć samobójcza.

Tanoreksja

Wszystkie zaburzenia z grupy uzależnień są do siebie podobne. Do anoreksji podobna jest nie tylko bigoreksja, ale także tanoreksja. Nazwa tego uzależnienia pochodzi od angielskiego słowa tan (opalenizna). Tak jak anorektyczka chce być jak najchudsza, a bigorektyk jak najbardziej umięśniony – tanorektyczka dąży do tego, aby jej skóra była jak najbardziej brązowa. W związku z powyższym codziennie chodzi do solarium i wie wszystko o przyspieszaczach opalania. Myślenie tanorektyka koncentruje się wokół własnego wyglądu i zatracane są po kolei inne zainteresowania i wartości. Miałam kiedyś pacjenta, którego partnerka podczas wspólnych wakacji nie była w stanie zajmować się ich dzieckiem, ponieważ to odciągało ją od opalania. Doszło nawet do tego, że przesiadywała z dzieckiem godzinami na słońcu, byle tylko nie tracić cennych promieni. Nie miało znaczenia to, że dla dziecka było to bardzo szkodliwe. Oprócz kosztów osobistych (ingerencje bliskich, pretensje, rozstania) i duchowych (utrata dawnych zainteresowań i wartości) zaczynają pojawiać się i inne: finansowe (przeznaczanie każdej złotówki na opalanie, balsamy, etc), estetyczne (znamiona, przebarwienia, wysuszenie, przedwczesne starzenie się skóry) i zdrowotne (nowotwory skóry). Tanorektyczka jednak nadal nie dostrzega wagi problemu. To wydaje się dla osób bliskich i postronnych nie do zrozumienia. Jak można być tak chudym/dużym/ciemnobrązowym i chcieć więcej i jeszcze? Problem polega na tym, że to dążenie do idealnej opalenizny (chudości czy muskulatury) to jedynie objaw, pod którym kryje się poważne zaburzenie osobowości wynikające z kultu własnego ciała. Tanorektyczka tylko wtedy czuje się atrakcyjna, wyrazista i wartościowa, gdy jest opalona. Gdy blednie – jej samoocena i nastrój spadają na łeb na szyję. Tanorektyczka nie zna innego sposobu na poprawę samopoczucia i podniesienie poczucia własnej wartości jak popracowanie nad opalenizną. Dodajmy, że tu podobnie jak w przypadku innych uzależnień działa mechanizm iluzji i zaprzeczeń (w skrócie – polegający na zaprzeczaniu informacjom o szkodach) oraz zaburzona percepcja własnego ciała (gdy otoczenie widzi przed sobą kobietę spaloną na skwarkę – tanorektyczka postrzega siebie jako bladą). Tanorektyczka, podobnie jak anorektyczka, ortorektyczka czy bigorektyk w głębi duszy i na dnie serca czuje się osobą bez wartości.

Jeśli uzależnić może niemalże wszystko, a my mamy coraz więcej – ryzyko powstawania nowych różnych uzależnień stale rośnie. Kiedyś uzależnieni byliśmy głównie od papierosów, alkoholu, narkotyków, ewentualnie leków uspokajających lub przeciwbólowych. Dziś mamy: dopalacze, leki przeczyszczające, moczopędne, suplementy diety, napoje energetyczne, cukier, kofeinę, etc. Szczególnie niebezpiecznymi uzależnieniami są te z grupy uzależnień behawioralnych, (czyli od określonych czynności, zachowań, a nie substancji), którego przykładami są właśnie ortoreksja, bigoreksja, tanoreksja, a także: praca, hazard, pornografia, seks, zakupy. Są one groźne dlatego, że dostęp do nich jest niezmiernie łatwy i cieszą się one większym przyzwoleniem społecznym. Nałogi nowego typu mają tę właściwość, że bardzo często prowadzą do kolejnych uzależnień i lubią łączyć się w „pakiety”. Wśród dodatkowych uzależnień nowego typu specjaliści wymieniają: uzależnienie od telewizji, fonoholizm (uzależnienie od telefou komórkowego), internetoholizm (uzaleznienie od internetu), uzależnienie od gier komputerowych czy na konsoli, uzależnienie od korzystania z portali społecznościowych, uzależnienie od seksu wirtualnego (cyberseksu), uzależnienie od operacji plastycznych, BM (bodmod) od ang. body modificationa (uzależnienie od modyfikacji ciała), astroholizm (uzależnienie od wróżek i horoskopów), uzależnienie od adrenaliny, syllogomania (patologiczne zbieractwo) i inne. Kto wie co jeszcze przyniesie przyszłość? Jeśli do tego od czego możemy się uzależnić dołożymy naszą  naturalną potrzebę dążenia do przyjemności, która jednak aktualnie przybiera znamiona potrzeby wręcz patologicznej (hedonizm, dążenie do przyjemności za wszelką cenę, brak akceptacji i przyzwolenia na jej okresowy brak), a także nasze wiodące dziś prym lenistwo (lubimy chodzić na skróty, nie lubimy się przemęczać, lubimy czuć się dobrze natychmiast) – ryzyko jest niemałe. A jeśli jeszcze na to wszystko nałoży się nasza niska samoocena i nieumiejętność radzenia sobie z emocjami plus to co promuje się w mediach – no cóż. Każde uzależnienie zaczyna się stosunkowo niewinnie. Przejściem na zdrową dietę, chęcią opalenia się przed weselem koleżanki, pójściem z kolegą dla towarzystwa na siłownię, etc. I też w powyższych czynnościach nie ma absolutnie nic złego, o ile „uprawiane są” z umiarem. Tylko, żeby wiedzieć kiedy się w porę zatrzymać.. Pytanie jak to robić? O złote recepty trudno, bowiem na uzależnienie wpływ ma wiele czynników: nasze predyspozycje genetyczne, biochemiczne, emocjonalne, sytuacja życiowa, doświadczenia itp. To co nas może ochronić (choć nie jest to gwarancją na uchronienie się) to: uważność na samych siebie, czujność, selektywność w wyborze tego co robimy, oglądamy, czemu poświęcamy czas, dobre relacje z innymi, zdrowa samodyscyplina, nauka radzenia sobie ze stresem i emocjami, życzliwość wobec samych siebie.

* Mimo, iż dla ułatwienia w opisach konkretnych uzależnień pojawiają się nazwy: ortorektyk, anorektyczka, bigorektyk, tanorektyczka – oczywiście każde z tych zaburzeń może dotyczyć obu płci.

 

 

O neurotycznej potrzebie miłości

Przeczytaj poniższe zdania. Które z nich dotyczy Ciebie?

* Nie potrafię być sam/a
* Gdy kończy się mój związek natychmiast szukam następnego
* Gdy jestem w związku czuję się bezpiecznie
* Gdy kocham – mniej się boję
* Od partnera oczekuję troskliwości i opiekuńczości
* Miłość to bezwarunkowa akceptacja
* Głównymi powodami rozpadu moich dotychczasowych związków było odrzucenie
* Moi byli partnerzy nie byli gotowi na to, żeby stworzyć prawdziwą bliskość, więc uciekali
* Moi partnerzy uważali, że jestem przewrażliwiona/y
* Jestem osobą wrażliwą i niepewną
* Podstawową emocją, którą odczuwam to lęk
* Dużo myślę i analizuję
* Moi przyjaciele uważają, że jestem katastrofistką/katastrofikiem
* Przyznaję, że czasem zadręczam się myślami
* Najbardziej na świecie boję się odrzucenia
* Czasem czuję się kompletnie bezwartościowa/y
* Źle znoszę krytykę
* Słyszałam/łem od byłych partnerów, że jestem zazdrosna/y
* Potrafię się łatwo zakochać
* Często boli mnie głowa
* Często boli mnie żołądek
* Często miewam noce, kiedy nie mogę zasnąć
* Uważam, że jestem osobą dobrą, pomocną, ciepłą i dużo dającą od siebie
* Mam niską samoocenę
* Moim największym marzeniem jest szczęśliwy związek, w którym wreszcie nie będę musiał/a się bać, że partner znów mnie zostawi

Im więcej zdań, pod którymi możesz podpisać się obiema rękami, tym większe prawdopodobieństwo, że Twoje związki mają charakter neurotyczny. Jak związek Danuty.
Danuta ma 31 lat, za sobą kilka związków. Pół roku temu poznała Michała (35). Mówi, że zakochała się najpierw w jego spojrzeniu – dobrym, ciepłym, troskliwym, pełnym zrozumienia i akceptacji. Kiedy pomagał jej w remoncie, jak sama mówi – „wpadła po uszy”. „Właśnie kogoś takiego szukałam. Mężczyzny, przy którym mogę poczuć się kobietą – małą, słabą, bezbronną. Mężczyzny silnego i zaradnego, przy którym czuję się bezpiecznie. Podobało mi się to, że Michał był taki wyrozumiały dla moich błędów – uważał, że są rozczulające.” Przez pierwsze tygodnie Danuta czuła się wyśmienicie. Wyraźnie się uspokoiła, minęły jej bóle głowy i bezsenność. To jak opowiadała przyjaciołom o Michale mogło sprawiać wrażenie, że naprawdę spotkała ideał. Do czasu. Najpierw zaniepokoiło Danutę to, że Michał sporo czasu poświęca siostrze. Gdy Michał tylko wspomniał, że jedzie z siostrą pomóc jej w dużych zakupach Danuta obrażała się lub wpadała w szał. „Robi z siebie małe dziecko, którym już nie jest!” – krzyczała. „To, że nie umie ułożyć sobie życia, nie znaczy, że ma je rujnować Tobie!”. Danuta uważała, że Michał jest zbyt uległy wobec swojej rodziny i za dobry. „Jesteś na każde ich zawołanie, a ja muszę ze wszystkim radzić sobie sama!” – powtarzała. „To ja tu na Ciebie czekam z obiadem, a Ty masz to gdzieś!” Wyjaśnienia i zapewnienia Michała potrafiły ukoić ukochaną, ale nie na długo. Danuta miała też pretensje, że Michał za bardzo poświęca się pracy. „Po prostu nie czuję się dla Ciebie najważniejsza” – mówiła. „Kiedy kobieta nie czuje się dla swojego mężczyzny ważna – usycha. I tak się właśnie czuję” – powtarzała. Kiedy zapytałam Danutę co czuje w sytuacji, kiedy Michał zostaje dłużej w pracy powiedziała o złości i lęku: „Boję się, że to chodzi o mnie. O to, co zrobiłam lub powiedziałam. „Boję się, że Michał mógłby przestać mnie kochać. Nie wiem co bym wtedy zrobiła. Powiedziałam mu ostatnio, że jest odpowiedzialny za to co oswoił. To z Małego Księcia, zna to Pani? Michał się wkurzył i powiedział, że go szantażuję. Emocjonalnie. Ja? Ja chcę być tylko kochana. Jak każdy człowiek. Czy to tak wiele?”

Perspektywa Michała: „Kocham Danusię, choć związek z nią nie należy do łatwych. Ona zapewne by się z tym nie zgodziła. Co więcej – śmiertelnie by się na mnie obraziła. O Danusi nie można bowiem powiedzieć nic złego czy krytycznego. Obraża się wtedy, płacze. Zaczyna wygadywać jakieś brednie, że pewnie mi się znudziła, że już jej nie kocham, że jest do niczego. Można ją udobruchać tylko w jeden sposób – zapewniać, że absolutnie nie ma racji. Bo nie ma, ale zaczynam mieć dość grać w grę pt. „nie kochasz-kocham”. Danusia jest dobrym człowiekiem. Muchy by nie skrzywdziła. Choć czasem wstępuje w nią jakiś demon. Wtedy potrafi powiedzieć coś, co idzie w pięty. Z czym mi najtrudniej? Czasem mam wrażenie, że jej nie rozumiem, że nie wiem o co jej chodzi i czego ode mnie chce. No i to, że Danusia byłaby najszczęśliwsza, gdybyśmy byli tylko ze sobą i to niemalże cały czas. A ja mam pracę, którą lubię, swoje sprawy. Bywa, że czuję się podle, choć właściwie nie wiem z jakiego powodu. Ostatnio też coś gorzej się czuję fizycznie. Coś mnie ciśnie w klatce i mam kłopoty z kręgosłupem. No ale to pewnie odrębny temat, nie ma związku z Danusią..”

Oj ma, ma.  Michał już to wie. Ciało Michała doskonale oddaje to co Michał czuje, a mianowicie – obciążenie. Obciążenie oczekiwaniami, które po pierwsze nie są realne, a po drugie – one tak naprawdę nie są do niego. Stąd – są one nie do udźwignięcia.

Danusia jest neurotyczką. Charakteryzuje ją niskie poczucie własnej wartości. Jednocześnie jej podstawowym pragnieniem jest bycie lubianą, kochaną i akceptowaną. Jest w stanie zrobić wiele, aby na to zasłużyć – np. spełniać potrzeby i oczekiwania innych, nierzadko kosztem siebie (zdrowia, czasu, wolności, godności). Neurotyk nosi w sobie masę lęku – głównie przed odrzuceniem. Dlatego tak trudno znieść mu krytykę, autonomię bliskich, a nawet ich odmienność. Neurotycy są nadwrażliwi na swoim punkcie (wszystko traktują osobiście i przeciwko sobie), podejrzliwi (co wynika z lęku) i zazdrośni. Są wiecznie niepewni, stale się czymś martwią, o czymś myślą, coś analizują. Potrafią zadręczać się drobnostkami, ich wizje są często fatalistyczne. Dla neurotyka lekarstwem na poczucie nieustannego zagrożenia, bezwartościowości i bezsilności jest miłość. Ta jest rozumiana jako bezpieczeństwo. Neurotyk gdy kocha i czuje się kochany – mniej się boi. Miłosna relacja wypełnia pustkę jaką odczuwa neurotyk. Partner z kolei jest tym, kto podbudowuje samoocenę neurotyka. Dając neurotycznemu partnerowi uwagę, troskę, opiekę, akceptację – sprawia, że ten na chwilę może poczuć się lepiej. Dlaczego jedynie na chwilę? Bowiem oczekiwania neurotyka są nie do zrealizowania. Neurotyk przede wszystkim oczekuje, że partner swoją postawą ukoi jego lęk. Oczekuje, że partner będzie doskonały, że będzie kochał i akceptował bezwarunkowo. Każde rozczarowanie neurotyka niedoskonałością partnera lub nierealizowaniem przez partnera przypisanych mu powinności – spotyka się z bardzo silną reakcją emocjonalną neurotyka. Neurotyk w swych żądaniach jest niezwykle zachłanny, nienasycony, nawet roszczeniowy. Oczekuje od partnera czasu, pomocy, rad, poświęcenia, rezygnacji, zapewnień, adoracji, dowodów miłości. Wynika to z faktu, że neurotyk tak jak pragnie miłości, tak w głębi czuje się jej niegodny. Neurotyk marzy, by być kochanym, ważnym, lubianym, akceptowanym; jednocześnie nie wierzy, że jest to możliwe. Partnerzy neurotyków często mówią o napięciu i zmęczeniu w relacji. Wynika to z: nadmiarowych oczekiwań formułowanych pod ich adresem (niekończąca się lista wyobrażeń jak powinien zachowywać się partner), braku wzajemności (od partnerów oczekują bezwarunkowej akceptacji, choć sami chcą ich zmieniać), silnych i skrajnych reakcji emocjonalnych (chwiejność, nieprzewidywalność, eksponowanie reakcji), poczucia bycia używanym i wykorzystywanym (partner służący do zaspakajania neurotycznych potrzeb, przynoszenia ulgi), pojawiającej się zazdrości i zaborczości, a także szantaży emocjonalnych (wzbudzanie poczucia winy – wprost np. „jesteś odpowiedzialny za to co oswoiłeś” lub nie wprost – objawy somatyczne np. bóle głowy, zawroty; ataki paniki; stany depresyjne), braku krytycyzmu (neurotycy przed terapią zazwyczaj mają ograniczony wgląd we własne postępowanie, emocje i przyczyny takiego zachowania; zwykle myślą o sobie jako o dobrych i nieszkodliwych; zaprzeczają jakimkolwiek uczuciom wrogości wobec innych; mają kłopot z przyjęciem odpowiedzialności za swoje zachowanie; przyjmują rolę ofiary), wysyłania podwójnych sygnałów (neurotyk często zachowuje się w sposób mający przynieść mu oczekiwaną akceptację np. ulega, robi coś kosztem siebie, po czym oskarża partnera o zniewolenie), nieumiejętności przyjmowania miłości (neurotyk stale podważa to, co dostaje, ponieważ wątpi w szczerość uczuć i zapewnienia o jego atrakcyjności). Niektórzy są zdania, że neurotyk nie tylko ma trudności z przyjmowaniem miłości, ale także jej dawaniem. Jeśli bowiem miłość neurotyka wyraża się słowami (wg. psychoanalityczki Karen Horney); „kocham cię, bo cie potrzebuję”, zamiast „potrzebuję cię, bo cie kocham” – istotnie można zastanawiać się nad zdolnością neurotyka do miłości. Związki neurotyka są trudne, burzliwe i skomplikowane. Bywają też nietrwałe. To oczywiście dodatkowo pogłębia zarówno potrzebę bycia w związku, jak i paniczną obawę przed samotnością i trwałością relacji.

Skąd się biorą neurotycy?

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że neurotyzm trzeba potraktować jako wymiar czy też kontinuum. Wyobraźmy sobie ciągłą linię z podziałką, na której każdy z nas może oszacować swój poziom neurotyczności. Ci, którzy podpisali się pod większością stwierdzeń z początku artykułu znajdą się gdzieś u góry skali (może 7, może 8, może 9?). Ktoś, kogo dotyczy zaledwie kilka z nich oszacuje swój poziom neurotyzmu niżej (2, 3, 4?). Neurotyzm to nie cecha, którą się ma albo nie na zasadzie 0-1. Większość z nas jest trochę neurotyczna. Jest to zupełnie naturalne. Jeśli jednak nasilenie tej cechy jest skrajne wtedy obraz rzeczywistości i siebie jest na tyle zaburzony, że mogą pojawić się trudności, jakich doświadcza Danusia w relacji z Michałem.

Neurotyzm częściowo dziedziczy się w genach (według badań 30-40 % wpływu). Jeśli któryś z naszych rodziców był mocno neurotyczny (lub oboje) istnieje większe prawdopodobieństwo, że i my w jakiejś mierze będziemy. Neurotyzm jest także wspierany przez określone wychowanie, relacje z rodzicami czy zdarzenia z dzieciństwa. Według naukowców na wysoki poziom neurotyczności wpływa: brak poczucia bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców, nadmierne wymagania rodziców, nieadekwatne oczekiwania, niedocenienie w dzieciństwie, brak przyzwolenia na okazywanie uczuć, nadopiekuńczość. Niedokochanie z pierwszych lat naszego życia wnosimy do życia dorosłego. Potrzeby, które pozostały niezaspokojone przez opiekunów kierujemy w stronę partnerów. Problem polega jednak na tym, że po pierwsze – skoro to nie do nich, to znaczy, że to dla nich zdecydowanie za dużo. Po drugie – partner nigdy nie zaspokoi naszych potrzeb kierowanych do rodziców, ponieważ nie jest naszym rodzicem i ma w naszym życiu zupełnie inną rolę i funkcję. Po trzecie – skoro to nie do partnera to oznacza, że nawet jeśli coś dostaniesz to się tym nie nasycisz. Bo Ty tak naprawdę nie od niego chcesz to dostać.

Miłość mniej neurotyczna

Co może zrobić Danusia, żeby sobie pomóc i poczuć się lepiej? Co ma zmienić, żeby jej związek z Michałem był spokojniejszy, żeby było w nim mniej napięcia i szarpania? Co może zrobić Michał, żeby w relacji z Danusią poczuć się bardziej swobodnie? Jak może pomóc Danusi, o ile to w ogóle jego rola?

Propozycja dla neurotyka:

Po pierwsze
Przyjmij, że to czego szukasz na zewnątrz jest w Tobie. Poczucie bezpieczeństwa, miłość, akceptacja, poczucie własnej wartości – jeśli tego nie masz, nikt Ci tego nie da. Jak to możliwe? Przyjrzyj się swoim doświadczeniom. Czy jak czujesz się bezwartościowa/y i do niczego, a Twój ukochany/a ma zupełnie inne zdanie na Twój temat – wierzysz mu/jej? Potrafisz to przyjąć bez żadnego ale? Czy zaczynasz w ten sposób myśleć o sobie? Nie. Albo na bardzo krótko i jest to strasznie chwiejne. Instaluj poczucie bezpieczeństwa i akceptacji w sobie, a wtedy nikt i nic Ci go nie naruszy. W tym niełatwym i czasochłonnym procesie może być konieczna, a na pewno przydatna pomoc fachowca. To co możesz robić samodzielnie to budowanie życzliwego stosunku do siebie i pozytywnego obrazu siebie.
Po drugie
Stale pogłębiaj świadomość siebie – swoich różnorodnych uczuć (bez oceniania ich) i tego co robisz (nawet jeśli nie jest to łatwe i przyjemne). Przyjrzyj się sobie uważnie. Bądź ze sobą szczera/y. Wyprowadź na światło dzienne te Twoje skłonności, którym do tej pory zaprzeczałaś/łeś – wszelkie manipulacje, szantaże, skłonność do kontrolowania innych, ustawianie się w pozycji ofiary. Pamiętaj o szczerości, ale i życzliwości wobec siebie. Nie chodzi tu o poczucie winy. Chodzi o wzięcie odpowiedzialności za swoje uczucia i postępowanie. Zrób użytek z wiedzy, jaką zdobyłaś/łeś na swój temat. Zrezygnuj z tego, co nie służy Tobie i Twoim relacjom. Uwolnij innych od odpowiedzialności za Twoje szczęście, bo tylko Ty za nie odpowiadasz. Siebie uwolnij od samej/samego siebie, a dokładniej od traktowania siebie tak serio. Postaraj się o zdrowy dystans do siebie, daj sobie prawo do błędu, śmiej się (również z siebie), wprowadź do swojego sposobu postrzegania rzeczywistości różnorodność barw, zamiast stosować wobec świata  myślenie w kategoriach czarne-białe.
Po trzecie
Pamiętaj, że jak to ktoś mądry powiedział: „bezpiecznym jest się tylko w grobie, im bardziej żyję, tym mniej bezpieczny jestem” oraz o tym, że nie można dać komuś serca, jeśli boimy się, że zostanie zranione.

Propozycja dla partnera neurotyka:

Dawaj partnerowi dużo uwagi, akceptacji i miłości. On tego bardzo potrzebuje, on się w tym grzeje, on się tym napełnia. Pamiętaj, że jego wrażliwość na brak jest znaczna. Jednocześnie cały czas badaj u siebie czy nie dajesz zbyt wiele, czy nie robisz tego kosztem siebie. Pamiętaj, że Ty i Twoje potrzeby są równie ważne. Masz prawo czasem nie mieć siły czy nie chcieć czegoś dać. Masz prawo do tego, by chcieć coś od partnera dostać. Nie zapominaj o sobie w tej relacji. Dbaj o siebie. Pamiętaj też, że nie jesteś odpowiedzialny za uczucia czy szczęście partnera. Jesteś odpowiedzialny za swoje zachowanie, ale za czyjeś reakcje już nie. Tak jak i nikt nie odpowiada za Twoje. Nie wchodź w rolę wszystko rozumiejącego rodzica czy terapeuty. Możesz chcieć ukochanemu/ukochanej pomóc, ale tylko jako jego/jej partner.

 

 

„Trzymaj się z daleka trochę bliżej” – czyli trudny związek z „border”*

Jakub (36) poznał Małgorzatę (30) w klubie na koncercie. Od razu mu się spodobała. Piękna, czarnowłosa, ubrana w obcisłą sukienkę w kolorze czerwonego wina. Jego pierwsze wrażenie: kobieca, pełna życia, elektryzująca, zabawna. Spędzili razem noc. Mimo, iż „było nieziemsko” Jakub nie czuł się najlepiej z faktem, że zaczynają znajomość w ten sposób. Jak powiedział „miał dosyć historii na raz, naprawdę pragnął się z kimś związać, a takie początki zazwyczaj nie są dobrą wróżbą”. Mimo sceptycyzmu Jakub zaproponował Małgorzacie, żeby spędzili razem dzień. Jakub: „Zgodziła się bez zastanowienia. Nawet byłem zdziwiony, że nie ma żadnych innych planów. Zapytałem ją o to, ale powiedziała, że są sprawy ważne i ważniejsze. I że ja jestem sprawą ważniejszą. Poczułem się wyjątkowo. Czas, który spędziliśmy wspólnie był fantastyczny. Dużo się śmialiśmy, wygłupialiśmy, rozmawialiśmy. Małgosia pokazała mi swoje ulubione miejsca w mieście. Była taka ciekawa, ekscytująca. Tak zaczęła się nasza historia..” Jakub zawiesił głos. Zapytałam o ciąg dalszy. „Potem jeszcze chwilę było dobrze. Świetnie się ze sobą czuliśmy. Mogliśmy gadać godzinami. Małgosia była świetną słuchaczką. I ciekawą rozmówczynią. Była taka.. Z jednej strony otwarta, z drugiej tajemnicza, nieprzenikniona. Intrygowała mnie. Noce były niewiarygodne. Nigdy nie miałem tak namiętnej kochanki. Poznałem ją z moimi znajomymi – byli nią zachwyceni. Tylko jedna z moich bliskich koleżanek powiedziała, że dziwnie jej z oczu patrzy i że jeszcze będę przez nią płakał. Miała nosa. Ale wtedy myślałem, że jest po prostu zazdrosna, bo to Gosia była w centrum zainteresowania. Lub że po prostu jej nie lubi, bo sama nie jest tak ekspresyjna. Mój koszmar zaczął się w kilka tygodni po poznaniu.. Gośka zaczęła się czepiać. Że nie zadzwoniłem, że nie odpisałem na smsa. Zarzucała mi, że przestaje mi zależeć, co nie było prawdą. Naprawdę czułem się bardzo zaangażowany. Ja po prostu wróciłem do normalnego życia, z obowiązkami, pracą i siłownią dwa razy w tygodniu. Małgorzata potrafiła przyjechać do mnie do pracy, robić mi awantury przy kolegach. I nie przebierała w słowach. Bywało, że mnie obrażała. Nie rozumiałem co się dzieje. Nie rozumiałem jej zarzutów i tego, że  z powodu takich drobiazgów można zrobić taką aferę. Czasem udawało mi się ją uspokoić. I wtedy było jak dawniej. Do następnego razu, które zdarzały się coraz częściej. Coraz częściej robiła też takie rzeczy, które bardzo mnie niepokoiły: upijała się, chodziła na imprezy z obcymi facetami. W dzień, w który straciła pracę wydała prawie wszystkie pieniądze. Wtedy zacząłem podejrzewać, że coś z nią jest nie tak. Że tak nie zachowuje się dorosły, zdrowy człowiek. Poprosiłem ją o rozmowę. Popłakała się. Zaczęła mnie błagać, żebym nie odchodził. Nie chciałem, choć przyznaję, że moje emocje nie były już takie jak na początku. Poprosiłem, żeby zgłosiła się do kogoś o pomoc. Odmówiła, ale obiecała, że zmieni swoje zachowanie. Przez dwa tygodnie było dobrze. I znów to samo. Wyciągała jakieś historie bez znaczenia np. że na jakimś spotkaniu ją ignorowałem. Nie wiedziałem o czym mówi. Ta huśtawka emocji była dla mnie nie do zniesienia. Zależało mi na niej i martwiłem się, ale nie wyobrażałem sobie tak żyć. Ponownie zaproponowałem, żeby skorzystała z pomocy psychologa. Nie zgodziła się odwracając kota ogonem. Tak było przez pół roku. Postanowiłem odejść. Gdy jej o tym powiedziałem zagroziła, że się zabije. Zignorowałem to, ale tego samego wieczora połknęła jakieś leki. Na tyle mało, że wszystko skończyło się dobrze, ale poczułem, że sprawa jest poważna. Obiecałem, że zostanę, ale postawiłem warunek – psycholog. Poszła. Po kilku wizytach uznała, że pani psycholog jej nie rozumie. Zrezygnowała. Byłem załamany. Nie wiedziałem co robić. W jakiś sposób czułem się za nią odpowiedzialny i chciałem jej pomóc. A potem przeczytałem artykuł o zaburzeniu osobowości typu borderline. To było o niej. Każde słowo w punkt. Miałem mętlik w głowie. Z jednej strony – ktoś to nazwał, to przynosiło ulgę. Z drugiej – nie było tam wskazówek co robić, jak sobie poradzić? Już wiem co jej jest. Jestem pewien. Ale nadal nie wiem co dalej.. co robić..”

Gdybym pisała ten artykuł kilka lat temu myślę, że dla wielu czytelników i czytelniczek rozpoznanie osobowość borderline byłoby czymś zupełnie nowym. Dziś, sądzę – jest inaczej. W ciągu ostatniego czasu kilkakrotnie zdarzyło mi się (nie tylko w sytuacji gabinetowej), że mój rozmówca doskonale wiedział, iż takie rozpoznanie istnieje. Jedna osoba stwierdziła nawet, że „jej chłopak to jest chyba border”. Odnoszę jednak wrażenie, że po pierwsze nie bardzo wiemy co owe rozpoznanie oznacza i po drugie – nadużywamy go. Rozpoznanie osobowości borderline (w dosłownym tłumaczeniu z języka angielskiego to osobowość z pogranicza) stało się, jeśli można tak powiedzieć, modne. Dlatego zalecam ostrożność w tak subtelnej materii jaką jest diagnozowanie – siebie czy swoich bliskich. Rzetelnej diagnozy może dokonać jedynie fachowiec. Artykuł służy jedynie inspiracji do tego, żeby np. szukać dalej. Jak Jakub.
Kim jest „border”:
Termin osobowość z pogranicza dotyczy osób, których zaburzenia psychiczne mieszczą się pomiędzy nerwicą, a psychozą. Osoby z tym rozpoznaniem nie spełniają kryteriów choroby psychicznej, bowiem zachowują one kontakt z rzeczywistością. Nie rozumieją jej jednak, a stan emocjonalny tych osób nieustannie się zmienia. Można powiedzieć, że osoba z rozpoznaniem borderline nie jest w pełni ani chora, ani zdrowa. Ich cechą charakterystyczną jest niestabilność emocjonalna (chwiejność). O osobach borderline mówi się, że to osoby o skrajnych emocjach.
Jak kochają „border”?
Ich związki są intensywne i gorące, w tym jednak burzliwe i toksyczne. Pozostawiają po sobie zgliszcza. Zazwyczaj zaczyna się pięknie, romantycznie i namiętnie – jak u Jakuba. W osobie z rozpoznaniem borderline zakochać się nie jest trudno. To często osoby radosne, energetyczne, inspirujące, pełne ekscytacji, zaskakujące, kreatywne. Budzą ciekawość i fascynację. Osoby borderline potrafią być miłe, dobre i czułe. Szczególnie na początku. Swoim zachowaniem sprawiają, że możesz czuć się naprawdę wyjątkowo i jak nigdy wcześniej – ważny, atrakcyjny, uwielbiany, podziwiany, absolutnie w centrum jej świata. Jak to robi? Patrzy na Ciebie, jest skupiona tylko na Tobie, słucha chłonąc każde słowo. Jest gotowa wszystko rzucić – dla Ciebie, byle być z Tobą. Wielogodzinne rozmowy i namiętny seks sprawią, że będziesz miał poczucie silnej więzi bardzo szybko. A potem dzieje się coś co Cię zaskakuje. Zupełnie wybija z idyllicznego rytmu – pierwsza kłótnia. Ale jaka? Z obrażaniem, uderzaniem w najczulsze punkty, z wyolbrzymianiem, wypaczaniem rzeczywistości. A o co? O to, że nie oddzwoniłeś, nie odpisałeś, spóźniłeś się, uśmiechnąłeś się do innej. Jesteś zdumiony, nie rozumiesz. „Przecież ja tylko nie odpisałem” – myślisz w duchu. Owszem, Ty tylko nie odpisałeś, ale jej właśnie runął cały świat. Upadł jej wielki mit, rozsypało się w drobny mak jej największe pragnienie. Pragnienie o byciu kochaną, mit, że nigdy jej nie opuścisz. „Przecież nie opuściłem” – myślisz. Nie – w sposób realny. Ale dla niej to właśnie znaczy – została oszukana. W jej oczach – zawiodłeś ją, okłamałeś. Jedyne na czym naprawdę jej zależało to bycie kochaną i bezpieczną. Jedyne czego rozpaczliwie pragnęła to uniknięcie porzucenia. Dla niej – robisz nagle coś, co świadczy o tym, że się oddalasz. A osoby z rozpoznaniem borderline permanentnie mają poczucie, że inni przed nimi uciekają. Zachowujesz się w sposób, który ją głęboko rozczarowuje i rani. Nie ma to nic wspólnego z realnością, ale dla osobowości borderline to uczucia tworzą fakty. Skoro cierpi – musiała zostać skrzywdzona. Co robisz? Zaczynasz jej tłumaczyć, może przepraszać. Zapewniasz ją, że jesteś, że kochasz. To potrafi ją „udobruchać” i wszystko wraca do dawnej normy. „Jak to możliwe?” – zastanawiasz się. Jakub zwykł o takich sytuacjach mawiać – „i znów zmiana płyty”. Dzieje się tak dlatego, że osoba z rozpoznaniem borderline nie ma umiejętności zintegrowania „dobrych” i „złych” cech drugiego człowieka. Nie potrafi też doświadczać dwóch sprzecznych stanów jednocześnie. Większość z nas zdaje sobie sprawę (mniej lub więcej), że nasz przyjaciel czy partner ma takie cechy, które w nim lubimy i takie, które nie. I umiemy takim go i zobaczyć i pokochać. Większość z nas potrafi kochać i jednocześnie się na kogoś złościć. Borderline tego nie umie. Dla niej jest czarne albo białe. Ona dzieli świat na dobry i zły. Albo Cię idealizuje albo dewaluuje. Borderline oceny dokonują na podstawie ostatniego kontaktu, a nie całości relacji. Stąd: nie zadzwoniłeś – jesteś draniem, zapewniasz ją o swoim uczuciu – jesteś jej jedynym. Ponieważ borderline nie potrafią pomieścić w sobie sprzeczności, nie umieją też poradzić sobie z konfliktem dotyczącym optymalnej odległości w relacji. Z jednej strony panicznie boją się odrzucenia, z drugiej odczuwają lęk przed pochłonięciem. Pragną zespolenia i zachowania niezależności. Stąd ich związki są tak intensywne, a w konsekwencji wypalające. Borderline w jednym dniu praktycznie się z Tobą skleja, w drugim podejmuje działanie, które Cię do niej zniechęca. I tak w kółko.
Partnerzy „z pogranicza” są zmienni, chwiejni, labilni i wiecznie niezaspokojeni. Nierzadko egocentryczni, roszczeniowi i zachłanni na Twoją uwagę. Do tego wybuchowi, impulsywni, kłótliwi. Ich gniew jest silny, gwałtowny i odporny na jakąkolwiek argumentację. Borderline są kontrolujący i mający kłopoty z zachowaniem zdrowych granic (wpuszczają wszystkich lub nikogo, nie widzą granic innych). Partnerzy borderline potrafią nadużywać alkoholu, zażywać narkotyki, objadać się, podejmować szereg innych zachowań ryzykownych (hazard, życie ponad stan, szybka jazda samochodem, przypadkowy seks, nieplanowane ciąże), okaleczać się, podejmować próby samobójcze (często manifestacyjne). Partnerzy z rozpoznaniem osobowości z pogranicza cechuje brak wglądu w swoje zachowanie. Za swoje uczucia obwiniają innych. Przyjmują rolę ofiary, pragną współczucia. Nagminnie stosują mechanizm projekcji – to czego nie chcą widzieć w sobie przypisują innym.
To wszystko sprawia, że związek z osobowością borderline jest trudny. „Męczący”, „wypalający” – najczęściej słyszę od byłych lub obecnych partnerów osób z rozpoznaniem. Pojawia się też słowo „bezradność”. Borderline wywołują wokół siebie nadmiar emocji i chaos. Na fazę „promocji” i „stroszenia piórek” potrafią być interesujący. Życie u ich boku nie jest jednak łatwe. W ich związkach jest coś nadmiarowego. To spala.
Warto jednak wiedzieć skąd takie zachowania i reakcje u borderline. Borderline jako partnerzy są trudni, ale ich intencją nie jest krzywdzenie innych. Są trudni, bo cierpią i nie umieją sobie z tym poradzić. One walczą z bólem. Podłożem ich cierpienia jest brak stabilnego obrazu siebie i zaburzenia tożsamości. Borderine nie wie kim jest, co lubi i jakie ma preferencje. Ponieważ nie wie – dostosowuje się do otoczenia. Borderline są jak kameleon – zmieniają oblicze wedle potrzeb innych. Udają, grają, pozują. W ten sposób próbują potwierdzić własną wartość. Borderline nie wie kim i jaki jest, a relacje z innymi budzą w nim lęk. Dlatego też borderline są w środku bardzo wystraszone i zagubione.  Nieustannie towarzyszy im poczucie wewnętrznej pustki. Oraz nienawiści i wstydu do siebie za swoje niedoskonałości. Bardzo często mają więc potrzebę ciągłego doskonalenia się i dążenia do ideału. Osiągnięcie go nie jest jednak możliwe. Tak tworzy się zamknięte koło. Borderline tak naprawdę to osoby głęboko nieszczęśliwe. Ich wewnętrzny świat jest płaski i ubogi, ponieważ borderline nie umieją przeżywać subtelności i złożoności świata oraz przeżyć emocjonalnych.  Nie umieją też być w relacjach. To co przeżywasz w kontakcie z borderline (trudno Ci z nim, bezradnie, odczuwasz zmęczenie, zniechęcenie) – jest odbiciem tego co borderline tak naprawdę przeżywa w stosunku do samego siebie.

Jeśli jesteś partnerem „border”:
* Wiedz, że będzie trudno

Zastanów się czy na pewno chcesz w to wejść. Podejmij decyzję odpowiedzialnie.
* Pogłębiaj wiedzę dotyczącą borderline

To może pomóc Ci dowiedzieć się jak postępować w relacji z borderline. Może Ci też pomóc w radzeniu sobie.
* Zrozum, ale nie usprawiedliwiaj

Zrozumienie jest ważne, ale pamiętaj, że nie służy ono usprawiedliwianiu zachowania partnera. Ty też masz swoje potrzeby.
* Nie skupiaj się na treści

Nie analizuj jej i nie interpretuj. Tu chodzi o emocje.
* Nie traktuj zarzutów osobiście

To nie jest o Tobie, choć do Ciebie. To co mówi nie wynika z tego jak się zachowałeś, ale z tego w jaki sposób ona widzi świat.
* Nie wchodź w polemikę

Nie broń się, nie usprawiedliwiaj, nie eskaluj konfliktu.
* Nie ignoruj rozmówcy

To może wzmóc agresję i niebezpieczne zachowania. Spokojnie wysłuchaj. Pytaj, jeśli trzeba.
* Postaw granice

Powiedz np. na co się nie zgadzasz. Nie bierz też na swoje barki nie swojej odpowiedzialności (np. dla tzw. świętego spokoju).
* Zachowaj dystans i zdrowy rozsądek

Nie bądź jak gąbka, która wchłania wszystko. Nie pozwól sobie na wzbudzanie w sobie poczucia winy.
* Bądź pewny, opanowany, stanowczy i konsekwentny.
* Upraszczaj przekaz

Mów do niej powoli i wyraźnie. Bądź konkretny.
* Postaw stanowcze oczekiwanie dotyczące leczenia

Leczenie farmakologiczne i psychoterapia u osób z zaburzeniem osobowości typu borderline są konieczne. Skuteczność leczenia jest różna, bowiem poziom zaburzenia i sposób funkcjonowania osób borderline również bardzo różnią się od siebie. Pacjenci borderline to bardzo niejednorodna grupa. Ale bez leczenia rokowania są pesymistyczne.
* Przeczytaj, obejrzyj:
1. Książka poradnikowa: „Borderline. Jak żyć z osoba o skrajnych emocjach”, R. Kreger, P. Mason, Wyd. GWP.
Znajdziesz tam historie osób w związkach z partnerami z pogranicza oraz porady i wskazówki jak postępować.
2. Książka beletrystyczna: „Chodziło o miłość” – Robert Rient

3. Film: „Fatalne zauroczenie” reż: Adrian Lyne, w rolach głównych: Michael Douglas, Glenn Close

4. Film: „Przerwana lekcja muzyki” reż: James Mangold, w rolach głównych: Winona Ryder i Angelina Jolie

5. Spektakl teatralny: „Diva show” – monodram (czy też monorewia) Kamila Maćkowiaka wystawiana przez Fundację Kamila Maćkowiaka w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych w Łodzi
* Określenia „border” używam, gdyż sami pacjenci z rozpoznaniem osobowości borderline tak o sobie mówią. Ze względu na bohatera – mężczyznę artykuł jest skonstruowany w taki sposób, że adresatem jest mężczyzna, a osobą z rozpoznaniem borderline – partnerka, kobieta. Oczywiście diagnoza osobowości z pogranicza może dotyczyć obojga płci.

Związek wypalony

Jędrzej* (lat 40, w związku z żoną od lat 14) zdecydował się na konsultację, żeby porozmawiać o swoim związku. „Chyba przechodzimy z żoną poważny kryzys.” – mówi. „Kryzys to co najmniej. Zaczynam zastanawiać się czy to tylko zakręt na naszej drodze, z którego jesteśmy w stanie wyjść czy to po prostu koniec naszego związku?” – zastanawia się. „ Już od dłuższego czasu jest źle. Nie sypiamy ze sobą. Chyba żadne z nas nie ma na to ochoty. Prawie w ogóle nie spędzamy ze sobą czasu. Żona ma swoje sprawy, ja swoje, coraz mniej mamy punktów stycznych. Jeśli rozmawiamy to tylko na temat dzieci albo spraw dotyczących ogarniania codzienności – kto zrobi zakupy, kto zawiezie psa do weterynarza. Uświadomiłem sobie, że ja nawet nie wiem co u niej. Kiedyś godzinami potrafiliśmy zwierzać się sobie z tego co nam się przydarzyło w ciągu dnia. Być może w tej zagonionej rzeczywistości nawet nie zorientowałbym się, że coś jest nie tak, ale wybraliśmy się z żoną na weekend ze znajomymi. Pech chciał, że nasi przyjaciele z przyczyn losowych nie dojechali. No to macie czas dla siebie – śmiał się mój kumpel, ale mnie nie było do śmiechu. Na myśl o 48 godzinach z własną żoną ogarnęła mnie panika. Co będziemy robić? O czym rozmawiać? Jak tu pójść ze sobą do łóżka po tak długiej przerwie? Usiedliśmy z żoną do obiadu i popatrzyliśmy na siebie. Chyba oboje myśleliśmy to samo. Że coś się zmieniło, że się pogubiliśmy. Zjedliśmy obiad w milczeniu. Po powrocie opowiedziałem o tym przyjacielowi, który miał spędzić z nami weekend. Uspakajał mnie. Twierdził, że kryzysy się zdarzają, że to normalne. Że u niego też doszło do zdrady ze strony żony, ale poradzili sobie przy pomocy terapii małżeńskiej. Powinieneś spróbować – doradził mi. Wyobraziłem sobie, że żona mnie zdradza. Wie pani co poczułem? Nic. I to mnie przeraziło najbardziej. Może ja już jej nie kocham? Może nasz związek się wypalił?”

Agnieszka* (lat 38, w związku z mężem od lat 11) przyszła na spotkanie bo zaniepokoiła się swoim stanem. „Nie wiem co mi jest. Jestem jakaś smutna, apatyczna, bez życia. Nigdy taka nie byłam, dlatego mnie to martwi. Zawsze byłam uśmiechnięta, pełna energii. Nie poznaję siebie. Ciągle coś mi jest. A to boli mnie głowa, a to walczę z przeziębieniem. Wyniki mam dobre, bo sprawdziłam.” Dopytuję czy coś się wydarzyło w życiu Agnieszki, co mogło wpłynąć na jej stan. „No właśnie nie. Wszystko jest w porządku. To znaczy nie działy się żadne tragedie czy nieszczęścia. Mam pracę, trochę nudną i z brakiem perspektyw na rozwój, ale jest stała, z dobrą pensją – nie mogę narzekać. Córka zdrowa, zdolna, nie sprawia problemów. Mamy świetny kontakt. W tym roku idzie do szkoły.” Agnieszka zaczyna płakać. „O widzi pani?” – pyta. „Jak tylko pomyślę jaka ta moja córa już duża i samodzielna zaczynam ryczeć.” Pytam o związek. „Wie pani jak to jest..” – Agnieszka zawiesza głoś. „Jak to jest?” – dopytuję. „Niby jest wszystko dobrze. Mój mąż jest dobrym, porządnym człowiekiem. Pracowitym i odpowiedzialnym. Tylko.. Przepraszam..” Agnieszka sprawia wrażenie zawstydzonej. „Moja mama twierdzi, że mam fanaberie, że się czepiam i jestem dla mojego męża okropna. Ja wiem, że bywam niecierpliwa, że się na niego często wściekam, że jestem złośliwa. Mam takie dni, że drażni mnie w nim wszystko – to jak mówi, je, odkasłuje, jaki wydaje zapach. Sama się wstydzę tego co mówię, ale chcę być szczera.” „Czy podobne emocje ma Pani wobec innych? Córki, przyjaciółki?” – pytam. „Nie. Tylko wobec męża. Mój mąż ostatnio spytał mnie co ja na to, żebyśmy wybudowali dom? Zaczął coś mówić o weekendach poza miastem, fajnej emeryturze. Poczułam, że drętwieję. Obrazek wspólnej jesieni życia wywołał u mnie mdłości. Co się dzieje?”

Spadek namiętności, od dawna nieobecne (na myśl o małżonku/małżonce) motyle w brzuchu czy przyspieszone bicie serca, pewne rozczarowania wspólną codziennością, coraz częstsza konstatacja, że wybierasz to co wygodne (sen zamiast seksu, oddzielne łóżka, kupno czekoladek na prezent w markecie pod domem zamiast koronkowej bielizny w sklepie po drugiej stronie miasta), niekontrolowana reakcja ciała w obecności przystojnego kolegi czy pięknej koleżanki, kłótnie z partnerem, różnica zdań – te i inne podobne objawy dotykają większości z długotrwałych związków. Są naturalne, żeby nie powiedzieć – często nie do uniknięcia. Nie muszą od razu zwiastować kryzysu relacji. A nawet jeśli są jego początkiem czy objawem – można sobie z tym poradzić. Kryzysy (życiowe, zawodowe, w związku, w pełnieniu określonej roli np. matki, szefowej, przełożonego) były, są i będą. Nie bójmy się ich. Kryzysy można przetrwać i to nierzadko w dobrym stylu i z zadowalającym skutkiem. Kłopot pojawia się wtedy gdy mamy do czynienia już nie z kryzysem, a z wypaleniem. Możemy wypalić się w pracy, możemy wypalić się w miłości. Granica między kryzysem a wypaleniem związku jest płynna. Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, w jakiej znaleźli się moi bohaterowie, jeśli i Ty zadajesz sobie pytania: może ja już jej/go nie kocham?, może nasz związek się wypalił? – odpowiedz sobie na poniższe pytania. Im więcej odpowiedzi twierdzących tym większe prawdopodobieństwo, że mówimy o wypaleniu relacji.

Czy mój związek się wypalił?

* Czy masz poczucie, że od pewnego czasu żyjecie obok siebie, że prowadzicie odrębne życia, że coraz mniej Was łączy, że coraz mniej macie punktów stycznych?
* Czy obserwujesz, że nie masz absolutnie żadnych potrzeb spędzania z partnerem czasu wspólnie (na rozmowie, na hobby)?
* Czy obserwujesz, że robisz (lub robicie) różne rzeczy (może celowo, może nieświadomie), żeby się ze sobą nie spotkać tak naprawdę (zostajesz dłużej w pracy, odwiedzasz rodziców, włóczysz się po sklepach, ciągle masz coś do załatwienia w banku, na poczcie, itd ) lub też dosłownie unikacie się?
* Czy Twój związek opiera się głównie lub jedynie na zadaniach pt. wspólne zakupy, odwiedziny u teściów, remontowanie domu?
* Czy Wasze rozmowy dotyczą głównie lub jedynie kwestii technicznych jak: ogarnianie dzieci, rachunków, etc?
* Czy obserwujesz u siebie, że nie masz potrzeby opowiadania o sobie partnerowi (o tym co u Ciebie, jak się czujesz, co się wydarzyło)?
* Czy uświadamiasz sobie, że nie masz ochoty na odświeżanie wiedzy dotyczącej partnera (o tym co u niego w życiu), co widać w sytuacji gdy on/ona dzwoni, żeby opowiedzieć Ci o przeżyciach z dnia, a Ty w tym czasie wolisz poczytać, pogadać z przyjaciółką, pograć w playstation?
* Czy czujesz, że pobyt u boku partnera czy w Waszym domu Cię nie regeneruje, nie wzmacnia, nie napełnia, że nie rozluźniasz się, nie odpoczywasz? Że coraz częściej wybierasz weekend ze znajomymi czy samotny urlop, żeby móc naładować przysłowiowe akumulatory?
* Czy jesteś ostatnio apatyczna/y, smutna/y, bez energii lub też niecierpliwa/y, rozdrażniona/y, agresywna/y?
* Czy zaobserwowałeś/łaś u siebie takie objawy jak: bezsenność lub nadmierna senność, bóle głowy, kręgosłupa, żołądka, kłopoty z koncentracją uwagi, spadek odporności, itp.?
* Czy masz poczucie, że w się swoim związku nudzisz?
* Czy na myśl o tym co między Wami myślisz „pustka, nic”?
* Czy na pytanie kogoś bliskiego „czy Ty go/ją kochasz?” odpowiadasz „nie” lub „nie wiem”, ewentualnie zaczynasz kluczyć „a co to właściwie znaczy?”
* Czy partner jawi Ci się jako przeciętny, nieciekawy, nudny, nijaki?
* Czy straciłaś/łeś dla partnera podziw, zachwyt, a może nawet szacunek?
* Czy obserwujesz, że jesteś wobec partnera coraz częściej: krytyczny/a, złośliwy/a, niecierpliwy/a?
* Czy dostrzegasz coraz częściej, że partner Cię irytuje, drażni (tym co robi, tym jak pachnie, jak je, jak mówi, drażni Cię jego bliskość, jego nawyki, etc)?
* Czy zauważasz, że już od dawna się nie dotykacie (nawet nie erotycznie, a z czułością)?
* Czy zauważasz, że już od dawna na siebie nie patrzycie?
* Czy gdy partner inicjuje zbliżenie – Ty już od dawna nie czujesz już nic (w żadnej sytuacji, w żadnych okolicznościach np. podczas wakacji), ewentualnie napinasz się, nieruchomiejesz?
* Czy gdy partner wyjeżdża – nie tęsknisz, nie myślisz lub wręcz cieszysz się, że „masz spokój”?
* Czy zauważyłaś/łeś, że właściwie nie rozmawiacie o przyszłości, nie mówicie o wspólnych planach, celach, pomysłach?
* Czy na myśl o wspólnym weekendzie/urlopie/przyszłości/emeryturze/starości/usamodzielnieniu dzieci odczuwasz niechęć, strach, panikę?
* Czy łapiesz się na tym, że coraz częściej wyobrażasz sobie swoje życie bez niego/niej? Tworzysz np. wizje „jak to byłoby z kimś innym?”
* Czy jesteś zaangażowana/y się w inną relację poza związkiem lub też coraz częściej o tym myślisz, szukasz?
* Czy robisz coś, co wiesz, że jest dla partnera raniące (np. masz romans), jednocześnie uświadamiasz sobie, że nie bardzo obchodzą Cię jego uczucia?
* Czy gdy wyobrażasz sobie, że Twój mąż/żona ma romans – ten scenariusz nie wywołuje w Tobie żadnych silniejszych emocji?
* Czy masz poczucie, że coraz mniej spraw między Wami (nawet spornych) wywołuje w Tobie emocje (choćby złości, sprzeciwu)?
* Czy uświadamiasz sobie, że nawet kłócić Ci się nie chce?
* Czy nie jest tak, że już nawet wspólne wspomnienia nie robią na Tobie wrażenia (tego jak się poznaliście, jak rodziły się Wam dzieci)?
* Czy zauważasz u siebie, że nie chcesz już wkładać nawet odrobiny energii w zadbanie o poprawę w relacji (nie chcesz czytać książek pt. „jak uratować związek?”, nie chcesz wcielać w życie zasad tantrycznego seksu, nie chcesz wydawać pieniędzy na terapeutę, a nawet jeśli – nie masz najmniejszej ochoty na korzystanie z jego wskazówek pt. „wygospodarujcie dla siebie jedno popołudnie w tygodniu”)?
* Czy łapiesz się na tym, że nawet nie zależy Ci na poprawie w relacji? Że ogarnia Cię obojętność („będzie co będzie”, „będzie co ma być”).
*Czy na myśl o tym, że Twój związek mógłby się rozpaść odczuwasz obojętność lub wręcz ulgę?

Dlaczego uczucie w związku potrafi się wypalić?

Może zdarzają się historie, kiedy to dzieje się „po prostu”. Nie ma bezpośredniej przyczyny, nie ma winowajcy. Kochaliśmy i przestaliśmy kochać – ot co. Przeszło, minęło bezpowrotnie. Ale z moich obserwacji wynika, że wypalenie w związku zwykle poprzedzone jest przez dwa czynniki: nudę (brak wyzwań) i wzajemne zaniedbanie.  Również zbyt rozpalony ogień zaangażowania (poświęcenie kosztem własnych potrzeb, poczucie misji, nadmierne zaangażowanie emocjonalne bez dostatecznej wzajemności) może w konsekwencji doprowadzić do wypalenia (w myśl powiedzenia, którego autorem jest Jeff Schmidt „Nie możesz się wypalić jeśli nigdy nie płonąłeś”).

Co możemy zrobić?

Wypalenie w związku zwykle zaczyna się od drobnych zaniedbań. Owe zaniedbania prowadzą do kryzysu. Dostajemy sygnał (np. w postaci wątpliwości, osłabnięcia emocji, czasem romansu), że coś się dzieje między nami nie tak. Jeśli w porę nie zareagujemy – kryzys, który jest szansą na zmianę i daje możliwość zatrzymania, refleksji i zadziałania – może przerodzić się w wypalenie. Wtedy może być już za późno, bowiem elementem stanu wypalenia jest brak motywacji, chęci, siły i nadziei. Dlatego tak ważna jest profilaktyka.

Oto lista pomocnych środków zaradczych:

* Dbajcie o swoją atrakcyjność
Fizyczną i duchową. Unikajcie tycia po ślubie (w końcu już można sobie odpuścić), nie chodźcie po domu w poplamionych łachmanach, chodźcie regularnie do fryzjera. Interesujcie się światem (żebyście byli ciekawymi rozmówcami), czytajcie książki, róbcie w swoim życiu coś interesującego.
* Wyznawajcie sobie uczucie
Nie, nie wystarczy dwa razy w życiu – przy zaręczynach i  na ślubnym kobiercu. Mówcie do siebie że się kochacie na różne, pomysłowe sposoby (ku inspiracji polecam film „Take This Waltz” Sarah Polley), piszcie smsy, zostawiajcie kartki na lodówce. Proste, wręcz banalne, ale jakie miłe.

* Zachwycajcie się sobą
Jak najczęściej patrzcie na siebie oczami zakochanego mężczyzny czy zakochanej kobiety. Skupiajcie się na tym co dostajecie, co jest dobrego. Bądźcie swoimi najwierniejszymi fanami i kibicami.
* Nie bądźcie przewidywalni
Zaskakujcie się – nowa fryzura, zmiana stylu ubierania, inna niż dotychczas reakcja.
* Bądźcie partnera ciekawi
Interesujcie się sprawami partnera, nieustannie odświeżajcie wiedzę na jego temat (co go teraz pochłania, co przeżywa, o czym myśli, marzy, śni).
* Dbajcie o partnera
Dopieszczajcie się na różne sposoby. Sprawiajcie sobie przyjemności. Opiekujcie się sobą. Wyręczajcie z obowiązków.
* Rozmawiajcie
Opowiadajcie sobie jak minął dzień, o tym jak poradzić sobie z kłopotem, gdy taki się pojawi.
* Dzielcie się spostrzeżeniami
Na temat obejrzanego filmu. Rozmowy z przyjacielem. Sytuacji w kraju. Widoku za oknem. To także tworzy więź.
* Wyrażajcie swoje potrzeby i reagujcie na nie
Zrezygnujcie z oczekiwania, „żeby się domyślił”. Chcecie, potrzebujecie – mówcie. Inaczej zostaniecie z brakiem i żalem do partnera. Słuchajcie czego potrzebuje partner. Uwzględniajcie wzajemne potrzeby w decyzjach jakie podejmujecie.
* Unikajcie cichych dni
Wyjaśniajcie sobie na bieżąco. Nie doprowadzajcie do odkładania i narastania emocji. Unikajcie dni, w których jesteście bez kontaktu a przepaść między Wami rośnie.
* Urozmaicajcie Waszą codzienność
Raz na jakiś czas zjedzcie obiad na łonie przyrody, nudne czynności wykonujcie wspólnie rozmawiając przy tym i wygłupiając się.
* Urozmaicajcie Wasze noce
Zróbcie to inaczej, eksperymentujcie na miarę waszych potrzeb, obejrzyjcie razem film erotyczny.
* Chodźcie na randki
Takie z prawdziwego zdarzenia – z kinem, kolacją i szampanem.
* Pielęgnujcie rytuały
Miejcie swoje stałe punkty dnia, tygodnia, miesiąca czy roku. To zbliża.
* Znajdźcie wspólne hobby
Koniecznie szukajcie tego, co możecie robić oboje i z pasją. O czym możecie rozmawiać do późnej nocy.
* Wyjeżdżajcie na urlopy
Nie remontujcie mieszkania w czasie wolnym, nie róbcie generalnych porządków ale wyjedźcie – zmieńcie otoczenie, wykąpcie się razem w jeziorze, zmęczcie się razem w górach, doświadczcie czegoś wspólnie, gromadźcie wspomnienia.
* Śmiejcie się
Z siebie, z otaczającej Was rzeczywistości. Rozśmieszajcie się. Szukajcie wspólnego poczucia humoru.
* Dotykajcie się
Erotycznie, czule, w przelocie, przypadkiem. Głaskajcie się po głowie, miziajcie po plecach. Jak oglądacie film – chwyćcie się za ręce, połóżcie stopy na kolanach partnera.
* Od czasu do czasu wspominajcie przeszłość
Jak się poznaliście, co Wam się w sobie podobało, jak zapamiętaliście Wasz pierwszy pocałunek. To odświeża dawne emocje.
* Organizujcie przyszłość
Wznawiajcie wspólne cele, marzcie, planujcie. Zamierzenia realizujcie. Jak wynika z badań psychologicznych – wspólny cel i wysiłek w osiągnięciu go sprzyja zacieśnieniu relacji. Miejcie po co żyć i to żyć wspólnie i z radością.
* Odpoczywajcie od siebie
Raz na jakiś czas zróbcie coś bez partnera. Dbajcie o swoją odrębność. Zatęsknijcie za sobą.
*Dbajcie o odrębność
Czynności intymne wykonujcie raczej bez obecności partnera (toaleta, depilacja). To sprzyja utrzymaniu erotycznego napięcia.
*Bądźcie swoimi adwokatami
Nie oskarżajcie się. Ufajcie w swoje dobre intencje. Przyjmujcie okoliczności łagodzące.
* Ubierajcie czasem buty partnera
Zamiast karmić siebie i innych pretensjami do partnera postawcie się od czasu do czasu na jego miejscu. Czego mógłby od Was chcieć, potrzebować? Odwróćcie pytanie – czy ja chciałbym/abym być z sobą w związku?

Jednym słowem – nie zostawiaj związku, żeby dział się sam. Nie podlewany i niepielony ogród wysycha.
A dodatkowo – zachowajcie odrobinę rozsądku w miłości. Nie spalajcie się już na początku. Angażujcie się, ale nie ślepo i bezkrytycznie. Pamiętajcie też w tym wszystkim o sobie.
* W celu zachowania prywatności moich klientów i utrudnienia ich identyfikacji – imiona bohaterów zostały zmienione. Jeśli chcę umieścić w artykule historię któregoś z moich pacjentów – ZAWSZE pytam go/ją o wyrażenie zgody.

Kocham dwóch

Historia Natalii (29):
Natalia od 4 lat jest w związku z Krzysztofem. Planują ślub, tylko czekają aż uda im się uzbierać pieniądze na wesele. Taka jest wersja oficjalna, taką też zna Krzysztof. Tak naprawdę Natalia odwleka ślub, ponieważ nie wie czy chce wyjść za mąż za Krzysztofa czy też za Jakuba, którego poznała rok temu na szkoleniu. Natalia twierdzi, że kocha ich obydwu. „Nie umiem wybrać. Próbowałam. Zostawiałam Jakuba, ale za kilka dni wracałam, tak za nim tęskniłam. Z Kubą jest mi cudownie – czuję się piękna, jedyna, najważniejsza. Kuba ma w sobie tyle życia, energii! Nie umiem się tego pozbawić. Dlaczego miałabym, tak w ogóle? Z kolei Krzysiek jest moim najlepszym przyjacielem. Był ze mną w różnych trudnych chwilach. Ale to nie tylko wdzięczność. Ja naprawdę czuję, że go kocham. Kiedy wyobrażam sobie, że miałoby go nie być czuję strach. I pustkę. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go w moim życiu zabraknąć. Że miałby zniknąć, ot tak. Bo wiem, że gdybym odeszła to oznaczałoby koniec naszej znajomości. On nie uznaje przyjaźni między byłymi. Jak jestem z Kubą jest mi dobrze, ale po jakimś czasie tęsknię do Krzysia. Jak jestem z Krzysztofem czuję się taka spokojna, bezpieczna. Ale też myślę o Kubie. Wiem, że to nie fair wobec nich. Ale to jest silniejsze ode mnie! W końcu co można poradzić na miłość?”

Historia Bogusi (39):
Bogusia jest mężatką od 18 lat. Wyszła za mąż wcześnie ze względu na nieplanowaną ciążę. Mąż Bogusi jest od niej starszy o 7 lat. Mówi o nim w samych superlatywach: „To przede wszystkim bardzo dobry człowiek. Opiekuńczy mąż, troskliwy ojciec. Bardzo go kocham. Uwielbiam spędzać z nim czas. Teraz kiedy nasze dzieci są już w takim wieku, że więcej ich nie ma, niż są – mamy go dla siebie więcej. Chodzimy na długie spacery z psem, wyjeżdżamy na weekendy ze znajomymi, gotujemy. Jest między nami dużo ciepła, czułości.” Trzy lata temu Bogusia wyjechała do Hiszpanii na miesięczny kurs językowy. Spełniła w ten sposób swoje marzenie. Jednym z uczestników był Maciej. Młodszy o cztery lata. Bogusia wdała się w romans: „Czułam się jak w jakimś śnie. Nagle, po tylu latach bycia przykładną żoną i matką stałam się wyuzdaną kochanką. Czułam się i świetnie i fatalnie, bo okłamywałam męża.” Po miesiącu Bogusia wróciła do rodziny. Pożegnała się z Maciejem nie bez bólu, ale uznała że po prostu tak trzeba. Liczyła, że o nim zapomni, że jej przejdzie. „To tylko wakacyjna fascynacja” – myślała. Ale nie przechodziło. Myślała o nim często. I tak przez pół roku. Wtedy natknęła się na niego w restauracji. Odnowili kontakt. Rozstawali się kilka razy. Raz na wiele miesięcy. Zawsze wracali. Bogusia: „To nie jest tak, że mam męża, który mnie zaniedbuje, więc uległam kochankowi, który wreszcie zobaczył we mnie kobietę. To byłoby banalne. Mój seks z mężem jest w porządku. A z kochankiem dużo rozmawiam. Dlatego to takie trudne. I nie znoszę słowa kochanek, bo to nie oddaje tego co jest między mną a Maćkiem. Ja go pokochałam. Jednocześnie nie przestałam kochać męża”

Zarówno Natalia jak i Bogusia cierpią. To widać. Każda na swój sposób przeżywa swój osobisty, intymny dramat. Obie zadały mi to samo pytanie – „Czy to możliwe, żeby naprawdę kochać dwóch mężczyzn jednocześnie?”.

Niektórzy psycholodzy są zdania, że można, ale jest to uczucie o innej jakości. Porównują to np. do miłości wobec męża, dzieci, rodziców – każdego z nich kochasz, ale każdego trochę inaczej. Część specjalistów uważa, że nawet własne dzieci kocha się jednak w nieco inny sposób. Uznają, że kochanie wszystkich dzieci tyle samo i tak samo jest mitem. Jednak większość teoretyków i praktyków skłania się ku teorii, że miłość wobec dwóch mężczyzn czy kobiet nie jest możliwa. W takich historiach chcą dopatrywać się co najmniej niedojrzałości emocjonalnej lub wręcz poważniejszych zaburzeń, ewentualnie wiążą to z kondycją pierwotnego związku. I pewnie często mają rację. Ale czy zawsze? Sytuacja deklarowanej miłości wobec dwóch (przepraszam za wyrażenie) obiektów to sytuacja z pewnością niecodzienna, niestandardowa. Może wobec tego stawiać psychoterapeutę w sytuacji pewnej niewiedzy czy bezsilności. A kiedy czujemy się niepewni czy bezradni, kiedy nie mamy na coś gotowej odpowiedzi czy rozwiązania – wtedy pojawia się ocena. Dlaczego? Bo my ludzie nie lubimy nie wiedzieć. Nie lubimy nie mieć recepty. Wtedy lepiej nadać etykietę. Żeby móc odpowiedzieć na pytanie czy miłość do dwóch jest możliwa należałoby się w ogóle zastanowić nad tym czym tak naprawdę jest miłość. Przecież każdy rozumie ją trochę na swój sposób. Czy miłość to emocja? Czy miłość to postawa? Tyle razy obserwuję jak mylimy miłość z pożądaniem albo zaspakajaniem potrzeb. Lub też traktujemy miłość jako usprawiedliwienie, pretekst, przykrywkę. Dlatego ja na potrzeby tej dyskusji i w sytuacji pracy z osobami, które deklarują miłość do dwóch mężczyzn/kobiet wolę używać określenia – silna więź emocjonalna.
W swojej pracy z pacjentami zaobserwowałam, że ową więź rzadko zacieśniamy z mężczyznami (czy kobietami) którzy są do siebie podobni. Pozornie – może, ale tak naprawdę to jak się przy nich czujemy, to jakie potrzeby przy nich zaspakajamy – tu widać różnice. Potwierdzają to doświadczenia bohaterek. Z jednym partnerem masz wspólne wspomnienia, przyjaciół, zainteresowania, rytuały, czujesz się przy nim dobrze, bezpiecznie, spokojnie; z drugim – łączy Cię poczucie nowości, fascynacji, przygody, tajemnicy, nieprzewidywalności. Czasem zachłyśnięcie się nowością mija, czasem jednak przeradza się w silne zaangażowanie. Nie chcę sprowadzać podobnych historii do oczywistości i jak powiedziała Bogusia – banału. Różnice między partnerami mogą być naturalnie znacznie bardziej subtelne, ale zazwyczaj moje pacjentki (czy pacjenci) faktycznie mówią, że „i z jednym i z drugim czują się szczęśliwe, ale z każdym inaczej”.
My ludzie jesteśmy jednostkami złożonymi. Każdy z nas nosi w sobie różne aspekty (troskliwej matki, odpowiedzialnej pani doktor, opiekuńczej żony, demona seksu, małej dziewczynki/w przypadku mężczyzn – odpowiednio) . Występujemy w różnych rolach (matki, żony, kochanki swojego męża, pracownika, szefowej, syna, sąsiada, etc). Mamy różne potrzeby, czasem wzajemnie się wykluczające (potrzeba bezpieczeństwa i potrzeba nowości). Te wszystkie aspekty w nas domagają się zaistnienia. Wszystkie potrzeby w nas domagają się zaspokojenia. M.in dlatego nawiązujemy romanse, które czasem przeradzają się w silną więź i bliskość. Dlatego też mówimy o miłości wobec np. dwóch mężczyzn, ponieważ przy jednym może wybrzmieć jedno, a przy drugim – inne. Nie wiemy z czego zrezygnować. Wszystko wydaje nam się ważne. Jak więc sobie z tym poradzić?

* Kiedy zaczynasz odczuwać fascynację kimś – przyjrzyj się czego szukasz. Co Ci zadźwięczało? Czego pragniesz doświadczyć? Co domaga się odkrycia, przebudzenia? Do czego potrzebujesz dostępu? Co do tej pory blokowałaś/łeś? Na co sobie nie pozwalałaś/łeś? Czego się boisz? Kim się stajesz przy „tym drugim”? Jaka przy nim jesteś? Najbardziej niebezpieczny jest brak świadomości. Załóżmy, że jesteś przykładną, dobrą, mądrą, zadbaną, wyrozumiałą żoną, która daje swojemu mężczyźnie spokój i ukojenie. A co z tą częścią Ciebie, która jest emocjonalna, nieracjonalna, szalona, nieprzewidywalna, etc? Jeśli z jakiś powodów nie uruchamiasz jej w kontakcie z mężem (Ty sobie nie pozwalasz, nie czujesz przyzwolenia męża)  możesz zacząć to robić w relacji z kimś innym. Jeśli nie masz wglądu w ten mechanizm możesz nigdy nie wyjść z zamkniętego cyklu i stale mieć poczucie nienasycenia, cierpienia, poczucia winy.
* Zastanów się czy ten aspekt Ciebie który domaga się zaistnienia możesz uruchomić w relacji z obecnym partnerem. Czy możesz to sobie „zabezpieczyć” w obecnym związku? Może zbyt szybko uznajemy, że z mężem czy żoną to nie? To tak jak bohater filmu „Depresja gangstera” na pytanie swojego terapeuty czy nie układa mu się z żoną skoro ma kochankę odpowiada zdziwiony, że „z żoną wszystko w porządku”. „Dlaczego w takim razie masz kochankę?” – pyta terapeuta. „Bo z kochanką robię to czego nie robię z żoną”. „A dlaczego nie robisz tego z żoną?” – drąży. „Przecież ona całuje moje dzieci na dobranoc”. Im w pełniejszy sposób możesz wyrażać siebie w danej relacji, tym mniejsza potrzeba szukania poza.
* Może zdarzyć się tak, iż z jakiś powodów uznasz, że przy obecnym partnerze tej części siebie nie uruchomisz. To naturalne, że żadna relacja nie da nam wszystkiego. Wyobraź sobie, że masz np. dwie czy trzy przyjaciółki. Nie jest tak, że z jedną chętniej filozofujesz, z drugą się śmiejesz, a z trzecią bawisz? Czy to świadczy o słabej jakości Twoich przyjaźni? Niekoniecznie. Twój związek też nie musi być do niczego tylko z tego powodu, że (mówiąc z przymrużeniem oka) nie realizujesz swojego ja w sposób absolutny. Dobrze jednak, byś miał/a okazje wyrażania siebie możliwie najpełniej. Dlatego też pomyśl – czy możesz realizować różne aspekty siebie poza związkiem, ale w sposób który mu nie zagraża. Miałam klientki, które zapisywały się np. na taniec (aby doświadczać swojej kobiecości i seksapilu) czy na boks (aby wejść w kontakt ze swoją mocą, siłą, zwierzęcym instynktem).
* Jeśli wybrzmienie jakiegoś aspektu Ciebie nie jest możliwe – zastanów się czy jesteś w stanie zaakceptować to, że na ten moment lub też w ogóle tak jest. Czy jest on dla Ciebie na tyle ważny, że pogodzenie się z uśpieniem go (bywa, że tylko czasowym) jest zbyt trudne? Być może fakt, że tyle aspektów Ciebie jednak przy partnerze uruchamiasz jest wystarczająco dobre? Poczuj jak jest.

Silne zaangażowanie emocjonalne w dwie relacje jest wyczerpujące i raniące. I mniejsza już o przyczynę takiego zaangażowania (niezaspokojone potrzeby, deficyty, niedojrzałość, zaburzenia emocjonalne). Tak czy inaczej stanowi i sieje cierpienie. Dlatego zanim pchniemy się w kierunku tego co nazywamy miłością (nie twierdzę, że nią nie jest) – może wykorzystajmy inne możliwości.

 

Związek z “masochistą”

Sergiusz (39) umówił się do psychologa, żeby pomóc swojej żonie. Ma podejrzenia, że żona ma depresję. Pytam co go niepokoi. Sergiusz: „Moja żona przede wszystkim jest bardzo delikatna i wrażliwa. I jest bardzo dobrym, pomocnym, życzliwym człowiekiem. Wszystkim by nieba uchyliła. Bardzo przeżywa to, że nikt tego nie docenia, nie wykazuje chęci, żeby się odwdzięczyć. W pracy moja żona jest traktowana jak koń pociągowy – wszystko zrobi, zniesie. I tak rzeczywiście jest, a potem mi się wypłakuje, że już nie ma siły. Od trzech lat namawiam ją na zmianę pracy, bo w dziedzinie w której pracuje ze znalezieniem innej nie miałaby najmniejszego problemu. Nie wiem dlaczego tego nie chce skoro tam jej źle. Gdy ją o to pytam złości się i mówi, żebym dał jej spokój. W weekendy moja żona jeździ do swojej mamy. Trochę mnie to denerwuje, że nic wtedy nie możemy fajnego zrobić, bo przecież ona nie zostawi matki samej.” Pytam czy teściowa jest chora, potrzebująca. „Ależ skąd. Jest zdrowa, tylko tyle, że od śmierci męża sama. Nie wymaga szczególnej opieki. Nawet nie wiem czy jej oczekuje, czy żona nie jest w tym temacie nadmiarowa. Ja rozumiem, że żona chce pobyć z mamą, ale czy wspólny wypad na weekend raz na kwartał to tak wiele? Ostatnio żona dała się namówić. Ten wyjazd to był koszmar. Żona miała zbolałą minę. Jak ją pytałem o co chodzi mówiła, że martwi się o mamę. Z resztą ona się czymś martwi nieprzerwanie. Nawet jak nic się złego nie dzieje. Co będzie jak dziecko nie zaklimatyzuje się w szkole? Świetnie dało sobie radę. Co będzie jak trzeba będzie mamę wziąć do siebie? Od 5 lat nie ma takiej potrzeby, a ona wciąż wałkuje ten temat. Itd. Kiedy wracaliśmy z wyjazdu całą drogę robiła mi wyrzuty, że ją namówiłem. Oskarżała mnie, że nie rozumiem jej sytuacji, że moi rodzice mają jeszcze siebie, że tylko ona się przejmuje, bo w końcu ktoś musi. Nie wiem kiedy widziałem moją żonę uśmiechniętą, beztroską? Ostatnio powiedziałem jej, że ona zawsze musi mieć jakiś problem. Że gdy się na nią patrzy można by wysnuć wniosek, że życie to udręka i pasmo trosk. Popłakała się. Wykrzyczała mi, że przecież ona też się z tym męczy. Poczułem się podle, że jej dokładam. Zaproponowałem, żeby poszła do psychologa. Nie chce. Twierdzi, że nie wierzy, że ktokolwiek obcy może jej pomóc.”

Rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo. Pod koniec spotkania oboje doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie hipoteza Sergiusza o depresji żony jest nietrafiona. Sergiusz przyznał, że „żona była taka od zawsze”. „Kiedy braliśmy ślub ona zamiast się cieszyć cały czas martwiła się czy wszystko się uda, czy goście będą zadowoleni czy sukienka się nie poplami.. Oczywiście wszystko się udało, ale zastanawiam się po co te nerwy? Po weselu powiedziałem do żony, że ten dzień mógłby być przyjemniejszy. I że mi szkoda. Wpadła w jakąś melancholię na 3 dni. Przepraszała mnie, twierdziła, że nigdy sobie tego nie wybaczy, że zepsuła mi tak ważny dzień. Ja już naprawdę chciałem pójść do przodu, a ona swoje. Tylko że od tego czasu jest dokładnie tak samo. Moja siostra uważa, że żona wynajduje sobie problemy. Że ona lubi jak jest źle. To możliwe? To byłoby straszne.”

Czy to możliwe, że ktoś lubi cierpieć? Rzeczywiście są takie osoby, które sprawiają takie wrażenie.  Być może jest to opinia nie do końca sprawiedliwa. Np. Alexnder Lowen uważa, że taka osoba cierpi naprawdę, ale jednocześnie jest niezdolna do zmiany tego stanu. O takiej osobie zwykliśmy myśleć i mówić – to jakiś masochista! Mimo, iż to sformułowanie potoczne psychologowie praktycy istotnie wyodrębniają podobne rozpoznanie – osobowość masochistyczna (wymiennie – osobowość samoponiżająca czy autodestrukcyjna). Co prawda ta forma zaburzeń osobowości nie została włączona do oficjalnego systemu kwalifikacyjnego, jednak wielu psychoterapeutów dostrzega użyteczność powyższego rozpoznania i też z tej użyteczności korzysta.

Co można zaobserwować u partnera wykazującego cechy osobowości masochistycznej?

* Sprawia wrażenie jakby miała zapotrzebowanie na cierpienie
* Ma trudności z przeżywaniem i wyrażaniem takich uczuć jak: radość, satysfakcja, poczucie przyjemności
* Odrzuca ludzi i sytuacje, które mogłyby wzbudzić przyjemne uczucia
* Na sukces czy dobrą wiadomość reaguje obniżeniem nastroju czy poczuciem winy
* Ciągle się czymś zamartwia
* Ma skłonności do licznych zniekształceń poznawczych ( katastrofizuje, wyolbrzymia to co może niepokoić, pomniejsza czy ignoruje to co uspokaja)
* Wytrwale znosi ból, cierpienie, niewygody; nie wykazuje zachowań mających na celu zmianę swojego położenia nawet jeśli istnieje taka możliwość
* Dużo robi dla innych mając przy tym poczucie poświęcenia, umęczenia, bycia wykorzystywaną, jednak nie przerywa działań, które do tego prowadzą
* Potrzeby innych stawia przed swoimi; przy jednoczesnym przeświadczeniu iż taka jej postawa jest niedoceniana
* Wychodzi jej pomaganie innym, jednocześnie w swoim życiu ponosi porażki, choć obiektywnie mogłaby osiągać sukcesy (ma zdolności, możliwości, warunki, etc)
* Jest skłonna do wyrzeczeń i poświęcenia na rzecz innych, nawet jeśli inni tego nie oczekują czy wręcz nie chcą
* Reaguje na potrzeby innych natychmiast i bez zastanowienia, często wręcz je wyprzedza zanim ktoś taką potrzebę wyrazi
* W niezrozumiały dla innych sposób tak kieruje swoim życiem, że obraca się w gronie osób, które ją wykorzystują, z kolei te które chcą jej realnie pomóc – odtrąca
* Ma tendencję do wchodzenia w związki toksyczne i niszczące
* Sprawia wrażenie jakby swoją postawą prowokowała innych do gniewu, odrzucenia czy wykorzystywania. Może wtedy doznawać poczucia upokorzenia, krzywdy, ludzkiej niewdzięczności.
* Nie interesują ja osoby, które dobrze się do niej odnoszą
* Mimo deklaracji, iż chce pomocy – realną pomoc odrzuca (czasem nie wprost, ale tak się jakoś dzieje, że z pomocnych rozwiązań nie korzysta)
* Na propozycję realnych rozwiązań reaguje gniewem
* Reprezentuje zachowania autodestrukcyjne (nie dba o siebie, źle się odżywia, pali, etc)
* Przejawia zachowania bierno-agresywne (jest np. złośliwa, daje do zrozumienia, itp.)
* Potrafi wzbudzać w innych poczucie winy („tylko ja się przejmuję”, „tyle z siebie dałam a Ty tego nie doceniasz”, itp.)
* Ekspresja takiej osoby jest ograniczona, zahamowana
* Sprawia wrażenie uległej, wręcz służalczej, niewidzialnej
Tak rozumiana osobowość masochistyczna nie ma nic wspólnego z masochizmem traktowanym jako zaburzenie preferencji seksualnych, w którym jednostka odczuwa podniecenie seksualne w sytuacjach poniżenia lub doznawania bólu.

Po zapoznaniu się z powyższą listą cech Sergiusz przyznał, że wiele z nich przejawia jego żona. Mniejsza o to ile dokładnie czy też które to z nich. Naszym celem nie było postawienie żonie Sergiusza dokładnej diagnozy, bo też nie jest to możliwe na odległość. Każdego też przed diagnozowaniem swoich bliskich przestrzegam. Brak fachowej wiedzy i zaangażowanie emocjonalne mogą zaburzyć właściwy obraz. Chodzi o pewien rodzaj oglądu sytuacji, który mógłby pomóc Sergiuszowi odpowiednio reagować. Do tej pory Sergiusz podejmował różne strategie postępowania:
* rozmawiał z żoną próbując wykazać brak logiki w przeżywaniu przez nią określonych spraw np. martwienie się na zapas (odczuwał jednak poczucie winy kiedy słyszał od żony że jej nie rozumie i że to jest silniejsze od niej, ewentualnie że tylko ona się martwi, inni mają to gdzieś)
* cierpliwie wysłuchiwał narzekań i żalów żony (poczuł się jednak tym zmęczony, bowiem jak powiedział – ile można?)
* podsuwał żonie różne pomysły i rozwiązania (ponieważ żona z nich nie korzystała, a często wyrażała wobec męża złość – ten poczuł się bezsilny)
* wyręczał żonę w dokonywaniu różnych zmian np. zatrudnił panią do sprzątania, żeby żonę odciążyć (ponieważ żona zareagowała najpierw poczuciem winy że sobie nie radzi, następnie pretensjami że i tak musi wszystko poprawiać– Sergiusz kolejny raz poczuł niemoc)
* zaproponował żonie fachową pomoc (jak wiemy – ten pomysł również okazał się nieefektywny)

Podobne strategie postępowania przyjmuje większość partnerów osób o strukturze masochistycznej.
Niestety, często żadna z nich nie okazuje się skuteczna. Dlaczego tak się dzieje? Bowiem nierzadko jest to walka z wiatrakami. Wydaje się nam, że jak będziemy bardzo chcieć uda nam się odpowiednio wpłynąć na partnera. Nie wiemy, że na pewne rzeczy po prostu nie ma mocnych. Że jeśli wchodzimy w związek z kimś kto a) ma zaburzenia osobowości (spełnia kryteria dla konkretnych zaburzeń b) ma określony rys osobowościowy np. osobowości masochistycznej (nie spełnia kryteriów zaburzeń, ale wykazuje znaczącą część cech) prawdopodobieństwo zmiany u takiej osoby pod naszym wpływem jest jednak ograniczone. Nie zupełnie niemożliwe, ale nadmierny optymizm w tej kwestii często skutkuje wyczerpaniem, poczuciem winy, frustracją, bezsilnością – jak u Sergiusza.

Jaki jest koniec historii mojego bohatera? Powiedziałabym, że sprawa jest rozwojowa. Pod wpływem naszych rozmów Sergiusz zmienił cel spotkań. Zdecydował, że zajmie się sobą, tzn. tym jak może sobie lepiej radzić będąc w związku ze swoją żoną, z którą nie jest mu łatwo, ale którą kocha i chce z nią być. Taki cel na pracę wydaje się jak najbardziej realny.

 

 

Dopasowanie w związku

Ksenia (40) jest rok po rozwodzie. Pytam o powód rozstania. „Niezgodność charakterów” – mówi. „To oficjalnie. A jak Pani o tym myśli?” – drążę. „Właściwie to się z tym zgadzam. My kompletnie do siebie nie pasowaliśmy”.

Julian (rozwodnik, 41 lat) od kilku miesięcy spotyka się z nową partnerką. Jest zadowolony z tego jak im się układa, mimo, że jak mówi „ciągle się kłócą”. „Mnie jest dobrze. Ścieramy się, to prawda, ale czuję, że jest między nami coś naprawdę ważnego. Moja matka jest zdania, że nam nie wyjdzie, skoro już teraz widać, że jesteśmy zupełnie niedopasowani.”

Natalia (37) jest samotna. Od kilku lat szuka partnera. „Z marnym efektem” – kwituje. Natalia chce przyjrzeć się temu jaka jest przyczyna jej niepowodzeń. Pytam czy ma już jakąś roboczą hipotezę na ten temat. „Ja po prostu nie mogę znaleźć kogoś kto by do mnie pasował”.

Czy my do siebie pasujemy? – oto jest pytanie. Zadajemy je sobie samym i sobie nawzajem. Odpowiedzi szukamy wśród przyjaciół, psychologów, terapeutów i nauczycieli duchowych. Wczytujemy się w mądre teksty dotyczące relacji. Badamy co na ten temat mają do powiedzenia karty, gwiazdy, numerologia. Chętnie rozwiązujemy wszelakie testy, psychozabawy, quizy. Szukamy kogoś kto, jak powiedziała Natalia „do nas pasuje”. A jak już znajdziemy gra toczy się od początku – „ ale czy my na pewno do siebie pasujemy?”.

Wzajemne dopasowanie – co to właściwie znaczy? Czy to oznacza, że jesteśmy do siebie bardzo podobni i takich też partnerów mamy wybierać? A może przeciwnie – chodzi o to, żeby się uzupełniać? Wtedy mielibyśmy szukać kogoś, kto jest od nas różny. Na ile też takie dopasowanie jest w związku kluczowe i odpowiada za trwałość takiej relacji i satysfakcję z niej?

Zacznijmy od tego co w tej sprawie ma do powiedzenia nauka. Dane z licznie przeprowadzonych badań zdają się skłaniać nas ku koncepcji, iż dopasowanie to raczej zbiór podobieństw. O tym stanowi np. koncepcja dopasowania urodą. Zakłada ona, iż po pierwsze – mamy skłonność do dobierania partnera podobnego do siebie pod względem fizycznym (mając na myśli określony przedział tzw. atrakcyjności fizycznej). Po drugie – taki wybór miałby zwiększać szansę na to, że relacja przetrwa. Nie tylko podobieństwo fizyczne ma znaczenie dla trwałości relacji. Według badaczy również podobieństwa w takich obszarach jak: poziom inteligencji, wykształcenie, wiek, status społeczny, wyznanie (kultywowanie podobnych tradycji i rytuałów), wartości (wspólny cel dla związku, co ma tworzyć jego sens, spoiwo), potrzeby (potrzeba bliskości, odległości, wolności, umiejscowienie granic), poglądy (podział ról w związku, zarządzanie finansami, wychowywanie dzieci), opinie, postawy – tworzą konieczną bazę wzajemnego dopasowania. Znaczące różnice w tych obszarach stanowią dla związku wyzwanie, któremu nie każda relacja potrafi sprostać. Część naukowców do tej bazy dodałaby z pewnością jeszcze wspólnotę pasji i zainteresowań. W końcu to z nich składa się nasza codzienność. Domator może mieć kłopot z „dogadaniem się” z kimś, kto swój wolny czas najchętniej spędzałby w restauracjach, a osoba łaknąca regeneracji na łonie przyrody może nie znaleźć punktów stycznych z kimś, kto jest mieszczuchem. Natomiast podobieństwo w zakresie tego jak spędzamy wolny czas nie może być z pewnością jedynym obszarem, który nas łączy. Co się bowiem stanie, gdy nasza partnerka poważnie zaniemoże, a nasz związek opierał się do tej pory głównie na wyjazdach w skałki? Jeśli mamy wspólną wizję związku oraz wiemy co jest naszą misją – z resztą powinniśmy sobie poradzić. A co z osobowością, charakterem, temperamentem? Czy choleryk powinien dobrać sobie choleryka czy wręcz przeciwnie? Czy osoba dominująca lepiej porozumie się z podobnym do siebie dominantem czy jednak z osobą uległą? I co z postrzeganym jako niezmiernie ważne dopasowaniem seksualnym? Zacznijmy od seksu. Rzeczywiście znacząco odmienny poziom libido i skrajnie odmienne potrzeby seksualne mogą stanowić przeszkodę w trwałości relacji. Jest to kolejny argument na rzecz dobierania się pod kątem podobieństw. Zwracam jednak uwagę na słowa – znacząco i skrajnie (odmienny/e). Pewne różnice są nie tylko dopuszczalne, ale i naturalne. Poza tym warto wiedzieć, że to co łączymy z  naszym temperamentem w sypialni (który jako temperament  jest wrodzony i niezmienny) może być jednak w pewnym stopniu od nas zależne. Na poziom libido ma wpływ nie tylko temperament, ale i stan zdrowia, dieta, styl życia, przyjmowane leki, negatywne doświadczenia związane z seksem, poczucie własnej atrakcyjności, poziom satysfakcji z relacji, itp. A z tym już możemy pracować. Jeśli chodzi o cechy osobowości kwestia dopasowania wydaje się być nieco bardziej skomplikowana. Wśród naukowców nie ma zgody które z cech charakteru „powinny” być podobne, a które „powinny” się uzupełniać. Zgadzają się w jednym – istnieją takie cechy, które powinny być symetryczne i takie, które dobrze, by były komplementarne (m.in.: pesymizm versus optymizm, mówca versus słuchacz). Być może to właśnie w teorii o komplementarności cech w relacji ma swoje źródło koncepcja o przeciwieństwach, które się przyciągają.  Natomiast na pytania – które to z cech?, a także jakie są optymalne proporcje pomiędzy podobieństwami a różnicami w związku – tu już zgodności brak.
Gdy mówimy o wzajemnym dopasowaniu w relacji nie możemy zapomnieć o jeszcze dwóch ważnych teoriach. Pierwsza (biologiczna czy też ewolucyjna) zakłada, że przy wyborze partnera kierujemy się dopasowaniem wzajemnych układów immunologicznych. Chodzi o to, aby układ immunologiczny naszego wybranka był jak najbardziej odmienny od naszego. W ten sposób nasze potencjalne przyszłe dzieci powinny być odporne na jak największą ilość schorzeń. Druga teoria (doboru na podstawie motywów nieuświadomionych) zakłada, że wybierając partnera dopasowujemy go jako tego, który ma w posiadaniu klucz pasujący akurat do naszego zamka. Czym jest owy zamek? Czym jest owy klucz? Chodzi o możliwość odtworzenia pewnego emocjonalnego klimatu z domu rodzinnego (o odtworzenie określonych ról, mechanizmów funkcjonowania). Dopasowanie partnera odbywa się w sposób automatyczny, instynktowny i oczywiście  nieświadomy.

Tyle nauka. Ja, jako psycholog praktyk zawsze zadaję sobie pytanie – jak mogę wykorzystać teorie naukowe do swojej pracy z pacjentami/klientami? Co może mi się przydać, aby realnie pomóc tym, którzy zgłaszają się do mnie po taką pomoc? Ba, jaki mogę zrobić użytek z tej wiedzy dla siebie? W końcu też żyję, komunikuję się z ludźmi, dokonuję wyborów. Przyglądam się powyższym założeniom. Co sobie myślę? Myślę, że na pewne kwestie np. na biologię (dopasowanie pod kątem odmienności układów immunologicznych) nie mam wpływu. Nikt nie ma. Na niektóre (wybór partnera pod kontem wspólnych wartości, potrzeb, zainteresowań etc; poziom libido;  pogłębianie wglądu dotyczącego treści nieuświadomionych; itp.) – mam, przynajmniej do pewnego stopnia. No ale co w sytuacji, kiedy mój wybranek będzie podobnie wykształcony i będzie miał podobny pomysł na nasze wspólne życie, ale oboje będziemy tak dominujący, że tak czy inaczej staniemy przed pytaniem (że wrócę do początku) – to my jesteśmy dopasowani czy też nie? Czy jesteśmy dopasowani wystarczająco?
Dlatego też kiedy ja myślę o dopasowaniu – mniej zastanawiam się nad poszczególnymi cechami osobowości, statusem społecznym czy proporcją tego co symetryczne do tego co komplementarne. Nie łudzę się, że ktoś to kiedykolwiek dokładanie zbada, wyliczy i da nam gotową receptę na optymalny poziom dopasowania. Może część z nas by tak chciała. Może byłoby wtedy łatwiej: spełnia warunki dopasowania – dzień dobry, nie spełnia – do widzenia. Ale w moim poczuciu byłoby mniej barwnie. Płasko. Czy to nie ciekawe, że znamy udane związki gdzie wszystko działa, mimo że tak w gruncie rzeczy nie powinno? Pragnienie, żeby ktoś nam odpowiedział (psycholog, wróżka, horoskop) – „czy coś z tego będzie” jest pragnieniem w moim przekonaniu dziecinnym i zdejmującym z nas odpowiedzialność za nasze życie, nasze wybory, nasze relacje.
Ja o dopasowaniu nie myślę jak o zestawie określonych, w dodatku stałych danych. Dla mnie dopasowanie to ciągła praca – ścieranie się, negocjowanie, ustalanie, dochodzenie do porozumienia, uczenie się siebie, kształtowanie, rozwijanie, akceptowanie. Dopasowanie to proces. W dodatku nigdy się nie kończy. Dopasowanie to działanie, aktywność. To także nastawienie. Jeśli wierzę, że ten mężczyzna czy ta kobieta do mnie pasuje (co nie znaczy, że jest idealny/a, również nasze dopasowanie takie nie jest, ale dla mnie jest najlepszy/a) – każdą z jego/jej cech potraktujemy jako pasującą: albo jako podobną do naszej albo jako wzbogacające uzupełnienie, ewentualnie jako rozwojową lekcję do przepracowania.
Kiedy myślimy o dopasowaniu w ten sposób pytanie o to czy my do siebie pasujemy wydaje się być zupełnie niepotrzebne. Bo odpowiedź dzierżymy we własnych dłoniach.

 

 

 
.

Jak rozpoznać oszusta w sieci? *

Basia (32) od kilku lat jest sama. „Nie mam pomysłu co mogę zrobić, żeby to zmienić? Gdzie i jak kogoś poznać?” – mówi. „Przyjaciółka doradza mi, żebym założyła konto na portalu randkowym” – dodaje. „Ale ja mam wątpliwości. Koleżanka z pracy spotykała się z kimś z takiego portalu. Okazał  się być matrymonialnym oszustem. Wyciągał od niej tylko pieniądze. Zmył się jak przestała go finansować. Moja siostra też była na kilku randkach z chłopakiem poznanym w internecie. Oczywiście na profilu deklarował, że szuka bratniej duszy, a jak przyszło co do czego przyznał, że zależy mu na niezobowiązującym seksie. Po kilku tygodniach siostra dowiedziała się, że oprócz niej spotykał się w tym samym czasie z innymi kobietami z portalu. Nie mam zaufania. Po prostu boję się naciąć na oszusta.”

Jako ekspertka portalu Sympatia Plus dość często przy różnych okazjach jestem pytana o to czy zdarzają się na portalach randkowych oszuści różnej maści. „Oczywiście” – odpowiadam. Zdarzają się. Tak jak zdarzają się po prostu w życiu. Mężczyzna poznany na wakacjach też może obiecywać nam małżeństwo i domek z ogródkiem do momentu aż dowiemy się, że ma żonę i trójkę dzieci. Pojawia się też pytanie – czy na portalach randkowych ci nieuczciwi pojawiają się częściej, niż w tzw. realu. Jestem świadoma tego, że internet – poczucie anonimowości i bezkarności (pozorne!) mogą sprzyjać i sprzyjają temu, żeby coś zataić, podkoloryzować, zniekształcić. W sieci można właściwie powiedzieć o sobie prawie wszystko. Powiedzmy, że wspomniany mężczyzna z wakacji nie nazwie siebie wysokim brunetem, kiedy widzimy, że jest inaczej. Ale to nie znaczy, że nie może ukryć lub dodać w innej dziedzinie, np. właśnie w kwestii bycia bezdzietnym kawalerem. Pomijam już fakt, że oszukiwanie w sieci potrafi być bardzo krótkowzroczne. Jeśli zależy Ci na poznaniu kogoś, a Twój opis nie ma wielu punktów stycznych z tym jak jest naprawdę – rzeczywistość wyjdzie na jaw szybciej, niż myślisz.

Oszuści w sieci są obecni, nie ma co zaprzeczać oczywistym faktom. Pośród uczciwych i wartościowych poszukujących są i tacy, którzy podrasowują informacje na swój temat czy też tacy, którzy bez mrugnięcia okiem kłamią. Obok szczerych i ciekawych samotnych znaleźć można też takich, którzy chcą Cię nadużyć czy wykorzystać. Życie. Warto powiedzieć, że dobre portale randkowe weryfikują konta swoich użytkowników. Natomiast żadna weryfikacja nie jest też w 100% skuteczna. To jest po prostu nierealne. Poza tym sprawdzanie pewnych informacji trwa. Załóżmy, że masz podejrzenie, iż czyjś profil nie jest uczciwy. Zgłaszasz to administratorowi. Administrator dokonuje weryfikacji, ale do tego potrzebny jest czas. Dlatego uważam, że dobrze jest (obok zaufania do uczciwości ludzkich intencji i sprawdzonego portalu randkowego) mieć oczy i uszy szeroko otwarte. To nie jest tak, że wszelkie oszustwa dokonują się zupełnie „poza nami”. Że pan czy pani oszust kłamie bez zająknięcia i z niczym się nie zdradza nie dając nam tym samym szansy wycofania się w porę.  Kiedy rozmawiam ze zranionymi – ci po opadnięciu emocji przyznają, że pewne sygnały czy okoliczności mogły poddawać w wątpliwość uczciwość niedoszłego partnera, ale oni z różnych przyczyn (potrzeba bliskości, niska samoocena, brak zaufania do siebie, etc) je zignorowali. Kiedy więc powinna zapalić się nam czerwona lampka ostrzegawcza pt. uwaga! ryzyko!?

Sygnały ostrzegawcze:

W sieci:

1. Nie ma zdjęcia. Dodatkowo opisuje siebie jako atrakcyjnego młodzieńca. Powstaje pytanie dlaczego więc go nie zamieścił? Ewentualnie zdjęcie ma jedno i to bardzo (wręcz nienaturalnie) atrakcyjne (ryzyko kradzieży fotografii).
2. Brak opisu lub też opis krótki, lakoniczny, bez podawania istotnych informacji.
3. Gdy pytasz – niechętnie mówi o sobie. Odpowiedzi jakich udziela są zdawkowe, enigmatyczne, mało konkretne, nie wprost. Obraca je w żart, odwraca od nich uwagę.
4. Mimo, że jest zalogowany (oczywiście można to sprawdzić) – nie odpisuje na wiadomości, dochodzi do dłuższych przerw w kontakcie. Dodatkowo – kłamie, np. mówi, że nie miał czasu czy dostępu do sieci i od dawna nie zaglądał na swoje konto.
5. Nie pamięta poprzedniej rozmowy. Mylą mu się informacje. Sprawia wrażenie jakbyś nie była jedyną osobą, z którą rozmawia. Oczywiście cały czas podkreśla, że tylko Ty i nikt inny.
6. Miesza się w zeznaniach. Ostatnio mówił, że nie będzie miał czasu, bo jedzie do chorej babci, a teraz – że miał sporo nauki.
7. Nie chce spotkać się poza siecią. Lub wydłuża ten czas w nieskończoność.
8. Nie wyraża zaciekawienia Twoją osobą. Nie pyta, za to dużo mówi o sobie.
9. Wypytuje Cię w taki sposób, że czujesz się bardziej przesłuchiwana, niż dowartościowana z powodu zainteresowania Twoją osobą.
10. Szybko (znacie się krótko) i dużo mówi o pieniądzach. Że ma trudną sytuację finansową, że chciałby się spotkać, ale nie ma na bilet – „może pożyczysz?”
W tzw. realu:

1. Podobne sygnały, które powinny zaniepokoić Cię w sieci: nie słucha; nie jest Tobą zainteresowany; mówi jedynie o sobie kreując swój wizerunek jako pięknego, zdrowego, bogatego acz samotnego/uczciwego i dobrego acz ubogiego – niepotrzebne skreślić; nic nie mówi o sobie; przepytuje Cię; mylą mu się wersje wyjaśniania zdarzeń; napomyka o pieniądzach.
2. Gdy go o coś pytasz (o przeszłość, aktualną sytuację, pracę, życie osobiste) – zdradza objawy podenerwowania: unika kontaktu wzrokowego, jest pobudzony, teatralny, wykazuje współruchy (bawi się przedmiotem, pociera rękami o spodnie, etc), często dotyka twarzy lub nosa, broni się lub unosi.
3. Unika spotkań z Tobą w miejscach publicznych.
4. Nie przedstawia Cię bliskim. Niechętnie też bierze udział w spotkaniach z Twoją rodziną czy przyjaciółmi.
5. Unika tematów dotyczących przejścia na kolejny etap znajomości (wspólne wakacje, zamieszkanie razem).
6. Ciągle nie ma czasu. Lub tak to się dzieje, że nie ma czasu właśnie w weekendy czy też wieczorami. Wtedy też nie dzwoni, tylko pisze. Nigdy też wtedy nie odbiera. Oddzwania lub odpisuje, albo nawet nie. Dopiero rano. Lub też jeśli mówi – to cicho, prawie szeptem. Jest też podenerwowany.
7. Odbiera „tajemnicze” telefony. Często po takich – kończy spotkanie. Gdy rozmawia – wychodzi. Nie zostawia też telefonu w miejscu ogólnie dostępnym.
8. Dużo mówi , mało robi (chciałby się z Tobą częściej spotykać, ale; jesteś najważniejsza, ale..).
9. Nienaturalnie szybko wyznaje Ci miłość. Już, natychmiast, zaraz chce przejść do kolejnych etapów – ślubu, zamieszkania razem (przeważnie w Twoim mieszkaniu).
10. Pewne fakty nie składają Ci się w prawdopodobną całość (np. jest poważnym prezesem firmy a ciągle ma czas, skoro jest taki idealny to dlaczego wszystkie kobiety jakie spotkał były wyrachowane i podłe?).

A ponadto Twój zdrowy rozsądek i intuicja podpowiadają Ci, że coś jest nie tak. Po prostu – jest zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwie.

Powyższe sygnały ostrzegawcze są jedynie wskazówką – na co zwrócić uwagę, kogo unikać. Nie ma gwarancji na to, że jeśli się nie pojawią – na pewno się „nie natniesz”. A już na pewno nie zabezpieczą Cię przed porzuceniem czy bólem. Te zdarzają się nawet, gdy nie mamy do czynienia z oszustem. Czy wymienione przeze mnie wskazówki mogą sprawić, że ocenisz kogoś jako nieuczciwego, mimo że jest po prostu zakompleksiony (dlatego nie ma zdjęcia), nieśmiały (dlatego mało mówi o sobie, nie chce się spotkać poza siecią, unika spotkań z Twoimi znajomymi) albo naprawdę bardzo zakochany (stąd już wyznania i chęć zacieśnienia relacji)? Może się tak zdarzyć. Może być i tak, że „oskarżysz” kogoś niesprawiedliwie o oszustwo w sytuacji, gdy ten ktoś po prostu bardzo wstydzi się swojej rodziny (i Cię do siebie nie zaprasza) czy też naczytał się, że kobiet trzeba słuchać a nie w kółko gadać o sobie i strzela pytaniami w Twoim kierunku jak z karabinu. Ale jeśli a) uwzględnisz kontekst i szereg sygnałów połączysz w całość b) będziesz znać swoją wartość c) będziesz stale pracować nad znajomością siebie i swoich emocji d) będziesz mieć zaufanie do siebie – wierzę, że będziesz wiedzieć z kim „masz do czynienia” i że wybierzesz dobrze.
*Oszustem czy oszustką może okazać się zarówno mężczyzna, jak i kobieta. Forma artykułu (założenie, że oszustem jest mężczyzna a ofiarą nieuczciwości kobieta) wynika jedynie z faktu, iż przytaczałam historię Basi (a więc kobiety:)) oraz w celu ułatwienia jego odbioru.

Jak dobrze wypocząć w wakacje

I oto nastał – wyczekany, wytęskniony – czas wakacji. Niektórzy urlop (lub jego część) mają już za sobą. Tak jak Ilona (39). Widzimy się zaraz po jej powrocie. Pytam jak minął jej tydzień w górach, na który wybrała się z mężem. „To był koszmar” – mówi. „Czekałam na ten urlop cały rok. Od poprzednich wakacji nigdzie nie byliśmy. Myślałam, że już się nie doczekam. Jechałam potwornie zmęczona, ale mam wrażenie, że teraz jest jeszcze gorzej. Po pierwsze ja nie cierpię chodzić po górach. W ogóle dla mnie najlepszy urlop to leżenie z książką. Mój mąż kocha góry i ja chciałam zrobić mu przyjemność i jechać razem z nim. Ale myślałam, że zorganizujemy to tak, że on będzie się wypuszczał na wyprawy, a ja będę na hamaku przed domkiem. Tylko, że tam ani hamaka, ani nawet skrawka zielonej trawy. Dom przy ulicy, głośno, rodziny z dziećmi. Umęczyłam się i byłam wściekła, że nawet na urlopie nie może być dobrze. Doszłam do momentu, w którym przeszkadzało mi już wszystko. Oczywiście obrywało się mojemu mężowi. W końcu to on wybrał to miejsce. Kłóciliśmy się non stop. Przyznaję, że byłam trudna, ale mój mąż też bywa nie do zniesienia. Czy nie można przyznać się do błędu i mnie zrozumieć? Czy on mnie w ogóle zna, wie co lubię? Skąd pomysł na to miejsce? Z resztą może i ja go słabo znam. W ciągu roku tak naprawdę nie mamy czasu ze sobą porozmawiać. Praca, dzieci. To miał być romantyczny urlop tylko we dwoje, a przyjechaliśmy z myślą o rozwodzie. Z moich planów – żeby nadrobić zaległości lekturowe też nic nie wyszło. Jednym słowem – dramat.”

No cóż. Pewnie Ilona nie jest jedyną osobą na świecie, której z planów o regenerującym wypoczynku przy boku ukochanego męża niewiele wyszło. Czy można było to przewidzieć? Czy można było temu zapobiec? Czy można urlop zaplanować tak, żeby mieć pewność, że będzie udany? A może nie planować? I jak sprawić, żeby wakacje z naszym ukochanym/naszą ukochaną były warte wspominania?

Sposobu na gwarancję, że urlop będzie udany na pewno nie ma. Nie ma też sposobu uniwersalnego, dla wszystkich. Istnieją jednak dość powszechne błędy, jakie popełniamy przy zagospodarowywaniu wakacji (wiele z nich popełniła Ilona) i określone wskazania, z których warto skorzystać, aby zwiększyć sobie szansę na to, że czas urlopu będzie naprawdę relaksujący.

Po pierwsze – żeby dobrze wypocząć z partnerem konieczne jest, aby wypocząć ze sobą samym. Jeśli nie potrafisz się regenerować i zasilać – będziesz permanentnie zmęczona/y, bez sił, bez życia, zła/y, sfrustrowana/y, niecierpliwa/y – sam/a chyba wiesz najlepiej jak funkcjonujesz, gdy jesteś wyczerpana/y. W takiej kondycji partner nie będzie miał z Ciebie żadnego „pożytku”. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się wypoczywać. Tak, nauczyć – bowiem umiejętność głębokiej regeneracji jest sztuką i nie każdy to potrafi. Powiedziałabym, że coraz mniej z nas. Presja czasu, wyniku, efektu finansowego, zewnętrzne oczekiwania i wymagania, tempo w jakim żyjemy – wszystko to nie wspiera nas w pozyskiwaniu spokoju i równowagi.

Aby odpowiednio wypocząć:

* Zbuduj sobie nawyk wypoczywania
Jedno czy dwutygodniowy urlop w ciągu roku to stanowczo za mało. Szczególnie, gdy żyjesz i pracujesz naprawdę intensywnie. Grozą napawa mnie fakt, że część osób nie pozwala sobie nawet i na to. Pomyśl sobie, że wypoczywanie jest jak prysznic dla Twoich emocji i napięć. Nie dziwisz się, że zęby wymagają codziennego mycia. Regularnej kąpieli dokonujesz już automatycznie. Tak jak dbasz o higienę ciała – zadbaj o higienę umysłu. Minimum tej higieny to godzinna dziennie poświęcona na wypoczynek. Można sobie policzyć, że taka godzinna dziennie daje nam w ciągu roku (365 dni) aż 15 dni na odpoczynek. Do tego co najmniej kilka godzin w weekend i raz na kwartał 3-4 dni wolne od obowiązków i zadań. Podkreślam – to absolutne minimum, aby zachować zdrowie. Pamiętaj, że jeśli nie znajdujesz czasu na odpoczynek – będziesz musiał/a go znaleźć na chorobę. Systematyczny wypoczynek pozwoli też na odpowiednią regenerację w czasie urlopu latem. Trudno bowiem jest zregenerować siły, jeśli wakacje są już rozpaczliwym wołaniem o pomoc. Tak jak i witaminy nie wystarczą, gdy toczy nas zapalenie płuc.
* Naucz się odpoczywać
Zadam Ci kilka prostych pytań: Co sprawia, że wypoczywasz? Co Cię regeneruje? Co Cię uspokaja? Co Cię rozluźnia? Co Cię zasila? Co Cię doenergetyzowuje? Co lubisz robić? Co sprawia Ci przyjemność? Jeśli jesteś w stanie udzielić na nie odpowiedzi – bardzo Ci gratuluję, bowiem wielu z moich pacjentów nie jest. Po pierwsze – nie mają nawyku zadawania sobie takich pytań. Powiem więcej – w ogóle nie mamy nawyku rozmawiania ze sobą, a to jest podstawą budowania ze sobą kontaktu. A jak jesteś ze sobą w kontakcie – czujesz i wiesz co robić. Jeszcze pytania dotyczące przyjemności nie budzą takiego popłochu. Ale żeby rozróżnić – co mnie odpręża, a co ładuje mi baterie – już trudniej. Te pytania są podstawą. Jak odpowiednio pytasz – poszukujesz odpowiedzi. A w końcu ją znajdujesz. Stąd już tylko krok do wdrażania tego co Ci służy.
* Zaplanuj urlop pod kątem preferencji
Nie ma jednego dobrego sposobu na udany wypoczynek. Możemy kierować się pewnymi zaleceniami (o tym za chwilę), ale najważniejsze jest, abyśmy zbadali swoje potrzeby i preferencje względem urlopu. A potem po prostu je uwzględnili. Wydawałoby się – nic prostszego, ale uwierzcie – gros moich klientów spędza wakacje w sposób zupełnie przypadkowy (bo moda, bo znajomi, bo tanio) i niezgodny z ich temperamentem.
* Zadbaj o odpowiednie nastawienie
Jeśli wyjeżdżamy raz do roku nic dziwnego, że chcemy aby nasz urlop był idealny. Aby pogoda dopisała, mąż był miły, a dzieci nie hałasowały. Dojeżdżamy na miejsce – a tu niestety – ani pogody, dzieci się nudzą, a mąż wścieka. Ty razem z nim. No i po urlopie, można by rzec. Istotnie – jeśli ulegniesz temu marudzie w środku. Zawsze znajdzie się coś do czego można się przyczepić. Nic i nikt nie jest doskonały, wakacje też nie. Co więcej – nie muszą takie być, jeśli względnie niezależnie od okoliczności będziesz potrafił/a się wzbudzić w sobie odpowiednie nastawienie. Jeśli  naprawdę na czymś nam zależy – nic nie jest w stanie nas do tego zniechęcić. Umów się więc ze sobą, że też postarasz się, aby nic nie było w stanie odwieźć Cię od radości z urlopu. Oczywiście – nie mówię tu o sytuacjach skrajnych oraz pozostawiam margines na fakt, że po prostu może Ci nie wyjść wywiązanie się z umowy. Ale zrób to co możliwe aby nakierować swoje myśli i emocje na doświadczanie wdzięczności. W końcu nie każdy może pozwolić sobie na wyjazd, nie każdy ma z kim wyjechać. Tak czy inaczej – jesteś szczęściarzem.
* Mniej znaczy więcej
Poleniuchować, zadbać o tężyznę fizyczną, schudnąć, dopieścić się, naprawić relacje z bliskimi, pozwiedzać, nauczyć się czegoś nowego (nurkowanie, surfing, etc), poćwiczyć angielski, nadrobić zaległości książkowe i filmowe, sprzątnąć wreszcie  garaż – w końcu mamy aż całe dwa tygodnie. Im więcej nierealnych (a nawet sprzecznych) oczekiwań i wymagań – tym więcej rozczarowań. Zrezygnuj z wyśrubowanego planu, który wtłoczy Cię w przymus realizacji zadań. Masz tego z pewnością aż nadto na co dzień. Odpoczywamy dzięki temu, że nic nie musimy, że mamy wreszcie swobodę. Po co to sobie odbierać, zwłaszcza podczas wakacji? Odłóż też na bok swój perfekcjonizm, jeśli masz do niego skłonność. Nieidealnie spakowana walizka – trudno. Brak makijażu – świetnie. Pamiętaj po co służy urlop.
* Dystans od pracy
Kiedy wypoczywa się najtrudniej? Kiedy nie potrafimy nabrać dystansu do spraw zawodowych. Badania przekonują, że osoby które mają umiejętność zostawiania pracy za sobą mają lepszy nastrój, są zdrowsi, nie mają kłopotów ze snem. To wiemy. Pytanie tylko jak to zrobić? Jest kilka wskazówek, które mogą Ci pomóc, choć sukcesu oczywiście nie zagwarantują.
Po pierwsze postaraj się nie zostawiać zaległości. Jeśli to niemożliwe – domknij sprawy kluczowe. Służbowy telefon wyłącz, uprzedzając o tym wcześniej przełożonych i współpracowników. Na poczcie głosowej nagraj odpowiedni komunikat (do kiedy Cię nie ma i ewentualnie do kogo kierować sprawy pilne). Jeśli i to nie jest realne – wyznacz godziny w ciągu dnia, w których będziesz dostępny i uzgodnij, że to także dotyczy spraw naprawdę ważnych.
Na służbowej poczcie e mail ustaw autoresponder (program lub opcja w programie służąca do automatycznego odpowiadania rozmówcy – przy próbie kontaktu wysyła jako odpowiedź wiadomość o z góry ustalonej treści). Po powrocie – daj sobie dzień lub dwa na rozruch. Nie zasypuj się zadaniami, do tego strategicznymi. Jednym słowem – aby urlop mógł się udać trzeba się do niego odpowiednio przygotować. Siebie i zawodowe otoczenie.
* Zweryfikuj swoje przekonania
Niemała część z nas ma kłopoty z wypoczywaniem. Jedni – z powodu zaniedbania odpowiednich nawyków i braku odpowiedniej wiedzy czym jest efektywna regeneracja. U innych problem jest głębszy. Nieumiejętność odpoczywania może wiązać się z określonymi przekonaniami powstałymi z reguły w naszych domach rodzinnych w kontakcie z najbliższymi.  Np. „Nie mam prawa do odpoczynku”. Albo: „Odpoczynek jest nagrodą i luksusem. Trzeba na niego zasłużyć.”. Inne: „Wypoczywają tylko słabi”, „Po śmierci sobie odpocznę”, „Najpierw inni, potem ja”. Przekonania bywają piętrowe. Pod powyższymi kryją się kolejne. Obserwacja naszych opiekunów, przekazy jakie od nich otrzymaliśmy, oczekiwania jakie formułowali w swoim i naszym kierunku,  szereg późniejszych doświadczeń – wszystko to składa na to jak myślimy. M.in. co myślimy na temat naszego wypoczynku. Części z przekonań możesz być świadomy. Części pewnie sobie nie uświadamiasz. Pracować z przekonaniami można na różne sposoby, m.in. u psychologa, psychoterapeuty, coucha, duchowego przewodnika. Samemu również, ale dobrze jest zapoznać się z tym jak to się robi. Jeśli przeszkodą w wypoczynku są właśnie destrukcyjne przekonania poprawa nawyków może być niewystarczająca. Masz prawo do odpoczynku. Powiedziałabym wręcz, że to nasz obowiązek względem i siebie i innych.
* Co sprzyja wypoczynkowi
Jeśli wiesz co podczas urlopu Ci służy – żadne wytyczne nie są Ci potrzebne. Jeśli masz jednak z rozpoznaniem tego kłopot – oto sugestie fachowców co pomaga dobrze odpocząć: sen, długość trwania urlopu (minimum dwa tygodnie), zmiana aktywności (jeśli pracujesz siedząc- ruszaj się, jeśli pracujesz fizycznie – poleż), zatrzymanie, nicnierobienie,  niespieszność, kontemplacja natury, aktywność fizyczna, czas ze sobą samym, czas z bliskimi, aktywność społeczna, zabawa, realizowanie pasji i marzeń, drobne przyjemności. A najlepiej odrobina z każdego, bowiem to pozwala na złapanie równowagi pomiędzy trzema sferami – cielesną, intelektualno-psychiczną i duchową.

Załóżmy, że już wiesz jak i potrafisz wypoczywać w pojedynkę. Zrelaksowany/a – masz lepszy nastrój, jesteś uśmiechnięty/a, masz energię na to, żeby dawać. Twój wypoczynek służy wszystkim. Nie tylko Tobie, również Twojemu związkowi. Ale Twojej relacji z partnerem służy także wypoczynek we dwoje. Jak spędzić urlop, żeby zasilił nas jako parę?

Aby wypocząć we dwoje:

* Urlop ze sobą warto mieć
Dla wielu par jest to oczywiste. Coroczne, dwutygodniowe wakacje bywają dla związku zbawieniem. Jest to szansa na odklejenie się od codziennej rutyny i obowiązków, na czas tylko dla siebie, na bliskość i zatrzymanie nas jako pary, niekiedy także na wskrzeszenie zanikającego w codzienności romantyzmu i ognia. Niektóre pary nie mają jednak w zwyczaju spędzać wakacji wspólnie. Podczas urlopu nadrabiają zaległości pt. wizyty w urzędzie, u lekarzy, porządkowanie szaf, remont. Lub wybierają np. urlopy oddzielnie. Jest to niezłe rozwiązanie np. w sytuacji, kiedy prowadzisz wraz z partnerem firmę i spędzasz z nim/nią 24 h na dobę. To naturalne, że potrzebujemy też oddzielności i odmienności. Albo inny wariant – to jak lubicie odpoczywać w żaden sposób jest nie do pogodzenia na wspólnym urlopie (on uwielbia upał, a Ty go źle znosisz). Ewentualnie – urlop na tzw. zakładkę wynika z chęci  zapewnienia naszym dzieciom jak najdłuższych wakacji „na powietrzu” przy ograniczonych możliwościach czasowych każdego z partnerów. Mimo wszystko uważam, że dobrze jest choć parę dni spędzić w trybie urlopowym razem oraz w sytuacji urlopów oddzielnych warto zadać sobie pytanie – uciekam od bliskości (bo jest trudna, bo już nie umiemy być ze sobą blisko) czy mój osobny urlop karmi mnie w taki sposób, że służy to także mojemu związkowi? Jakkolwiek jestem zdania, że urlopy osobne (o ile mamy też kawałek urlopu ze sobą) potrafią być dla związku cenne (tęsknota, poczucie swobody, realizacja siebie), tak coroczny urlop przeznaczany jedynie na trzepanie dywanów na pewno by mnie zastanowił.
* Urlop warto zaplanować
W gabinecie często słyszę, że ważne dla związku są wyjazdy spontaniczne. Z tym że nie jest jednak tak łatwo sobie na nie pozwolić, szczególnie jeśli myślimy o ludziach pracujących, z dziećmi i innymi zobowiązaniami. Nie każdy też je lubi. Ale nawet jeśli lubimy i mamy taką możliwość wyjazdy bez planu zazwyczaj dotyczą urlopów krótszych, np. weekendowych. Oczywiście są one nie do przecenienia. Natomiast jeśli wybieramy się na urlop wakacyjny – ten psychologowie sugerują omówić. To, że pięć lat temu chętnie spędzaliśmy wakacje w górach wcale nie oznacza, że jest to aktualne. Zapytajcie siebie nie tylko gdzie chcecie jechać, ale także jak planujecie spędzać czas i czego potrzebujecie i indywidualnie i od siebie nawzajem na ten moment Waszego związkowego życia. Jeśli macie dzieci – omówcie podział opieki, jeśli jedziecie ze znajomymi – zastanówcie się czy nie warto byłoby wydzielić fragment czasu tylko dla siebie. Jeśli okaże się, że Wasze aktualne potrzeby są różne lub sprzeczne – uzgodnijcie wariant, który w najlepszy (może nieidealny) dla Was sposób zaspokoi potrzeby każdego z Was.
* Postaw na jakość
Możecie jechać tam gdzie zawsze (nie dlatego, że tak bardzo lubicie, ale dlatego że nie chce się Wam pomyśleć nad czymś innym), a ciepłe wieczory spędzać na oglądaniu tv, a  możecie także zechcieć tym razem włożyć ciut inwencji twórczej, aby zbliżający się urlop był naprawdę wart przeżycia i zapamiętania. Nie potrzeba do tego góry pieniędzy, potrzeba jedynie chęci. Jeśli nie stać Cię na uroczy hotel 3000 tysiące km od domu możesz jechać pod namiot. Też ma swoje uroki. Romantyczna kolacja nie musi być jedzona na dachu 5 gwiazdkowego hotelu, wystarczy koc pod rozgwieżdżonym niebem. Śniadanie na werandzie lub w łóżku, sen na łonie przyrody, kieliszek wina przy zachodzie słońca, wakacje inspirowane Waszą ulubioną muzyką, filmem, artystą – pomysłów jest bez liku.

Urlop – test dla związku

Dla par, w których jest sporo bliskości na co dzień urlop bywa jedynie dopełnieniem ich relacji. Ważnym i  niezbędnym oczywiście. Może być bardziej lub mniej udany, ale rzadko stanowi o  rozpadzie związku. Natomiast dla par, które w codziennym życiu straciły siebie z oczu i przestały być na siebie uważne – urlop może być trudnym wyzwaniem. A bywa i koszmarem. Podczas urlopu spędzamy ze sobą całe dnie i noce. Przyglądamy się partnerowi i temu co nas łączy. To czego nie widać w gonitwie dnia codziennego – wypływa na powierzchnię. Nie ma zajęć i zadań, w które możemy uciec. Nie ma pretekstów, na które możemy zgonić. Czynniki, które „uniemożliwiały” nam wspólną rozmowę czy seks – na urlopie są nieaktualne. Dogania nas prawda o nas samych. Wielu z nas nie chce się z nią zmierzyć, stąd urlopy oddzielne, wakacje w gronie znajomych, wycieczki z tzw. intensywnym zwiedzaniem. Jeśli jesteś w grupie tych osób, których podczas wakacji dotknęło bolesne urealnienie na temat tego co łączy Cię z partnerem – nie panikuj. To niełatwy stan – ujrzeć to od czego do tej pory odwracałaś/łeś wzrok, ale nie musi oznaczać to końca Twojej relacji. Żeby coś zmienić trzeba mieć motywację. Stwierdzenie „nie jest źle” może być niewystarczające do potrzeby zmiany, może właśnie brutalne „zderzenie” się z rzeczywistością będzie jej wyzwalaczem. Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Tu tym pierwszym krokiem jest właśnie zaobserwowanie tego, że nie jest między nami dobrze. Odradzam potraktowanie urlopu jak czasu do wzajemnych rozliczeń (chyba że naprawdę nie widzisz możliwości jakiejkolwiek naprawy). To do czego zachęcam, to do zmiany w przyglądaniu się partnerowi. Zazwyczaj nie robimy tego wcale lub w sposób mechaniczny. Spróbuj się partnerem zaciekawić. Otworzyć na niego. Poznać go trochę od nowa. Jeśli to nie za trudne – nawet i zachwycić. Podczas urlopu znajdź w partnerze coś zaskakującego, coś dobrego. Wiem, że nie dla każdego będzie to możliwe. Być może niektórzy z Was po tym co zobaczyli wrócą z decyzją o rozstaniu. Inni – może podejmą terapię małżeńską. Ale jestem przekonana, że część par, która zagubiła się w meandrach codzienności wyjdzie z kryzysu, który ujawnił się podczas urlopu obronną ręką.

Urlop jest niezbędny

Wakacyjny wypoczynek odbudowuje nasze fizyczne i emocjonalne zasoby. Rozluźnia nas, regeneruje i ładuje. Nie masz nawyku odpoczywania – organizm wcześniej czy później odmówi Ci współpracy.
Urlopów dobrze zasilających Sobie i Wam życzę.

 

 

 

 

 

 

Związek po 30stce

30 urodziny to dla wielu data szczególna. Zauważyłam wśród moich klientów i klientek, że zwłaszcza kobiety przywiązują do nich znaczącą wagę. Tym silniej – im są one bardziej samotne i pragnące związku czy założenia rodziny. O 30 tych urodzinach mówią jak o pewnej granicy, która ma oddzielać młodość od rozpoczynającej się dojrzałości czy też linii, poza którą stworzenie satysfakcjonującej relacji jest znacznie trudniejsze, niż wcześniej. Z kolei każde urodziny po 30 stce bywają jeszcze bardziej stresujące, niż sama 30 stka. „Ja coraz starsza/y, a czas nie stoi w miejscu” – mówią.

Martyna (lat 33, samotna, poszukująca partnera): „ Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że nie ma specjalnej różnicy pomiędzy 29 urodzinami, a 30. Wiem też, że to co kiedyś uznawano za staropanieństwo dziś nie ma racji bytu. Za czasów moich dziadków 33 latka bez męża i dzieci była naprawdę baardzo stara i bez szans na założenie rodziny. Dziś jest inaczej. Mam 3 przyjaciółki, z których tylko jedna jest mężatką. Dzieci nie ma żadna z nas. Ale mimo wszystko 30 stka ma w sobie coś symbolicznego. A każde kolejne urodziny przypominają mi tylko, że minął rok, a w moim życiu osobistym nie zmieniło się zupełnie nic. To mnie dołuje jakkolwiek to brzmi.”

Moi trzydziestokilkuletni pacjenci są zdania, że spotkanie „tego jedynego/tej jedynej” po 30 stce to misja niemalże niemożliwa. Na poparcie powyższej tezy przytaczają szereg argumentów, m.in.:

* Brak napływu Nowych i Nieznajomych
Kiedy jesteśmy w szkole średniej czy na studiach na okrągło (mniej lub bardziej) przewijają się w naszym życiu tzw. nowi ludzie. Imprezy, wyjazdy, dodatkowe zajęcia, praktyki, sezonowa praca – to wszystko sprzyja nowym znajomościom. Kiedy masz lat trzydzieści kilka Twoje grono znajomych jest w zasadzie stałe. Pracy też pewnie nie zmieniasz tak często. Twój tryb życia jest raczej uporządkowany. Na imprezy chodzisz sporadycznie ( w porównaniu z czasami szkolnymi). Zajęć dodatkowych też pewnie nie masz tyle ile podczas studiów. Tak oto pojawia się pytanie – gdzie i wśród kogo poznawać tych Nowych, Potencjalnych?

* Brak czasu
Większość moich trzydziestokilkuletnich klientów jest mocno zajęta. Z racji faktu, iż nie posiadają rodziny – inwestują w swoje życie zawodowe (żeby się czymś zająć, żeby nie myśleć, żeby wykorzystać ten czas, żeby na jakimś polu odnosić sukcesy, żeby być zauważonym i docenionym, żeby móc się samodzielnie utrzymać, etc). Czasem tak intensywnie, że nie mają czasu na nic innego – na wymienione przeze mnie spotkania towarzyskie czy zajęcia dodatkowe. Operują jedynie między pracą a łóżkiem, na którym wykończeni zalegają. Pojawia się pytanie drugie – kiedy poznawać tych Jedynych?

* Większość jest już sparowana
Często słyszę w gabinecie: „Po 30 stce fajni są już zajęci. Jak ktoś jest wolny to znaczy, że coś z nim jest nie tak.” Rzeczywiście prawdopodobieństwo, że ktoś kto mógłby nam się spodobać i jest też sam – po 30 roku życia jest mniejsze, niż powiedzmy przed 30 stką. Z reguły też związki po 30 stce są jednak bardziej stabilne, niż te np. za czasów studenckich. Jak to powiedziała jedna z pacjentek (34 lata): „Jestem w najgłupszym wieku jeśli chodzi o zawieranie nowych znajomości z mężczyznami. Wszyscy interesujący są żonaci, a jeszcze nie rozwiedzeni”. Brutalne, ale coś w tym jest. Oczywiście nie demonizujmy. Ludzkie losy życie różnie plecie, znam i interesujących i samotnych (płci obojga), ale jeśli mamy mówić o statystykach to te faktycznie oddają trend wskazany przez moją pacjentkę.

* Bagaż przeszłości
Kiedy związujemy się z kimś po 30 stce istnieje prawdopodobieństwo, że ten mężczyzna czy ta kobieta ma za sobą określoną przeszłość, z konsekwencjami której będziemy musieli uporać się i my – byli mężowie, dzieci z poprzedniego związku, etc. Nie każdy jest na to gotowy, nie każdy się na to pisze. A jeśli nie – wybór znów ulega zawężeniu, bowiem tych bez bagażu doświadczeń jest mniej, niż tych po tzw. przejściach. Z kolei Ci, którzy zdecydują się na związek z kobietą czy mężczyzną „ z przeszłością” powinni być świadomi, że ich życie, choć bardzo udane, dalekie będzie od sielanki. Bowiem wyzwań, jakie przed nimi stoją nie da się uniknąć. I znów – niektórzy sobie z tym radzą, inni nie. Mówiąc o bagażu doświadczeń nie możemy zapominać o własnym, który nierzadko skutkuje asekuranctwem i nieufnością. To nam nie pomaga.

* Świadomość
Kiedy mamy lat 20 lub 25 nasza świadomość siebie, swoich uczuć, potrzeb, granic, oczekiwań jest niewielka w porównaniu ze świadomością i dojrzałością 30 czy 35 latka. Z reguły oczywiście. Z jednej strony to ogromna wartość i można by rzec – ułatwienie w poszukiwaniu „miłości”. Wiemy czego chcemy, kogo szukamy, co nam nie odpowiada, na co nie mamy zgody, co nas już nie interesuje. Z drugiej jednak – nasze kryteria ulegają w ten sposób zawężeniu. Już nie chcemy być z kimkolwiek, „a potem ewentualnie się dotrzemy”. W ten sposób nawet nie próbujemy. Może to lepiej, bo nie tracimy czasu na coś co i tak nie ma racji bytu. Z drugiej – nie ryzykujemy, nie wchodzimy w związek z kimś kto nie do końca naszym kryteriom odpowiada. A przecież i to się zdarza – zakochanie w kimś, kto nijak nie pasuje do naszej wizji wybranka.

* Oczekiwania
Te są oczywiście zmienne w czasie. Czego innego od życia i związku chce 20 latek, czego innego ktoś po 30 stce. Z reguły gdy mamy lat 30 i więcej pragniemy stabilizacji. Związek ma być stały, partner zaangażowany i odpowiedzialny – to są bowiem podstawy do tego, by założyć ewentualną rodzinę, której wielu z nas pragnie. I znów pojawia się kłopot w postaci ograniczonej ilości odpowiednich kandydatów/ek. Gdy pytam moich samotnych pacjentów/ek czy naprawdę jest aż tak źle – mówią (Liliana 31): „Gdybym zechciała być z kimkolwiek, to oczywiście ktoś taki by się znalazł. Ale ja szukam kogoś, kto nadaje się na męża i ojca. A to już nie jest takie proste”.

* Presja
Z pewnością wielu z Was niejednokrotnie słyszało: mama po spotkaniu z sąsiadką opowiadającą o wnukach – „ A co JA miałam jej powiedzieć? Kiedy JA będę mogła pochwalić się wnukiem?”, wujek u cioci na imieninach – „ A Ty ciągle taka sama? Za parę latek to nikt już cię nie będzie chciał”, babcia podczas składania wigilijnych życzeń – „A ja ci życzę kochana, żebyś w końcu ułożyła sobie życie” (jakby o ułożeniu życia miała świadczyć jedynie obecność partnera/ki, ale to już odrębny temat). Sugestie, docinki, drobne złośliwości, uwagi wprost, oczekiwania, troska, życzenia; do tego wesela koleżanek i tykający zegar biologiczny – wszystko to przez sporą grupę moich pacjentów jest odbierane jako niewiarygodna presja. A ta nie ułatwia. Czujemy się wtedy fatalnie – winni, nieudaczni. Partnera zaś szukamy na siłę, w popłochu. Im bardziej się napinamy i szarpiemy – tym marniejszy efekt.

* Kalkulacja
W wyniku silnej potrzeby bycia z kimś, upływającego czasu oraz presji ze strony innych – szukamy. Szukamy intensywnie. Niektórzy z moich klientów są zdania, że wspomniane motywy wchodzenia w związek powodują, że zamiast się rozluźnić i wsłuchać w swoje serce – dokonujemy chłodnej kalkulacji. Na swoich listach odhaczamy kolejne spełniane przez potencjalnego partnera warunki, nieustająco też oceniamy i kontrolujemy samych siebie. W końcu chcemy, żebyśmy i my w oczach wybranka nadali się na męża czy żonę. Nie ma w tym porywu emocji, spontaniczności. Wszystko wydaje się rozsądne, wyważone, przemyślane. Jednym słowem – płaskie i jednowymiarowe. Dla jednych jest to nie do zaakceptowania, co znów ogranicza pewne możliwości. Inni – godzą się na taki stan rzeczy, jednak często mają poczucie zawarcia mało satysfakcjonującego kompromisu.
* Krzepniemy
Od jakiegoś czasu spotykam się w gabinecie z Wandą (36). Wanda jest samotna i ogromnie spragniona wejścia w związek. Przyszła do mnie, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie „co takiego się dzieje, że wciąż jest sama?” oraz poszukać sposobów na to, żeby kogoś poznać i się z nim związać. Wanda dużo mówi o tym dlaczego nie chce być już dłużej sama. „A jakie są korzyści z tego, że jednak jesteś sama?” – pytam. Wanda jest zdziwiona. „Nie ma chyba żadnych” – mówi. „Jakie straty poniosłabyś wchodząc w związek?” – nie odpuszczam. Wanda po dłuższej chwili zastanowienia: „No pewnie musiałabym zrezygnować z tego jak obecnie mieszkam. Moja kawalerka jest zbyt mała na dwie osoby. Musiałabym się wyprowadzić. A nawet jeśli nie, to pewnie  trzeba byłoby podzielić się tą przestrzenią z partnerem. Przestrzenią, którą tak skrupulatnie i z oddaniem zaaranżowałam. No i myślę, że może mojemu partnerowi nie pasowałoby, że kolekcjonuję stare płyty winylowe. I że na wakacje co roku jeżdżę w to samo miejsce i nie wyobrażam sobie, że jest inaczej.” Im dłużej żyjemy w pojedynkę, tym więcej tworzymy własnych nawyków, przyzwyczajeń, rytuałów. Z upływem czasu owe nawyki krzepną i coraz trudniej je zmienić. A bywa, że trzeba, kiedy żyjemy we dwoje. Mimo deklaracji i potrzeby związania się z kimś – nie każdy jest gotowy na zmianę.

Jak wynika z powyższych – po 30 stce bywa trudniej. Co można w takim razie zrobić? Szukać? Jeśli tak, to w jaki sposób? Gdzie? Co myśleć? Jakie mieć nastawienie?

1. Zrób to co możesz.
Miłość to nie matematyka. Dodając dwa do dwóch nie zawsze wychodzi cztery. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma na nią jednego przepisu. Nie ma gwarancji, że jak zrobisz dany krok – świat na pewno odpowie Ci w taki sposób w jaki sobie życzysz. Ale nie oznacza to, że warto robić nic. Warto robić tyle ile jest w naszym zasięgu. Warto wykorzystać wpływ jaki mamy na zmianę czy poprawę naszej sytuacji. Jednym słowem – warto wyciągnąć tudzież kupić los. Oto kilka podpowiedzi co możesz zrobić:
* Zapisz się na tzw. zajęcia po pracy.
Co lubisz robić? O czym zawsze marzyłeś/łaś? Czego chciałabyś/łabyś spróbować? Dodatkowy język obcy, taniec, tenis, konie, pilates, szachy? Cokolwiek, co sprawiłoby Ci radość. Jest co najmniej kilka powodów, dla których warto to zrobić. Po pierwsze przestaniesz koncentrować się na tym, że kolejne po południe spędzasz sam/a. Poczujesz się lepiej i odgonisz energię, która wysyła światu przekaz pt. jestem sam/a, smutny/a, zdesperowany/a. Po drugie – wyjdziesz do ludzi, zaczniesz robić to co lubisz, podejmiesz jakiś nowy cel, zaczniesz się uśmiechać. Ludzie radośni i z pasją są ciekawi. Dla samych siebie, a przez to i dla innych. Po trzecie – może kogoś poznasz. Bezpośrednio czyli tam, na zajęciach. Lub pośrednio – jako znajomego Twoich znajomych z zajęć czy też w zupełnie innych okolicznościach przyrody, w których połączy Was pasja czy choćby rozmowa o osprzęcie dla roweru. Im zajęcia mniej indywidualne, tym lepiej. Im więcej możliwości integracji czy dotyku – również.
* Korzystaj z integracji.
To ma związek z tym co lubisz. Jeśli tańczysz – chodź na imprezy taneczne, wyjeżdżaj na wakacje z tańcem w tle. Jeśli kochasz hiszpański – podejmij kurs wakacyjny w słonecznym Madrycie. Jeździsz na rowerze – udaj się na zorganizowaną objazdówkę po Europie. Kochasz swoje miasto – zwiedzaj je w grupie innych pasjonatów. Jesteś domatorem – wejdź choćby na jakieś ciekawe forum, bierz udział w dyskusjach. Cokolwiek co Cię ciekawi, byle z ludźmi. Jestem pewna, że możliwości jest więcej, niż myślisz. W dobie internetu, portali społecznościowych, różnorodnych aplikacji integracyjnych nie jest to takie trudne. A jeśli jakiejś oferty brakuje? Stwórz ją.
* Rozpuść witki wśród znajomych.
Być może miałeś/łaś okazję przekonać się jak działa metoda pt. „jedna pani drugiej pani” np. w kwestii zawodowej. Może szukałeś/łaś pracy i zarzucona informacja wśród znajomych przyniosła efekty w postaci interesującej oferty pracy? Wielu jest zdania, że to często bardziej skuteczny sposób, niż przeglądanie ofert. Powiedz znajomym o swojej sytuacji. Nie chodzi o przekaz: „kochani, jestem zdesperowany i nie mam już nadziei, błagam – znajdźcie mi wreszcie kogoś!”, ale o informację, że jesteś aktualnie sam/a i gdyby uwzględnili Cię w organizowanych imprezach, wyjazdach, spotkaniach – to Ty chętnie. Gdyby też znali kogoś, kto też nie jest w związku i ma ochotę raz na jakiś czas na kawę czy kino – może moglibyście połączyć szyki.
* Załóż konto na portalu randkowym.
Jest to miejsce, w którym szansa na spotkanie kogoś o podobnej potrzebie (wejścia w związek) jest zdecydowanie większa, niż gdzie indziej. Tu sytuacja jest uczciwa – jesteśmy tu, bo jesteśmy sami i chcemy kogoś poznać. Czy zdarzają się oszuści? Tak. Czy zdarzają się tacy, których motywacja jest  inna niż Twoja (Ty pragniesz stałości, ktoś przygody)? Tak. Tak jak w życiu, jak wszędzie. Natomiast jeśli mówimy o proporcjach, prawdopodobieństwie i ryzyku to mimo wszystko szansa na poznanie kogoś, kto jest wolny i zainteresowany jest większa tu, niż gdziekolwiek indziej. Dodatkową zaletą portali randkowych są testy dopasowania (jeśli portal ma taki w swojej ofercie), które dokładają swoją cegiełkę do najbardziej optymalnego doboru, a także artykuły i porady specjalistów oraz różnorodne spotkania i wyjazdy integrujące.
* Korzystaj z nowoczesnych sposobów.
Powstaje coraz więcej nowych metod na poszukiwanie partnera. M.in.: speed dating (szybkie randki) czy różne aplikacje na telefon. Wiem, że nie wszystkim taki sposób odpowiada, szczególnie tym, dla których randka to jednak rozmowa, wymiana myśli i przeciągłych spojrzeń. Dobrze to rozumiem. Możliwości są jednak i takie. Można je wypróbować.
* Miej oczy szeroko otwarte.
Niektórzy samotni tak bardzo skupieni są na swoim nieszczęściu lub na szukaniu, że nie widzą nic i nikogo poza. Rozejrzyj się. A może ten nieznajomy z pociągu chciał Cię zagadnąć? A może koleżanka z pracy, z którą pracujesz od lat jest całkiem w Twoim typie? Zdarzają się sytuacje, że tego jedynego poznajesz w sytuacji, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Podnieś głowę. Przyglądaj się. Bądź uważny/a.
2. Odpuść to, na co nie masz wpływu.
Rób to co możesz i co chcesz, resztę zostaw. Wiedz, że masz wpływ na to co robisz, ale na efekt już jedynie w części. Nie ograniczaj swoich myśli i działań jedynie do szukania partnera. Nie napinaj się. Rób swoje. Żyj. Bywa, że odpowiedź ze świata przychodzi właśnie wtedy, kiedy prawdziwie się rozluźnisz.
3. Znajdź zalety obecnej sytuacji.
To prawda, że nie jesteś w stałym, stabilnym związku. Przynajmniej jeszcze nie albo nie na ten moment. Ale:
* Może miałaś/łeś okazję być w kilku związkach mniej trwałych. To pozwoliło Ci zebrać różnorodne doświadczenia, a dzięki nim – dojrzeć. To pozwoliło Ci również uczyć się mężczyzn czy kobiet, a także siebie w różnych relacjach i różnych sytuacjach.
* Może miałaś/łeś okazję doświadczyć nietrwałych, ale namiętnych romansów. To pozwoliło Ci na zaspokojenie potrzeby bycia z różnymi mężczyznami/kobietami. Te doświadczenia pomogą Ci w przyszłości zapanować nad pokusami sprawdzenia jak to jest mieć seks z kimś innym, niż Twój stały partner czy partnerka. Ty już to wiesz i nie musisz ryzykować ważnej dla siebie relacji po to, żeby się o czymś przekonać.
* Wiesz jak to jest być z innymi. Wiesz też jak to jest być samemu. Masz świadomość tego jak trudno jest spotkać tę właściwą osobę. Więc kiedy już ją spotkasz – będziesz umiał/a to docenić. Kiedy masz dwadzieścia kilka lat i związujesz się na życie łatwo się pogubić – w chęci sprawdzenia innych wariantów. Mając lat trzydzieści kilka, a za sobą lata poszukiwań – umiesz ucieszyć się z tego co masz bez potrzeby ryzykanctwa.
* Będąc sam/a – jesteś „panem/panią” swojego czasu. Możesz poświęcić go na to, na co tylko masz ochotę – hobby, wyzwania zawodowe, podróże, pisanie doktoratu. Nie chcę powiedzieć, że w związku jest to nierealne, bo jest, ale trudniejsze. Wykorzystaj ten moment z radością.
* Będąc sam/a – usamodzielniasz się. Samodzielność i niezależność z kolei dają Ci wolność – wolność wyboru. Wyboru bycia z kimś z potrzeby serca, a nie z przyczyn praktycznych – bo wspólny kredyt, bo dwie pensje, bo on odciąży Cię w ciężkich zakupach, a ona zaszyje Ci koszulę. Dzięki samodzielności będziesz mógł/mogła być z kimś, kogo kochasz i kogo chcesz, a nie z kimś kogo potrzebujesz.

I takich związków Wam życzę – z miłości i chęci. Niezależnie od metryki.

 

 

 

 

 

Wampir energetyczny

Grupa dla kobiet. Temat na dziś: relacja, w której nie czuję się dobrze.

Zaczyna Hania: „Nie czuję się dobrze w relacji z moją teściową. Z jednej strony jestem jej bardzo wdzięczna, bo bardzo nam pomaga przy dzieciach. Z drugiej – to, w jaki sposób to robi działa mi na nerwy. Ciągle jej coś nie pasuje. Uważa, że źle wychowujemy dzieci, na za dużo im pozwalamy, a to ona ma potem z nimi problemy jak grymaszą przy jedzeniu czy zbroją coś w przedszkolu. To ona się musi za nie tłumaczyć. Moja teściowa w ogóle jest bardzo krytyczna. We wszystko się też wtrąca. Na początku myślałam, że mnie nie lubi. Ale zauważyłam, że wobec męża jest identyczna.  Rozmawiałam z nim na ten temat. On jest zdania, że skoro mama nam pomaga powinniśmy to zaakceptować. Tylko że kiedy ona ma do nas przyjść ja już jestem „chora”. Nerwowo sprzątam, żeby nie miała się czego czepić albo pogryzam czekoladę. Też z nerwów oczywiście.”

Lilka: „Nie czuję się dobrze w relacji z moją nową wspólniczką. To osoba , której wszędzie jest pełno. Zawsze jest tam, gdzie coś się dzieje. Jest głośna, ciągle mówi i oczywiście tylko o sobie. Kiedy ja mam coś do powiedzenia – wchodzi w słowo, przerywa. Zawsze musi być w centrum uwagi. Mój mąż powtarza mi, żebym to po prostu ignorowała, bo w końcu dobrze robi to na czym się zna i dzięki temu firma przynosi zyski. Próbowałam, ale i tak po pracy czuję się jak wypompowany balon. Jestem kompletnie bez sił, bez życia.”

Marianna: „Nie czuję się dobrze w relacji z moją matką. Kocham ją, ale czasem nie potrafię jej znieść. Moja mama niewątpliwie nie miała łatwego życia. Tylko że ja już nie mogę słuchać jej narzekań i tego jak los niesprawiedliwie się z nią obszedł. Jak zawsze miała pod górkę, jak wszyscy ją wykorzystywali, bo jest dobrym i uczciwym człowiekiem, jak cała rodzina przeciwko niej! Wielokrotnie starałam się mamie pomóc. Spłaciłam jej pożyczkę, żeby miała jeden powód mniej do  użalania się. Nic to nie dało, bo teraz ma inne zmartwienie: że obarczyła mnie swoimi finansowymi kłopotami. Tak źle i tak nie dobrze. Namawiam ją, żeby gdzieś wyszła, z kimś się spotkała, ale  ona przecież nie ma pieniędzy (a ode mnie nie weźmie, bo ja mam swoje wydatki), a poza tym z koleżankami nie ma o czym gadać, bo każda z nich ma wnuki, a ona nie. Po każdej naszej rozmowie dochodzę do siebie przez kilka godzin. Boli mnie głowa i nie mogę usnąć. Jestem totalnie pogubiona. Z jednej strony mi jej żal, bo rzeczywiście jest zupełnie sama. Z drugiej – wściekam się, bo nic z tym nie chce zrobić. Mam poczucie winy, że tak rzadko ją odwiedzam. Ale też przyznam się – wiedząc jak te spotkania wyglądają nie mam na nie najmniejszej ochoty.”

Zastanów się czy w Twoim otoczeniu jest osoba, z którą po spotkaniu czy rozmowie, lub też w jej towarzystwie odczuwasz następujące objawy:

* Jesteś osłabiony/a
* Masz poczucie zmęczenia czy wręcz wyczerpania emocjonalnego
* Jesteś przygnębiony/a, smutny/a
* Masz wahania nastroju
* Zamykasz się w sobie
* Izolujesz od innych
* Złościsz się
* Odczuwasz żal
* Odczuwasz poczucie winy
* Odczuwasz napięcie emocjonalne
* Zaczynasz się nad sobą użalać
* Boli Cię głowa, brzuch lub masz inne dolegliwości z ciała
* Masz spięte mięśnie
* Zaczynasz sięgać po alkohol, więcej palisz, przejadasz się
* Odczuwasz emocjonalną pustkę
* Twoje poczucie własnej wartości spada

Im więcej odpowiedzi twierdzących, tym większe prawdopodobieństwo, że masz do czynienia z tzw. wampirem energetycznym.

Kto to jest?

Wampirem energetycznym potencjalnie może być w Twoim otoczeniu każdy: matka, ojciec, partner, przyjaciółka, szef, koleżanka z pracy,  pani ekspedientka w sklepie czy przypadkowo spotkany współtowarzysz w podróży pociągiem. Wampir energetyczny to osoba, która nie potrafi samodzielnie wytworzyć energii do życia. Czerpie ja więc od innych. Można powiedzieć, że się nią karmi. Pobierając energię od Ciebie, pozbawia Cię jej, sam się napełniając. W jaki sposób to się dzieje? Proces ten zaczyna się stosunkowo niewinnie. Wampir energetyczny zaczyna Cię w coś angażować np. opowiada o swoich problemach. Ty poprzez fakt, że słuchasz, potakujesz, wtrącisz empatyczne „yhm” zaczynasz okazywać i poniekąd czuć owe zaangażowanie. Nawet jeśli nie masz na nie szczególnej ochoty. Tu następuje pierwszy wyciek energii. Kolejny wynika z faktu, że taki wampir czerpie jednostronnie. W kontakcie z wampirem nie ma mowy o wymianie, wampir Cię nie zasili, a nawet jeśli, to proporcje będą zaburzone. Jednym słowem koszt jaki ponosisz w danej relacji jest niewspółmiernie duży do ewentualnych zysków. Co się dzieje później? Możesz zacząć odczuwać pewne emocje np. złość, niechęć, dyskomfort. W sposób naturalny – próbujesz się z nimi uporać. Co w tym czasie robisz? Starasz się trzymać dystans wobec energopijcy, siłujesz się, wypracowujesz bezpieczną dla Ciebie odległość. Im bliżej jesteś z wampirem, tym o to trudniej. To proces szalenie energochłonny. W tym samym czasie nasz wampir stosuje wobec Ciebie swoje „zagrywki” (m.in. manipulacje, szantaże). Zaczynasz się tłumaczyć, walczyć z poczuciem winy, skierowaną na siebie złością. To także pochłania Twoją energię. Im mniej jej masz, tym trudniej się przed wampirem mądrze i skutecznie ochronić. No i tym więcej jej u wampira. Tak wpadasz w błędne koło.

Co robi?

Czy masz do czynienie z wampirem energetycznym możesz poznać po doznaniach, jakie odczuwasz w kontakcie z nim. Dodatkową podpowiedzią mogą być strategie, jakie uskutecznia wampir. W literaturze można doszukać się różnorodnych klasyfikacji zachowań energopochłaniaczy. Wg. autorów typologii określone rozpoznanie ma służyć zastosowaniu odpowiedniej strategii obrony. Dokonując autorskiego zbioru podziałów wampirów emocjonalnych na tzw. typy możemy wyróżnić:

Typ narcystyczny

* Jest skoncentrowany na sobie, sprawia wrażenie jakby myślał, ze jest „pępkiem świata”
* Jest roszczeniowy, uważa, że wszystko mu się należy
* Ciągle chce być w centrum uwagi
* Pragnie podziwu
* Mówi dużo, długo, głośno i głównie o sobie
* Nie jest ciekawy opinii innych, nie zadaje pytań, wchodzi w słowo, przerywa
* Ma poczucie, że jest najważniejszy
* Nie widzi innych ludzie, drugi człowiek nie ma dla niego znaczenia
* Pragnie współczucia i litości
* Wyręcza się innymi
Masochista

* Przyjmuje pozycję ofiary
* Narzeka
* Użala się nad sobą
* Jego chęci zmiany są jedynie deklaracjami, nie jest zainteresowany realną pomocą, torpeduje dobre rady
* Pesymista
* Pragnie współczucia i litości
* Wzbudza poczucie winy
* Nie radzi sobie z codziennością
* Zarzuca innych swoimi problemami
* Obarcza sobą innych
* Wciąż oczekują od innych pomocy

Krytykant/ typ kontrolujący

* Ciągle krytykuje
* Osądza
* Jest najmądrzejszy
* Na wszystkim się zna
* Wywyższa się
* Ma opinię na każdy temat
* Wie co jest dla każdego najlepsze
* Pomniejsza Twoje zasługi
* Widzą świat w czarno – białych barwach
* Jest kontrolujący

Rozłamowiec

* Prowokuje, podjudza
* Jest konfliktowy, kłótliwy
* Jest bierno – agresywny
* Rywalizuje

Typ paranoiczny

* Jest skoncentrowany na sobie, sprawia wrażenie jakby myślał, ze jest „pępkiem świata”
* Wszystko odnosi do siebie
* Wszędzie widzi zło, ryzyko, zagrożenie
* Jest podejrzliwy
* Nigdy nie przebacza
* Wszędzie widzący wady, usterki
* Widzą świat w czarno – białych barwach
Typ teatralny

* Często ma tzw. „focha” – obraża się, uraża, teatralnie ucina rozmowę
* Jest humorzasty, zmienny
* Jest nieprzewidywalny zarówno w nastrojach, jak i w reakcjach, zachowaniu, poglądach, opiniach
* Lubi plotki, sensacje; sam często je wzbudza, wyolbrzymia, dramatyzuje
* Permanentnie nie dotrzymuje obietnic
Typ antyspołeczny

* Jest roszczeniowy, uważa, że wszystko mu się należy
* Ma poczucie, że jest najważniejszy
* Nie widzi innych ludzie, drugi człowiek nie ma dla niego znaczenia
* Nie respektuje żadnych norm i ograniczeń
Typ obsesyjno-kompulsywny

* Stawiający nadmierne wymagania (sobie lub/i innym)
* Wszędzie widzący wady, usterki
* Widzą świat w czarno – białych barwach
* Uznający, ze istnieje tylko jeden dobry sposób na rozwiązanie określonej sytuacji

Kto jest wampirem, kto jego ofiarą?

Wampirem energetycznym bywają osoby zaburzone, np. zaburzone osobowościowo. To także osoby niedokochane w dzieciństwie z niezaspokojoną potrzebą bycia ważnym. Dobrze to wiedzieć, żeby więcej rozumieć i mniej się niepotrzebnie emocjonować (te słynne pytania: dlaczego mnie to spotkało?, dlaczego on to robi?, itp.). Wiedzieć i rozumieć nie oznacza – usprawiedliwiać czy godzić się na coś, co jest toksyczne. Czy wampiry emocjonalne wiedzą co robią? Niektóre wiedzą. Celowo i świadomie wykorzystują innych do swoich celów, z premedytacją wikłają ich w sieć emocjonalnych powiązań i zależności. Inne – robią to zupełnie nieświadomie. Intuicyjnie powiedziałabym, że Ci stanowią większość. To grupa tych, których dojrzałość i wgląd w siebie pozostawiają wiele do życzenia.
A kto z kolei jest ofiarą wampira? Teoretycznie może być nią każdy z nas. Natomiast szczególnie podatni na uwikłanie się w relację z wampirem są osoby z jednej strony wrażliwe, empatyczne, pomocne, altruistyczne i dobroduszne, z drugiej – w słabym kontakcie ze sobą (emocjami, potrzebami, granicami) i swoim ciałem oraz z silnym pragnieniem akceptacji. Dodatkową trudnością w relacji z wampirem jest sytuacja zależności i zażyłości czyli sytuacja, w której wampirem energetycznym jest ktoś bliski np. rodzic lub partner.

Jak się bronić?

1. Pamiętaj, że wampir może wyssać z Ciebie energię tylko wtedy, gdy mu świadomie lub nie na to pozwolisz. Czyli gdy się zaangażujesz.
2. Biorąc pod uwagę fakt, że Twoje zasoby energetyczne są ograniczone (jak każdego z nas) odpowiedz sobie na pytanie – czy naprawdę chcesz podarować prezent w postaci Twojej cennej energii właśnie wampirowi?
3. Weź pod uwagę swoje dobro. Przestań wreszcie ciągle myśleć o innych czyt. o kimś kto Cię wykorzystuje. W końcu Pan/Pani wampir energetyczny myśli jedynie o sobie. A jeśli na tę chwilę jeszcze cały czas to inni są ważniejsi, niż Ty sam/a – pomyśl o innych bliskich, którzy cierpią na tym, że Ty wkładasz swoją energię gdzieś indziej. Jeśli Twoje zasoby energetyczne idą na relację z wampirem, siłą rzeczy nie masz ich dla innych. Nie ma innej możliwości. Czy tego sobie życzysz?
4.  Określ swoje priorytety. Którym obszarom w Twoim życiu chcesz poświęcić i podarować najwięcej swojej energii?
5. Pogłębiaj kontakt ze swoim ciałem. Naucz się sygnałów, jakie Ci wysyła. Po czym poznasz, że Twoja energia wycieka? Co świadczy o tym, że jest już na wyczerpaniu?

6. Naucz się rozsądnego gospodarowania energią. Nie szastaj nią. Jest zbyt cenna. Podejmij naukę odpoczywania, regenerowania się, rozładowywania napięcia i zasilania.
7. Jeśli to możliwe – zerwij kontakt z wampirem. To z reguły najlepsze wyjście. Jeśli nie – ogranicz go na tyle, na ile Ci się uda.
8. Jeśli uda Ci się zerwać kontakt z wampirem – po odreagowaniu emocji popracuj nad wybaczeniem mu. Zrezygnuj z zemsty czy odwetu, one bowiem tylko umocnią Twój związek z wampirem. Wybacz dla siebie.
9. Po rozstaniu z wampirem możesz zacząć odczuwać pustkę emocjonalną. To naturalne. W końcu odcinasz coś, co Cię emocjonalnie pochłaniało – w sposób dla Ciebie szkodliwy, ale zawsze. Bądź spokojny/a. Pustka to trudny stan, ale dobry, bowiem z niej może wyłonić się wszystko. Zapełniaj ją powoli i rozsądnie.
10. Jeśli z jakiś powodów uznajesz, że na ten moment kontakt z wampirem jest konieczny – staraj się nie angażować w jego sprawy i opowieści. Postaraj się być obojętnym tak bardzo, jak to dla Ciebie możliwe. Zobaczysz, że po jakimś czasie wampir zaprzestanie z Ciebie pobierać. Nie ma zaangażowania – nie ma pożywki.
11. Nie otwieraj się przed wampirem zanadto. A najlepiej w ogóle. Nie opowiadaj o sobie, nie zwierzaj się. Znajdź inną osobę godną zaufania. To co wampir od Ciebie usłyszy może wykorzystać przeciwko Tobie – jakieś słabe punkty lub sam fakt tego, że Cię wysłuchał. Będzie od Ciebie żądał spłacenia długu, a Tobie trudno będzie odmówić.
12. Gdy czujesz, że coś w tej relacji jest nie tak – skonsultuj to z kimś z zewnątrz kto nie jest zaangażowany. To pozwoli Ci zachować trzeźwy osąd i nie uwierzyć w to, co słyszysz od wampira („jesteś niewdzięczna”, „jesteś samolubny”, etc).
13. Nie daj się sprowokować. Pamiętaj, że im więcej w Tobie agresji, furii, bezsilności – tym wampir bardziej odżywiony. Zachowaj spokój. Niczego nie traktuj osobiście. Bądź dyplomatą, jednak stanowczym i asertywnym.
14. Pracuj nad znajomością swoich potrzeb i granic i ich umiejętnym komunikowaniem.
15. Stale pracuj nad poczuciem własnej wartości i godności, tak by opinia innych nie musiała stanowić o Tobie.
16. Wspieraj swoją samodzielność i niezależność. Im mniej w Twoim życiu „złych” zależności, tym większa Twoja odporność w kontakcie z potencjalnym wampirem.
17. Poukładaj swoje życie uczuciowe. Im mniej poukładane – tym większa podatność na uwikłanie w relację z wampirem.
18. Potraktuj wampira jako nauczyciela, jako szansę. Czego możesz nauczyć się w kontakcie z wampirem? Stawiania granic, stanowczości, konsekwencji, asertywności, radzenia sobie w relacji trudnej czy toksycznej, radzenia sobie z manipulacją – na przykład. Kontakt z wampirem może być dla Ciebie szansą i początkiem pracy nad sobą, może być pierwszym krokiem do odkrycia swojej wewnętrznej mocy.
19. Zadbaj o wsparcie. Na ile to możliwe – postaraj się nie być teraz sam/a. Chyba, że czujesz, że ewidentnie tego Ci teraz potrzeba.
20. W kontakcie z wampirem oddychaj głęboko. Bądź w kontakcie ze sobą, ze swoim ciałem i emocjami. Zanim nawykowo zareagujesz – policz do 10, żeby dać sobie szansę na inną reakcję.
21. Po spotkaniu z wampirem – wykonaj pewne krótkie ćwiczenie. Wyobraź sobie, ze strzepujesz z siebie coś, co się do Ciebie przykleiło, a czego nie chcesz. I zrób to. Strzep z nóg, rąk, głowy. Zrób to, co robi pies po wyjściu z wody – otrzepuje się. Ajurwedyjscy (system medycyny indyjskiej) nauczyciele powiedzieliby, że poczujesz różnicę. W końcu wszystko jest energią – słowa, które padają w naszym kierunku – też.
22. Stosuj tzw. wizualizacje (wykorzystywanie wyobraźni, myśli i woli do spowodowania zmian w sobie i w otoczeniu).
Oto przykłady:
Wizualizacja 1

Wizualizuj emocjonujące Cię słowa wampira jako chmury, które przepływają. Obserwujesz je, lecz nie skupiasz się na nich. Pozwalasz, by odpłynęły i by nie pozostawiły śladu w Twym umyśle…

Wizualizacja 2

Wyobraź sobie siebie w ciemnym kokonie, związanego cienkimi, silnymi nićmi (niczym pajęcza sieć), które łączą Cię z wampirem . Teraz weź złote nożyczki i powoli, stanowczo odetnij wszystkie powiązania, wszystkie nici. Czujesz ulgę, siłę, wolność, przestrzeń. Jesteś znów wolny/a. Może swobodnie poruszać się, skakać, latać…
Wizualizacja 3
Wyobraź sobie siebie jako pacynkę, marionetkę na sznurku w rękach wampira. Teraz widzisz złote nożyczki, które przecinają sznurki i uwalniają Cię. Odzyskujesz władzę nad sobą. Czujesz ulgę, siłę, wolność, przestrzeń. Jesteś znów wolny/a. Może swobodnie oddychać, czujesz wiatr we włosach, ciepło słońca na swych policzkach. Kochasz siebie i świat z wzajemnością…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

10 zalet długotrwałego związku

Iga (35) zaczyna spotkanie: „Będzie się pani ze mnie śmiać”.

„Dlaczego miałabym?” – pytam.

„Ponieważ sama zastanawiam się nad tym czy mój problem nie jest wyimaginowany. Moja siostra powiedziała mi w przypływie złości, że wymyślam i że mi się przewraca – rozumie pani? Jednym słowem, że sama stwarzam problem. Wiem, że ludzie mają większe.”

„No cóż, tego nie wiem, ale interesuje mnie jak Pani definiuje swój problem?”

„ Nie wiem czy chcę nadal być z moim mężem”

„Dlaczego miałoby mnie to śmieszyć?”

„Jak pani opowiem moją historię, to może wtedy uzna pani, że nie ma o czym gadać”

A historia pokrótce wygląda tak, że Iga jest ze swoim mężem od 15 lat. Od 10 są małżeństwem. Ich związek jest „względnie udany” (słowa Igi), ale.. Tym ale jest pewna rutyna, która wkradła się między małżonków, mało namiętny seks i pojawiające się co jakiś czas poczucie bylejakości. Momentem, w którym Iga zdecydowała się na konsultację z psychologiem była nowa miłość jej przyjaciółki. Mówi Iga: „Ewa wygląda fantastycznie. Schudła, wypiękniała. Mnie podczas ostatnich 10 lat przybyło prawie 15 kg. Może to świadczy o tym, że jednak nie jestem szczęśliwa? Ewa tryska energią, mnie jej stale brakuje. Ewa opowiada mi o namiętnych nocach, a ja już dawno o nich zapomniałam. Życie u boku mojego męża jest dobre, spokojne i bezpieczne. Mamy dwoje ukochanych dzieci. Mamy wspólne ogrodnicze pasje. Kiedy spędzamy ze sobą czas jest …(Iga szuka odpowiedniego słowa).. miło. Tylko wciąż nie wiem czy to aż czy może tylko?” Tuż przed spotkaniem ze mną Iga powiedziała o swoich przemyśleniach bratu (41, w związku – od 18 lat, małżeńskim od 12). „Maciej zwrócił mi uwagę na to ile z mężem przeszłam: jego chorobę, finansowe kłopoty. Mąż był przy mnie, gdy umarła moja ukochana babcia, ja byłam przy nim gdy ogłosił upadłość firmy. Jesteśmy za sobą, wspieramy się. Brat przypomniał mi, że Ewa nie wytrzymała w żadnym związku dłużej niż 3 lata..” Iga zamyśla się. „Czy trwałość jest wartością?” – pyta.

Czy trwałość jest wartością? – że powtórzę pytanie. Z pewnością kiedyś była. Dziś jest z tym różnie. Z jednej strony wartością stała się zmiana. Widać to w każdym obszarze – zawodowym i osobistym. Z drugiej jednak badania pokazują, że nadal większość z nas pragnie stałych związków i upatruje w nich więcej zysków, niż strat. Z badania CBOS z 2013 roku wynika, że 55% badanych dostrzega wartość w rodzinie wielopokoleniowej. Dane z jednego z forum dla nastolatków wskazują, że aż 78% respondentów myśli o związkach w kategorii stałych.

Co o tym myślę? Sądzę, że każdy wariant ma swoje plusy i minusy. Jak wszystko. Inne korzyści czerpiemy ze związku stałego, inne z seryjnej monogamii. Każda wersja niesie ze sobą także określone koszty.

Dzisiejszy artykuł chcę zadedykować zarówno „długodystansowcom”, których czasem dopada wątpliwość – czy ja mam z tego jeszcze jakiś „zysk”? oraz wszystkim tym, którzy długotrwałych związków boją się jak ognia.

Zalety długotrwałego związku:

  1. Rozwój emocjonalny

Istnieją koncepcje psychologiczne mówiące o tym, iż w długotrwałym związku przechodzimy powtórnie wszystkie etapy dorastania – od niemowlęctwa do dojrzałości. Bycie w miłosnej relacji reaktywuje w nas te same trudności emocjonalne, przez które przechodziliśmy jako dziecko, nastolatek czy młody dorosły. Stąd nasze kłopoty z bliskością, separacją, idealizowaniem, podtrzymywaniem iluzji, nie radzeniem sobie z frustracją, itp. Wychodząc ze związków zbyt szybko nie pozwalamy sobie na pokonanie powyższych trudności. Wciąż zatrzymujemy się na określonym etapie, uciekamy od zadań rozwojowych popełniając wciąż te same błędy. Przekraczając kolejne progi – pokonujemy własne deficyty, wychodzimy poza strefę komfortu, odrabiamy życiowe lekcje. W ten sposób rozwijamy się i dojrzewamy.

  1. Poznanie siebie

Niektórzy mawiają, że naprawdę poznać siebie możemy jedynie w relacji z drugim człowiekiem. Dodam – relacji głębokiej, intymnej, długotrwałej. W końcu podobno „tyle siebie znamy, ile nas sprawdzono”. Relacje przejściowe nie weryfikują wiele, bowiem opierają się głównie na deklaracjach, a jak mówi edukatorka seksualna Alicja Długołęcka: „Deklarować to my możemy dużo rzeczy, ale czas i tak je zweryfikuje”. W bliskiej relacji możemy poszukać odpowiedzi na pytania: kim jestem, czego naprawdę chcę, jaki jest mój życiowy potencjał? Bliska relacja to także szansa na nauczenie się tego, aby widzieć drugą osobę NAPRAWDĘ – taką jaką jest, a nie taką, jaką my chcielibyśmy ją widzieć.

  1. Nowe umiejętności

Jak mówi psychoterapeuta Stanley Ruszczyński: „Są rzeczy, których możesz nauczyć się tylko w głębokim, długotrwałym, intymnym związku”. Związki krótkotrwałe nie dają takiej szansy. Jakie umiejętności można nabyć?: komunikacji, współpracy, elastyczności, adaptacji, kompromisu, negocjacji, dawania, brania, odpowiedzialności, zaangażowania pokory, radzenie sobie frustracją, pokonywania trudności, radzenia sobie z bezsilnością, etc. Można doświadczyć bycia w nowej roli – żony, męża, rodzica; można nauczyć się dojrzewać i starzeć.

  1. Głęboka bliskość

Dzielisz z kimś wspólną codzienność, łoże, konto. Powierzasz komuś swoje smutki i radości. Zwierasz się z najintymniejszych spraw i tajemnic. Gromadzisz wspólne przeżycia. Masz wspólne cele. Pokonujesz trudności. Widzisz kogoś chorego, brzydkiego, zalęknionego, starzejącego się. Ten ktoś widzi Cię w podobnych odsłonach. Nikt nie zna Cię tak dobrze jak on/ona. Ty nie znasz nikogo lepiej. Taka więź z drugim człowiekiem jest ogromną wartością.

  1. Rzeczywista akceptacja

Z jednej strony nigdy nie czujemy się piękniejsi, niż gdy jesteśmy zakochani. Z drugiej, można byłoby pomyśleć, że nie jest specjalną sztuką zachwycać się czymś lub kimś, kto jest niemalże nieskazitelny. A tak siebie widzimy na etapie zauroczenia. Ale przyjąć kogoś, kto bywa też brzydki, chory, rozczochrany, fizjologiczny, czepliwy, podły – to jest wyższa szkoła jazdy. I prawdziwej, głębokiej akceptacji. Alicja Długołęcka: „Długotrwały związek pozwala zobaczyć drugiego człowieka takim, jakim on jest – w całej jego różności, z innymi od naszych oczekiwaniami, inną zmysłowością, innym temperamentem, inną fazą życia. I go z tym przyjąć.”

  1. Wzrost samooceny

Osoby z obniżoną samooceną zwykle potrzebują dowartościowywać się poprzez częste zmiany partnerów. Udowadniają sobie w ten sposób, że jeszcze mogą się komuś podobać. To ciekawe, bo gdyby się nad tym zastanowić, to właśnie w długotrwałych związkach powinniśmy czuć się wyjątkowi. W myśl tego co powyżej – nie jest sztuką pokochać „ideał”, sztuką jest kochać kogoś kto idealny nie jest. Jak powiedziała Marilyn Monroe : „Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia. Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza.

  1. Poczucie satysfakcji

Kiedyś ktoś zapytał psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera o to jak rozpoznać czy jesteśmy na właściwej drodze. No bo przecież na tej właściwej bywa czasem trudno. Eichelberger odpowiedział (cytuję z pamięci): „jeśli jest trudno, ale przyrasta nam wewnętrznej satysfakcji to jest to wskaźnik, że idziemy w dobrym kierunku”. W długotrwałym związku niewątpliwie bywa trudno. Ale gros długodystansowców mówi, że przyrost satysfakcji ze wspólnego pokonywania kryzysów jest niezaprzeczalny. To prawda, że nie zawsze jest przyjemnie i miło, ale właśnie ta różnorodność przeżyć i doświadczeń wzbogaca nas i czyni nasze życie wielowymiarowym.

  1. Lepsze zdrowie

Z badań wynika, że osoby żyjące w stałych związkach cieszą się lepszym zdrowiem i żyją dłużej. Ci, którzy kochają i są kochani mają lepszą odporność, rzadziej chorują, lepiej śpią i są bardziej zadowolone z życia. Dotyczy to obu płci, ze szczególnym naciskiem na mężczyzn.

  1. Lepszy seks?

Temat zrutynizowanego seksu małżeńskiego jest z pewnością powszechny. Narzekamy na brak namiętności. Są jednak i tacy, dla których seks po latach staje się bardziej satysfakcjonujący, niż na początku. Wynika to z faktu, że znamy siebie lepiej. Znamy swoje ciała, wiemy co sprawia nam przyjemność, umiemy siebie czytać, przekraczamy kolejne granice, szukamy nowych rozwiązań. Jednym słowem – uczymy się swojej seksualności (własnej oraz partnera) oraz trenujemy (a wiadomo, że trening czyni mistrza). Wzrost satysfakcji z życia seksualnego w stałych związkach zgłaszają głównie kobiety.

10. Poczucie bezpieczeństwa

Jedni mówią – wartościowa stabilizacja, inni – nudna przewidywalność. Badania mówią, że poczucie bezpieczeństwa z reguły nam służy. Pozwala nam realizować się w różnych dziedzinach, pokazać w różnych odsłonach, rozluźnić. Jak mówi psychoterapeutka Dorota Golec „Można być pięknym i młodym, ale też brzydkim i starym. Można być w pełni człowiekiem”.

Dzisiejsi psychologowie, psychoterapeuci, psychiatrzy coraz częściej odchodzą od ewidentnego kategoryzowania tego co jest normą, a co nie. Mimo to nadal zdolność do bycia w trwałym związku uznaje się za przejaw zdrowia. Wychodzę z założenia, że w życiu nic nie jest czarno – białe (można być w długotrwałym, ale toksycznym związku czy też być zdrowym i szczęśliwym singlem), ale temat zarzucam – do przemyśleń.

 

* Wszystkie cytaty (za wyjątkiem słów Marylin Monroe) pochodzą z książki Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego „Kochaj wystarczająco dobrze”

 

 

 

 

 

Żyj tak, abyś nie żałował

Lidia (46) 2 miesiąc temu straciła męża. Zginął w wypadku drogowym jadąc do pracy. Wspieram Lidkę w tej trudnej sytuacji. Na ostatnim spotkaniu Lidia powiedziała mi, że najtrudniejsza jest dla niej świadomość, że nie zrealizują się już ich wspólne plany. „Marzyliśmy o podróżowaniu. Oboje kochaliśmy Włochy. Kiedyś byliśmy w Toskanii. Urzekła nas do tego stopnia, że zdecydowaliśmy się tam wracać co roku. Tylko, że z tego co roku wyszło rak naprawdę co trzy lata. Roch zawsze dużo pracował. Chciał nam zapewnić dostatnie życie. W jego firmie zawsze było coś do zrobienia, więc na wolne dni pozwalał sobie rzadko. Roch wszystko zostawiał na emeryturę. Czego to on nie zaplanował! Że mnie zabierze dokąd zechcę, że wreszcie będzie miał wolne weekendy, że wreszcie poświęci więcej czasu dzieciom. Że zwolni i wynagrodzi nam wszystkim to, że było go tak mało. Nie mam do niego żalu. Wiem, że robił to poniekąd i dla nas. Tylko tak potwornie mi go żal. Co on miał z tego życia tak naprawdę? Większy dom? Lepszy samochód? Żal mi też siebie. Przeżyłam w małżeństwie 20 lat, ale gdyby policzyć ile z tego czasu byliśmy razem..” Lidka kończy spotkanie z pewnym postanowieniem: „Chcę przestać odkładać wszystko na później. Chcę żyć w taki sposób, żeby w dniu mojego odejścia niczego nie żałować”.

Wydarzenia graniczne jakim jest m.in. śmierć czy choroba prowadzą do refleksji. To sytuacje, w których niejednokrotnie zaczynamy przewartościowywać swoje życie. Zadajemy sobie pytania o sens życia, o to czy nasze życie jest tym, które chcemy żyć? To czas, kiedy wspominamy. To także czas, kiedy zdarza nam się żałować – że czegoś było za mało, czegoś za dużo, że poświęcaliśmy uwagę czemuś co nie było tej uwagi warte, że nie objęliśmy z kolei uwagą czegoś co było wartościowe. A gdyby tak poczynić taką refleksję wcześniej? Zanim los ześle na nas coś, co wywoła wstrząs w naszym systemie wartości? Gdyby móc, choć trochę, pouczyć się na błędach tym razem nie własnych?

Być może podobną myśl miała Bronnie Ware, australijska pielęgniarka, która towarzyszyła osobom ciężko chorym. Przez kilka lat prowadziła rozmowy z tymi, którym zostało kilka miesięcy życia. Zadała im pytanie czego w swoim życiu żałują. O to czego się dowiedziała:

„Żałuję, że nie miałem więcej odwagi żyć życiem prawdziwym dla mnie, a nie życiem, którego oczekiwali ode mnie inni”

Chorzy żałowali, że nie poświęcali uwagi swoim potrzebom. Po pierwsze – nie byli świadomi tego jakie tak naprawdę są ich pragnienia. Po drugie – zaniedbywali je ustawiając siebie zawsze na drugim planie. Na pierwszym były potrzeby i oczekiwania innych, opinia społeczna. Ważniejsze było to co powiedzą czy pomyślą ludzie. Musiało upłynąć sporo czasu, musiało zdarzyć się to co się zdarzyło, żeby móc wyciągnąć wniosek, że chęć sprostania czyimś oczekiwaniom jest nie do zrealizowania. Jak mówi rysowniczka Marta Frej ”Nie mogę przejmować się tym co mówią inni, bo
innych jest dużo i każdy mówi co innego.” Poza tym kto w końcu żyje nasze życie? My czy ci wszyscy inni?

„Żałuję, że pracowałem tak ciężko”

Podobno mówił tak każdy pacjent płci męskiej. Hola – Panowie i Drogie Panie też! Czy naprawdę to za czym gonicie i gonimy jest tak ważne? Czy potrzebujemy tego wszystkiego na co zarabiamy i co kupujemy? Podobno najlepsze rzeczy są za darmo: przytulanie, uśmiech, rodzina, przyjaciele, pocałunki, sen, wspomnienia, miłość, radość Wiem – praca po pierwsze jest nam potrzebna do przeżycia. Po drugie – bywa naszą pasją. Jeśli tak jest to już jesteś szczęściarzem. Ale niezależnie od wszystkiego – wielu z nas pracuje za dużo. Zaniedbuje wszystko to, co właśnie najlepsze i zupełnie bezpłatne. A gdyby tak uprościć swoje życie? Gdyby ciut zredukować nasze napuszone fanaberie?

„Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć”

Wielu z nas ma z tym problem. Część z nas z mówieniem kocham, zależy mi na Tobie, pięknie dziś wyglądasz. Część – z powiedzeniem jestem wkurzony, wściekła, nie podoba mi się to, nie zgadzam się na to.  Ci pierwsi – odbierają sobie i swoim bliskim masę pięknych wzruszeń. Ci drudzy – odbierają sobie szansę na potrzebną weryfikację relacji. Wszyscy – chorują oddychając tylko połową piersi oraz czynią swe życie płaskim rezygnując z wyrażania uczuć w ich wielobarwnej formie.

„Żałuję, że nie pozostawałem w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi”

Relacje, relacje i jeszcze raz relacje. I to co się z nimi wiąże – miłość, bliskość, radość,  wzruszenie. Niedosytu w tych obszarach chorzy żałowali szczególnie. Czasu jakiego  zabrakło na bycie wśród bliskich było żal najbardziej.
 
„Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszy”

Dla mnie kluczowe są tu słowa – „nie pozwoliłem sobie”. To oznacza, że bycie  szczęśliwym jest lub przynajmniej może być w dużej mierze kwestią wyboru. A może  trzeba by powiedzieć – wyborów czyli wszystkich decyzji podejmowanych każdego  dnia. Od najmniejszych (co jem, co oglądam, jak spędzam po południa, jak  wypoczywam, czym i kim się otaczam) po te życiowe (z kim żyję, gdzie pracuję). To
także wybór tego na czym będziemy koncentrować naszą uwagę – na tym co jest czy  na tym czego brak. Czy szklanka będzie dla nas do połowy pełna czy pusta?

W odpowiedziach jakich udzielili chorzy nie było mowy o pieniądzach, karierze czy sławie. Nikt z chorych nie żałował także, że może mógłby mieć więcej dziewczyn czy chłopaków.

W tym momencie chciałoby się wystosować pytanie – jak żyć? Jak żyć, żeby nie żałować?
Pozyskaniem odpowiedzi zainteresował się Karl Pillemer – amerykański profesor gerontologii. Przeprowadził on rozmowy z grupą 1200 doświadczonych życiowo  siedemdziesięciolatków (i starszymi). Jego celem było utworzenie listy najważniejszych porad życiowych. Swoim respondentom zadał następujące pytanie:
„ Jakie są najważniejsze lekcje, których nauczyło cię całe twoje życie i które chciałbyś przekazać młodym ludziom?”.
Oto one:

1. Bądź uważny.
Koncentruj się na „tu i teraz”. Nie oglądaj się zbyt często w przeszłość, ta bowiem już minęła. Nie wybiegaj zanadto w przyszłość, tej bowiem  jeszcze nie ma. To co jest – dzieje się w chwili obecnej. Zatrzymaj się na niej. Doceniaj ją. Ciesz się.

2. Żyj zdrowo.
Zwracaj uwagę na to co jesz. Zadbaj o wysiłek fizyczny. Ogranicz niepotrzebny stres i  pośpiech.
3. Wybierz pracę, która będzie Twoja pasją.
Ewentualnie nadaj sens obecnej. Pamiętaj, że nie tylko pieniądze się liczą.

4. Korzystaj z okazji jakie przynosi życie.
Podejmuje wyzwania. Wykorzystuj szanse.

5. Pamiętaj o upływającym czasie.
Decyzje podejmuj mając tę świadomość. Nie jesteś wieczny. Twoi bliscy także nie. Jeśli masz zrobić coś co jest ważne i kluczowe – nie czekaj, nie odkładaj, zrób to teraz.

6. Podróżuj.
Zwiedzaj, doświadczaj, zbieraj wrażenia.

7. Wyrażaj emocje.
Nie zatrzymuj ich dla siebie. Nie cenzuruj. Mów kocham. Praw komplementy. Chwal i doceniaj. Niech bliscy usłyszą jacy są dla Ciebie ważni. Jeśli się złościsz – wyraź to. Jeśli masz żal – powiedz o nim. Jeśli się boisz – podziel się tym z kimś.

8. Przestań się martwić.
Podobno 90% naszych trosk i zmartwień nie realizuje się w rzeczywistości. Z tej perspektywy nasze zamartwianie się jest niepowetowaną stratą czasu. Stratą nieodwracalną!
Jego świętobliwość Dalajlama mówi: „Jeśli dla danego problemu lub sytuacji istnieje rozwiązanie, nie ma potrzeby, żeby się zamartwiać. Jeśli zaś problemu rozwiązać się nie da, wówczas martwienie się nim również pozbawione jest sensu, ponieważ tak czy inaczej nic z nim nie można zrobić.”

9. Przestań szukać szczęścia.
Wciąż wydaje się nam, że będziemy mogli poczuć się szczęśliwi, kiedy..albo jeśli..kiedy poznam tego jedynego, kiedy schudnę, kiedy urodzę dziecko; jeśli mi się uda, jeśli ona mnie pokocha, jeśli wszystko się ułoży. Stawiamy szczęściu określone warunki. W konsekwencji – nie czujemy się szczęśliwi. Bo nigdy nie jest tak, żeby było idealnie. Szczęście umyka nam, kiedy my skupiamy się na jego poszukiwaniu. Chcesz być szczęśliwy/a? Bądź.

10. Starannie wybierz partnera życiowego.
Nieprzypadkowo. I nie byle kogo.

Pracując w szpitalu miałam niejednokrotnie okazję prowadzić rozmowy o życiu i przemijaniu. Gdybym zapytała swoich pacjentów o ich życiowe lekcje z pewnością podpisaliby się pod powyższymi. Co więcej – dołożyliby co nieco do tej listy.

11. Odszukaj sens.
Jak mówi Wanda Błeńska (100 letnia lekarka lecząca trędowatych): „Ważne jest zrozumieć do czego jest się stworzonym”.

12. Określ priorytety.
Zajmij się tym, co dla Ciebie ważne. Ogranicz pochłaniacze czasu.
13. Bądź sobą.
Żyj swoim życiem. Wyrażaj siebie. Nie porównuj się.

14. Akceptuj.
Ponownie Błeńska: „Umieć przyjąć to co los (…) nam narzuca w naszym życiu. Jeżeli nie z radością, to z jakimś przyzwoleniem.”

15. Nie narzekaj. Nie użalaj się nad sobą. Sprawiaj sobie przyjemności.

Niech tak będzie.

 

 

Jak pogłębić bliskość?

Olena i Mikołaj są małżeństwem od 12 lat. W sumie ze sobą – 15. Zgodnie przyznają, że ich związek jest w poważnym kryzysie. Podobnie ów kryzys definiują: „coś się nam rozjechało”, „coś nam umknęło” „oddaliliśmy się od siebie”, „nasza wspólna droga uległa rozwidleniu”. Również, gdy mowa o przyczynach zaistniałej sytuacji – zgadzają się ze sobą: „przestaliśmy ze sobą rozmawiać”, „przestaliśmy się sobą ciekawić”, „przestaliśmy się sobą interesować”. Oboje twierdzą, że ich wymiana zdań sprowadza się do spraw technicznych: kto odwiezie dzieci do szkoły, kto idzie na wywiadówkę, kto zrobi zakupy. Olena i Mikołaj poczynili próbę ratowania małżeństwa na własną rękę. Uznali, że skoro wiedzą gdzie tkwi przyczyna – znajdą rozwiązanie. Jak mówią – „usiłowali ze sobą rozmawiać”. Twierdzą, że nie wyszło. Olena: „Chyba nie wiedzieliśmy tak naprawdę o czym. Nie pasuje mi, że nasze rozmowy dotyczą jedynie logistyki, ale z drugiej strony tak długo się znamy, że wiem już o mężu wszystko”. Mikołaj: „Próbowałem wprowadzić trochę innowacji w nasze rozmowy. Pytałem Olenę jak jej minął dzień, ale słyszałem tylko może być lub znudzone spojrzenie. Nie mam już pomysłu”.

Zapytałam Olenę czy wie kogo Mikołaj zaprosiłby na kolację, gdyby mogła to być dowolna osoba. Zapytałam jakie jest męża najgorsze wspomnienie. Mikołajowi zadałam pytanie co znaczy dla jego żony doskonały dzień i jaka informacja o niej byłaby ważna dla kogoś kto miałby stać się jej przyjacielem.
Oboje patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Ich miny prawdopodobnie wyrażały: „Czy ona naprawdę nas o to pyta? Jaki związek mają te pytania z naszą sytuacją?”
Pytania te zaczerpnęłam z pewnego testu. Oczywiście w samym teście jest ich znacznie więcej, dokładnie 36. Autorem testu jest amerykański profesor psychologii Arthur Aron od lat badający relacje partnerskie. Opracował on schemat rozmowy, która ma na celu zbliżenie dwoje ludzi. Także, a może nawet przede wszystkim – obcych. W 1997 roku przeprowadził pierwszy eksperyment, w wyniku którego jedna z biorących w nim udział par pobrała się w pół roku później. Profesor był zaproszony na ślub jako gość honorowy.
Eksperyment jest prosty. Usiądź naprzeciwko osoby, z którą będziesz rozmawiał. Patrz na nią. Zadaj jej pierwsze pytanie z listy. Niech odpowie. Teraz pyta ona – Ty odpowiadasz. Na to samo pytanie. Potem kolejne i tak do samego końca. Pierwsze pytania są dość błahe. Służą za przełamanie lodów.
Oto lista:

1. Gdybyś mogła zaprosić na kolację dowolną osobę. Kto by to był?
2. Czy chciałbyś być sławny? W jaki sposób?
3. Czy przed rozmową telefoniczną powtarzasz sobie w głowie co powiesz?
4. Co to jest dla ciebie “doskonały dzień”?
5. Kiedy ostatni raz śpiewałeś samotnie? A kiedy komuś?
6. Gdybyś mógł żyć 90 lat, czy wolałbyś zachować umysł czy ciało trzydziestolatka?
7. Czy masz jakąś teorię jak umrzesz?
8. Nazwij trzy rzeczy, które ty i twój partner macie wspólne?
9. Z czego jesteś najbardziej wdzięczny w swoim życiu?
10. Co byś zmienił w sposobie, w jaki zostałeś wychowany?
11. Masz cztery minuty. Opowiedz w ciągu nich historię swojego życia z największą ilością szczegółów.
12. Z jaką nową umiejętnością chciałbyś się obudzić jutro rano?
Pytania są stopniowalne. Po rozgrzewce przechodzimy na głębszy poziom rozmowy.  Zaczyna się robić bardziej osobiście.

1. Gdyby kryształowa kula mogła powiedzieć ci prawdę o tobie, o twoim życiu, przyszłości albo czymkolwiek innym, co by to było?
2. Czy jest coś, o czym marzysz aby robić od dłuższego czasu? Dlaczego tego jeszcze nie zrobiłeś?
3. Co jest największym osiągnięciem twojego życia?
4. Co najbardziej doceniasz w przyjaźni?
5. Co jest twoim najcenniejszym wspomnieniem?
6. Jakie jest twoje najgorsze wspomnienie?
7. Gdybyś wiedział, że w ciągu roku umrzesz, czy zmieniłbyś cokolwiek w swoim życiu? Dlaczego?
8. Co dla ciebie oznacza przyjaźń?
9. Jaką rolę odgrywają w twoim życiu miłość i uczucie?
10. Podziel się pięcioma najbardziej pozytywnymi cechami twojego partnera.
11. Jak bliskie i ciepłe są stosunki w twojej rodzinie? Czy uważasz, że twoje dzieciństwo było szczęśliwsze niż większości ludzi?
12. Co sądzisz o swojej relacji z matką?
Trzecia odsłona jest już prawdziwie intymna.

1. “My…” – powiedz trzy zdania o Was zaczynając w ten sposób każde.
2. Dokończ zdanie: Chciałbym mieć kogoś, z kim mógłbym patrzeć na…
3. Jaka informacja o Tobie była by ważna dla kogoś, kto miałby stać się Twoim przyjacielem?
4. Powiedz partnerowi, co w nim lubisz. Bądź wyjątkowo szczery, ujawnij coś, czego nie powiedziałbyś osobie nowo poznanej
5. Podziel się z parterem wspomnieniem kłopotliwego wydarzenia w Twoim życiu.
6. Kiedy ostatnio płakałeś samotnie? A kiedy przed inną osobą?
7. Powiedz partnerowi, co w nim już lubisz.
8. Co, jeśli cokolwiek, jest zbyt poważnym tematem do żartów?
9. Gdybyś dziś w nocy miał umrzeć, a wcześniej już nie zamienić słowa z nikim, jakich niewypowiedzianych słów byś najbardziej żałował? Komu ich nie powiedziałeś?
10. Uratowałeś z pożaru domu wszystkich najbliższych i zwierzęta. Możesz jeszcze raz wejść do niego by wynieść jedną rzecz. Co to będzie?
11. Śmierć którego z członków Twojej rodziny byłaby dla Ciebie największym przeżyciem. Dlaczego?
12. Podziel się z partnerem osobistym problemem i poproś o radę. Później zapytaj, jak partner odebrał problem, który wybrałeś.
W różnych odsłonach eksperymentu przeznaczano na rozmowę inną ilość czasu: od 45 minut do nawet 3 godzin. Po rozmowie – obowiązkowe zadanie. Mianowicie należy patrzeć w oczy naszego rozmówcy przez cztery minuty. Co się wtedy dzieje – najlepiej sprawdzić samemu, ale można się też poprzyglądać na You Tube. Filmik z eksperymentu pobija rekordy wyświetleń.
Cel eksperymentu? Sprawdzenie czy można rozkochać w sobie upragnioną osobę poprzez nawiązanie i pogłębienie bliskości. Zakłada też, że ową bliskość można wywołać poprzez odpowiednio prowadzoną i pogłębioną rozmowę oraz kontakt wzrokowy.
Efekty eksperymentu? Znacząca część uczestników eksperymentu mówiła, iż po jego zakończeniu czuli się wyczerpani i oczyszczeni zarazem. Wobec swoich rozmówców odczuwali szczególną więź. Były osoby, których faktycznie dosięgnęła strzała amora. Niektórych z wzajemnością, innych nie. Tak czy inaczej, zakochani czy też nie – uczestnicy eksperymentu zgodnie przyznawali, „iż jest coś na rzeczy”, a ich uczucia do osób przed chwilą jeszcze obcych zmieniły się diametralnie.

Czy kiedykolwiek zadałaś/łeś któreś z powyższych pytań partnerowi? Czy wiedziałbyś/łabyś co partner mógłby odpowiedzieć? A może jego odpowiedź na przestrzeni lat uległa zmianie, a Ty nic o tym nie wiesz? Jak dawno temu patrzyliście sobie głęboko w oczy?
Mimo, iż eksperyment Arona wyjściowo dotyczył osób sobie obcych co stoi na przeszkodzie, żeby go delikatnie zmodyfikować?
Olena i Mikołaj chętnie przystali na propozycję, aby poeksperymentować ze sobą. Na kolejne spotkanie przyszli wyraźnie odmienieni. Byli pod ogromnym wrażeniem tego, co może zdziałać prawdziwy kontakt, uważność na drugiego człowieka, czas jaki mu poświęcamy i zaciekawienie się nim. Nie bez znaczenia był fakt dzielenia się ze sobą czymś niezwykle osobistym. W końcu jeśli uchylamy komuś rąbka naszej intymności – musi to być ktoś ważny i znaczący. Olenie i Mikołajowi zajęło jeszcze trochę czasu, zanim poskładali to, co uległo rozsypce. Zjawiskowe happy  endy nie zdarzają się często. Ale niewątpliwie eksperyment z eksperymentem prof. Arthura Arona był na tej drodze krokiem siedmiomilowym.
Jeśli więc czujesz, że w Twoim związku coś słabnie, gaśnie, umyka – pogłębiaj bliskość z partnerem korzystając z powyższych podpowiedzi.

 

Jestem tą trzecią*

Historia Justyny (37):
Justyna mówi o sobie, że jest „singielką od zawsze”. Rzuca przy tym porozumiewawczy uśmiech. Justyna nigdy nie była w oficjalnym związku. Oficjalnym czyli takim, o którym mogłaby powiedzieć znajomym; takim, który mógłby zakończyć się wspólnym zamieszkaniem czy zalegalizowaniem. Justyna nigdy nie miała partnera, którego przedstawiłaby rodzicom, z którym spędziłaby święta, z którym wyjechałaby na dłuższe wakacje. Justyna nigdy nie była czyjąś dziewczyną czy narzeczoną. Ale wielokrotnie była czyjąś kochanką. Długość trwania jej romansów była różna. Od kilku tygodni do nawet 3 lat. Historie jednonocne specjalnie jej nie interesowały. Justyna przyznaje, że w związki z żonatymi mężczyznami wchodziła świadomie: „Nigdy nie miałam marzeń pt. szczęśliwa rodzinka i biały domek z ogródkiem. To nie ja. Jak każda kobieta miałam i mam swoje potrzeby – fajnego seksu, ciekawej rozmowy, adoracji, poczucia bycia piękną i wyjątkową i to dawali mi ci mężczyźni. Proza życia, kapcie, telewizor i brudne skarpetki to nie moja bajka. Umarłabym z nudów. Był nawet taki jeden, co zostawił żonę i przyszedł do mnie z walizką. Myślał, że się ucieszę, ale mnie w ogóle nie o to chodziło. Ucięłam kontakt. Było mi go nawet żal, bo nagle został zupełnie sam, no ale przecież nie mogłabym być z nim z litości.”
Justyna zgłasza dziwne bóle w okolicy mostka. Liczne badania nic nie wykazały.

Historia Poli (34):
Pola od 4 lat jest w związku. „Związku niemożliwym” – jak go nazywa. Pola poznała Janusza w stadninie koni. To ich wspólna pasja. Na początku nic nie zapowiadało, że zbliżą się do siebie tak mocno. Kiedy ich relacja zaczęła się zacieśniać Janusz powiedział Poli, że ma żonę. Pola, czując, że zaczyna czuć do Janusza coś więcej – wycofała się. Przestała przyjeżdżać do stadniny, ucięła kontakt. W pół roku później przypadkowo spotkali się na zawodach konnych. Spędzili razem noc. Pola wróciła do dawnej stadniny. „Można powiedzieć, że to było nasze miejsce schadzek” – mówi. „To nie chodziło o seks. A przynajmniej – nie tylko. Ja się po prostu zakochałam. I jestem przekonana, że Janusz też.” – dodaje. Mimo to Janusz do tej pory nie podjął decyzji o odejściu od żony. Pola: „Mówił, że chce być ze mną. Ja mu wierzyłam. Wierzyłam w to, że jego małżeństwo jest martwe, że w końcu jej o nas powie”. Pola przyznaje, że „robiła Januszowi sceny zazdrości”. Nie radziła sobie z tym, że każdy urlop i weekend spędza z rodziną, z tym, że spotykają się tylko wtedy, kiedy on ma czas. Fakt, że ich związek był owiany tajemnicą też Poli nie pomagał. Pola relacjonuje: „Któregoś dnia powiedziałam o nas mojej przyjaciółce. Musiałam to z siebie wyrzucić. To co od niej usłyszałam mnie pogrążyło. Wykrzyczała mi, że nie spodziewała się po mnie, że mogę chcieć rozbić czyjąś rodzinę. Opowiedziała mi o cierpieniu swojej matki, kiedy jej ojciec odszedł do innej kobiety”. Pola kontynuuje: „Postanowiłam zacząć spotykać się z innymi mężczyznami. Myślałam, że jak kogoś poznam będzie mi łatwiej zakończyć romans z Januszem. Ale znajomości z nim nie przerwałam. Działając na dwa fronty czułam się jeszcze gorzej”. Pola nie ma już nadziei, że kiedykolwiek będzie z Januszem „tak naprawdę”. „Ja nawet nie wiem czy po tym wszystkim bym umiała” – dodaje.
Pola zgłasza poczucie winy z powodu tego, co się stało. „Nie jestem tą samą osobą co 4 lata temu. Nie wiem, kiedy ostatnio czułam się dobrze – lekko, radośnie” – dodaje.

Kochanka nie ma dobrej opinii. To, co myślą o niej inni – w większości nie nadaje się do przytoczenia. Kochanka przede wszystkim jest samotna i zazdrosna o to, że inni nie są; kochanka tylko czyha jak upolować faceta;  kochanka jest pierwszorzędną manipulantką – wie jak omamić mężczyznę; kochanka nie ma skrupułów, wyrzutów sumienia czy poczucia winy; kochanka posunie się do wszystkiego; kochanka rozbija rodziny; kochanka jest wyuzdana – to jedynie część stereotypów krążących na temat „tych trzecich”. Nad kochankami nikt się nie pochyla. Kochankom się nie wybacza.

A czy warto się pochylać? Czy warto im wybaczać? Niech każdy weźmie odpowiedzialność za odpowiedź indywidualnie. Mój artykuł można zinterpretować jako próbę pochylenia się, bowiem jest dedykowany głównie tym, które znalazły się w tej roli. Celowo (Justyna), bądź też nie (Pola). Dlaczego, po co? Co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – nie chcę zamykać oczu na rzeczywistość, a ta pokazuje, że kochanki istnieją i żyją wśród nas. Po drugie – im dłużej pracuję, tym mniej jednoznacznie widzę ludzkie wybory. To pozwala mi mniej oceniać, mniej wartościować. Kochanki także czasem cierpią; kochanki bywają pogubione; kochanki miewają poczucie winy; kochanki także są oszukiwane; kochanki bywają również ofiarami sytuacji – spostrzeżenia nowe, oburzające?

Jeśli jesteś „tą trzecią”:

Przyjrzyj się własnym motywom zaistniałej sytuacji.
Niezależnie od tego czy w rolę kochanki weszłaś świadomie (taka rola Ci odpowiada) czy też nie (deklarujesz, że chciałabyś inaczej). Bądź ze sobą szczera. Czy jest możliwe, że boisz się prawdziwej bliskości (w bólu, cierpieniu, chorobie, w kłopotach)? Czy jest prawdopodobne, że rywalizujesz z kobietami (chcesz być zawsze górą, chcesz być piękniejsza, fajniejsza, wyjątkowa)? Czy to co robisz może być agresją skierowaną wobec innych kobiet? A może tak naprawdę wobec mężczyzn? A może wobec siebie? Jakie relacje znasz z domu rodzinnego? Może metaforycznie „wpychasz się” między rodziców, walczysz o uwagę ojca? O co Ci chodzi w tym trójkącie?

Jeśli liczysz na to, że on w końcu odejdzie:
* Pamiętaj, że statystyki są dla kochanek nieubłagane – jedynie 5 % mężczyzn porzuca swoje żony na rzecz „tych trzecich”.
Sygnały świadczące o tym, że to raczej nie nastąpi: mimo że „jego małżeństwo jest już martwe” – nadal wyjeżdża na wakacje z rodziną, uprawia seks z żoną, rodzi mu się dziecko; „mimo że jego małżeństwo jest tylko formalnością” – nigdy nie ma odpowiedniego momentu na powiedzenie żonie, zawsze są jakieś ale; wiesz o tym, że nie jesteś pierwszą kochanką w jego życiorysie.
* Pamiętaj o kosztach takiej roli:
- surowa opinia społeczna
- samotność (szczególnie w weekendy, święta, wakacje)
- zazdrość, do której sama nie wiesz czy masz prawo
- niepewność swojej pozycji i swoich praw jako kochanka (masz jakieś prawa czy też nie, masz prawo się czegoś domagać czy też nie?)
- konieczność ciągłego dostosowywania się do niego
- poczucie bycia „na drugim planie”
- konieczność ukrywania się (nie chodzi tu tylko o piciu kawy w miejscu publicznym, czasem nie możesz o swoim związku nikomu opowiedzieć)
- koszty emocjonalne w postaci permanentnej ambiwalencji (nadzieja, wiara, pragnienie bycia z danym mężczyzną versus poczucie winy wobec żony, lęk przed przyszłością, żal do kochanka)
- ciągłe odkładanie swojego życia na później (jak odejdzie)
- utrata zaufania do mężczyzn (bo obiecał, że odejdzie a nie odchodzi; bo w końcu zdradza i oszukuje swoją żonę)
- osłabienie samooceny (bo mnie nie wybrał; bo robię przecież coś złego)
- jeśli w tę relację wkładasz swoje serce i swoją energię może być Ci trudno dostrzec coś lub kogoś innego, o otwarciu się na to nie wspominając
* Zadaj sobie pytania:
Ile będę czekać na rozwój sytuacji?
Co mi jednoznacznie pokaże, że nie mam na co liczyć?
Po czym poznam, że mam dość?
Jakie są zyski i koszty takiej relacji? Jaki jest bilans?
Czy jestem gotowa na poradzenie sobie z kosztami?
Jakie problemy będę musiała pokonać, gdy nawet on odejdzie?
Gdy odejdzie – czy będę w stanie mu zaufać, skoro złamał daną komuś obietnicę? Skąd wiem, że ze mną będzie inaczej?
Czy gdy odejdzie – będę w stanie emocjonalnie sobie z tym poradzić?
* Nie pozbawiaj siebie odpowiedzialności za to co się stało. Jednocześnie pamiętaj, że za zaistniałą sytuację odpowiadają dwie osoby. Co najmniej dwie.

Jeśli lepiej się czujesz w roli kochanki, niż żony:
* Weź pod uwagę kwestie etyczne. Czy aby na pewno poczucie winy jest Ci obce? Co prawda stosujemy różne mechanizmy obronne (zaprzeczanie, wypieranie), aby czegoś nie czuć np. wyrzutów sumienia, ale nie odbywa się to bez wpływu na nasze zdrowie (uczucie pustki, dolegliwości psychosomatyczne). Poza tym pytanie o wartości mnie wydaje się zawsze zasadne (bierzesz udział w czymś co jednak niszczy, co z regułą – nie rób drugiemu co Tobie niemiłe).
* Pamiętaj, że nawet jeśli Ty nie chcesz się angażować – on może. Co wtedy?
* Uwzględnij sytuację, w której nawet jeśli z założenia nie miałaś zamiaru się angażować – może Ci się to przydarzyć. W końcu im bardziej się w coś angażujemy, tym cenniejsze nam się do wydaje. Poza tym jeśli już jesteśmy w jakiejś relacji zupełne pozbycie się oczekiwań jest po prostu trudne.
* Pamiętaj, że to co na początku jest fascynujące – bywa, że po czasie staje się męczarnią (ciągłe czekanie, ukrywanie).

Związek z żonatym mężczyzną to związek z pewnością wysokiego ryzyka – ryzyka, że się wyda, że on jednak nie odejdzie, że jak odejdzie to co?
Gdy pytam Poli o radę dla kobiet, które właśnie wdały się w romans –  mówi: „skończ zanim na dobre się zacznie”. To mówi ona – ta trzecia.
* Ponieważ moimi bohaterkami są kobiety – w formie zwracam się głównie do kobiet. Jednak treści z powyższego artykułu dotyczą oczywiście także mężczyzn.

 

Jak żyć z cholerykiem?*

Tatiana (29) zgłasza się na spotkanie po ostatniej kłótni z partnerem. Myśli o rozstaniu, choć deklaruje, że partnera kocha, ale „już nie wytrzymuje”. Pytam Tatianę czego nie wytrzymuje. Tatiana: „Mój narzeczony to dobry człowiek. Ale czasem wstępuje w niego jakiś demon. Wścieka się o byle co, krzyczy. Wszystko mu przeszkadza: buty na środku, szczekający pies, krzywo ukrojony chleb. Nic wtedy na niego nie działa. Próbuję go uspokoić, ale to go jeszcze nakręca. Chowam te buty, uciszam psa, ale to też nic nie daje. Tłumaczę mu coś, ale on jest w swoim amoku.  Ostatnio aż się popłakałam, bo nienawidzę jak ktoś na mnie bezpodstawnie wrzeszczy.” „Jak reaguje wtedy Pani narzeczony?” – pytam. „Albo na mnie napada, że histeryzuję albo mnie przeprasza. Generalnie jak mu przechodzi, to widać, że mu głupio. Czasem nawet powie, że nie chciał i żebym mu wybaczyła. Po ostatniej kłótni naprawdę chyba sam się siebie przestraszył. Nawet wspomniał coś o psychologu czy psychiatrze. Powiedział, że nie chce mnie stracić i że wie, że bywa nie do wytrzymania.”

Blanka (35) też myśli o rozwodzie, ale twierdzi, że nie ma odwagi, do tego „są przecież jeszcze dzieci”. Blanka: „Teoretycznie niczego nam nie brakuje. Mój mąż pracuje, utrzymuje nas wszystkich, żyjemy na wysokim poziomie. Właściwie nie odmawiamy sobie niczego. Mąż pije rzadko, nie używa wobec nas przemocy fizycznej. Kolegów praktycznie nie ma, bo prawie non stop pracuje, a uważa, że firma to nie miejsce na szukanie przyjaciół. Nie podejrzewam też, żeby mnie zdradzał. Ale z moim mężem żyje się trudno. Ciągle mu coś nie pasuje. O wszystko się złości, wszystko go drażni, denerwuje. Mam wrażenie, że on nie mówi, tylko krzyczy. Dzieci mi ostatnio powiedziały, że tata im rozkazuje. I coś w tym jest. Wszystko ma być zrobione natychmiast i tak jak on chce. Oczywiście – są lepsze momenty. Ale nigdy nie wiesz kiedy znów go coś zagotuje. A wtedy jest naprawdę nieprzyjemny. Potrafi dzieci wyzwać od idiotów, a mnie od leniwej bałaganiary. Najgorsze jest to, że nawet jak mu przechodzi – on nie widzi swojej winy. Uważa, że widocznie miał swoje powody albo że nic innego na nas nie działa. Nie przeprosił nas chyba nigdy. Kiedyś myślałam, że mu przejdzie, że się zmieni. Jego nerwy zganiałam na stres w pracy, ale tak jest od 10 lat. Nie wiem co mam robić? Jak z nim postępować? Czy jest w ogóle szansa, że uda mi się z nim żyć?”

Zarówno Tatiana, jak i Blanka mają u swego boku partnerów choleryków. Gdyby wiedzę o tym czy istnieje szansa, aby z cholerykiem wytrzymać zasięgać z for internetowych – odpowiedź na powyższe pytanie byłaby mocno pesymistyczna. Podobnie Wikipedia jest wobec choleryków dość surowa.

Choleryk (gr. chole – żółć, stąd “żółć go zalewa”) – typ pobudliwy, przejawiający tendencje do ciągłego niezadowolenia i agresji. (…)Głównym pragnieniem choleryków jest dominacja, od innych z kolei oczekują podporządkowania się i uznania dla swojej ciężkiej pracy. Cholerycy bywają uparci, a ich reakcje na bodźce są szybkie i często nieprzemyślane (…) Gdy ktoś się z nim nie zgodzi, denerwuje się, krzyczy, staje się agresywny. Choleryk to osobnik dominujący, władczy i wyraża to całą swoją postawą i sposobem gestykulowania (…).
Z kolei na podstawie moich zawodowych doświadczeń i obserwacji ja powiedziałabym, że istnieją dwa typy choleryków.
Pierwszy (którego przykładem jest partner Tatiany) to ktoś, kto silnie przeżywa emocje, łatwo się uruchamia, dużo złości (często nieadekwatnie), podnosi głos, w emocjach mówi wiele tego czego normalnie by nigdy nie powiedział, bywa, że rzuca przedmiotami czy kopie napadające na niego meble czy dziecięce zabawki, ale nigdy Cię nie obraża, z reguły przeprasza, po czasie ma wgląd w to co się stało, widzi swój udział w sytuacji, jest świadomy tego, że ma problem z kontrolowaniem emocji i chce nad sobą pracować. Ten typ choleryka jest oczywiście bezpieczniejszy, a życie u jego boku, choć jest z pewnością wyzwaniem – bywa możliwe.
Drugi typ to choleryk – przemocowiec. Takim cholerykiem jest partner Blanki: prawdziwie nieprzewidywalny, niesiony przez emocje, labilny, kapryśny, impulsywny, wybuchowy, dominujący, władczy, despotyczny, oczekujący absolutnego podporządkowania, nie znoszący sprzeciwu, bezkompromisowy, kontrolujący, dyrygujący otoczeniem, narzucający innym swoją wolę, zaborczy (ingerujący w cudze życie, zagarniający czyjąś przestrzeń, podejmujący decyzje za innych, wtrącający się), rywalizujący, wobec siebie bezkrytyczny, nie biorący odpowiedzialności za swoje zachowanie,  obarczający winą innych, kategoryczny, z poczuciem nieomylności. Taki choleryk, kiedy krzyczy – potrafi obrażać, przezywać. Nierzadko posuwa się do rękoczynów. Dla niego słowo przepraszam czy przyznanie się do błędu jest uwłaczające. Życie z takim parterem jest bardzo trudne. Mnie się też w takich sytuacjach pojawia pytanie – czy konieczne?
Gdy Twoim partnerem jest choleryk?
Im bliżej Twojemu partnerowi do choleryka typu pierwszego, tym więcej możesz zrobić, aby bez konieczności drastycznych decyzji np. rozstania czy ogromnych kosztów osobistych móc czerpać satysfakcję ze związku.
* Jeśli Twój choleryk wścieka się na atakujące przedmioty („dlaczego to tu stoi”?) czy kierowcę na pasie obok („jak jeździsz, do cholery”?) – nie traktuj tego w żaden sposób osobiście. To nie ma z Tobą związku.
* Określ granice swojej tolerancji, wytrzymałości czy cierpliwości. Np. jeśli Twój choleryk krzyczy w kosmos to jest to dla Ciebie do zaakceptowania, jeśli krzyczy na Ciebie – już nie.
* Określ konsekwencje przekroczenia przez choleryka Twoich granic. Bądź konsekwentna/y w ich egzekwowaniu.
* Ustalcie swoje słowa/gesty będącymi Waszym „stop”. Używaj ich jako ostrzeżenie w sytuacji, gdy Twój partner zaczyna przekraczać granicę.
* Podczas ataku furii u choleryka – nie dyskutuj. Wycofaj się, utnij, bowiem w apogeum gniewu choleryk i tak Cię nie usłyszy.
* Nie odpowiadaj agresją na agresję. Po pierwsze – to choleryka jedynie nakręca. Po drugie – nie używaj metod, które są raniące. Po trzecie – nie daj cholerykowi argumentu, iż Tobie też zdarza się tracić nad sobą panowanie.
* Nie kładź uszu po sobie. Choleryk tak bardzo jak pragnie podporządkowania, tak nim gardzi. Jeśli chcesz szacunku – nie bądź usłużna/y czy służalcza/y.
* Przedstaw mu swoje zdanie, ale nigdy na forum. Najgorsze dla choleryka to utracić twarz, dać się ośmieszyć. Jeśli Ci na nim zależy – rozmawiaj z nim w cztery oczy. Wyjątek stanowi sytuacja przemocy. Wtedy – mów innym co się dzieje, miej świadków. Nie wstydź się, nie izoluj.
* Nie czuj się odpowiedzialna/y za jego gniew.
* Nie przepraszaj za to, za co nie czujesz się odpowiedzialna/y (umówmy się, buty czasem leżą na środku przedpokoju, nie jest to aż taka zbrodnia).
* Nie zabiegaj o jego spokój, to on jest odpowiedzialny, żeby ochłonąć. Oczywiście możesz zapytać czy możesz coś zrobić, żeby mu pomóc rozładować stres, ale tylko wtedy, jeśli po pierwsze Ty czujesz, że masz na to ochotę, po drugie, jeśli za owe propozycje dodatkowo nie „obrywasz”, i po trzecie, jeśli widzisz siebie jako pomocnika, a nie łagodziciela problemu.
* Nie milcz tzn. nie udawaj, że nic się nie stało. Oczywiście w apogeum jego gniewu lepiej zrobić krok w tył (przeczekać), ale później nie pozbawiaj go konsekwencji jego furii. Chyba, iż uznasz, że atak choleryka nie uderza bezpośrednio w Ciebie (np. nie obraża Cię) i metoda pt. „poczekam aż ochłonie” sprawdza się bez niepokojących następstw dla Ciebie.
*Nie usprawiedliwiaj go.
* Nie podlizuj się.
* Zajmij się sobą.
* Redukuj stres: ćwicz, rób coś dla siebie, relaksuj się.
* Zadbaj o wsparcie: spotykaj się z ludźmi, jeśli potrzeba – skorzystaj z pomocy fachowca (szczególnie w sytuacji przemocy).

* Mimo, iż bohaterkami artykułu są Panie, jest on kierowany również do Panów, których to partnerki zdradzają cechy „choleryczne”

 

 

Blisko, nie za blisko*

Blanka i Igor są parą od 5 lat. Na pierwszym spotkaniu zgodnie przyznali, że przechodzą swój pierwszy poważny kryzys. Igor ma wątpliwości co do uczucia i zaangażowania Blanki. Twierdzi, że bywa ona nieobecna, nierozmowna. Dużo czasu spędza też sama lub z koleżankami. Mówi Igor: „Kiedyś mówiliśmy sobie o wszystkim. Praktycznie każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. A teraz Blanka wraca z pracy i ciągle powtarza, że nie ma siły rozmawiać. Wiem, że ma kłopoty w pracy z szefem, ale nic z niej nie można wyciągnąć. Chciałbym jej jakoś pomóc, ale ona nie chce. Wiem, że się boi, że ją zwolnią, ale ona milczy albo wygaduje się przyjaciółce. No i seks nie jest już taki jest kiedyś. Jest jakoś chłodniej, dalej.. Martwię się.” Blanka przyznaje, że ostatnio bywa zmęczona i zaniepokojona sytuacją w firmie. Potwierdza też to, że się lekko odsunęła. Blanka: „Kiedy przychodzę z pracy mam ochotę się wyłączyć. Pogotować, pooglądać coś ciekawego. Ale Igor ciągle mnie pyta jak w pracy. Siedzi mi nad głową i monologuje, że przecież jest obok i mogę mu się wygadać. Ale mnie się nie chce gadać. Chcę sobie z tym poradzić sama. Z przyjaciółkami nie gadamy o pracy, ale o byle czym, dlatego tak lubię się z nimi spotykać. Igor cały czas powtarza, że coś się miedzy nami zmieniło. Ciągle ma do mnie pretensje: że go zaniedbuję, że mam przed nim tajemnice, że już mu nie ufam, że wolę być sama niż z nim. Nie wiem jak mam mu wytłumaczyć, że nie przestałam go kochać, tylko teraz taki moment, że potrzebuję samotności. Chwilowej.”.

Czy pamiętacie jak w przedszkolu uczyliśmy się rysowania zbiorów? Rysowaliśmy jeden okrąg, a potem drugi częściowo zachodzący na pierwszy. Umieszczaliśmy w nich pewne elementy. A potem Pani nam wyjaśniała: gdzie jest część wspólna (a więc elementy należące do obydwu zbiorów), a gdzie części odrębne?

Lubię porównywać relacje do takich właśnie zbiorów. W każdym związku bowiem jest miejsce na to co wspólne i na to co odrębne. Różnimy się jednak tym ile wspólnego, a ile odrębnego uznajemy za bezpieczne/stosowne/zdrowe/akceptowalne. Jedni myślą o związku jako o relacji, która nie pozostawia wiele na osobność. Inni – będąc w związku żyją tak jak do tej pory, nie chcąc oddać swojej odrębności na rzecz wspólnego. I ok. Nie byłoby problemu, gdybyśmy dobierali się ze sobą w taki sposób, aby mieć, jeśli nie tak samo, to chociaż podobnie. Niestety tworzymy związki z partnerami, którzy potrafią bardzo różnic się w temacie wzajemnej odległości w relacji. Przykładem takiej pary jest Blanka i Igor. Kolejnym kłopotem jest fakt, iż my te różnice uznajemy za zagrażające. Nakładamy na nie bowiem swoje własne interpretacje. Wychodzimy z założenia, że nasz sposób okazywania bliskości jest lepszy czy właściwy. Widać to u naszych bohaterów. Igor jednoznacznie uznał, że odsunięcie się partnerki świadczy o jej niezaangażowaniu czy ochłodzeniu uczuć. Dla Blanki z kolei zbytnia bliskość Igora była dla niej trudna, zalewająca. Przynajmniej w tym momencie jej życia.

Kiedy przychodzą do mnie pary, w których partnerzy różnią się w postrzeganiu optymalnej dla siebie odległości w relacji, często pytają mnie – jak być powinno?, jak jest zdrowo?, jak jest dobrze? Wyłączając skrajności (ktoś ma problemy z jakąkolwiek bliskością czy się z partnerem zlewa w jedno) unikam wartościowania. Ważniejsze jest dla mnie zobaczenie i zrozumienie (zaobserwowanie różnic, wyjaśnienie skąd one wynikają), a w końcu znalezienie odpowiedzi na pytanie – jak sobie z tymi różnicami poradzić. Najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest wypracowanie na nowo powierzchni wspólnej. Jednak aby to było możliwe konieczne jest zreinterpretowanie dotychczasowych przekonań dotyczących związku. Osoby, które rozrysowałyby związek jako dwa niemalże osobne koła bliskość uważają za zagrażającą. Pod tym przekonaniem (świadomym lub nie) kryje się zazwyczaj lęk przed odrzuceniem (jak będę daleko nie poczuję tak silnie porzucenia) czy też obawa przed zależnością/zawłaszczeniem. Z kolei ci, dla których bycie razem ogranicza odrębność do minimum za niebezpieczną uznają odległość. Prawdziwym kłopotem jest sytuacja gdy takie osoby łączą się w parę. Problem odległości staje się wtedy zamkniętym kołem. Parter, który „goni” czuje się niekochany, partner który „ucieka” czuje, że się dusi.

 

Co możesz zrobić, gdy jesteś „goniącym”:

 

  • Przyjmij, że zlanie czy wyłączność są niebezpieczne.
  • Uznaj, że odrębność, intymność, samotność partnera jest dobra.
  • Zrozum, że symbiotyczne początki (etap zakochania) choć są przyjemne nie są w związku czymś stałym. Pełna symbioza nie jest możliwa.
  • Uznaj, że możemy być ze sobą blisko i w wielu sprawach się różnić.
  • Przyjmij, że mamy prawo do swoich indywidualnych trosk, egzystencjalnych lęków czy tajemnic.
  • Uszanuj osobność i indywidualność partnera.
  • Uznaj swoją odrębność. Zweryfikuj swoje wyobrażenia o „dwóch połówkach jabłka” czy bezwzględnej szczerości. Może Twój partner nie musi znać Twoich fantazji seksualnych czy przeszłości z pikantnymi szczegółami. Nie zmuszaj też partnera do opowiadania Ci o tym.
  • Zauważ, że odległość między partnerami jest konieczna, by móc siebie w ogóle dostrzec (w zlaniu nie widzimy drugiego człowieka)
  • Pomyśl, że gdy jesteśmy zbyt blisko traci na tym seks. Bliskość współpracuje z seksem, ale tylko do pewnego stopnia. Po przekroczeniu magicznej granicy nasz partner przestaje nas pociągać, bowiem seks jako popęd związany z agresją jest silnie związany z niepokojem, napięciem, niepewnością, tajemnicą.
  • Popracuj nad nierealnymi wymaganiami wobec partnera dotyczącymi np. tego, aby partner nie myślał o innych mężczyznach/kobietach. Ludzie nie są dlatego ze sobą, że nie mają żadnych chęci spotykania się czy uprawiania seksu z kimś innym. Ludzie są ze sobą w stałych i trwałych związkach pomimo, że mają takie chęci, marzenia czy fantazje, ale je powstrzymują.
  • Nie łącz potrzeby wolności drugiego człowieka z niekochaniem. To dwie różne rzeczy.

 

Co możesz zrobić, gdy jesteś „duszącym się”:

 

  • Ustal bezpieczne dla siebie granice i powiedz o tym partnerowi. Jeśli ten będzie gotów się w nich odnaleźć zyskasz tak ważną dla siebie przestrzeń. Być może gdy już poczujesz, że możesz w związku zachować swoją odrębność  z większą swobodą i radością pozwolisz sobie na bliskość.

  • Powiedz partnerowi o tym dlaczego się odsuwasz. To bardzo ważne, żeby wiedział, że nie ma to związku z miłością wobec niego (jeśli nie ma), ale z Twoją przestrzenią komfortu.

  • Jeśli trudno Ci się zbliżyć, bo się boisz ryzyka jakie niesie ze sobą związek pamiętaj, że każdy związek to ryzyko. Każdy, nie tylko Twój. To prawda, że ryzykujesz czasem ból, czasem cierpienie, ale tylko w ten sposób masz szansę coś zyskać – miłość, bliskość, akceptację, wsparcie, czułość. Jeśli nie podejmiesz wyzwania – pozbawisz się tego, co najważniejsze. Nie można bowiem otworzyć się tylko na to co jest przyjemne, a zamknąć serce na to co trudne, bolesne. To kuszące, ale niestety niemożliwe. Serce otwiera się lub zamyka na wszystko: na miłość, bliskość, czułość, ale także ból. Jeśli obawiasz się czuć ból związany ze zranieniem, utratą, odrzuceniem – odbierasz sobie również to, co przyjemne i wyjątkowe.

  • Weź pod uwagę, że związek to także odpowiedzialność.

  • Uznaj, że współzależność jest dobra.

  • Popracuj nad iluzorycznym przekonaniem, że bycie w związku nic w Twoim życiu nie zmienia.

  • Przyjmij, że związek to także rezygnacja i kompromisy.

  • Pozbądź się niedojrzałej fantazji, że można „mieć ciastko i je zjeść” (być w związku i być w pełni swobodnym; mieć pełne poczucie bezpieczeństwa i wolności).

  • Dobrze, żebyś był świadomy, że idea bezpieczeństwa emocjonalnego o jakie walczysz (uchronić się przed rozczarowaniem, opuszczeniem) w konsekwencji prowadzi do życia jałowego i pozbawionego głębi.

Zawieranie związków jest jedną z najbardziej pierwotnych i podstawowych potrzeb człowieka. Realizowana jest ona w różny sposób. Szalenie ważne jest, aby partnerzy w związku byli świadomi tego jak oni sami realizują ową potrzebę i jak realizuje ją partner. Jest to konieczne, aby móc wynegocjować optymalną odległość między sobą bez poczucia bycia niezrozumianym/odrzuconym/napastowanym. Odległość ta też nie jest rzeczą stałą. Jest ona zmienna w czasie i wymaga stałej regulacji. Stąd tak ważne, abyśmy poddawali się ciągłej refleksji nad sobą i nad nami jako parą – w którym miejscu jesteśmy, czego nam teraz potrzeba? Kontakt z drugim człowiekiem jest jak fala. Jesteśmy raz bliżej, raz dalej siebie. Raz razem, innym razem osobno. Czasem rozmawiamy, czasem milczymy. Niekiedy bywamy złączeni, w innym momencie jesteśmy odrębni, osobni, autonomiczni. Zupełny brak odległości grozi zlaniem. Z kolei bez bliskości – mamy zimny kontrakt. Ale pomiędzy końcami tego związkowego kija jest cała gama dobrej i bezpiecznej odległości, w której możemy siebie dotykać, widzieć, tęsknić i wracać.

 

* Tytuł został zaczerpnięty z książki Renaty Mazurowskiej i Pawła Droździaka

 

 

Dlaczego się rozstajemy?

Matylda i Bogdan są małżeństwem od 9 lat. Razem – od 12. Podjęli decyzję o rozstaniu. Na spotkanie przyszli, żeby cały ten proces przebiegł jak najmniej boleśnie dla ich 7 letniej córki. Kiedy rozmawiamy o powodach ich rozstania padają odpowiedzi: „coś się zmieniło”, „coś się wypaliło”, „już nie jest tak jak dawniej”, „coś umarło, zgasło”.. Żadnych większych sporów czy spektakularnych romansów. „Po prostu” – mówią oboje.

Rozstajemy się coraz częściej. Obserwują to psychologowie i psychoterapeuci, oddają to statystyki. W Polsce w 1996 roku rozwodem kończyło się 16 % małżeństw. Dziś to już 31% i  ta tendencja wciąż rośnie. W Europie zachodniej czy USA rozwodzi się co druga para. Czy to dobrze czy to źle? Część z nas ma z pewnością zdanie, że powyższy trend jest niepokojący (pojawiające się argumenty: cierpienie dzieci, upadek wartości). Inni z kolei tendencję do łatwiejszych rozstań uznają za plus (możliwość wyjścia ze związków szkodliwych czy niesatysfakcjonujących, brak sztywnych i jednoznacznych zasad postępowania). Ale gdyby zostawić oceny na boku, a przyjrzeć się jedynie podłożu tego zjawiska? Co dostaniemy? Najczęstszymi powodami podawanymi w pozwach rozwodowych są: niezgodność charakterów, zdrada, nadużywanie alkoholu. I to dokładnie w takiej kolejności. Dodatkowe przyczyny to: nieobecność małżonka w domu oraz różnice światopoglądowe. Mnie jako psychologa interesuje jednak co kryje się pod tymi hasłami? Co składa się na fakt, że dziś (w porównaniu  z tym, co kiedyś) tak trudno nam utrzymać długotrwałe związki?
Żyjemy dłużej
Średnia długość życia w Polsce w ciągu ostatnich 60 lat zwiększyła się o prawie 20 lat. W ciągu ostatnich 20 – o około 6. Skoro żyjemy dłużej, dłużej też trwają nasze związki. Łatwiej utrzymać związek przez 20 lat, niż przez 50.
Żyjemy sami
Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nasze związki realizowały się pośród dużej grupy innych. Żyliśmy w rodzinach wielopokoleniowych, często pod jednym dachem. Nasza uwaga była bardziej rozproszona. Mieliśmy też pod ręką silną sieć wsparcia. Dziś mieszkamy przeważnie sami. Na co dzień jesteśmy głównie ze sobą. Może w ten sposób pozbawiamy się części problemów (np. wtrącanie się innych do naszego życia), ale zyskujemy inne m.in. konieczność „wytrzymania” z jedną osobą.
Tempo zmieniającego się świata
Świat zmienia się w zastraszającym tempie. Trudno czasem za nim nadążyć. Samemu, a co dopiero we dwoje. Wraz ze zmieniającym się światem zmieniamy się i my: nasze potrzeby, oczekiwania. Jeśli tempo zmian u małżonków nie jest dostatecznie kompatybilne – utrzymanie związku okazuje się być trudne.
Swoboda obyczajowa
Kiedyś wszystko było do pewnego stopnia jasne. Jak się żyje, co to znaczy dobre, godne życie. Podział ról był sztywny, oczywisty. Rzadko kto zastanawiał się nad tym jak chce żyć, bo też nie było specjalnie alternatyw. Dziś nie ma jednej przyjętej zasady – jak żyć. Można próbować różnych rzeczy. Być w związku lub nie. Mieć jeden długotrwały związek lub kilka mniej trwałych. Można mieć dzieci lub nie. No a skoro mamy wybór – bywa, że robimy z niego użytek decydując się na rozstanie.  Skoro możemy próbować różnych wariantów – próbujemy.
Wyrównanie ról, emancypacja.
W sądach coraz więcej pozwów rozwodowych składają kobiety. Coraz więcej rozwodów orzeka się z winy kobiet. Kobiety przestały być zależne od mężczyzn – finansowo, emocjonalnie i obyczajowo. Stały się i stają coraz bardziej prężne i zaradne. Samotność nie jawi się im już jako zagrażająca. Kobiety zaczęły być też wobec mężczyzn bardziej wymagające. Nie wszyscy mężczyźni odnajdują się w zmienionej dla siebie rzeczywistości.
Zmiana w wartościach
Nastąpiła zmiana w tym co jest ważne. Kiedyś wartością była stałość – dziś zmiana. Widać to w każdym obszarze – zawodowym, osobistym. Dziś ktoś, kto pracuje 30 lat w tym samym zakładzie pracy jest uważany za nieudacznika. Ktoś, kto ma za sobą 30 lat małżeństwa – albo za dziwaka albo za wzór (zależy kogo zapytać), ale z pewnością za kogoś kto odbiega od standardów powszechności. Kiedyś celem było wytrwanie – dziś mamy inne. Mamy też gloryfikację wolności i indywidualizmu. Jakość związku z pewnością stała się być ważniejsza, niż jego trwałość. Inną natomiast rzeczą jest co też uważamy za jakość w relacji miłosnej.
Nie musimy ze sobą być
Kiedyś ( w związku z określoną kulturą i obyczajowością) byliśmy poniekąd na siebie skazani. Miało to szereg minusów, między innymi taki, że potrafiliśmy zaniedbywać związek. Skoro byliśmy pewni, że partner i tak nie odejdzie – po co się starać? Z drugiej jednak strony, żeby nie żyć w piekle musieliśmy się jakoś dogadać. I znajdowaliśmy na to sposoby. Dziś nic nie musimy w kwestii związku, kultura nie narzuca nam jednego prawidłowego modelu życia i choć ja uważam to za duże osiągnięcie, to niesie to ze sobą określone konsekwencje. Np. odpuszczamy, czasem może zbyt pochopnie.
Okoliczności wolnorynkowe i konsumpcjonizm
Przeczytałam kiedyś taką oto historyjkę: Wnuk pyta dziadka: „Dziadku, jak to się stało, że jesteście z babcią razem już 50 lat”. Dziadek odpowiada: „Bo kiedyś, jak coś się zepsuło, to się to naprawiało, a dziś wyrzuca się i kupuje nowe”. I tak też to wygląda. Dziś nasze potrzeby się spłyciły. Raczej chodzi o to, by mieć dużo i by często zmieniać, niż by poddać coś  naprawie.
Hedonistyczne oczekiwania wobec związku.
W związku ma być miło i przyjemnie. Związek ma zapewnić nam różne fajne rzeczy. Kiedy przestaje – rezygnujemy z niego. To ciekawe, że kiedyś osobiste szczęście nie było wcale wyznacznikiem udanego małżeństwa. Dla małżonków było oczywiste, że związek to upadki i wzloty. Prawdziwe – na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie. Dziś myślimy o związku, że ma nas uszczęśliwiać, a nie dostarczać nam satysfakcji, głębokich przeżyć czy nas rozwinąć.
Kiedyś większa tolerancja na cierpienie
Odnoszę wrażenie, że wcześniejsze pokolenia były przygotowane na fakt, że życie niesie ze sobą także trudności, ból i cierpienie. Może wynikało do z doświadczenia życia w naprawdę ciężkich czasach (wojny, bieda). Dziś mamy kłopot z radzeniem sobie z kryzysami. Mamy tendencję do reagowania wycofaniem i ucieczką, niż stawianiem czoła problemom. To dotyczy życia w ogóle, w tym związku. Kiedy w związku przestaje być kolorowo – uznajemy to za stan patologiczny i świadczący o tym, że „może po prostu do siebie nie pasujemy”.
Dążenie do stanu idealnego.
„Skóra doskonała”, „idealne połączenie”, „perfekcyjna pani domu”,  – czy nie to dociera do nas w medialnych przekazach? Nam się tylko wydaje, że to nie ma na nas wpływu. Ma, niestety. Mamy mieć idealne życia, idealne dzieci, idealnych partnerów. Tymczasem związki mogą być dobre, zdrowe, udane, satysfakcjonujące, ale nigdy nie idealne. Zapominając o tym wciąż szukamy naszego księcia czy księżniczki z bajki.
Nierealistyczne oczekiwania wobec związku i partnera.
Jednym z nich jest właśnie dążenie do ideału, cokolwiek ten ideał dla nas znaczy. Tych oczekiwań jest jednak znacznie więcej. M.in.:  wyobrażenie związku jako dwóch połówek jabłka, partner jako zaspokajasz wszystkich moich potrzeb, związek jako lek na kompleksy, dobry związek to związek bez kłótni, w udanym związku ludzie zawsze się rozumieją i bezbłędnie odgadują swoje potrzeby, w dobrym związku ludzie się nie ranią. Mitów narosłych wobec związków jest bardzo bardzo wiele. Mam wrażenie, że kiedyś oczekiwania wobec związku nie były tak wygórowane. Jeśli nie mamy gotowości do zniesienia rozpadu naszych iluzji i dziecinnych pragnień – decydujemy się na permanentne niezadowolenie i ciągłe poszukiwanie.
Zanikająca bliskość
Tempo życia jest dziś szalone. Jesteśmy zapracowani, zmęczeni, w ciągłym biegu i stresie. Mamy dla siebie mało czasu. Mniej rozmawiamy, mniej jesteśmy ze sobą. A jeśli nawet – kontakt ten jest powierzchowny. Oglądamy telewizję, siedzimy w laptopach, mechanicznie wymieniamy informacje. To powoduje, że  kurczy się coś, co dla związku jest najważniejsze – intymność. Coraz mniej robimy ze sobą, przestajemy się sobą ciekawić, do związku wkrada się nuda i zastój. Oddalamy się od siebie. Nie chcę demonizować przeszłości, ale mam wrażenie, że choćby z powodu innego tempa życia i mniejszej ilości pochłaniaczy czasu byliśmy ze sobą więcej i bliżej.
Zdradzamy
Jak wynika z Raportu o Seksualności Polaków aż 60% żonatych mężczyzn przyznaje, że ma na swoim sumieniu zdradę. Podobnie zresztą jak 25% mężatek. Zgodnie z tymi statystykami, niewiernych jest aż sześciu na dziesięciu mężczyzn i jedna na cztery kobiety z obrączką na palcu. Zdrada jest drugą co do częstotliwości przyczyną rozpadu małżeństw. Czy to oznacza, że kiedyś nie zdradzaliśmy, skoro małżeństwa rozpadały się sporadycznie? Oczywiście, zjawisko niewierności jest stare jak świat. Natomiast specjaliści przyznają, że  zdradzamy jednak częściej (swoboda obyczajowa). Po drugie – dziś zdradę łatwiej wykryć. Jak mamy dowód, trudno już przymykać oko. Kiedyś (dotyczy to głównie kobiet, bo zjawisko zdrady dotyczyło nie jedynie, ale głównie mężczyzn) było ciche przyzwolenie na niewierność. Powód? Realny brak wyjścia z sytuacji (zależność kobiet od mężczyzn), przekonanie o braku wyjścia (normy obyczajowe) czy przekonania na temat życia, małżeństwa, płci („mężczyźni muszą”, „taki los”, etc). Dziś zdrada często oznacza dla nas koniec związku.

 

 

 

Inteligencja emocjonalna

Mam do Ciebie Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko kilka pytań.

Czy chciałbyś/chciałabyś potrafić ocenić czy płeć przeciwna jest zainteresowana kontaktem z Tobą, czy jest jedynie miła lub też udaje aby np. coś osiągnąć?
Czy chciałbyś/chciałabyś mieć lepsze relacje z płcią przeciwną?
Czy chciałabyś/chciałabyś, aby w ogóle Twoje relacje z ludźmi miały inną, głębszą jakość? Aby były bogate i trwałe?
A ponadto:
Czy chciałbyś/chciałabyś być zdrowy/a?
A jeśli masz kłopoty zdrowotne – czy chciałbyś/chciałabyś przechodzić je łagodniej?
Czy chciałbyś uchronić się przed depresją, uzależnieniem, wypaleniem zawodowym?
Czy chciałbyś/chciałabyś lepiej radzić sobie z sytuacjami trudnymi i stresującymi?
Czy chciałbyś/chciałabyś lepiej radzić sobie z zadaniami życia codziennego?
Czy chciałbyś/chciałabyś być bardziej efektywny/a?
Czy chciałbyś/chciałabyś adekwatnie i konstruktywnie radzić sobie z emocjami?
Czy chciałbyś/chciałabyś doświadczać życiowej satysfakcji?
Czy chciałabyś/chciałabyś, aby Twoje życie miało inny niż do tej pory wymiar i smak?

Któż by nie chciał? No i pytanie zasadnicze – jak to zrobić? Odpowiem ogólnie doszczegóławiając później – rozwijać w sobie inteligencję. Nie mam tu jednak na myśli umiejętności myślenia analitycznego i abstrakcyjnego mierzonych ilorazem inteligencji tzw. IQ. Mówię o inteligencji emocjonalnej.

Czym jest inteligencja emocjonalna?

Termin inteligencja emocjonalna jest stosunkowo młody. Po raz pierwszy w literaturze pojawił się w 1990 roku. Za jego twórców uważa się Petera Saloveya i Johna Mayera, ale jego propagatorem i populatorem był Daniel Goleman – autor słynnej książki „Inteligencja Emocjonalna”, która okazała się być światowym bestsellerem. Pojęcie inteligencji emocjonalnej nie jest do końca precyzyjne. Bywa też mylone z innymi pojęciami m.in. inteligencją społeczną. Sposoby rozumienia tego czym jest inteligencja emocjonalna i co właściwie wyraża – różnią się między sobą. Można jednak przyjąć, że inteligencja emocjonalna jest pewną dyspozycją (czy też zbiorem zdolności, kompetencji czy umiejętności), która umożliwia człowiekowi wykorzystywanie procesów emocjonalnych do skutecznego radzenia sobie w życiu. Mniej skomplikowanie? Inteligencja emocjonalna to zdolność do rozpoznawania emocji u siebie i u innych, choć to jednak duże uproszczenie. Inteligencja emocjonalna wspiera i wspomaga inteligencję racjonalną. Coraz więcej naukowców i psychologów praktyków jest zdania, iż to co odpowiada za sukces życiowy to wcale nie intelekt, ale kompetencje składające się na inteligencję emocjonalną. Te mają mieć znaczenie nawet w 80%. Intelekt jedynie w 20%. A gdyby sprowadzić sukces życiowy jedynie do sukcesu w życiu osobistym proporcje te pewnie jeszcze uległyby zmianie – na korzyść inteligencji emocjonalnej.

O inteligencji emocjonalnej bardziej szczegółowo czyli kompetencje składające się na inteligencje emocjonalną:

* Samoświadomość czy też świadomość emocjonalna – wiedza o własnych uczuciach, potrzebach, wartościach, preferencjach, możliwościach i ograniczeniach.
* Umiejętność rozpoznawania emocji w ciele i stanach psychicznych i to zarówno u siebie, jak i u innych. Np. wiedza pochodząca z doświadczenia, że kiedy czuję ucisk w żołądku to odczuwam strach. Albo kiedy widzę, że mój partner ma zaciśnięte szczęki to prawdopodobnie się złości.
* Umiejętność różnicowania emocji – wiem, kiedy się smucę, a kiedy złoszczę. Znam objawy jednej, jak i drugiej emocji. Nie zamieniam złości na smutek czy odwrotnie.
* Zdolność do rozumienia powiązań między emocjami – czyli wiedza, że np. podłożem agresji jest najczęściej lęk.
* Umiejętność spostrzegania przyczyn uczuć – widzę, że partner jest smutny i wiem, że moje słowa mogły się do tego przyczynić.
* Umiejętność przewidywania następstw emocji – wiem, że skoro mój partner jest spięty, to prawdopodobnie trudno nam będzie spędzić dziś upojną noc.
* Umiejętność przewidywania prawdopodobnych sekwencji emocji – u siebie, jak i u innych. Np. mam już wiedzę na swój temat, że np. po tym jak się wyzłoszczę opadam z sił. A mój partner na bezsilność reaguje spadkiem nastroju.
* Zdolność do interpretacji sprzecznych emocji oraz ich różnych kombinacji – rozumiem, że wobec określonej sytuacji można mieć emocje ambiwalentne, czyli czuć np. i ciekawość i lęk.
* Zdolność do rozróżniania przekazów emocjonalnych jako adekwatnych lub nie, prawdziwych lub zafałszowanych
* Umiejętność werbalizacji emocji – nazywania ich i komunikowania.
* Zdolność do adekwatnego wyrażania potrzeb związanych z uczuciami – a więc werbalizowanie tego, czego nam potrzeba, jednak w sposób nieroszczeniowy.
* Zdolność do radzenia sobie z trudnymi emocjami – z bólem, cierpieniem, tęsknotą, odrzuceniem.
* Umiejętność radzenia sobie ze stresem
* Akceptacja swojego emocjonalnego doświadczenia – umiejętność przyjmowania różnych emocji, zawierania ich w sobie bez usilnych prób uciekania czy tłumienia tego co się w nas dzieje.
* Zdolność do radzenia sobie ze stanami emocjonalnymi innych – umiejętność przyjęcia czyjejś złości czy cierpienia.
* Umiejętność wykorzystywania wiedzy o partnerze w celu wnioskowania o jego przeżyciach – wiedza, że jeśli mój partner zaczyna szybko mówić prawdopodobnie jest podenerwowany.
* Znajomość kulturowych reguł i norm emocjonalnych – wiem co np. w danym środowisku lub danej rodzinie „uchodzi”, a co nie, na co jest akceptacja, a co jest oceniane negatywnie.
* Umiejętność ustalania priorytetów na podstawie uczuć – wiem, że skoro na myśl o macierzyństwie reaguję ekscytacją bardzo prawdopodobne, że jest to coś czego pragnę.
* Umiejętność wykorzystywania emocji do rozwiązywania problemów
* Wspomaganie myślenia za pomocą emocji
* Zdolność do posługiwania się stanami emocjonalnymi w celu pobudzenia kreatywności
* Zdolność do przywołania wspomnień dotyczących uczuć
* Zdolność do rozpoznawania przekazów emocjonalnych np. w sztuce
* Umiejętność używania własnych emocji – odpowiednie kierowanie, zarządzanie emocjami, kontrola.
* Poczucie własnej skuteczności emocjonalnej – czyli poczucie, że mogę ze swoich emocji czerpać, że czerpię z nich dla swojego dobra, że moje emocje wspierają inne procesy, które we mnie zachodzą.
* Umiejętność samomotywacji – a więc wytrwałość w dążeniu do celu, sumienność, odpowiedzialność.
* Zdolność emocjonalnej adaptacji do różnych zdarzeń i sytuacji.
* Umiejętności bycia empatycznym i asertywnym
* Umiejętności społeczne takie jak: umiejętność współpracy, ale także przewodzenia czy liderowania oraz perswazji
* Ogólny nastrój – a więc z jednej strony adekwatność nastroju wobec różnych zdarzeń i sytuacji oraz pewna doza pogody ducha.
* Umiejętność czerpania korzyści z wahań nastroju – np. możliwość uwzględniania różnych punktów widzenia, integrowanie różnych perspektyw wytworzonych przez nastrój.
* Samoocena – poczucie własnej wartości, wiara w siebie, świadomość swoich zasobów, jak i słabych stron, umiejętność doświadczania własnej osoby niezależnie od sądów innych ludzi, zdolność do tzw. emocjonalnej samowystarczalności
* Zdolność do zastanawiania się nad emocjami – poddawanie emocji refleksji.

Czy jestem inteligentny/a emocjonalnie?

Czytając powyższy wykaz zdolności składających się na inteligencję emocjonalną możesz spróbować oszacować które z wymienionych kompetencji są Twoim atutem, a nad którymi dobrze jest jeszcze popracować. Poziom inteligencji emocjonalnej można także zmierzyć. Służą do tego specjalistyczne testy psychologiczne.
Jak rozwijać inteligencje emocjonalną?

Rozwój inteligencji emocjonalnej zaczyna się już od pierwszych dni życia dziecka. W procesie tym pomagają nam rodzice. Poprzez nazywanie swoich emocji, uczenie nas rozpoznawania naszych, towarzysząc nam w rozładowywaniu napięcia, wspierając nas w trudnych momentach – wspomagają ten proces. Niestety bywa i tak, że sami mając ograniczony dostęp do swoich uczuć czy też trudności w konstruktywnym radzeniu sobie  z nimi – nie są w stanie pomóc nam w kształtowaniu tak ważnych kompetencji. Inteligencję emocjonalną można jednak rozwijać. Co możesz zrobić?

1. Ucz się rozpoznawania emocji u siebie. Szukaj ich w ciele.
2. Analizuj swoje zachowanie. Badaj motywy swojego postępowania. Poddawaj siebie refleksji.
3. Wzbogacaj słownictwo dotyczące emocji.
4. Ucz się konstruktywnego wyrażania i rozładowywania emocji
5. Wprowadzaj się celowo w określone emocje.
6. Ucz się wprowadzania siebie w stan spokoju.
7.  Ucz się rozpoznawania emocji u innych. Spoglądaj na twarze, na gesty i dopasowuj do tego określone emocje. Jeśli możesz pytać bliskich co czują, kiedy na ich twarzy pojawia się rumieniec – rób to, byle z uważnością na druga osobę. Zaciekaw się tym.
8. Twórz hipotezy dotyczące motywów czyjegoś postępowania. Pamiętaj – hipotezy, a nie jedynie słuszne interpretacje. Poszerzy to Twoje umiejętności rozpoznawania i rozumienia emocjonalności innych. Baw się tym.
9. Oglądaj i omawiaj sztukę – co autor mógł mieć na myśli, co czuł bohater, dlaczego tak postąpił.
10. Czytaj książki dotyczące emocji, skorzystaj z bogatej oferty warsztatów czy treningów wspomagających rozwój osobisty, wybierz się psychoterapię czy couching.

 

 
 

 

 

 

 

 

 

Wdzięczność

Kasia (27 lat) jest piękną kobietą. To znaczy – mnie się podoba. Ale chyba nie tylko mnie, skoro żyje ze swojej urody, bowiem jest modelką. Kiedy pytam Kasi o swój stosunek do swojego wyglądu, odpowiada: „ujdzie”. W modelingu zarabia nieźle (i są to słowa Kasi). Ja oceniłabym to pewnie na bardzo dobrze. Jest w udanym związku, choć do swojego partnera Kasia ma pewne zastrzeżenia. Między innymi takie, że „jest mało spontaniczny i nie lubi uprawiać tyle sportu co ona”. Kasia ma mieszkanie w centrum miasta, ale marzy o domku na wsi. Kasia jest zdrowa, ale właściwie cały czas zaniepokojona tym, że mogłaby nie być lub że za chwilę nie będzie. „Z czego bym wtedy żyła?” – pyta samą siebie.

Podczas rozmowy z Kasią przyszła mi do głowy pewna myśl. Mamy z jednej strony tak dużo dobrego, dostęp do tylu udogodnień, żyjemy w sumie naprawdę w niezłych czasach, a mimo to nigdy nie było tak źle pod względem częstotliwości zachorowań na depresje i nerwice. Skąd taka zależność? Z niepokojem obserwuję jak jesteśmy coraz bardziej roszczeniowi wobec otaczającej nas rzeczywistości. Zachowujemy się tak, jakby świat był nam coś winien. Mamy w głowie koncepcje na wszystko – jak ma wyglądać idealne życie, idealny mąż, idealna praca, idealne dzieci. Gonimy za tym co perfekcyjne, a ponieważ ideały nie istnieją – czujemy permanentne niezadowolenie i rozczarowanie. To co mamy (zdrowie, mieszkanie, rodzinę, zmysł wzroku czy słuchu, pracę, pieniądze na wakacje) uważamy za oczywiste i niezmienne. Niby dlaczego? Nie wszyscy mają tyle, ile my. Żyjemy na wiecznym „nie dość”. Dobrego nie cenimy lub tylko przez chwilę, szybko przyzwyczajając się do satysfakcjonującego nas stanu rzeczy (tzw. adaptacja hedonistyczna). To co trudne i niewygodne w naszym życiu uznajemy za pecha czy działania złego losu, zadając w głos pytanie „dlaczego spotkało to właśnie mnie”? A gdyby tak założyć, że nic nam się od świata nie należy? Bo właściwie dlaczego miałoby? Gdyby pomyśleć, że to co mamy jest tak naprawdę darem od losu? Prezentem? Gdyby wprowadzić takie przekonanie w życie może okazałoby się, że świat obdarowuje nas niezwykle hojnie. Gdyby zastąpić postawę ciągłego niezaspokojenia postawą doceniania? Postawą wdzięczności?
Pisarz Daniel Defoe mówi: „Wszelkie niezadowolenie z tego czego nam brak płynie z braku wdzięczności za to, co posiadamy”. Potwierdzają to wyniki badań oraz praktyka psychoterapeutyczna. Większość z nas stawia sobie pewne warunki czy cele, po zrealizowaniu których będziemy mogli poczuć się w końcu szczęśliwymi: jak zbuduję dom, jak urodzę dzieci, jak odchowam dzieci, jak kupię samochód, jak wyjdę za mąż, jak schudnę, jak wyzdrowieję.. Okazuje się jednak, że nasz dobrostan psychiczny tylko w 10% zależy od czynników zewnętrznych. W 50% – od czynników wrodzonych (skłonności genetyczne do przeżywania określonych stanów i emocji). A co z pozostałymi 40 %? Tu jest miejsce na nasze nastawienie, naszą interpretację, nasz stosunek. Nie mamy wpływu na biologię. Na to, co zawarte w 10% mamy, ale jednak niepełny. Na budowanie określonego nastawienia wobec rzeczywistości – absolutnie tak.
„W całym życiu najistotniejsze jest to czy przyjmujemy rzeczy za oczywiste czy też z wdzięcznością” – Gilbert Keith Chesterton
Nie mamy do końca wpływu na to co nam się przydarza. Ale mamy wpływ na to jak to zobaczymy. Pomocnym sposobem na kształtowanie postawy, która sprzyja poczuciu zadowolenia jest praktyka wdzięczności. Zastosowanie postawy wdzięczności wymaga od nas przede wszystkim decyzji, że chcemy wziąć pełną odpowiedzialność za wyjście z pozycji roszczeniowego egocentryka. Wymaga od nas także pracy oraz dania sobie czasu. Jeśli żyłeś/łaś do tej pory w określony sposób zmiana nie przyjdzie do Ciebie w dzień czy tydzień. Aby praktyka wdzięczności wywołała zmianę na naprawdę głębokim poziomie – czas jest potrzebny. Natomiast praktykowanie wdzięczności ma tę zaletę, że pierwsze efekty potrafią być widoczne bardzo szybko. Warunek jest jeden – trzeba praktykować. Czyli, jak sama nazwa wskazuje, konieczne jest wykonywanie pewnych czynności. I to w sposób powtarzalny. Nie wystarczy poczucie, że jesteśmy wdzięczni. To ważne, ale potrzebne jest działanie.

Jak praktykować wdzięczność

* Podsumuj dobrze dzień.
Codziennie wieczorem, przed zaśnięciem pomyśl i zapisz za co jesteś dziś wdzięczny. Sobie, bliskim, nieznajomym spotkanym na ulicy, światu. Co było dobrego, fajnego? Czego nauczyłeś/łaś się z trudnych doświadczeń? Codziennie wieczorem zapisz min. 5 rzeczy. Każdego dnia możesz zwiększać ilość.
* Prowadź dzienniczek wdzięczności.
Kup sobie piękny zeszyt lub notes. Zapisuj w nim wszystkie swoje podziękowania i wdzięczności. Kolekcjonuj je. Czytaj w chwilach zwątpienia czy przygnębienia.
* Zrób burzę mózgu.
Raz w tygodniu poświęć 5-10 min na wypisanie wszystkiego za co jesteś wdzięczny/a. Po prostu pisz przez te parę minut, nie zastanawiając się i nie cenzurując pojawiających się treści. Zapiski przechowuj i od czasu do czasu zaglądaj ku pokrzepieniu.
* Napisz list.
Do siebie. Do losu. Do Boga, jeśli wierzysz. A w nim – dziękuj.
* Podziękuj komuś.
Pomyśl o osobie, która w Twoim życiu zrobiła coś, co było dla Ciebie ważne. Spotkaj się z nią i jej podziękuj. Jeśli spotkanie nie jest możliwe – napisz do niej list. Najlepiej, by mogła go otrzymać i przeczytać, ale jeśli i to nie wchodzi w grę – trudno. Metoda pisania listów nawet w sytuacji, gdy ktoś nie może go otrzymać (np. nie żyje) bywa niezwykle pomocna.
* Mów dziękuję na co dzień.
Nasi rodzice, gdy chcieli nam przypomnieć o dobrych manierach,  mawiali- „a magiczne słowo?”. No właśnie.  Dziękuję  potrafi zdziałać cuda, szczególnie, gdy nie jest wypowiadane mechanicznie. Dziękuj – paniom w urzędzie za to, że były cierpliwe, ekspedientce w sklepie, że była miła, kierowcy autobusu, ze na Ciebie poczekał, Kiedy mówisz dziękuję – patrz w oczy, podłącz pod to emocje, poczuj to co mówisz. Mów z serca.
* Okazuj bliskim wdzięczność.
Doceniaj ich. Mów, że są ważni. Pisz do nich smsy, zostawiaj im kartki, wyślij do nich list.
* Rozmawiaj o wdzięczności.
Spotykaj się z ludźmi, którzy wyznają podobną co Ty filozofię – też chcą być wdzięczni. Może im się to udawać z różnym skutkiem, ale są na dobrej drodze. Pytaj ich za co są wdzięczni. Niech temat wdzięczności będzie coraz bardziej obecny.
* Zapamiętuj dobre chwile. Rób sobie fotografie w pamięci i „przeglądaj” je, kiedy Ci smutno.
* Nie przepraszaj za to, co masz (bo np. inni nie mają). Nie odbieraj sobie radości.
* Nie żyj w ciągłym lęku, że stracisz. Czy i kiedy – tego nie wiesz, nie skontrolujesz, a pozbawiasz się w ten sposób radości.
* Daj coś od siebie. Wesprzyj finansowo fundację, zostań wolontariuszem.
* Kiedy jesz posiłek – dziękuj za jedzenie, które karmi Twoje ciało.
* Zrezygnuj z porównywania się.
* Pracuj nad ograniczeniem takich emocji jak: zazdrość, zawiść, niechęć, uraza.
* Wysyłaj ludziom w myślach dobre życzenia.
* Bądź szczodry i hojny.
* Dawaj prezenty.
* Komplementuj.
* Napisz pozytywną opinię publiczną.
* Przyjmuj komplementy.
* Świętuj.
* Miej rytuały wdzięczności.
* Praktykuj medytację wdzięczności. Jeśli się modlisz – mniej proś, więcej dziękuj.

Dlaczego warto praktykować wdzięczność?

Sceptycy wobec praktyki wdzięczności używają zazwyczaj trzech argumentów. Po pierwsze, iż ta metoda jest sztuczna. Po drugie, że jest to zaprzeczanie mało kolorowej rzeczywistości. I po trzecie, że takie podejście jest niemobilizujące (czyli, że gdyby rzeczywistość nam nie doskwierała nie pchnęlibyśmy wielu rzeczy naprzód). Odniosę się do tych zarzutów.
Praktyka wdzięczności, owszem, jest pewną metodą czy sposobem na coś. I na początku może być niewygodna czy nawet nienaturalna. Ale tak jest z nauką wszystkiego. Żeby coś stało się naszym dobrym nawykiem musi upłynąć czas. Czas poświęcony na ćwiczenie. Praktyka wdzięczności nie ma nic wspólnego z zaprzeczaniem rzeczywistości. Nie chodzi o to, abyś ignorował/a to co wokół Ciebie, ale abyś koncentrował/ a się na określonych rzeczach. Przecież teraz wielu z nas koncentruje się tak naprawdę na ciemnej stronie rzeczywistości.
Istnieje przekonanie, że to co nas motywuje to niedoskonałość, poczucie braku. Istnieje także inne – otóż, kiedy koncentrujemy się na braku, to wszędzie widzimy brak i ten brak przywołujemy. Tak ma działać prawo przyciągania, coraz mniej tajemne i magiczne, a badane i potwierdzane przez fizyków. Wszystko jest energią. Także myśl. Jeśli jesteś pełen/pełna wdzięcznych myśli generujesz w sobie określone wibracje. One wypełniają Ciebie od środka, Ty wysyłasz je na zewnątrz. Nikt mi nie powie, że nie czujemy, że określeni ludzie mają energię fajną, a inni mniej. Na tę energię świat reaguje. Stąd efekt pomnażania i wracania do nadawcy. Wynikałoby  z tego, ze im bardziej jesteśmy wdzięczni, tym coraz więcej mamy powodów do wdzięczności.
Dlatego praktykujący wdzięczność mówią – warto.
Ponadto praktykujący wdzięczność:
są szczęśliwsi
są spokojniejsi
są pogodni
są witalni
mają więcej energii i motywacji do działania
lepiej śpią
są zdrowsi
mają mniej dolegliwości fizycznych lub te odczuwają jako mniej dotkliwe
łatwiej radzą sobie ze stresem i trudami życia
są bardziej świadomi
mają szersze spojrzenie na świat
mają wartościowe relacje z ludźmi
są bardziej otwarci
są życzliwi
są uprzejmi
są hojni
są altruistyczni
są współczujący
są pełni nadziei
Okazuje się, że praktyka wdzięczności może być dla nas „najtańszym biletem do szczęścia” (Liv Larsson).

 

 

 

 

 

 

 

Jak kochają kobiety, jak kochają mężczyźni

Kiedy pojawia się pytanie dotyczące miłości ( jak kochaliśmy kiedyś, a jak dzisiaj; jak kochają nastolatki, jak ludzie dojrzali, etc ) stajemy przed potężnym zagadnieniem – czym tak naprawdę jest miłość. Z zakochaniem jest prościej. Wiemy czym się objawia: brakiem apetytu, bezsennością, przyrostem energii, kłopotami z koncentracją, uporczywymi myślami o obiekcie zakochania, tęsknotą. U każdego zakochanego przebiega to podobnie, objawy te są jedynie mniej lub bardziej nasilone. Zbliżone jest też to, co dzieje się pod spodem czyli chemia odpowiedzialna za reakcje organizmu: PEA (fenyloetyloamina) zwana narkotykiem miłości, adrenalina,  noradrenalina, testosteron, endorfiny, oksytocyna, wazopresyna – wydzielają się u każdego zakochanego. A miłość? Często mylona jest właśnie z zakochaniem i namiętnością. Czy miłość to uczucie? Czy może decyzja? Czy miłości bliżej jest do trzepotu serca czy może do przyjaźni? Zagadnieniem miłości filozofowie, badacze i naukowcy zajmują się od wieków i nadal nie ma wśród nich zgodności. Ale definicja miłości czy dogłębne zeksplorowanie jej natury nie będzie właściwie tu konieczne. Przyjrzymy się bowiem zakochaniu i miłości z punktu widzenia płci – mężczyzny i kobiety, a naszym odniesieniem nie będą naukowe definicje a indywidualne poczucie, że jestem zakochana/y, że kocham.

Zakochana kobieta, zakochany mężczyzna

Wokół mężczyzn i kobiet w kontekście zakochania i miłości narosło wiele mitów. Np. istnieje dość powszechne przekonanie, że to kobiety zakochują się częściej i mocniej, że silniej to przeżywają, iż są bardziej wylewne oraz bardziej wrażliwe, stąd łatwo złamać im serce. Badania* jednak przeczą powyższym założeniom. Wynika z nich:
* Po pierwsze, że to mężczyźni zakochują się częściej.
W ankietach badawczych mężczyźni deklarowali, iż zakochani byli kilka razy w życiu. Kobiety – jedynie raz. Badacze powyższe zjawisko tłumaczą tym, iż kobiety znacznie częściej, niż mężczyźni przywiązane są do mitu „tego jedynego”. Stąd być może związków, które nie przerodziły się w coś trwałego kobiety nie uznają za  godne nazywania miłością czy choćby zakochaniem. Mężczyźni z kolei z większą łatwością dopuszczają myśl, że kochać można wiele razy. No więc jak coś czuli, to czuli. Czas, który zdarzył się po nie jest aż tak weryfikujący dla minionych związków jak dla kobiet. To hipotezy wyjaśniające naukowców.
* Po drugie – mężczyźni wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia częściej niż kobiety.
20 % mężczyzn deklaruje, iż zdarzyło im się zakochać od pierwszego wejrzenia. Mężczyźni twierdzą, że wystarczy im zaledwie kilka godzin (w innych badaniach jest mowa o kilku tygodniach), aby móc stwierdzić, że są zakochani. Kobiety są bardziej ostrożne w deklaracjach. Potrzebują na to  co najmniej paru dni ( w innych badaniach – paru miesięcy, ale jest to zawsze dłużej, niż mężczyźni). Gdy zapytano respondentów o to czy zdarzyło im się zaangażować emocjonalnie już po pierwszym spotkaniu jedynie 19% kobiet i aż 30% mężczyzn zadeklarowało, iż miało to w ich życiu miejsce.  Naukowcy łączą to  z faktem, iż mężczyźni bardzo silnie reagują na bodźce wzrokowe. Kobieta albo im się podoba, albo nie. Ocena mężczyzn jest mniej skomplikowana. Kobiet – znacznie bardziej złożona, analityczna. Jest wiele różnych kryteriów, jakie mężczyzna „musi” spełnić oraz wiele różnych czynników, które kobieta uwzględnia, aby mogła ona uznać, że się zakochała.
* Po trzecie – mężczyźni potrafią bardzo silnie przeżywać swoje zakochanie.
Silniej niż kobiety. Aż połowa badanych mężczyzn czuła się kiedyś „pijana z miłości”. Kobiety były w swych ocenach ostrożniejsze.
* Po czwarte – mężczyźni są pewniejsi swoich uczuć, niż kobiety.
Gdy poproszono poddającym się badaniu mężczyznom i kobietom o wyznaczenie skali (1-10) swoich uczuć do partnera/partnerki większość mężczyzn (70%) zaznaczyła 8. Kobiety były bliższe środkowi skali

* Po piąte – mężczyźni są bardziej przywiązani do swoich partnerek.
Ponad połowa mężczyzn (60 %) chce spędzić ze swoją partnerką resztę życia. To samo deklaruje jedynie 40 % kobiet.
* Po szóste – mężczyźni częściej niż kobiety przyznawali się do kochania bez wzajemności i nieszczęśliwej miłości.
* Po siódme – mężczyźni bardziej cierpią po rozpadzie związku.
Taki wniosek wysnuli naukowcy po przeanalizowaniu statystyk dotyczących samobójstw. Mężczyźni 8 razy częściej odbierają sobie życie z powodu zawodu miłosnego.

Naukowcy zauważyli jeszcze jedną różnicę dotyczącą zakochanych mężczyzn i kobiet. Ponoć oksytocyna, która wydziela się w naszych organizmach pod wpływem m.in. zakochania inaczej działa na mężczyzn, inaczej na kobiety. Kobiety pod jej wpływem pragną budować, przynależeć. Z kolei mężczyzna staje się myśliwym. Zakochany mężczyzna relację z kobietą traktuje poniekąd jako przestrzeń do zdobywania. Chce kobietę „upolować” pokonując w tym także rywali i konkurentów. Niektórzy mężczyźni uruchamiają ten instynkt wobec wielu kobiet w myśl zasady: ta już zdobyta, pora na kolejne. Ale mężczyzna potrafi też skanalizować tę potrzebę wobec jednej kobiety – swojej partnerki.  Istnieje jednak ważny czynnik, który może to mężczyźnie ułatwić. I tu dobra wiadomość dla kobiet – mamy na to wpływ. Kiedy mężczyzna czuje, że jego kobieta jest „zdobyta nie do końca” będzie chciał dokończyć dzieła. Dlatego tak ważne jest aby kobieta była nieco niedopowiedziana, nie do końca rozumiana, lekko osobna, owiana mgiełką tajemnicy. A przede wszystkim – aby istniała niezależnie od mężczyzny.  Taka postawa kobiet bywa dla mężczyzn irytująca, ale znacznie bardziej pociągająca. Taki mężczyzna zechce uruchomić swój instynkt łowcy wobec cały czas tej samej partnerki, która lekko mu się wymyka.

Tyle naukowcy. A co na to praktyk? Zdecydowanie zgadzam się, że istnieje przekonanie wśród moich klientek i pacjentek, że mężczyźni ich nie kochają i że mają oni kłopoty z zaangażowaniem się w związek. Jednocześnie od moich męskich klientów i pacjentów dowiaduję się, że powyższe przekonania potrafią być wobec nich mocno krzywdzące. Mężczyźni potrafią się zakochać. I to silnie. Potrafią też to zakochanie przeżywać, choć mówią o nim nieśmialej i mniej otwarcie, niż kobiety. Niewątpliwie mężczyźni nie są z kamienia i przeżywają, gdy zostają odrzucani czy porzucani. Mężczyźni kochają. Nie wiem czy bardziej, niż kobiety. Z resztą jestem ostrożna w takich porównaniach. Zakochujemy się i kochamy różnie, a płeć jest tylko jednym z czynników, które mają na to wpływ. Równie ważne są doświadczenia z domu rodzinnego, przekazy rodzicielskie i doświadczenia rówieśnicze w wieku dojrzewania. Nie mniej istotne są takie czynniki jak kultura, w której żyjemy, czy tzw. czasy. Dlatego też ja nie będę wartościować tego, która z płci coś bardziej, a która coś mniej. Jedno jest pewne – mężczyźni czują i kochają; kobiety czują i kochają. A  jak mamy z tym kłopot (odczuwaniem miłości) lub też wybieramy partnerów, którzy mają z tym kłopot – nie zganiajmy na płeć (kobiety jak wynika z badan już na mężczyzn zgonić nie mogą, a mężczyznom zalecałabym mimo wszystko ostrożność:)), ale spójrzmy na całokształt kontekstu. A potem? Cóż, do pracy nad sobą.
* badania CBOS, naukowców (dr Adrew Galperin, dr Martie Haselton z Uniwersytetu w Kaliforni, Davida Gellena, Arthura Arona, Davida Bussa, na zlecenie amerykańskiego portalu randkowego C-Date, i inne

Choroby skóry a depresja

Łuszczyca, atopowe zapalnie skóry, łojotokowe zapalenie skóry, trądzik, łupież, pokrzywka, opryszczka, świąd, liszaje, bielactwo, łysienie plackowate i inne – to rozpoznania, które lekarze dermatolodzy stawiają każdego dnia. Czasem skuteczność leczenia powyższych schorzeń pozostawia jednak wiele do życzenia. Może dziać się tak co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze bywa, że lekarze ( z braku wiedzy, czasu) leczą jedynie objawowo nie uwzględniając całokształtu przyczyn schorzenia. Po drugie zajmują się wyłącznie chorobą a nie do końca człowiekiem jako całością. Gdyby w procesie leczenia uwzględnić przyczyny problemów zdrowotnych natury także pozamedycznej oraz gdyby zastosować do pacjenta podejście holistyczne efektywność leczenia mogłaby się znacznie podnieść. Mówiąc o przyczynach pozamedycznych mam na myśli te natury psychologicznej. Badania i obserwacje wskazują, iż podłożem schorzeń dermatologicznych mogą być czynniki związane z emocjami oraz stresem. Psychologowie chorującą skórę nazywają skórą, która ma depresje. Traktują ją też jako przekaźnik, poprzez który coś z wewnątrz pragnie wydostania się, zauważenia. Według psychologów „ciało zna odpowiedź” co oznacza, iż czasem tylko w taki sposób jesteśmy zdolni zwrócić uwagę na coś, od czego z braku gotowości odwracaliśmy wzrok. Chorującym ciałem trudno się nie zająć w związku z czym ono daje głos w naszej sprawie. Bardzo często właśnie poprzez skórę. Jest się dlatego, ponieważ skóra jest ściśle powiązana z układem nerwowym (powstają z tego samego, pierwszego listka zarodkowego – ekodermy). Komunikacja między nimi następuje błyskawicznie. Skóra jest bardzo unerwiona, w związku  z powyższym, kiedy układ nerwowy nie domaga odbija się to na skórze. Wszelkie nasze traumy, lęki, zaburzenia nastroju, kłopoty z samooceną, niezałatwione sprawy ze sobą i bliskimi, zależności, nałogi, kompulsje widać w postaci zmian na skórze. Z kolei schorzenia skórne negatywnie odbijają się na samopoczuciu psychicznym pacjenta. Dlaczego tak się dzieje?
Stan zapalny skóry powoduje swędzenie, pieczenie, pękanie, ból. Dodatkowo nawet prozaiczne czynności takie jak prysznic czy ubieranie się potrafią podrażniać skórę. To wywołuje silny dyskomfort i rozdrażnienie u chorującego.
Przymus drapania i próby powstrzymywania się powodują, że choroba stale o sobie przypomina. Pacjent nie może złapać od niej nawet chwili wytchnienia.
Ból i swędzenie nie pozwalają zasnąć. Brak snu jest dla organizmu dodatkowym obciążeniem wpływającym na samopoczucie chorego.
Samo leczenie bywa uciążliwe. Częste wizyty u lekarza, wydatki związane z leczeniem, poświęcanie czasu na zabiegi, chemia dostarczana organizmowi w postaci leków, konieczność zmiany diety – z pewnością nie poprawiają samopoczucia chorego.
Schorzenia skóry z reguły widać. Czasem widoczne bywa też leczenie (maści, kremy). Szczególnie gdy dotyka to części ciała, których nie można w żaden sposób zakryć, jak twarz, dłonie. To powoduje, że choroba nie daje o sobie zapomnieć. Dodatkowo takiemu chorującemu towarzyszy permanentny wstyd, stres i napięcie („Widzą? Nie widzą?”). Może to prowadzić do zachowań wręcz quasi paranoicznych zgodnie z zasadą „na złodzieju czapka gore”, a więc przekonanie, że „jeśli się śmieją, to ze mnie”, „jeśli mnie ignorują, to przez mój wygląd”.
Poprzez wstyd z powodu wyglądu chorujący unikają ludzi. To rodzi samotność, poczucie izolacji, braku wsparcia, koncentrację głównie na chorobie. A stąd już krok do poważniejszych schorzeń jak depresja.
Nawet jeśli chory stara się nie izolować bywa wykluczany z grupy. Lęk innych przed zarażeniem (często nieuzasadniony i wynikający z niewiedzy) czy obrzydzenie mogą doprowadzić do stygmatyzacji chorego oraz jego odrzucenia.
Chory musi lub też decyduje się (wstyd) unikać pewnych czynności, często poprawiających nastrój, m.in. sportu, basenu, masaży. A więc ma ograniczone możliwości samopomocy.

Czynniki natury psychologicznej uaktywniają powstawanie chorób skóry. Z kolei natura dolegliwości skórnych oraz przebieg leczenia podnoszą poziom stresu i lęku u pacjentów. To znów wpływa na brak efektywności leczenia i pojawianie się nawrotów. Tym sposobem tworzy się błędne koło, w którego samym środku znajduje się chorujący. Stąd też bardzo ważne, aby lekarze byli świadomi ścisłego związku stanu psychicznego oraz skóry, nie bagatelizowali go  i byli gotowi potraktować pacjenta całościowo. Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze zachęcam lekarzy, aby nawiązali z pacjentem więź. Liczne badania wskazują, iż postawa lekarza i kontakt, jaki nawiązuje z chorym ma znaczenie dla przebiegu leczenia. Po drugie aby uwzględnili w przebiegu leczenia także jakość życia pacjenta. Im ona wyższa, tym większa szansa, iż leczenie przyniesie pożądany skutek. Po trzecie aby zaprosili pacjenta do skorzystania także z pomocy psychologa, a czasem również lekarza psychiatry. Lekarz psychiatra może chorego wesprzeć lekami po to, aby ten mógł lepiej znosić chorowanie, a zmniejszone napięcie podczas leczenia może korzystnie wpłynąć na jego efekt. Z kolei gabinet psychologa czy psychoterapeuty będzie miejscem, w którym pacjent będzie mógł dać wyraz trudnym emocjom, otrzyma pomoc przy szukaniu sposobów na poradzenie sobie z sytuacją (zadbanie o wypoczynek, wsparcie), zajmie się możliwymi przyczynami natury psychologicznej powstałego schorzenia, skorzysta z dodatkowych metod psychoterapeutycznych jak arteterapia czy muzykoterapia oraz wypracuje cenne umiejętności sprzyjające skuteczności leczenia np. umiejętność wizualizacji pozytywnych efektów leczenia, nauka prawidłowego i kojącego oddychania także w celu dotlenienia skóry by szybciej się goiła, umiejętność konstruktywnego radzenia sobie ze stresem i emocjami.
Holistyczne i interdyscyplinarne podejście do dolegliwości pacjenta oraz świadomość wzajemnego wpływu emocji i skóry mogą ułatwić, przyspieszyć, a czasem wręcz umożliwić proces jego leczenia. Mogą także zapobiegać nawrotom. Dlatego zachęcam lekarzy do pogłębiania wiedzy dotyczącej zależności między ciałem a umysłem oraz z jej korzystania w celu zwiększenia skuteczności swoich terapeutycznych zaleceń.

 

 

Sztuka wybaczania w relacji

Anita (40) jest 3 lata po rozwodzie. Odeszła od męża po długich miesiącach kłamstw i dręczenia psychicznego związanymi z jego romansem. Nadal nie uporała się z ogromnym bólem. Ma poczucie żalu i krzywdy. Anicie towarzyszą uporczywe pytania „Dlaczego mi to zrobił?, „Co ja mu zrobiłam, żeby tak się zachować?”, „Jak to się mogło stać?”, „Dlaczego okazał się takim podłym człowiekiem?”. Pytania często bez odpowiedzi. Anita wstydzi się tego co się stało, dlatego też odsunęła się od ludzi. Nie chce z nikim o tym rozmawiać. Ze sobą jednak rozmawia na ten temat codziennie. Przy okazji zaczęła się obwiniać: „Może to moja wina? Może, gdybym poświęcała mu więcej uwagi?”. Od pół roku poważnie choruje. Znajomy lekarz prowadzący zadał Anicie pytanie: „A może pora już mu wybaczyć”. I skierował pacjentkę do mnie. Pytam co Anita sądzi o pomyśle wybaczenia. Anita (poruszona): „ Wybaczyć?! Jemu?! A dlaczego ja mam mu wybaczać?! Jemu się to nie należy! Dlaczego mam zapomnieć?!”.

No właśnie dlaczego? Po co? I co to właściwie znaczy? Oraz najważniejsze – jak to zrobić?

Czym jest wybaczenie

Wybaczenie to proces, który prowadzi do wolności. Wybaczyć oznacza odpuścić czyli przestać się zajmować czymś emocjonalnie.
To co utrudnia wybaczenie to fakt, iż nie do końca rozumiemy co ono właściwie oznacza. Mylimy wybaczanie np. z zapominaniem. Tak jak Anita. I albo nie chcemy zapomnieć, w związku z czym nie chcemy wybaczyć lub też chcielibyśmy zapomnieć, ale nie potrafimy tego zrobić, przez co wydaje nam się, że nie potrafimy wybaczyć, bo przecież wciąż pamiętamy. Zapomnieć się po pierwsze nie da. Po drugie pamięć krzywd jest cenna, potrafi nas ochronić. Pamiętając i wyciągając odpowiednie wnioski jesteśmy w stanie nie powtórzyć doświadczeń z przeszłości. Wybaczenie utożsamiamy też w usprawiedliwianiem. Nic z tych rzeczy. Wybaczanie nie jest pozbawianiem kogoś odpowiedzialności za to co zrobił. Wybaczanie nie jest także zaprzeczaniem, bagatelizowaniem, pomniejszaniem krzywd czy udawaniem, że nic się nie stało. Nie jest także odebraniem Tobie prawa do Twych emocji i Twojego bólu. Nie wolno mylić także wybaczania z samoobwinianiem i  przejęciem odpowiedzialności za to co się stało na siebie. Wybaczenie to też nie zobowiązanie do bycia blisko czy w przyjaźni. Możesz wybaczyć i nie chcieć mieć z osobą krzywdziciela już nigdy kontaktu. Wybaczenie nie ma także nic wspólnego z nabraniem do sprawcy zaufania. Wybaczyć nie jest również jednoznaczne ze zrozumieniem. W procesie wybaczania bywa ono pomocne, ale nie jest konieczne, by wybaczyć. Czasem też zrozumienie nie jest po prostu możliwe. I w końcu – wybaczanie nie może być mylone z rezygnacją do obrony czy rezygnacją z kary.
Wybaczenie to głównie rezygnacja. Z czego?  Po pierwsze z zemsty. Po drugie z bycia ofiarą. Po trzecie z pielęgnowania urazy. I po czwarte – z nadziei na otrzymanie rekompensaty. To wszystko bowiem sprawia, że nadal tkwisz w przeszłości. To Cię emocjonalnie i energetycznie pochłania i spala. Przestań opracowywać więc plan rewanżu; zrezygnuj z ustawiania się w roli słabego i bezbronnego, któremu świat „coś robi”; powstrzymaj się od ciągłych wspomnień i opowieści pt. „co mi zrobił” i pogódź się z tym, że krzywdziciel Ci nie uczyni zadość. I bardzo ważne – uznaj i zaakceptuj miejsce, w którym jesteś. Przeszłość była – nic już w niej nie zmienisz. Gdybanie, wracanie do tego co się zdarzyło – nic już nie da. To co należy do Ciebie to teraźniejszość, dzięki której możesz kształtować swoją przyszłość.

Korzyści z wybaczania

Moi pacjenci często reagują podobnie jak Anita. Nie chcą wybaczyć, bo mają poczucie, że byłby to prezent dla winowajcy. Mówią, że to tak jakby darować krzywdzicielowi dług, który ten zaciągnął u nas poprzez krzywdy, jakie nam wyrządził. Wybaczając – rezygnujemy z pewnej symbolicznej przewagi. Natomiast w rzeczywistości okazuje się, że proces wybaczania służy tak naprawdę nam, nie sprawcy. Jak to się dzieje? Poczucie krzywdy nas pochłania – emocjonalnie i energetycznie. Ból gromadzi się, piętrzy, zalega. Jest z nami cały czas – gdy śpimy, jemy, pracujemy, wypoczywamy. Odkłada się w naszych ciałach w postaci odczuwalnego ciężaru i licznych dolegliwości. Prowadzi do znieczulenia, nadwrażliwości lub zgorzknienia. Do znieczulenia w sytuacji, kiedy na skutek bólu „decydujemy się” zmniejszyć intensywność przeżyć. Niestety konsekwencją takiej nieświadomej decyzji jest zamrożenie globalne, nie wyłącznie na to co nieprzyjemne. To z kolei skutkuje obniżeniem jakości życia, zmniejszeniem jego bogactwa, poczucia smaku i sensu. Osoby „znieczulone” używają określenia, iż ich życie wydaje się płaskie, mdłe, jałowe. Stąd już tylko krok do depresji. Poza tym odczuwanie jest podstawowym źródłem, z którego czerpiemy informacje o nas samych i świecie. O tym co chcemy, czego potrzebujemy, czy ktoś przekroczył naszą granicę, czy coś nam zagraża. Przeciwieństwem osób „zamrożonych” są osoby nadwrażliwe. One z kolei reagują emocjonalnie na wszystko. I to bardzo intensywnie. Przypomina to wciąż niezagojoną ranę, którą podrażnia dosłownie podmuch wiatru. Inną konsekwencją zalegania bólu jest postawa zgorzknienia, kiedy nasze zachowanie przypomina upajanie się krzywdą, jaką nam wyrządzono. Zarówno zamrożeni, jak i nadwrażliwi i zgorzkniali z reguły mają kłopoty w relacjach. Trudno bowiem chcieć być blisko nich.
Proces wybaczania jest prezentem dla Ciebie. Jest prawdziwym darem, który możesz sobie podarować. Wybaczenie:
* pozwala uwolnić się od przeszłości (poprzez powstrzymanie lub ograniczenie przymusu walki i obrony; wycofanie emocji ze spraw, które nie rokują powodzenia oraz rezygnację z nierealistycznych oczekiwań wobec życia)
* zwiększa dostęp do emocji
* zmniejsza poziom uczucia złości i wrogości
* zmniejsza poziom stresu
* przynosi radość, harmonię i spokój
* przeciwdziała depresji
* przeciwdziała uzależnieniom
* przyczynia się do odnalezienia nowego źródła osobistej mocy
* sprzyja zdrowiu fizycznemu
* wpływa na poprawę relacji
* pomaga w odzyskaniu umiejętności autentycznego życia

Jak wybaczyć?

Wybaczenie to nie jednorazowy akt. To proces, który trwa. Wymaga czasu i cierpliwości. Próba pójścia na skróty zazwyczaj kończy się porażką.
Co możesz zrobić?
* Zastanów się czy w Twoim życiu miało miejsce coś co Cię skrzywdziło. Proces wybaczania zaczyna się od uświadomienia. Nie możesz wybaczyć, jeśli zaprzeczasz, umniejszasz, usprawiedliwiasz. Nie chodzi o to, żebyś nagle zaczął obwiniać. Pewnie każdy z nas doświadczył w życiu poczucia odrzucenia, bólu, krzywdy. Jeśli Ci nie zalega – to w porządku. Ale może jest coś co się odłożyło i kompostuje.
* Spotkaj się ze swoim bólem i emocjami, które mu towarzyszą: złością, żalem, smutkiem, gniewem, lękiem, bezsilnością. To może być trudne. Dopuszczenie do głosu uczuć pozwoli Ci je oswoić, znaleźć ich źródło, a potem i rozwiązanie. Wejście w kontakt z bolesnymi uczuciami przypomina odkażanie rany wodą utlenioną – jest to bolesne, ale konieczne, aby rana goiła się prawidłowo. Paradoksalnie dostęp do emocji (nawet tych trudnych) rodzi siłę.
* Daj emocjom wyraz. Wypowiedz je, wypłacz, wykrzycz. Uwolnij je z zamkniętego obiegu Twego ciała. Ważne, byś nie był w tym procesie sam. Świadkiem tego procesu może być osoba, która jest źródłem Twojego cierpienia. Wiele ofiar pragnie ujawnić swój ból i rozpacz właśnie przy winowajcy. Ale czasem nie jest to możliwe (sprawca nie żyje, nie chce), a bywa i niewskazane (możemy narazić się na niebezpieczeństwo, reakcja krzywdziciela np. poprzez swoje niezrozumienie będzie nam utrudniała proces wybaczenia). Bezpieczniejszym wariantem jest ten, kiedy Twoim wsparciem jest ktoś życzliwy (przyjaciel) czy fachowiec (np. terapeuta). Możesz też przelać swoje uczucia na papier (napisać, narysować).
* Zapytaj siebie uczciwie – czy chcesz wybaczyć? Czy wiesz też po co to robisz? Nie zmuszaj się do wybaczania. Nikt też nie ma prawa Cię do niego nakłaniać. To powinna być Twoja autonomiczna decyzja i podjęta naprawdę świadomie.
* O tym co pomaga wybaczyć i tym co utrudnia wybaczenie była mowa wcześniej. Pamiętaj jednak, że rezygnacja z zemsty czy pielęgnowania urazy (i inne) to postawa, której nie wypracujesz w tydzień. Może też być tak, iż pracę nad powyższym będziesz potrzebował/a ponawiać kilkukrotnie.
* Włącz dobre zapładnianie podświadomości poprzez stosowanie wizualizacji, afirmacji, używanie odpowiedniego języka. Korzystania z tych i innych dodatkowych metod możesz nauczyć się w gabinecie u psychologa czy psychoterapeuty.
* Zacznij zajmować się teraźniejszością. W taki sposób jak tylko potrafisz.

 

 

 

 

 

 

 

 

Porozumienie bez barier – rzecz o barierach komunikacyjnych w relacji z partnerem

Autentyczny dialog z gabinetu:
Ja: Czy oboje Państwo mieli potrzebę przyjścia tutaj?
Laura: Nie. Tylko ja.
Jędrzej: A skąd Ty to możesz wiedzieć?
Laura: Przecież to widać. Po Twojej obrażonej minie. Powiem Ci co wyraża – mam wszystko „głęboko”.
Jędrzej: To nieprawda. Po prostu nie wiem czego się mogę spodziewać po tym spotkaniu.
Laura: A czego można spodziewać się po przyjściu do psychologa? Ty jakiś niedzisiejszy jesteś. Nie wiesz, że ludziom to się przydaje? Psycholog to normalna rzecz. Nie trzeba się go bać.
Jędrzej: Wiem, tylko..
Laura (przerywa): No to jak wiesz, to po co wprowadzasz niepotrzebny zamęt. Ja nie wiem! Ci faceci są jacyś nierozgarnięci. Wszystko im trzeba jak krowie w rowie tłumaczyć. Czy Pani wie, że jak mężczyźnie powie się, ze ma zmyć naczynia to on je zmyje, ale już zlewu nie wytrze, bo nikt mu nie powiedział, że zlew też? Te wizyty są nam potrzebne, nie dostrzegasz tego? Nie uważasz, że sami sobie z tym nie poradzimy? Masz inny pomysł na rozwiązanie?
Jędrzej (zrezygnowany): Nie mam. Ale Ty oczywiście masz ( z przekąsem) .
Laura: A żebyś wiedział. Bo jak Ty nie masz to ja pomyślałam za nas oboje. Jak zawsze zresztą. Jeśli się z tego wycofasz – uznam, ze ci nie zależy. A wtedy nasz związek się rozpadnie.
Jędrzej: Nie chcę się wycofywać. Po prostu się zastanawiam..
Laura (wchodzi w słowo): Nie wytrzymam! To nie jest normalne! Nie układa się nam. Przyszliśmy po pomoc. A Ty masz ciągle jakieś ale.. Powinieneś się cieszyć, że możemy skorzystać z takiego rozwiązania. Masz się ogarnąć, rozumiesz?
Jędrzej: Ok, nie denerwuj się tak, bo jak zwykle niepotrzebnie robisz aferę. Przecież się ułoży. Wszystko będzie dobrze, damy radę.

Dodam, że Laura przez cały ten czas prawie na Jędrzeja nie patrzyła. Fotel odsunęła daleko od jego fotela. Ręce miała skrzyżowane na piersi, nogi zaplecione jedna o drugą. Przez większość czasu mówiła znacznie podniesionym tonem głosu.

Co tu się stało? Stało się to, że Laurze i Jędrzejowi trudno się było porozumieć. Właściwie to efektywne porozumienie było między nimi na ten moment właściwie niemożliwe. Nie pozwalały im na to bariery komunikacyjne, które zastosowali (głównie Laura, ale i Jędrzejowi się „wymsknęło”).
Bariery komunikacyjne to wszystko to, co zakłóca efektywne porozumienie pomiędzy nadawcą a odbiorcą. Mogą wystąpić po obydwu stronach.
Bariery komunikacyjne mogą mieć charakter zewnętrzny – obiektywny (środowisko) lub wewnętrzny (wynikające z naszych uwarunkowań i ograniczeń – kulturowych, umysłowych, emocjonalnych). Niezależnie jednak od podziału (jest ich w literaturze trochę i dla efektywności komunikacji nie mają one większego znaczenia) – oto przykłady najbardziej powszechnych barier komunikacyjnych:
Szum: Wszystko to, co zakłóca i utrudnia percepcję np. głośna muzyka, zła pogoda, hałas na dworze.
Różnice kulturowe: Odmienny język, gesty, zwyczaje, normy, wartości.
Stereotypy: uproszczone przeświadczenie dotyczące różnych zjawisk i grup i ról społecznych,. Laura np. zastosowała stereotypowe myślenie wobec mężczyzn („Ci faceci są jacyś nierozgarnięci. Wszystko im trzeba tłumaczyć”).
Różnice w spostrzeganiu: Filtrowanie informacji poprzez naszą wiedzę, doświadczenie, wartości.
Wybiórczość uwagi: Skupianie się tylko na pojedynczym fragmencie wypowiedzi, a nie całości.
Różnice językowe: Inne definiowanie i rozumienie określonych pojęć, brak precyzji wypowiedzi.. Z reguły mają charakter nieświadomy.
Blokady językowe: Mogą mieć charakter świadomy. Bywają stosowane w celu obniżenia czyjejś wartości. Np. celowe używanie niezrozumiałego żargonu, szyfrów czy kodów, wtrącanie wulgaryzmów, wyrazów w języku obcym czy tzw. „zabójczych frazesów” pt. „to jest niemożliwe”, „to jest nienormalne”. Powyższą barierę zastosowała Laura: („To nie jest normalne”).
Samopoczucie: Stan psychofizyczny.
Emocje: złość, lęk, poczucie winy „zalewające” nasz mózg i procesy poznawcze, utrudniające nam odbiór i nadawanie komunikatu.
Bariery ciała: Postawa ciała zamknięta, zaplatanie rąk i nóg, zasłanianie się. Postawa Laury nie sprzyjała komunikacji.
Niezgodność komunikatów werbalnego i niewerbalnego:  Czyli werbalnie nadajesz komunikat, któremu zaprzecza to co pokazujesz swoją mimiką, gestykulacją czy tonem głosu.
Osądzanie: Inaczej ocenianie czy krytykowanie – czyjegoś wyglądu, doboru słów, tonu głosu, zachowania. Przy osądzaniu filtrujemy rzeczywistość poprzez siebie, dodatkowo nacechowujemy różnice między nami emocjonalnie, wartościujemy je i nie potrafimy przyjąć perspektywy naszego rozmówcy.
Obrażanie: Laura: „Ty jakiś niedzisiejszy jesteś”, „Ci faceci są jacyś nierozgarnięci”
Ośmieszanie: Laura: „Czy Pani wie, że jak mężczyźnie powie się, ze ma zmyć naczynia to on je zmyje, ale już zlewu nie wytrze, bo nikt mu nie powiedział, że zlew też?”
Ironia i złośliwość/bierna agresja: Laura: „A czego można spodziewać się po przyjściu do psychologa?” Jędrzej: „Ale Ty oczywiście masz”.
Deprecjacja emocji: Czyli podważanie czyiś uczuć, ignorowanie, pomijanie, używanie argumentacji logicznej.
Laura (pomija niepokój i niepewność Jędrzeja): „No to jak wiesz, to po co wprowadzasz niepotrzebny zamęt”. Laura: „A Ty masz ciągle jakieś ale..”
Jędrzej (podważa zasadność złości Laury): „Ok, nie denerwuj się tak, bo jak zwykle niepotrzebnie robisz aferę.”
Zasypywanie pytaniami/pytania retoryczne: Laura: „Te wizyty są nam potrzebne, nie dostrzegasz tego? Nie uważasz, że sami sobie z tym nie poradzimy? Masz inny pomysł na rozwiązanie?”
Moralizowanie: Laura: „(…) Nie wiesz, że ludziom to się przydaje? Psycholog to normalna rzecz. Nie trzeba się go bać.”
Doradzanie: Laura: „Powinieneś się cieszyć, że możemy skorzystać z takiego rozwiązania”.
Narzucanie opinii: Laura: „Powinieneś się cieszyć, że możemy skorzystać z takiego rozwiązania”.
Decydowanie za innych: Laura: Bo jak Ty nie masz to ja pomyślałam za nas oboje.
Rozkazywanie: Laura: Masz się ogarnąć, rozumiesz?
Grożenie: Laura: „Jeśli się z tego wycofasz – uznam, że ci nie zależy. A wtedy nasz związek się rozpadnie.”
Generalizowanie: Laura: „Jak zawsze zresztą”. Jędrzej: „(…)jak zwykle niepotrzebnie robisz aferę”.
Czytanie w myślach: Laura: „Przecież to widać. Po Twojej obrażonej minie. Powiem Ci co wyraża – mam wszystko „głęboko”.”
Pocieszanie: Jędrzej: „Ok, nie denerwuj się tak, bo jak zwykle niepotrzebnie robisz aferę. Przecież się ułoży. Wszystko będzie dobrze, damy radę.”
Przerywanie/wchodzenie w słowo: Laura robi to kilkakrotnie.
Krzyk, uniesiony ton głosu: Co czyni Laura przez większość czasu.

Konsekwencją pojawienia się w komunikacji barier jest: opór, bunt, niechęć, poczucie dystansu, złość, agresja, frustracja, bezsilność, spadek motywacji w komunikacji i obniżenie własnej wartości. No a w konsekwencji – oczywiście niemożność porozumienia.
Co sprzyja porozumieniu?

* Przede wszystkim świadomość istnienia zjawiska barier komunikacyjnych – że są, jakie, że mogą wynikać z warunków środowiska, że mogą być stosowane przez rozmówcę, a także i przez nas.
* Po drugie podjęcie decyzji o aktywnym wpływie na efektywność naszej komunikacji, chęć doskonalenia umiejętności komunikacyjnych oraz praca nad jakością porozumiewania się.
* W miarę możliwości wyeliminowanie tych czynników, które mogą nam zakłócać skuteczne porozumiewanie się: pozbycie się dystraktorów (np. umówienie się na rozmowę w miejscu pozbawionym przeszkadzających bodźców, wyłączenie telefonów, etc), uczenie się języka obcego i poznanie kultury kraju, do którego planujemy podróż, itp.
* Badanie różnic w rozumieniu pewnych słów, pojęć, czyli permanentne sprawdzanie tego jak definiujemy określone dane.
* Dbanie o przejrzystość i precyzję informacji (unikanie dygresji i inne).
* Szczególne podkreślenie rzeczy ważnych.
* Mówienie we własnym imieniu.
* Dostosowanie do rozmówcy – języka, postawy, emocji.
* Spójność komunikatów werbalnych i niewerbalnych.
* Parafrazowanie czyli powtarzanie swoimi słowami słów rozmówcy po to, aby sprawdzić czy dobrze zrozumieliśmy lub czy my zostaliśmy dobrze zrozumiani.
* Zadawanie pytań.
* Uważne i aktywne słuchanie.
* Przyjęcie postawy otwartości na różnice, chęć poznania ich i zrozumienia.
* Budowanie empatii czyli umiejętności zrozumienia i przyjęcia czyjejś perspektywy.
* Świadomość własnych emocji oraz ich wpływu na rozmówcę. Umiejętne ich wyrażanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Życie u boku kobiety/mężczyzny bluszcza czyli o życiu z partnerem o cechach osobowości zależnej

Oskar (37) umówił się do mnie na spotkanie, żeby – jak to nazwał przez telefon – porozmawiać o jego żonie. Oskar jest zdania, że jego żona „ma poważny problem”. Proszę o wyjaśnienie co ma na myśli. Oskar: „ Moja żona mnie bardzo kocha. Wiem to i czuję. Mówi mi to wielokrotnie w ciągu dnia, dba o mnie, rozpieszcza. Wiem, że niejeden oddałby swoją sytuację za moją, ale mnie to męczy. To ciągłe nadskakiwanie mi. Do tego dochodzi ta żony życiowa niezaradność. Żona nie pracuje, prowadzi dom. Sama tak zdecydowała, mimo, że nam się nie przelewa. Ale żona nie lubiła swojej pracy. Twierdzi, że była ponad jej siły, że ona nie przywykła do pracy w takich warunkach i pod taka presją. Nie wiem, nie wydaje mi się, żeby tam gdzie pracowała było tak źle jak żona opowiadała, ale nie sprzeczałem się. O szukaniu innej pracy ani myśli. Boi się. No właśnie – boi. To jest wiodąca emocja u mojej żony. Żona boi się wszystkiego: iść sama do lekarza, do urzędu, podjąć jakąkolwiek decyzję dotyczącą domu czy dzieci. O wszystko pyta się mnie lub swojej matki. To naprawdę frustrujące. Nie wiem co mam robić, bo ona nie uważa, żeby wymagała pomocy. Żony stanowisko jest takie, że nie każdy potrafi przepychać się w życiu łokciami. To jej wytłumaczenie na wszystko.”

Z relacji Oskara wynika, iż ma u swojego boku kobietę o cechach tzw. osobowości zależnej.

Co charakteryzuje takie osoby?:

Przesadna potrzeba bycia pod czyjąś opieką
Poczucie konieczności poddania się pod czyjeś „skrzydła”
Obawy przed zdolnością do zaopiekowania się sobą czy poczucie niezdolności do opieki nad sobą
Poczucie niezdolności do samodzielnego istnienia
Głębokie poczucie niesamodzielności
Postrzeganie siebie jako: słabego, bezradnego, nie radzącego sobie w życiu, niedostosowanego do wymagań jakie stawia życie
Brak zaufania do siebie dotyczącym swoich zasobów, umiejętności, możliwości
Poczucie braku atrakcyjności
Poczucie bycia niegodnym uwagi
Zaabsorbowanie lękami przed ryzykiem bycia pozbawionym opieki
Stała zależność od innych (od ich obecności, porad, opieki, wsparcia, decyzji)
Unikanie sytuacji bycia samemu, bez opieki
Potrzeba ciągłego upewniania się, że jest obok nich ktoś kto może im pomóc
W sytuacji braku czyjejś obecności – poczucie niewygody, dyskomfortu, lęku, bezradności, zagubienia, napięcia
W sytuacji braku czyjejś obecności możliwe jest wystąpienie ataków lęku panicznego oraz licznych zaburzeń psychosomatycznych (bóle głowy, żołądka, mdłości, palpitacje serca itp.)
Obecne w zachowaniu: manipulowanie otoczeniem, szantaże emocjonalne, natarczywość, symulacja chorób i złego samopoczucia w celu uzyskania wsparcia
Unikanie podejmowania ważnych decyzji dotyczących swojego życia
Trudności z podejmowaniem nawet drobnych, codziennych decyzji
Trudności z radzeniem sobie  konsekwencjami podjętych decyzji
Ciągłe poszukiwanie potwierdzenia dla własnych wyborów
Silna obawa o popełnienie przez siebie błędu
Ciągła potrzeba radzenia się innych
Ciągła potrzeba wsparcia polegająca na wyręczaniu takiej osoby
Cedowanie odpowiedzialności na innych
Bierność, brak inicjatywy w działaniu
Koncentracja życia wokół życia innych bliskich osób
Nadwrażliwość
Silny lęk przed opuszczeniem
Z obawy przed odrzuceniem – trudności z wyrażaniem niezadowolenia, sprzeciwu, złości w relacji; trudne emocje są tłumione
Podtrzymywanie relacji za wszelką cenę, nawet kosztem osobistych pragnień i potrzeb
Ze względu na chęć utrzymania relacji – rezygnowanie z siebie, ze stawiania wymagań, tolerowanie w relacji zachowań toksycznych a więc przemocy, uzależnienia.
Definiowanie swojej tożsamości i kształtowanie swojej samooceny poprzez innych („inni ludzie świadczą o tym kim jestem”). Taka osoba stanowi niejako odbicie lustrzane tych, z którymi jest blisko.
Podporządkowywanie własnych poglądów i wartości pod aktualną relację (pod poglądy i wartości partnera)
Chwiejność i labilność poglądów i wartości
Uległość i podporządkowanie, nawet gdy taka postawa przynosi im określone szkody i trwały dyskomfort psychiczny
Nie ma rzeczy bardziej istotnej od utrzymania relacji
Wizja opuszczenia przez kogoś postrzegana jest jako dramat, katastrofa, koniec świata
Dramatyczne przeżywanie rozstań
W sytuacji gdy związek się kończy – natychmiastowe poszukiwanie nowego

Większość z nas woli być z kimś, niż samemu. Większość z nas lubi mieć poczucie, że w pobliżu są bliscy, do których zawsze może zwrócić się o pomoc. Większość z nas od czasu do czasu potrzebuje upewnić się, że jego wybory są słuszne. To nie czyni z nas jeszcze osobowości zależnej. Osoba z cechami osobowości zależnej nie tyle lubi być zaopiekowana, nie tyle lubi mieć wsparcie – ona nie jest w stanie bez tego żyć. Gdyby chcieć opisać kogoś o osobowości zależnej jednym zdaniem brzmiało by ono tak: „ Bez Ciebie jestem niczym” lub też „ Chroń mnie i opiekuj się mną”, ewentualnie „Nie poradzę sobie” czy „Co ja bym bez Ciebie zrobił/a?” .

Gdy Twoim partnerem jest kobieta/mężczyzna bluszcz?

Związki z partnerem o osobowości zależnej są związkami, które można by zaliczyć do jednej z trzech grup. Pierwsza to związki niestabilne i krótkotrwałe. Dzieje się tak w sytuacji, gdy partner osoby zależnej orientuje się w sytuacji i nie chcąc być jedynie wspornikiem – decyduje się na rozstanie. To najczęściej jedyna możliwa i dojrzała postawa. Druga grupa to związki toksyczne, a nawet przemocowe. Są one konsekwencją postawy osobowości „bluszcza”, który zniesie niemalże wszystko w imię utrzymania relacji. Mimo cierpienia ofiary związki te potrafią być bardzo trwałe. Trzecia grupa to związki niekoniecznie przemocowe, ale równie stabilne i długotrwałe. Są takimi dzięki komplementarności partnerów – jeden z parterów oczekuje wsparcia, a drugi wspiera. Jeden jest uległy, drugi bardziej dominujący. Mimo, iż nie muszą występować tu objawy przemocy związków tych nie możemy nazwać dojrzałymi. Dojrzała relacja zakłada wymianę, rozwój, a nie jak w związku niedojrzałym – zaspokajanie deficytów i ochronę przed poczuciem dyskomfortu. Niedojrzałość  związku „bluszcza” widać w sytuacji, gdy z pewnych przyczyn (np. losowych) zmienia się układ w relacji. Wyobraźmy sobie – partner wspierający łamie nogę, choruje ciężko i przewlekle i teraz on potrzebuje opiekuna. Ale partner z postawą zależności „umawiał się” na inny model. To on miał być wspierany. Dojrzały związek z taką zmianą sobie poradzi. Niedojrzały może tego nie unieść.
Co zrobić w sytuacji, gdy na partnera wybraliśmy sobie kogoś kto zdradza cechy osobowości zależnej? Zaczęłabym od odpowiedzi na pytanie – jaka jest skala nasilenia cech zależności u partnera. Czym innym jest rozpoznanie zaburzeń osobowości (może to zrobić fachowiec np. psycholog czy psychiatra), czym innym – rys czy wybrane cechy. To rozróżnienie ma znaczenie. Przy zaburzonej osobowości możliwość zmiany i wpływu partnera bez podjęcia terapii są ograniczone. Przy jedynie tendencji czy skłonności do przyjmowania postawy zależności – szansa na zmianę jest zdecydowanie większa. Wiem – nie jesteście fachowcami, ale zwracam uwagę na to rozróżnienie, abyście po pierwsze nie przypisywali partnerom od razu zaburzeń tylko dlatego, że ktoś lubi pytać o radę, a po drugie żebyście czasem odpuścili i „nie kopali się z koniem”, bo poziom problemu może Was przerosnąć.
Co możesz zrobić?
* Przede wszystkim przyjrzyj się sobie. Co Tobą kierowało decydując się na ten związek? Co jest podłożem tego, że nadal w nim trwasz? „Nie zganiaj” wszystkiego na partnera. Ok – on na Tobie wisi, ale to Ty go wybrałeś na swojego towarzysza. Czy potrzebujesz czuć się potrzebnym, niezbędnym (bo ktoś bez Ciebie sobie nie radzi?), ważnym (o wszystko Cię pyta), kochanym (partner zrobi dla Ciebie wszystko)?
* Zadaj sobie pytanie- gdzie są Twoje granice? Na ile możesz się zgodzić, a na co już nie?
* Poinformuj o swoich granicach partnera. Wytłumacz z czego to wynika. Powiedz jak się czujesz z postawą partnera (np. „czuję się obciążony”).
* Zachęcaj partnera do samodzielności – mimo wszystko. Im dłużej „dla świętego spokoju” będziesz odpowiadać na tak sformułowane potrzeby partnera tym trudniej będzie Ci to przerwać. Spotkasz się z zarzutem, że „przecież do tej pory byłeś na każde zawołanie”. Nie pogłębiaj bezradności partnera poprzez wyręczanie go.
* Naucz się rozpoznawać manipulacje partnera i im nie ulegaj. Nie masz obowiązku bycia jednostronnym oparciem.
* Wypracujcie z partnerem możliwe rozwiązania sytuacji.
* Unikaj bycia terapeutą swojego partnera.
* Skorzystajcie z psychoterapii dla par aby odnaleźć wspólnie wartość: w wolności, niezależności, swobodzie, samodzielności, decyzyjności, odpowiedzialności i skuteczności.

 
 

 

 

 

 

 

Czy jesteś gotowy/gotowa na nowy związek?

Amelia (29) jest po dwóch kilkuletnich związkach. Ostatni zakończył się burzliwie. Amelia wyszła z niego mocno poraniona. Jej pomysłem na uporanie się z emocjami jest nowa znajomość. Mówi: „Pomyślałam sobie – klin klinem. Może w ten sposób zapomnę, zajmę się czymś. Przestanę myśleć, płakać, mieć żal. Chcę się już z tego wygrzebać. Czas najwyższy. Jestem gotowa.”

Pola (33) od ostatniego związku jest sama. Minęły dwa lata. Pola przyznaje, że pierwszy rok to było zamykanie poprzedniego rozdziału. Z kolei miniony – to czas nadziei i wyczekiwania na nowe, które jednak nie przyszło. Pola czuje się bardzo samotna. Tęskni do bliskości. Ostatnie dwa miesiące spędziła na intensywnym szukaniu partnera poprzez portale randkowe, ale sama przyznaje, iż „to nie mogło się udać”. Powód? Szukanie po omacku, wyczuwalna desperacja. Mówi Pola: „Przekonałam się, że nie umiem być sama. Sama sobie po prostu nie radzę. Nie potrafię być szczęśliwa i spełniona w pojedynkę. To życie na pół gwizdka i nie dla mnie. Chcę z kimś być. Jestem gotowa.”

Zarówno Amelia, jak i Pola twierdzą, iż są gotowe na nowy związek. Ja mam co do tego jednak wątpliwości. Samotność, tęsknota, nieumiejętność bycia samej (Pola) lub też chęć odwrócenia uwagi od bolesnych przeżyć (Amelia) to jeszcze nie gotowość do rozpoczęcia nowego. Gotowość nie jest ucieczką, desperacją, alternatywą na życiową nudę, wypełniaczem pustki. Czym więc jest? Po czym możesz poznać, że gotowość jest rzeczywiście gotowością?

Zadaj sobie kilka poniższych pytań:
Im więcej odpowiedzi twierdzących tym Twoja gotowość jest większa

Czy jesteś szczęśliwa/y?

To może Ci się wydać zaskakujące. Możesz powiedzieć: „To oczywiste, że nie jestem, bo nie mam partnera”, albo: „Gdybym był szczęśliwy nie szukałbym kogoś”. Otóż moja obserwacja jest taka, że naprawdę gotowi na związek są ludzie szczęśliwi. Jeśli jesteś nieszczęśliwy przyciągasz podobnych do siebie. Jeśli jesteś nieszczęśliwy szukasz kogokolwiek. Szukasz, bo musisz, a dodatkowo oczekujesz wybawiciela od nieszczęścia. To rzadko się udaje.
Czy lubisz siebie?
Jeśli siebie nie lubisz, nie cenisz, nie szanujesz – dlaczego ktoś miałby? Jak ktoś ma się Tobą zainteresować, jeśli Ty sam/a dla siebie nie jesteś interesujący? Chcemy być blisko tych, którzy są fajni. Jeśli Ty nie wierzysz, że jesteś – możesz mieć kłopot z przekonaniem do tego innych.
Czy lubisz swoje towarzystwo?
I znowu – jeśli lubisz spędzać ze sobą czas, szanse, że ktoś też to polubi rosną. Jeśli sam się ze sobą nudzisz – myślisz, że ktoś się Tobą zaciekawi?
Czy jesteś w dobrej formie psychofizycznej?
Lub przynajmniej – względnie dobrej. Jeśli nie – istnieje ryzyko, że w drugiej osobie będziesz upatrywał wybawiciela/terapeuty/ratownika, że Twoje oczekiwania względem związku będą nie do zrealizowania. W słabszej formie psychicznej obraz rzeczywistości bywa zaburzony. Jeśli masz kiepski czas w życiu – poczekaj, zregeneruj się, daj sobie czas na odkrzywienie perspektywy.

Czy potrafisz wyobrazić sobie siebie będącą/ym samą/ samym?
Niektórzy z Was z pewnością zakładają, iż to właśnie niemożność wyobrażenia sobie siebie żyjącego samotnie powinna być zachętą do szukania. Ja myślę inaczej. Sądzę, że jeśli nie potrafisz być sam/a (nie mylić z tym, że Ty nie chcesz być sam/a), to będziesz szukał/a desperacko. Poza tym – czy chciałbyś być z kimś, kto tak naprawdę nie do końca chce być z Tobą (bo Cię pokochał, wybrał), ale dlatego, że sam być nie potrafi? Jest różnica pomiędzy sformułowaniem: „Potrzebuję Cię, bo Cię kocham”, a „Kocham Cię, bo Cię potrzebuję”.
Czy masz swoje życie? Czy je lubisz?
Ciekawą pracę,  pasje, grono przyjaciół i znajomych? Jeśli tak – nie będziesz zmuszony szukać byle jakiego wypełniacza dla Twojej nużącej codzienności.
Czy masz pomysł na życie, gdyby przyszło Ci być samej/samemu?
Jeśli tak – świetnie. Nie będziesz robić nic w kwestii związku na siłę.
Czy jesteś w pełni samodzielna/y i niezależna/y?
Np. finansowo. Albo w innych sprawach – radzisz sobie z samochodem, w urzędach, z gotowaniem? Jeśli tak – będziesz miał/a pewność, że wybierając kogoś nie będziesz kierować się motywacją użytkową.
Czy potrafisz o siebie zadbać? Czy potrafisz sprawiać sobie przyjemność?
Jeśli potrafisz – nie będziesz musieć szukać kogoś, kto Ci to da. Jeśli ktoś taki będzie – podwójna frajda. Ale jeśli nie – Twoje życie nadal ma smak i zapach.
Czy radzisz sobie z tęsknotą za bliskością?
Nie chodzi o to, żeby pozbyć się wszelkich potrzeb, emocji czy tęsknot. Tęsknisz, potrzebujesz? W porządku, to naturalne i ludzkie. Chodzi o to, żeby z powodu nich nie panikować, żeby je jakoś w sobie pomieścić.
Czy domknąłeś/łąś kwestie związkowe z przeszłości?
Czy odpłakałeś/łaś swoje? Czy dokonałaś/łeś analizy swoich poprzednich relacji – swoich motywacji, błędów, własnego udziału? Czy wybaczyłeś/łaś sobie i partnerom? Czy jesteś świadom tego, co dobrego zyskałeś/łaś, czego się nauczyłeś/łaś, co partnerom zawdzięczasz? Czy wiesz na co zwrócić uwagę w kolejnym związku, czego robić więcej, mniej, na co uważać?
Czy wierzysz w miłość?
Że istnieje, że się zdarza, że jest możliwa.
Czy wierzysz, że możesz się zakochać?
Czy wierzysz, że strzała Amora może dotknąć i Ciebie?
Czy wierzysz, że ktoś może zakochać się w Tobie?

Że na to zasługujesz, że jesteś tego wart/a?
Czy potrafisz sobie siebie wyobrazić w związku?
Obie wizje są dla Ciebie dostępne – ta, gdy jesteś w związku i ta, gdy jesteś bez partnera. To sprawia, że nie napinasz się na żadne rozwiązanie, a to służy dobrym i świadomym wyborom.
Czy znasz siebie?
Czy wiesz czego i kogo szukasz? Nie dosłownie, ale chodzi o to, żebyś nie szukał/a zupełnie po omacku. Czy wiesz czego potrzebujesz w związku? Czy wiesz jak chcesz się czuć? Czy znasz swoje priorytety, wartości, granice, obawy, ograniczenia? Czy wiesz czego nie chcesz i na co się nie zgodzisz
Czy jesteś świadom swoich niezaspokojonych  potrzeb z dzieciństwa?
Bardzo ważne, żebyś to wiedział/a. Kiedy nie mamy świadomości tego, czego nam nie dano, gdy byliśmy dziećmi usilnie będziemy próbowali uzyskać to od partnera. Problem polega na tym, ż partner nie musi chcieć czy móc nam tego dać. Po drugie takie oczekiwanie wobec partnera jest oczekiwaniem ponad miarę. I po trzecie – jeśli nie uświadomimy sobie naszych deficytów okresu dzieciństwa cały czas będziemy mieć poczucie rozczarowania w relacjach.
Czy jesteś gotowa/y na ryzyko?

Zawsze powtarzam, że związek to ryzyko. Jeśli oczekujesz gwarancji (że się uda, że partner Cię nie zrani, nie zawiedzie, nie oszuka, nie zdradzi) – będziesz się bać zawsze. Związek jest ryzykiem, bo otwierasz serce przed drugim człowiekiem. Jest też jednak szansą – na szczególną bliskość. Nie jesteś gotowa/y na ryzyko – nie jesteś gotowa/y na szansę.
Czy jesteś gotowa, aby zaufać?
Że będzie dobrze, że dobrze wybrałaś, że partner ma dobre intencje, że chce być z Tobą? Pamiętaj – nie myl zaufania z pewnością.
Czy jesteś gotowa/y, aby Twoje życie uległo zmianie?

Wszystko w swoim życiu sobie poukładałaś/łeś.. A tu nagle.. Trzeba oddać komuś półkę w szafie, z kimś zamieszkać, zmienić nieco tryb dnia? Potrafisz?
Czy jesteś otwarta/y na trudności w związku?
Bo będą. Nieporozumienia, różnice zdań, docieranie się, kryzysy. Jeśli dla Ciebie dobry związek jest niekłopotliwy – Twoja gotowość niech jeszcze dojrzeje.
Czy jesteś otwarty/a na negocjacje i kompromisy?
Bo będą konieczne.
Czy wiesz co masz do zaoferowania drugiej osobie?

Związek to wymiana. Jeśli szukasz kogoś, bo nie umiesz być sam, bo potrzebujesz pocieszyciela, wsparcia, pomocnika – nie jest to do końca uczciwe. Pomyśl co Ty możesz dać od siebie? Rzadko się nad tym zastanawiamy. Przeważnie wiemy co chcemy uzyskać.
Czy jesteś cierpliwa/y?
W czekaniu, rozglądaniu się, aktywnym szukaniu? Brak cierpliwości i pośpiech są napinające. Pokora i brak roszczeń wobec świata mają moc rozluźniającą.

Sygnały mogące świadczyć o tym, iż nie jesteś jeszcze gotowa/y na związek:

Jesteś w kiepskim stanie emocjonalnym
Masz w swoim życiu bałagan
Nie lubisz siebie
Nie lubisz być sam/a ze sobą
Nie jesteś w stanie znieść samotności
Nie rozliczyłeś/łaś się z przeszłością
Rany z przeszłości wciąż bardzo bolą
Nie wierzysz w miłość
Nie wierzysz, że mógłbyś się zakochać
Nie wierzysz, że ktoś mógłby się w Tobie zakochać
Masz złe zdanie o płci przeciwnej
Nie masz żadnej potrzeby bliskości i bycia w związku
Nie wiesz czego chcesz, czego potrzebujesz, kogo szukasz
Szukasz partnera idealnego
Potrzebujesz partnera, żeby Cię utrzymywał/żebyś mogła mieć dziecko/inne ryzykowne motywacje
Masz trudności z dawaniem
Masz życie pod absolutną kontrolą
Masz kłopot z wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i zachowanie
Nie przyjmujesz słowa krytyki/sprzeciwu

 

 

 

 

 

 

 

Dorosłe Dzieci Alkoholików

Kornelia i Ksawery są parą od trzech lat. Kornelia bardzo chciałaby wyjść za Ksawerego za mąż. „A Pan?” – pytam Ksawerego. „Co Pan sądzi na temat ślubu?” Ksawery długo milczy. „Proszę Cię Ksawery, powiedz coś” – prosi Kornelia. W trakcie trwania spotkania dowiaduję się od Kornelii, że taka reakcja jej partnera jest dla niego charakterystyczna. Kornelia: „On prawie nigdy nic nie mówi. A jak  wchodzimy na jakiś poważniejszy temat, to już kompletnie zamyka się w sobie. Ja nigdy nie wiem co on teraz myśli albo czuje. Po prostu nie wiem. Jesteśmy ze sobą trzy lata, a mnie się wydaje jakbym go nie znała. Wciąż trzyma mnie na dystans. Prawie mnie nie przytula. Nigdy nie usłyszałam od niego, że mnie kocha. Czy to jest normalne?”

Inga i Janek są małżeństwem od roku. Wspólne spotkanie inicjuje Janek. Pytam o powód. Mówi: „Nie umiem się porozumieć z moją żoną. Kocham ja, naprawdę bardzo ja kocham. To niebywale dobry człowiek. Zawsze pomocna, dba o mnie, o dom. Ale nie daję rady ciągle odpowiadać na jej wyimaginowane zarzuty. Inga wciąż podważa moje uczucie do niej. Zarzuca mi, że nie jestem dostatecznie zaangażowany w nasze małżeństwo. Ciągle pyta czy skoro coś robię (np. siedzę wieczorem przy komputerze) to czy ją jeszcze kocham lub czy ona mi się jeszcze podoba. Jest o mnie bardzo zazdrosna, choć ja nie daję jej powodu. Jak zdarzy mi się zostać dłużej w pracy, bo mam okres rozliczeń – ona wydzwania co 15 minut i płacze w słuchawkę, że jest ze wszystkim sama. Ja nie rozumiem z czym wszystkim. I w ogóle nie rozumiem o co jej chodzi. Wczoraj zwróciłem jej uwagę na to jak parkuje samochód. Inga cały wieczór przepłakała. Ja się naprawdę staram i nie wiem co mam jeszcze zrobić, żeby moja żona czuła się bezpiecznie.”

Jak się później dowiedziałam Ksawery i Inga są dziećmi alkoholików. Dziś już dorosłymi, ale co z tego skoro doświadczenia wychowywania się w rodzinie z problemem alkoholowym naruszyły je tak znacznie, że dzieci te właściwie nigdy nie dorosły. Dlaczego? Dzieci dorastające w rodzinie, gdzie przynajmniej jedno z rodziców było uzależnione od alkoholu wykształciły szereg mechanizmów funkcjonowania ułatwiające egzystowanie w takiej rodzinie (można by powiedzieć – normalne i naturalne reakcje na nienormalną i nienaturalną sytuację). I to dobrze, bo być może inaczej by nie przetrwały. Problem polega na tym, że dzieci uzależnionych przenoszą owe mechanizmy do życia poza rodziną i do życia dorosłego, gdzie te sposoby radzenia sobie przestają być zasadne. Więcej – zaczynają przeszkadzać. Nie zawsze jednak łatwo się ich pozbyć.
Niektóre Dorosłe Dzieci Alkoholików sobie radzą. Oprócz zewnętrznych atrybutów „prawidłowego” funkcjonowania takich jak: ukończona szkoła, praca, niezależność finansowa, rodzina – czują się ze sobą i w swoim życiu dobrze i bezpiecznie. Mimo funkcjonowania w literaturze fachowej tzw. syndromu DDA czyli zespołu cech i zachowań charakterystycznych dla dorosłych wychowanych w rodzinie alkoholowej – Dorosłe Dzieci Alkoholików to grupa bardzo różnorodna i krzywdzącym byłoby zakładanie, iż każde DDA ma np. problemy z samooceną czy w związkach. To jak wygląda dorosłe życie DDA zależy od wielu czynników: od tego czy pił jeden z rodziców czy dwoje, jaka postawę przyjmował rodzic niepijący, czy dziecko miało wsparcie w dziadkach czy wujostwie, czy w rodzinie występowała przemoc, jaki był model picia rodzica, czy dziecko miało inne dobre wzorce funkcjonowania rodziny, od sposobu komunikacji i granic w rodzinie, indywidualnych cech osobowościowych dziecka itp. Jednak istnieje taka grupa DDA, która sobie radzi gorzej. Przykładem są nasi bohaterowie – Ksawery i Inga.
Co możesz zaobserwować u siebie, gdy jesteś DDA?
Co możesz zaobserwować u partnera, gdy jest DDA?

* DDA charakteryzuje niska samoocena.
* DDA mają bardzo wysokie wymagania wobec siebie.
* DDA są wobec siebie nadmiernie krytyczne. Wręcz bezlitosne.
* DDA często charakteryzuje perfekcjonizm.
* DDA traktują siebie bardzo serio. Dużo rzeczy odbierają osobiście i boleśnie. Nie radzą sobie  z krytyką.
* DDA kierują się opinią innych.
* DDA ciągle poszukują potwierdzenia i uznania innych.
* DDA odczuwają ciągłą potrzebę zadowalania innych.
* DDA czują się winne, gdy stają w obronie swoich praw.
* DDA odczuwają strach przed innymi ludźmi, zwłaszcza gdy dotyczy to osób, które mają władzę.
* DDA odczuwają strach przed czyimś gniewem.
* DDA unikają konfrontacji, kłótni, awantur.
* DDA często ustępują innym.
* DDA są lojalne nawet wobec tych, którzy na to nie zasługują.
* DDA często przyjmują postawę ofiary.
* DDA nie mają dostępu do swoich emocji.
* DDA mają trudności w okazywaniu uczuć.
* DDA mają kłopot z przeżywaniem radości.
* DDA mają trudności z rozluźnieniem się, odpoczynkiem i zabawą.
* DDA maja trudności w nawiązywaniu bliskich relacji.
* DDA często czują się niepewnie w towarzystwie innych. Czują się zakłopotane.
* DDA mają poczucie, że różnią się od wszystkich.
* DDA często mają poczucie bycia ignorowanym.
* DDA często maja poczucie bycia atakowanym.
* DDA wchodzą często w takie związki, w których (mimo, ze nie chcą) odtwarzają relacje z domu rodzinnego.
* DDA często mylą miłość z opieką, litością, byciem potrzebnym. Stąd DDA często wchodzą w związki, w których pełnią rolę opiekuna i ratownika (np. związek z uzależnionym).
* DDA nie znoszą nudy. Nie potrafią żyć bez emocji, chaosu. Dlatego też często wchodzą w sytuacje czy związki, które dostarczają im tego, czego szukają (trudne, toksyczne, szarpane).
* DDA zgadują co jest normalne w relacjach  z ludźmi, ponieważ nie miały jak i od kogo się tego nauczyć.
* DDA panicznie boją się utraty bliskich.
* DDA panicznie boja się porzucenia.
* DDA są bardzo troskliwi i opiekuńczy.
* DDA często ignorują swoje własne potrzeby.
* DDA bywają wobec siebie autodestrukcyjne.
* DDA często nadużywają substancji psychoaktywnych.
* DDA często cierpią na zaburzenia odżywiania.
* DDA bywają pracoholikami.
* DDA często uciekają w zachowania kompulsywne.
* DDA często uzależniają się od partnerów.
* DDA są sztywne/mało elastyczne w reakcjach.
* DDA działają zgodnie z prawem „wszystko albo nic”.
* DDA przesadnie reagują na zmiany, na które nie mają wpływu.
* DDA odczuwają silny niepokój, gdy coś idzie nie po ich myśli, gdy tracą nad czymś kontrolę.
* DDA są nieodpowiedzialne lub nadmiernie odpowiedzialne.
* DDA bywają impulsywne w reakcjach i decyzjach.
* DDA mają kłopoty z przeprowadzaniem swoich zamiarów do końca.
* DDA mają kłopoty z wykazaniem inicjatywy, bywają bierne.
* DDA często uciekają w świat marzeń, fantazji i wyobraźni.
* DDA często stosują mechanizmy iluzji i zaprzeczeń.
* DDA często doświadczają uczucia izolacji i samotności.
* DDA noszą w sobie zalegający żal, poczucie winy i wstydu.
* DDA mają poczucie braku tożsamości (nie wiedza kim są, co myślą, co czują).
* DDA kłamią, bo tego się nauczyły. Robią to jakby nawykowo np. nawet wtedy, gdy powiedzenie prawdy jest bezpieczne.
* DDA nie mają zaufania do siebie, do tego co widzą, słyszą i czują. Nauczyły się na pamięć zasad panujących w rodzinie pt. „Nie mów” (bo to rodzinna tajemnica i wstyd), „Nie ufaj” (obcym, bo nigdy nie wiadomo oraz swoim bliskim, bo widzisz co się dzieje), „Nie odczuwaj” (bo uczucia odsłaniają prawdę, a Ty masz ją zachować w tajemnicy).

Z powyższej listy wyraźnie widać, iż znacząca grupa cech dotyczy relacji.

Jaki wpływ ma syndrom DDA na związek?

Część DDA ma kłopoty z bliskością. Kłopoty te występują przeważnie w dwóch formach.
Jedni DDA odczuwają silny lęk przed bliskością. Jak Ksawery – boją się kochać. Lęk ten przejawia się w emocjonalnym chłodzie i dystansie. Tym DDA bliskość źle się kojarzy – z bólem, niepotrzebną nadzieją, zawiedzionym zaufaniem, cierpieniem. Za maską nieprzystępności, brakiem wyrażania uczuć, zamknięciem w sobie kryje się masa lęku i wrażliwości.
Inna grupa DDA to tzw. ci kochający za bardzo. Dorosłe Dzieci Alkoholików otrzymały wypaczony obraz życia rodzinnego, partnerstwa, rodzicielstwa, bliskości. Będąc dziećmi nie otrzymały prawidłowej odpowiedzi na ich podstawowe potrzeby – bezwarunkowej miłości, akceptacji i uwagi.   Z poczuciem głębokiego braku, wręcz wyrwy w sercu wchodzą w dorosłe życie i w relacje z innymi. W związkach miłosnych poszukują czegoś co wypełni ten brak, co zasypie wyrwę. Łakną tego, czego nie otrzymały w dzieciństwie – bycia najważniejszym, kochanym w sposób absolutny. Stąd tak wysokie wymagania wobec bliskiej osoby. Stąd zazdrość, zaborczość, nadwrażliwość na wszystkie zachowania, które DDA odbierają jednoznacznie – jako brak zainteresowania, zaniedbanie i opuszczenie. Niska samoocena DDA dopełnia szczególnego wyczulenia na to, co DDA odbiera jako krytykę i atak.
Zdarza się także, iż trudności  w związkach są rezultatem sposobu funkcjonowania będącym pewnym mixem dwóch powyższych form. To postawa pomiędzy lękiem, tęsknotą a idealizmem. Miałam kiedyś pacjentkę, która z jednej strony szukała partnera idealnego, przez cały czas tęskniła do czegoś czego nie umaiła sprecyzować, a kiedy miała szansę na udany związek robiła wszystko, żeby się jednak nie udało.
Za określonymi mechanizmami zachowań kryją się wspomniane już doświadczenia z domu rodzinnego, emocje z tym związane oraz pewne przekonania dotyczące relacji i bliskości ukształtowane na bazie tych doświadczeń. Część przekonań sprzyja postawie chłodu emocjonalnego, część postawie kochania zbyt silnie. Ja w swojej pracy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików słyszałam najczęściej takie przekonania jak:
U DDA bojących się bliskości:
* Jeśli się z Tobą zwiążę, to utracę siebie
* Gdybyś mnie naprawdę znał nie związałbyś się ze mną
* Gdy odkryjesz, że jestem niedoskonały – porzucisz mnie
* Mój partner nigdy mnie nie zaakceptuje
* Bycie wrażliwym ma złe konsekwencje
* Na pewno nam się nie uda
U DDA kochających zbyt mocno:
* Jeśli się kochamy – będziemy zawsze razem
* Jesteśmy jednością
* Będziesz znał i spełniał wszystkie moje potrzeby – na tym polega prawdziwa miłość
* Będziemy sobie bezgranicznie ufać i mówić sobie prawdę
* Kiedy się ludzie kochają to się nie kłócą
* Kiedy się ludzie kochają myślą i czują podobnie
* Kiedy się ludzie kochają rozumieją się bez słów
* Aby zasłużyć na miłość muszę się bardzo starać
* Jeśli coś się nie udało to na pewno przeze mnie
* Jeśli nie będę przez cały czas panować nad sytuacją, to on mnie przestanie kochać/to nastąpi anarchia
Czy DDA mogą stworzyć udany związek?

Z pewnością istnieje grupa DDA, która nie ma z tym większego problemu. Istnieje jednak i taka, która ma z tym kłopot.

Co możesz zrobić jeśli jesteś DDA?

* Pamiętaj, że Twoje doświadczenia to nie Twoja wina. Nie wiń siebie za to, ze masz z czymś kłopot, że sobie z czymś nie radzisz. To kim jesteś ma swoje źródło, za które Ty nie ponosisz odpowiedzialności.

* Pamiętając o tym, iż nie masz wpływu na to co było – nie zapominaj, że masz wpływ na to co teraz. Niech Twoje doświadczenia nie będą dla Ciebie maczugą, ale też niech nie będą usprawiedliwieniem. Kiedyś nie miałeś wpływu – teraz masz. Jesteś dorosły – dużo możesz.

* Poznaj mechanizmy choroby alkoholowej oraz współuzależnienia. Rozumiejąc je powinno Ci być łatwiej radzić sobie z emocjami poczucia winy, wstydu oraz złości i żalu wobec bliskich.

* Zrób porządek z przeszłością. Samemu może Ci być trudno, a nawet możesz sobie zrobić krzywdę. Bezpieczniej i lżej będzie Ci przy wsparciu i doświadczeniu psychologa czy psychoterapeuty. Form pomocy dla DDA jest naprawdę sporo. Możesz wybrać terapię indywidualną lub grupową (charakteryzujące się obecnością psychoterapeuty i intensywną pracą pomiędzy spotkaniami dzięki zadawanym tzw. pracom domowym) . Istnieją także grupy wsparcia, grupy samopomocowe, mityngi (opierające się o program 12 kroków jak u AA, wymianę doświadczeń, pracę nad sobą dzięki informacjom zwrotnym otrzymywanym od innych uczestników grupy). Twoje ewentualne obawy przed podjęciem terapii są naturalne, bo to sytuacja nowa. Szczególnie sceptycznym chce powiedzieć, że terapia nie ma na celu leczenie „nienormalności”, ale poprawę jakości życia, pogłębienie kontaktu z emocjami, poprawę funkcjonowania w relacjach i innych obszarach, rozpoznanie mechanizmów, które na Ciebie działają, wprowadzenie zachowań funkcjonalnych w miejsce niefunkcjonalnych, etc. Jednym słowem – sprawić, aby nie zmieniając przeszłości ( bo to niemożliwe) ta przestała Tobą rządzić.

* Zajmij się sobą. Wyobrażam sobie, że dużo czasu poświęciłeś/aś swojej rodzinie pochodzenia. Teraz czas dla Ciebie. Zrób miejsce na swoje życie, swoje emocje, swoje potrzeby. Zacznij dbać o siebie. Nie chodzi o to, żeby się odcinać, kłócić, obrażać, zrywać kontakt. Nic z tych rzeczy. Zmień po prostu proporcje.

* Przełamuj wstyd. Zacznij mówić. Nie każdemu i nie w każdej sytuacji. Trzeba wiedzieć kiedy i komu i o czym opowiadać, ale DDA zazwyczaj milczą na temat tego, co ich spotkało. Powolutku, na tyle ile to możliwe i dla Ciebie dobre – zacznij się otwierać.

* Zacznij budować sieć dobrego wsparcia. DDA z reguły inwestują w tych, od których nie dostaną zbyt wiele. Przestań liczyć na to, że usłyszysz od matki czy ojca to, co chcesz usłyszeć („kocham cię”, „przepraszam”, „jestem z ciebie dumny”, „pomogę ci”, itp.). Rozejrzyj się – może są wokół Ciebie życzliwi, którzy odpowiedzą na wyciągniętą przez Ciebie dłoń z prośbą o pomoc.

* Zrób sobie listę albo nawet kilka: tego, co w sobie lubisz i cenisz; tego co Ci się w życiu udało (nie udało SIĘ, a TOBIE – to ważne); tego z czego jesteś w życiu zadowolony; tego czego nauczyły Cię Twoje doświadczenia. Możesz sobie zrobić także listę marzeń, planów i celów do zrealizowania po to, aby zwracać głowę i serce już bardziej w kierunku teraźniejszości i przyszłości.

Co możesz zrobić jeśli Twój partner jest DDA?

* Poznaj mechanizmy funkcjonowania Dorosłych Dzieci Alkoholików, aby lepiej zrozumieć to co się między Wami dzieje.

* Nie traktuj doświadczeń partnera jako usprawiedliwienia. Nie wchodź w rolę ratownika, terapeuty, zastępczego rodzica, plastra na rany. To nie Twoja rola. Nie łap się na to, iż masz być odpowiedzią na niezaspokojone potrzeby partnera.

* Nie używaj przeszłości partnera jako kija bejsbolowego. Nie obwiniaj go za to jaki jest. Mów jaki wpływ ma na Ciebie zachowanie partnera, z czym Ci trudno, czego nie jesteś w stanie zaakceptować, ale nie uderzaj, nie wywyższaj się.

* Zrób listę oczekiwań wobec partnera np. że pójdzie na terapię, zmieni sposób zachowania, który jest dla Ciebie raniący. Ale uwaga: Po pierwsze – ważne jest jak owe oczekiwania sformułujesz (czy w formie oskarżeń i warunków czy w formie Twoich potrzeb czy próśb). Po drugie – pamiętaj, iż partner może nie chcieć, nie być gotowy, nie wiedzieć problemu, mieć inny pomysł na rozwiązanie. Twoje oczekiwania, to nie partnera obietnice. Bądź przygotowany/a na to, że Twoje oczekiwania mogą spotkać się z odmową ich realizacji. Partner ma prawo nie chcieć na nie odpowiedzieć. Ty masz jednak prawo też jakoś się do tego ustosunkować. Zapytaj siebie w związku z tym – co Ty na to? Co dalej?

* Idź na terapię. Po co? I dlaczego Ty? To ważne, abyś przyjrzał/a się sobie co się takiego dzieje, że wybrałeś/aś dla siebie taki związek. A także np. po to, aby nauczyć się w nim sobie radzić.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Porozumiewaj się bez przemocy w swoim związku

Wyobraź sobie taką sytuację: Twój partner kolejny raz w tym miesiącu wychodzi z kolegami na męski wieczór podczas, gdy Ty zajmujesz się w tym czasie Waszym świeżo narodzonym dzieckiem.
Lub taka historia: Twoja partnerka nie pracuje. Ty utrzymujesz Wasz wspólny dom. W tym tygodniu wydała sporą sumę pieniędzy na ubrania, mimo, iż umawialiście się, że zaciśniecie trochę pasa.
Sytuacja pierwsza – możliwa reakcja:
Ty: Ciągle Cię nie ma! Wiecznie się gdzieś włóczysz, szlajasz! A ja tu sama z dzieckiem. Dziecko masz, czy to do Ciebie w ogóle dotarło? Okazuje się, że Twoi kumple byli, są i zawsze będą najważniejsi! Ty nie dorosłeś do bycia ojcem! Mentalnie jesteś jeszcze chłopcem w piaskownicy! Jesteś kompletnie nieodpowiedzialny! Zależy Ci tylko na tym, żeby mieć z bańki i dobrze się zabawić! Będziesz coś ode mnie chciał – zobaczysz, też sobie wyjdę!
Sytuacja druga – możliwa reakcja:
Ty: Znowu wydałaś całą kasę! Czy Ty w ogóle myślisz? Z czego my będziemy żyć do końca miesiąca? Przecież się umawialiśmy – żadnych zbędnych wydatków! Nie mamy pieniędzy na te Twoje fatałaszki! Z szafy Ci się wywala, a Ty ciągle nowe błyskotki byś kupowała! Chcesz mnie zajechać, żebym tylko robił na Twe twoje kaprysy! Niedoczekanie!

W niektórych rodzinach, domach, relacjach – klasyka, czyż nie? Kto by pomyślał, że w takim komunikacie może kryć się przemoc? A jednak – krzyk, oskarżenia, ocena, krytyka, przezwiska, bierna agresja, złośliwości, szydzenie, obśmiewanie, szantażowanie, grożenie – mało?
A gdyby tak wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć występowanie w komunikacji przemocy, nawet tej nieświadomej i subtelnej?
Taki cel postawił sobie Marshall Rosenberg – amerykański psycholog , psychoterapeuta, mediator – stworzyć taką metodę porozumiewania się, która pozbawiona byłaby agresji.
Rosenberg całe swoje życie poświęcił szukaniu odpowiedzi na pytanie – skąd się bierze zjawisko przemocy. Na podstawie swoich osobistych doświadczeń oraz zawodowych obserwacji doszedł do wniosku, iż jej źródłem nie są zaburzenia (jak powszechnie uważano), ale sposób w jaki nauczyliśmy się myśleć i porozumiewać. Rosenberg postanowił stworzyć taki sposób komunikacji, który pozwoliłby na zmianę w powyższych. Tak narodziło się Porozumienie bez Przemocy (w skrócie PBP lub z ang. NVC), inaczej zwane porozumieniem współczującym czy językiem serca.
Model ten zakłada, że za każdym komunikatem, który wysyłamy (my do kogoś/ktoś do nas) kryje się określona potrzeba, którą chcemy przedstawić. Z reguły oczywiście niezaspokojona. Problem polega na tym, że my rzadko jesteśmy świadomi jakie mamy w danej chwili emocje i potrzeby. Nie jesteśmy uczeni ich rozpoznawania i wyrażania. Określona kultura, normy, wartości, stereotypy, w których dorastamy przyczyniają się do tego, iż nasze uczucia i potrzeby tłumimy oraz wypieramy. Przykładem tego o czym mówię są m.in. odmienne oczekiwania wobec dziewczynek i chłopców. Dziewczynki mają się nie złościć, nie bić, nie krzyczeć; chłopcy mają nie płakać, nie bać się, nie wzruszać. A więc porozumienie pełne agresji czy też nieporozumienia biorą się po pierwsze z braku znajomości siebie i niezrozumienia tego, co w nas. Po drugie z tłumienia naszych emocji oraz potrzeb. Po trzecie z nawyku przelewania naszej frustracji z powodu niezaspokojenia na innych. Po czwarte z braku umiejętności odpowiedniego formułowania komunikatów, nieumiejętnego doboru słów. Po piąte z lęku, że możemy nie dostać takiej odpowiedzi, jakiej byśmy pragnęli (mamy bowiem szereg doświadczeń z domu rodzinnego, kiedy to nasza wyrażona wprost lub nie wprost potrzeba nie została zrozumiana). Oraz po szóste – z braku umiejętności odczytywania uczuć i potrzeb innych.
Porozumienie bez przemocy to sposób komunikowania się, który w swoich założeniach i formule jest szalenie prosty. To niezwykłe, iż mimo tej prostoty siła przemiany w naszym sposobie porozumiewania się i w naszych relacjach potrafi być zaskakująca.
Powiedzieliśmy już, że PBP opiera się na założeniu, iż za każdym komunikatem/zachowaniem kryje się określona potrzeba. Zakłada też, iż potrzeby wszystkich ludzi są jednakowo ważne. Do porozumienia w NVC dochodzi poprzez zrozumienie owych wzajemnych potrzeb. Jak to się jednak dzieje?
PBP składa się z dwóch podstawowych elementów: empatii oraz szczerego wyrażania siebie. Empatia jest konieczna, aby móc wsłuchać się w to, co komunikuje do nas druga osoba. Jest niezbędna, aby móc ze współczuciem dla niezaspokojonych potrzeb rozmówcy  potrafić je zobaczyć. Z kolei szczere wyrażanie siebie jest potrzebne, aby móc wyrazić swoje emocje oraz dostać to, czego z kolei nam potrzeba.
Komunikacja w PBP przebiega w określonych fazach:

1. Spostrzeżenia
W tej fazie dzielimy się z rozmówcą swoimi obserwacjami rozumianymi tu jako obiektywnymi faktami. Mówimy co widzimy, jaka jest rzeczywista sytuacja. Nie dokonujemy tu diagnoz, interpretacji, uogólnień – tylko fakty. „Ciągle cię nie ma”, „znowu wydałaś całą kasę” – mówią nasi bohaterowie. Czy można by powiedzieć, że w taki sposób formułują swoje obiektywne spostrzeżenia? Oni prawdopodobnie stwierdziliby, że owszem, bowiem wiele z nas myli swój indywidualny osąd z faktami. „Ciągle” albo „znów” wypowiedziane podniesionym tonem z pewnością nie są jedynie opisem sytuacji. „ W tym miesiącu po raz szósty wychodzisz z kolegami, podczas gdy ja zajmuję się w tym czasie dzieckiem” – tyle. „W tym miesiącu wydałaś 3 tysiące zł, które były na koncie i taka sytuacja powtarza się od pół roku co miesiąc” – kropka. To jest rzetelny opis tego, co widzimy.
2. Uczucia
Na tym etapie dzielimy się z rozmówcą tym co czujemy, gdy on/ona zachowuje się w ten sposób (element wyrażania siebie) i/lub dopytujemy o uczucia rozmówcy (element empatii). Nasza bohaterka mogłaby powiedzieć: „ Gdy wychodzisz czuję się pozostawiona sama sobie”. I dodać: „Wychodzisz, bo jesteś znudzony życiem rodzinnym? A może obawiasz się, że stracisz kontakt z kolegami?” Jeśli chcemy wyrazić emocje robimy to zawsze w 1 osobie. To pozwala wziąć odpowiedzialność za nasze uczucia, a nie obarczać za nie partnera. Z kolei nieobarczony partner rzadziej ma potrzebę oporowania i bronienia się, bo nie ma poczucia, że go atakujesz. A jeśli chcesz dopytać partnera o to jakie uczucia stoją za określonym jego zachowaniem pamiętaj o kilku kwestiach. Możesz zadawać pytania otwarte („dlaczego wychodzisz?) lub zamknięte (jak w przykładzie), jednak niezależnie od tego nie przepytuj, nie sugeruj, nie interpretuj, ale pytaj z ciekawością i szczerą chęcią dowiedzenia się.
3. Potrzeby
Jak wspomnieliśmy, wg. Rosenberga za każdym zachowaniem (także osądem i krytyką) kryją się nieuświadomione i niezaspokojone potrzeby wyrażone w sposób zastępczy. Kluczem do porozumienia jest przede wszystkim ich rozczytanie. Mam tu na myśli zarówno potrzeby własne, jak i rozmówcy. Uświadomienie sobie swoich potrzeb wymaga poznania siebie i odwagi, aby zajrzeć wgłąb. Odczytanie emocji partnera – słuchania i głębokiej empatii. Nasza bohaterka mogłaby uświadomić sobie, iż za jej emocjonalną reakcją kryje się np. potrzeba wsparcia, bliskości, poczucia bycia ważną. Mogłaby się też dowiedzieć, że za wyjściami partnera stoi (hipotetycznie) potrzeba odpoczynku, oswojenia się z sytuacją ojcostwa czy podtrzymania iluzji, że nic się w jego życiu nie zmieniło.
4. Prośba
Kiedy znamy już swoje potrzeby możemy przyjrzeć się temu jak owe potrzeby zaspokoić. Czasem możemy zrobić to samodzielnie, innym razem potrzebujemy do powyższego kogoś bliskiego. Np. nasza bohaterka mogłaby zobaczyć, że aby zaspokoić potrzebę wsparcia czy bliskości potrzebuje kontaktu z partnerem w większej częstotliwości. Mogłaby sformułować do niego prośbę, aby podarował jej na co dzień więcej czasu. Warto pamiętać, że prośba jest prośbą – nie sugestią, aluzją, podtekstem, żądaniem. Prośba powinna być konkretna i jak to prośba – zakładać możliwość odmowy (inaczej jest roszczeniem). Powinna wyrażać to, czego chcemy, a nie to czego sobie nie życzymy („Chcę, żebyś co najmniej trzy weekendy w miesiącu spędzał w domu”, w miejsce: „Nie chcę, żebyś wychodził”). Ten aspekt formułowania próśb dotyczy elementu wyrażania siebie. W ramach elementu empatii możesz zapytać partnera czego od Ciebie w tej sprawie oczekuje, czego by chciał. Partner naszej bohaterki mógłby wystosować prośbę o to,by partnerka miała do niego mniej pretensji, gdy on zajmuje się dzieckiem, co pozwoli mu na szybsze oswojenie się z sytuacją.

Porozumienie bez przemocy jest zaproszeniem do zmiany sposobu komunikowania się. Jest oparte na świadomości w miejsce automatycznych i nawykowych reakcji. Jego celem jest stworzenie przestrzeni do głębokiego dialogu, autentycznego kontaktu i oczywiście porozumienia. Jest to możliwe dzięki zwracaniu się wobec siebie i innych z szacunkiem, uważnością, akceptacją i współczuciem (rozumianym jako współodczuwaniem) oraz zachęcaniu innych do komunikowania się w ten sam sposób.  Propagatorzy NVC twierdzą, iż porozumienie oparte na współodczuwaniu ma silne tendencje do mnożenia się. A sam twórca dodaje: „Język serca pomaga nam nawet w niesprzyjających okolicznościach zachować człowieczeństwo”.

 

 

Empatia w związku

Czy jesteś w kontakcie ze swoimi emocjami, co oznacza, że w każdej chwili jesteś w stanie powiedzieć co teraz czujesz, przeżywasz?

Gdzie umiejscawiasz konkretne emocje  w ciele? Jak reaguje Twoje ciało na złość, smutek, żal?

Czy potrafisz słuchać? Czy bliscy uważają Cię za dobrego słuchacza?

Czy umiesz rozpoznać, kiedy Twój partner jest smutny/zły/radosny?

Czy wiesz co cieszy Twojego partnera? Co go smuci? Co sprawia mu przyjemność?

Co Ci pomaga, kiedy się złościsz/smucisz? Czego Ci wtedy potrzeba?

Czy wiesz czego potrzebuje od Ciebie Twój partner, kiedy jest zmęczony?

Czy kiedy macie  z partnerem różnicę zdań starasz się go zrozumieć?

Im więcej odpowiedzi twierdzących, tym więcej w tobie empatii. Empatii – czyli właściwie czego?

Czy jest empatia?

W potocznym rozumieniu empatia wiąże się ze współodczuwaniem z drugim człowiekiem/istotą.
Psychologowie definiują empatię znacznie szerzej. Empatia to faktycznie zdolność odczuwania stanów psychicznych innych osób, ale to także umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia oraz gotowość do podejmowania określonych działań. A więc empatia zawiera w sobie zarówno aspekt emocjonalny ( współodczuwanie), jak i poznawczy (zrozumienie) oraz behawioralny (działanie).  Co za tym idzie – bycie empatycznym nie polega jedynie na ronieniu łez przy osobie cierpiącej, ale np. na udzieleniu jej odpowiedniej pomocy. Wspomniane „ronienie łez” (rozumiane tu jako pewien symbol) bywa oczywiście ważne, gdyż jednym z zachowań empatycznych jest umiejętność tzw. dostrojenia się do emocji rozmówcy czy sytuacji. To zdolność, która pozwala Ci być wrażliwym na czyjeś przeżycia i nie zareagować śmiechem czy ignorancją, gdy słyszysz o czyimś cierpieniu. W skrócie o empatii można by powiedzieć, że empatia to czuć, rozumieć i działać, to dać właściwą odpowiedź.

Czym jest empatia w związku?

Empatia w relacji partnerskiej to taki rodzaj uważnego słuchania, który wspiera partnera, aby mógł w pełni doświadczyć tego, co czuje. To pomoc mu w nawiązaniu kontaktu ze swoimi uczuciami i potrzebami. To zrozumienie partnera. To odzwierciedlenie jego przeżyć i dopasowanie do nich. To odpowiednie zareagowanie na powyższe. To po prostu bycie przy partnerze w taki sposób, aby dać mu przestrzeń na to, aby on był w stanie nawiązać prawdziwy, głęboki kontakt z tym co aktualnie przeżywa i czego chce.
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Załóżmy, że jesteś kobietą i że Twoim partnerem jest mężczyzna. On przychodzi z pracy. Milczy. Myślisz – coś się stało, nie chce rozmawiać? Pytasz – „jak w pracy?”. „Normalnie” – odpowiada on. „Dlaczego nie chcesz podzielić się ze mną tym, co się u Ciebie dzieje? Musisz mniej pracować, jak jesteś tak zmęczony, że nawet gadać Ci się nie chce. Tak dalej być nie może” – reagujesz. On z gazetą wychodzi do drugiego pokoju.
A gdyby było tak – ta sama sytuacja – praca, milczenie. Ty: „Wyglądasz na zmęczonego. Dobrze mi się wydaje?”. „Ychm” – on. „Nie chce Ci się gadać?” – Ty. On – „Nie mam siły”. Ty – „Ok, czy mogę coś dla Ciebie zrobić?”. „Nie, dzięki. Poczytam chwilę gazetę dla resetu.” „Ok, ale jest kilka spraw, które chciałam z Tobą dzisiaj omówić. Jak chwilę odpoczniesz możemy porozmawiać?”
W pierwszej historii wyobrażam sobie, że on mógł poczuć się od wejścia zaatakowany. Mógł pomyśleć – kolejne wymaganie, pretensje, presja. Mam dość. W drugiej – partnerka zamiast koncentrować się jedynie na swoich przeżyciach spróbowała wyobrazić sobie również przeżycia partnera. Dopytała o nie, nie wyszła z założenia, że z pewnością dobrze je odczytała. Nie oceniła ich. Zapytała o to czego partnerowi potrzeba zamiast domyślać się i doradzać rozwiązania (jak w sytuacji pierwszej). Nie licytowała się pt. „a ja mam Ci coś ważnego do powiedzenia, ja też jestem zmęczona” itp., jednak będąc w kontakcie ze sobą i swoją potrzeba omówienia czegoś – uwzględniła ją.

Dlaczego empatia w związku jest ważna?

Badania naukowców oraz obserwacje praktyków wskazują, iż empatia jest podstawą satysfakcji w związku i jego trwałości. Empatia zbliża, wspiera, pozwala się zrozumieć, poznać, zaakceptować. W związku potrzebujemy czuć, że nasze emocje i potrzeby są dla drugiej osoby ważne i że możemy dzielić się sobą w sposób autentyczny.

Czy można się nauczyć bycia empatycznym?

Absolutnie można. Naukowcy i praktycy nie są jednak do końca zgodni w jakim stopniu. Jedni uważają, iż poziom empatii nie jest nam dany raz na zawsze i że empatia jako umiejętność może być przez nas rozwijana właściwie bez ograniczeń. Inni są zdania, że na poziom empatii wpływ mają także czynniki biologiczne (empatię mielibyśmy dziedziczyć w 40-50%, za empatię odpowiadają tzw. neurony lustrzane, czyli struktury w mózgu, które pomagają nam w rozumieniu drugiej osoby), a więc rozwój empatii jakkolwiek jest możliwy, to jednak ograniczony. Do tego dochodzi środowisko czyli dom rodzinny, sposób wychowania przez rodziców, relacja z nimi (bycie empatycznym wobec dziecka, zaspakajanie potrzeb bezpieczenstwa)– dla jednych to także działa determinująco.
Ja w swoim gabinecie obserwuję, iż zmiany w poziomie empatii są bardzo realne. Wykluczając osoby z zaburzeniami osobowości – narcystyczne i psychopatyczne – to na ile będziemy rozwijać empatię w dużej mierze zależy od naszej chęci i gotowości. Szalenie motywująco na pacjentów/klientów działają liczne korzyści w relacji uwidaczniające się niemalże natychmiast.

Jak rozwijać empatię?

* Pogłębiaj świadomość siebie. Pracuj nad kontaktem ze swoimi emocjami, potrzebami. Jak? Poprzez kierowanie strumienia uwagi do węwnątrz. Nie będąc w kontakcie ze sobą będzie Ci trudno być w prawdziwym kontakcie z parterem.
* Pracuj nad umiejętnością dzielenia się sobą, a więc swoimi myślami, emocjami, potrzebami. Komunikuj je.
* Pracuj nad koncentracją uwagi, bowiem empatia to umiejętność koncentracji na kimś (jego przeżyciach, potrzebach). Nie potrafiąc utrzymać uwagi w ogóle – tym bardziej nie będziesz potrafił utrzymać jej przy kimś. Pomocne mogą być w tym medytacja, relaksacja, wizualizacja. Lub po prostu dłuższe przytrzymanie uwagi na tym, co robisz obecnie. Cokolwiek to jest.
* Znajdź czas na rozmowy z partnerem po to, abyś mógł/mogła go naparawde poznać.
* Wydłużaj czas uwagi w kontakcie  z partnerem poprzez aktywne słuchanie. Aktywne czyli takie, w którym dajesz sygnały, że jesteś, że słyszysz.
*Bądź partnera ciekawy/a. Bądź naprawdę zainteresowany/a tym jak wygląda jego świat wewnętrzny.
* Zadawaj partnerowi pytania: jak się czuje, co myśli, czego potrzebuje, czego chce, co jest dla niego ważne i cenne? Jeśli partnerowi trudno jest na to dopowiedzieć możesz próbować go naprowadzić poprzez pytania zamknięte np. „Czy czujesz się rozdrażniony?”
* Na ile to dla Ciebie możliwe – spróbuj odpowiedzieć na potrzeby partnera.
* Sprawiaj partnerowi przyjemności.
* Pomagaj, motywuj, wspieraj.
* Ćwicz akceptację dla różnic między Wami poprzez traktowanie ich jako jedynie inny punktu widzenia.
* Ćwicz akceptację dla cech partnera, które mniej lubisz.
* Jak najczęściej ćwicz umiejętność „wchodzenia w buty partnera” . Co może Ci w tym pomóc?
Wizualizacje – wyobraź sobie co on może czuć? Zamień się na chwilę z nim miejscami – także w wyobraźni. Znajdź przynajmniej 10 powodów, dla których rozumiesz, że tak się zachował.
* Miej kontakt ze sztuką. Czytaj, chodź do teatru. Próbuj zanalizować uczucia czy postępowanie bohaterów. To także może Ci pomóc w ćwiczeniu umiejętności stawiania się na czyimś miejscu.
* Wspieraj swoja wrażliwość – na cierpienie, losy świata.
* Za każdym komunikatem, który słyszysz od partnera staraj się dostrzec określoną potrzebę, która za nim stoi. Np. jeśli słyszysz: „Znowu nie pozmywałeś naczyń” – dojrzyj w tym sformułowaniu potrzebę nadawcy. Może partner/ka potrzebuje czuć, że wspierasz ja także w obowiązkach domowych? A może jest zmęczona i marzy o odpoczynku?

I na koniec

Ponieważ empatia sprowadza się do uważności na drugą osobę i odpowiedniej reakcji – empatii nie można przedawkować:)

 

 

 

 

Asertywność w związku

Basia (36) zgłasza się do mnie z powodu, jak to nazywa – kłopotów komunikacyjnych w jej małżeństwie. Pytam co Basia przez to rozumie. Proszę ją o podanie przykładów. Okazuje się, że Basia ma po pierwsze kłopot z wyrażaniem siebie. Tego, co myśli i czuje, zwłaszcza, gdy ma to kogoś zranić. A także  czego potrzebuje, oczekuje lub czego sobie życzy. Nie umie też prosić. Nie lubi. „Wolę sama coś zrobić, niż kogoś tym obciążać. Nie czuję się komfortowo, gdy moje sprawy stanowią dla innych kłopot” – mówi. Z kolei, gdyby poprosić o coś Basię – ta z reguły nie odmawia. „Lubię być pomocna” – dodaje. Basia ma też kłopot z przyjmowaniem krytycznych uwag na swój temat: „Mąż uważa, że mnie nic nie można powiedzieć, bo od razu jestem wielce urażona. Twierdzi, że musi się ze mną obchodzić jak z jajkiem”. Kiedy komplementuję Basię za jej ogromne zaangażowanie we wszystko, czego się tknie – rumieni się: „Proszę mnie nie zawstydzać. No chyba normalne, nic nadzwyczajnego”. „Wydaje się być Pani skrępowana” – bardziej pytam, nić sugeruję. Basia odpowiada: „Chyba tak. Kiedy ktoś mnie chwali chciałabym się zapaść pod ziemię”.

Umiejętność wyrażania opinii, emocji, potrzeb, próśb, życzeń, oczekiwań, krytyki, komplementów, umiejętność odmawiania, przyjmowania uwag oraz pochwał – to umiejętności składające się na całokształt tzw. zachowań asertywnych. Modne dziś słowo – asertywność potocznie kojarzy się ze zdolnością do stanowczego odmawiania. A asertywność jest pojęciem znacznie szerszym i obejmuje umiejętności, o których mowa powyżej. Wokół asertywności narosło wiele mitów. U wielu budzi obawy. U niektórych – pobłażanie. Często jest mylona z agresją. Niejednokrotnie niedoceniana. Z kolei dla mnie jest jedną z najcenniejszych umiejętności, jakie można posiąść – tak w pracy, jak i wżyciu osobistym. W związkach jest absolutnie bezcenna. Więcej – jest konieczna, aby relacja była satysfakcjonująca. Dlaczego? No i najważniejsze – co robić, żeby działać asertywnie? Zapraszam do lektury.

Czym jest asertywność?

Asertywność to posiadanie i bezpośrednie wyrażanie własnego zdania, emocji i postaw, w granicach nienaruszających psychicznego terytorium i praw własnych, jak i innych osób. Na asertywność składają się więc:

a) Świadomość siebie – swoich opinii, emocji, potrzeb, zachowań, mocnych stron, słabości, swoich granic, a także godności osobistej.

b) Świadomość praw – swoich oraz innych. Mianowicie: 5 praw wg Herberta Fensterheima:

* Masz prawo do robienia tego, co chcesz, dopóki Twoja działalność nie rani kogoś innego.

* Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez zachowania asertywne, nawet jeśli rani to kogoś innego, dopóki Twoje intencje nie są agresywne, a asertywne.

* Masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb, dopóki uznajesz, ze druga osoba ma prawo odmówić.

* Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania i wyjaśniania problemu z druga osobą.

* Masz prawo do korzystania ze swoich praw. Jeśli z nich nie korzystasz, to godzisz się na odebranie ich sobie.

c) Korzystanie ze swoich osobistych praw, bez naruszania praw innych.

 Czym asertywność nie jest?

a) Postawą roszczeniową pt. „mnie się należy, ja żądam” czy agresją.

Nie mylmy osoby asertywnej z narcystyczną i agresywną. Asertywność to nie postawa wyrażająca się w maniu gdzieś wszystkiego i wszystkich poza sobą. To postawa, która uwzględnia nas i innych w takim samym stopniu. Osoba asertywna jest uważna i wrażliwa nie tylko na siebie, ale i na drugiego człowieka. Osoba asertywna ma adekwatny obraz siebie i rzeczywistości, a nie jak agresor czy narcyz, gdzie tylko on się liczy. Cele jakie osoba asertywna stawia sobie i innym są realistyczne, a nie życzeniowe czy roszczeniowe właśnie.

b) Egoizmem

Osoba asertywna wie, że nie jest mniej ważna od innych. Nie ulega, jeśli nie chce. Nie zrobi czegoś kosztem siebie. Jednocześnie swoimi oczekiwaniami nie odbiera podobnych praw innym – kiedy prosi, dojrzale przyjmuje odmowę; kiedy broi – odpowiedzialnie godzi się na krytykę. Osoba asertywna wie, ze nie jest na tym świecie po to, by spełniać czyjeś oczekiwania. Jednocześnie nie ma takich oczekiwań wobec innych.

c) Sztywnością

Asertywność to autentyczność i elastyczność. Osoba asertywna działa w zgodzie ze sobą, a więc jej reagowanie na świat jest różne w zależności od sytuacji, celu, jej emocji i przemyśleń. Prawdziwie asertywna osoba nie ma nic wspólnego z kimś, kto zawsze postępuje w ten sam sposób, np. odmawia – z założenia i dla zasady. Osoba asertywna wybiera. Raz odmówi, bo nie będzie chciała czy mogła sprostać prośbie. Innym razem chętnie się zgodzi, bo uzna, że  z jakiś powodów decyduje się to zrobić.

d) Sztucznym wypowiadaniem formułek

Z licznych książek oraz popularnych szkoleń dotyczących asertywności (jak najbardziej wartościowych i potrzebnych) możesz dowiedzieć się jakie słowa czy sformułowania są asertywne. Być może nauczysz się mówić: „potrzebuję, proszę, nie zgadzam się, czuję, uważam, myślę”. To ważne. Pamiętaj jednak, że ponad 70% odbieranych informacji pochodzi z tego, co niewypowiedziane: z naszego tonu głosu, postawy ciała, mimiki. Asertywność nie wyraża się jedynie w odpowiedniej treści, ale także, a może nawet głównie – w naszej fizyczności: podniesionej głowie, pewnym kroku, łagodnej stanowczości w tembrze głosu.

e) Zdolnością zapisaną w genach

To nie jest tak, że rodzimy się asertywni, bądź nie, bez jakiegokolwiek wpływu na tę zdolność. Asertywność jest UMIEJĘTNOŚCIĄ, którą możemy nabyć oraz nad nią pracować. Oczywiście, że każdy z nas już wyjściowo ma określone predyspozycje. Do tego dochodzą doświadczenia z domu rodzinnego, środowisko rówieśnicze, i inne. Mając na względzie wszystkie te czynniki, jako dorośli potrafimy być asertywni w mniejszym lub większym stopniu. Ale umiejętność bycia asertywnym można ulepszać.

 Jak być asertywnym?

Wypracowanie postawy asertywnej wymaga z pewnością czasu. Nie staniesz się asertywny/a w weekend. Tak jak bowiem wspomniałam – nie wystarczy nauczyć się kilku formułek i bezrefleksyjnie je powtarzać. Asertywność przede wszystkim wymaga właśnie refleksji. Najpierw nad sobą – nad tym kim naprawdę jestem. Nad swoimi pragnieniami, potrzebami, wartościami, emocjami. Dopiero kiedy poznasz siebie będziesz mógł pracować nad szacunkiem dla powyższych,  gotowością do stawania w swojej obronie, odwagą do mówienia i działania zgodnie ze swoimi najgłębszymi przekonaniami i uczuciami. Będziesz mógł poszukać właściwych dla Ciebie i zgodnych z Tobą form wyrażania siebie na co dzień.

 Korzyści z bycia asertywnym

* Jest dobra dla naszego zdrowia.

Kiedy działamy w niezgodzie ze sobą czujemy się zazwyczaj pełni złości, frustracji, żalu, poczucia bycia wykorzystywanym i używanym. Myślimy o sobie w sposób szkodliwy: jako o naiwniakach i nieudacznikach. O innych też nie lepiej: jako podłych i egoistycznych. Z kolei kiedy pozwalamy sobie być sobą – naturalnymi i autentycznymi – czujemy się dobrze. Po pierwsze nie dostarczamy sobie emocji, które są nam niepotrzebne. Uzbrajamy siebie natomiast w poczucie wpływu, mocy sprawczej, skuteczności, decyzyjności, siły i dojrzałości. Asertywność poprzez korzystny wpływ na nasze zdrowie emocjonalne, sprzyja także zdrowiu fizycznemu.

* Ułatwia życie

Będąc asertywnym nie musisz już kłamać, kluczyć, lawirować, napinać się, udawać, robić dobrą minę do złej gry. Uff, jaka to ulga. Mając asertywnego partnera nie musisz już domyślać się, zastanawiać, analizować czy odpowie na Twoją prośbę, czy aby go nie uraziłeś, czy może to nie za dużo jak na jego możliwości. Asertywny partner sam Ci to wszystko powie. Asertywność zdejmuje z nas i naszych bliskich ogromny ciężar.

* Korzystnie wpływa na relacje

Wyobraź sobie taką sytuację: Twój partner prosi Cię o to, żebyś coś dla niego zrobił/a. Nie masz czasu, ani siły, ale naginasz się i robisz. Za jakiś czas Ty go o coś prosisz. On z ważnych powodów odmawia. Wściekasz się i nie omieszkujesz dać temu wyraz. Asertywność pozwala nie doprowadzać do takich sytuacji. Nie naginasz się – nie gromadzisz złości – nie wybuchasz – nie ranisz. Nie masz powodu. Asertywność w związku czyści z podobnych historii.

 Na koniec

Pogłębiaj świadomość siebie

Korzystaj ze swoich praw

Weź odpowiedzialność za swoje decyzje

Szukaj swojego języka na wyrażanie siebie

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak oswoić pacjenta w gabinecie – o syndromie białego fartucha

Podwyższone ciśnienie tętnicze krwi, wzmożona potliwość, sensacje żołądkowe, nacisk na pęcherz – to tylko niektóre z objawów, jakie potrafią odczuwać pacjenci w obecności personelu medycznego, szczególnie lekarzy. Taka niekontrolowana reakcja pacjenta jest nazywana żartobliwie syndromem białego fartucha. Pacjenci na oddziałach szpitalnych czy w gabinetach lekarskich odczuwają lęk. Część z nich bardzo silny. Pacjenci obawiają się m.in.: diagnozy, bólu, konieczności rozmowy o sprawach intymnych, zmierzenia się z problemami, które najchętniej by wyparli, niewygodnych zaleceń, braku wpływu i kontroli nad procesem leczenia, przedmiotowego traktowania. Wystrój gabinetu czy oddziału, określone akcesoria (strzykawka, stetoskop, etc), nieprzyjemny zapach (medykamenty, środki do dezynfekcji) owy lęk potęgują. W jego przełamaniu nie pomagają także niedociągnięcia systemowe: długie terminy wizyt, kolejki w rejestracji i przed gabinetem, określone procedury, krótki czas trwania wizyty, nacisk na ilość przyjmowanych pacjentów i wynikające z tego konsekwencje: pośpiech, brak dostatecznej cierpliwości i życzliwości lekarza, brak czasu na nawiązanie relacji z pacjentem, pomyłki, i inne. Jednym słowem wiele czynników ma swój udział w tym, że wizyta lekarska jest dla pacjenta doświadczeniem nieprzyjemnym, a czasem wręcz trudnym czy traumatycznym. Na system czy niektóre z warunków pracy wpływ lekarza jest ograniczony. Nie oznacza to jednak, że nie można zrobić nic. Czasem naprawdę drobne zmiany mogą przynieść zadziwiające efekty. Trzeba tylko uświadomić sobie jak znaczącą potrafią odegrać rolę w procesie leczenia, a także stale sobie o tym przypominać. Natomiast w gabinetach prywatnych swoboda lekarzy jest zdecydowanie większa. Jeśli tylko zechcą mogą aktywnie wpływać na te elementy relacji z pacjentem, które sprawiają, że owa relacja może stać się przyjemniejszą, a nawet całkiem miłą.

Co Szanowny Doktorze możesz zrobić:

Warunki lokalowe

Na ile to możliwe spraw, aby wystrój miejsca, gdzie pracujesz nie był zanadto lekarski. Oczywiście, że nie możesz pozbyć się fotela ginekologicznego czy ultrasonografu, ale elementy neutralizujące sterylny wygląd czy zapach gabinetu zazwyczaj pacjentom służą. Stąd coraz więcej pojawiających się kolorowych oddziałów dziecięcych, zielona szpitalna pościel czy pozbywanie się fartuchów. Dlaczego w poczekalni nie miałaby sączyć się relaksacyjna muzyka?. Dlaczego nie miałyby pojawić się obok ulotek medycznych gazety do rozluźniającego poczytania?

Budowanie kontaktu

Pamiętaj jak ogromną wagę w procesie nawiązywania relacji z pacjentem i jego leczenia ma kontakt. Bywa on podstawą wszystkiego: tego czy pacjent przyjdzie po raz drugi,  czy poleci Cię komuś innemu, czy będzie miał do Ciebie zaufanie, czy będzie się stosował do zaleceń, czy leczenie będzie skuteczne. Co w nawiązaniu dobrego, a bywa że i głębokiego kontaktu może być pomocne: Wstań zza biurka, kiedy pacjent wejdzie do gabinetu. Wyjdź do niego i się z nim przywitaj. Możesz podać rękę, zagadnąć, rzucić żart na rozluźnienie czy w inny dla Ciebie naturalny sposób wlać nieco powietrza w krępującą dla pacjenta sytuację. Zwróć uwagę na mowę niewerbalną. Czy utrzymujesz kontakt wzrokowy z pacjentem? Czy jesteś zwrócony ciałem w jego stronę?

Słuchaj pacjenta i go naprawdę usłysz. Słuchaj aktywnie, czyli dawaj wyraz temu, że jesteś obecny i zainteresowany. Spróbuj pacjenta zrozumieć. Postaw się na jego miejscu. Wyobraź sobie jego sytuację. Zadaj sobie to samo pytanie, które on Ci zadał. Postępuj tak, jakbyś chciał, żeby postępowano wobec Ciebie czy Twoich najbliższych.

Stale pracuj nad umiejętnym prowadzeniem wywiadu. Nie przepytuj pacjenta. Pytania zadawaj z uważnością na niego. Wyjaśniaj też po co pytasz i dlaczego te informacje są dla Ciebie, a więc dla Was wspólnie przydatne. W wywiadzie uwzględnij emocje pacjenta – jak sobie radzi z danym objawem czy bólem, czy ma dostateczne wsparcie, czy potrzebuje pomocy psychologa. Pamiętaj, że im bardziej uwzględnisz także jakość życia w procesie leczenia, tym chętniej pacjent będzie się leczeniu poddawał.

Wyjdź do pacjenta z pozycji autorytetu i partnerskiego doradcy, a nie wszechwiedzącego władcy i autokratycznego decydenta. Nie traktuj pacjenta jak dziecko, które nie może o sobie decydować (chyba że jest w śpiączce czy w stanie ostrego urazu). Nie krzycz na pacjenta, wyzbądź się nauczycielskiego tonu. Pozwól pacjentowi na zgłaszanie wątpliwości, niepewności czy zastrzeżeń. W ramach możliwości daj pacjentowi wybór, aby poczuł się podmiotem leczenia i się do niego bez oporu zastosował.

Zalecając leczenie mów do pacjenta językiem korzyści (dlaczego to byłoby dla niego dobre), ewentualnie powiedz o konsekwencjach (jeśli do zaleceń się nie zastosuje). Nie strasz. I zawsze wyjaśnij po co kierujesz pacjenta na dodatkowe badanie czy wypisujesz receptę na określony lek. Badając pacjenta wyjaśniaj co robisz i w jakim celu poddajesz go tym działaniom. Uprzedź pacjenta, jeśli to co robisz może być bolesne. Wtedy łatwiej będzie znieść mu ból.

Informując pacjenta o diagnozie bądź szczególnie uważny i ostrożny. Im bardziej poważna i pesymistyczna – tym szczególniej. Pamiętaj, że choć prawie wszyscy pacjenci chcą poznać diagnozę ( i taka informacja oczywiście się pacjentowi bezwzględnie należy), to jednak poziom szczegółowości informacji, jaki są w stanie przyjąć jest już inny. Ideałem byłoby na tyle znać pacjenta, żeby móc przewidzieć jaki sposób podania informacji będzie dla pacjenta najkorzystniejszy. Zawsze jednak można sięgnąć po tzw. strzał ostrzegawczy, czyli takie sformułowanie, które odda to, że diagnoza nie jest dla pacjenta pomyślna i jednocześnie umożliwi lekarzowi zbadanie co i ile pacjent jest w stanie unieść. Możesz powiedzieć: „Obawiam się, że sytuacja jest poważniejsza, niż przypuszczałem”. Reakcja pacjenta i zadawane pytania będą dla Ciebie wskazówką ile pacjent chce na ten moment wiedzieć. Pamiętaj o unikaniu niezrozumiałego żargonu i stopniowym przekazywaniu trudnych wiadomości. Bezpieczniej jest odpowiadać na pytania pacjenta, niż zarzucić go informacjami, których i tak ze względu na silne emocje nie zapamięta. Informacje szczególnie trudne przekaż wtedy, gdy upewnisz się, że pacjent przyjechał z kimś bliskim. Zapytaj czy czegoś potrzebuje. Zapewnij, że jeśli będzie miał jakieś pytania (zazwyczaj pacjenci mają je później, w trakcie otrzymywania diagnozy reakcja szokowa organizmu jest bowiem bardzo silna) – będziesz dla niego dostępny.

Badania i obserwacje wskazują, że to co decyduje o wyborze lekarza, poziomie zaufania do niego oraz o przebiegu i skuteczności leczenia, to w mniejszym stopniu jego fachowość (także bardzo istotna), ale głównie wszystko to, co wpływa na budowanie kontaktu z pacjentem, m.in: atmosfera, sposób komunikacji, postawa lekarza wobec pacjenta, podmiotowe traktowanie, skoncentrowanie na pacjencie, a nie jedynie na chorobie, spojrzenie na chorobę czy dolegliwości w aspekcie psychospołecznym, a nie jedynie biologicznym. Praca w państwowym resorcie służby zdrowia często nie ułatwia lekarzom skorzystania z metod, które choć skuteczne, bywają czasochłonne. Jednak jako również pracownik resortu mam przyjemność obserwować, że coś się  w tej materii zmienia. Niezależnie też od ograniczeń zewnętrznych niektóre ze zmian nie wymagają aż tak wielkiego wysiłku (np. przywitanie się z pacjentem czy uprzedzenie o bolesnym zabiegu). A naprawdę rozwinąć skrzydła możemy w naszych gabinetach prywatnych. Czego życzę Szanownym Lekarzom i ich Szanownym Pacjentom.

Pępowina – odsłona druga

W poprzedniej odsłonie poznaliście historię Małgosi, Mikołaja i Julii. Mimo wielu różnic mieli ze sobą coś wspólnego – mianowicie nie odciętą pępowinę z rodzicem (tu akurat z matką, co też oddaje obraz rzeczywistości -  większość uzależnieniowych relacji dotyczy relacji z matką właśnie). Dowiedzieliście się jakie zachowania czy sytuacje mogą świadczyć o tym, że Wasza relacja z rodzicem jest relacją nieodpępowioną. Poznaliście także konsekwencje wynikające z takiego „układu”, konsekwencje dla Was i dla Waszych relacji z partnerem/ką. Pamiętajcie, że wszystko to co ma wpływ na Was, wpływa także na Wasze związki. Jeśli jesteś osobą niepewną, nie decyzyjną, zalęknioną, nieodporną na krytykę, nadwrażliwą (możliwe skutki braku odciętej pępowiny z rodzicem) ma to przełożenie na Twoje życie z partnerem. Możesz mieć bowiem skłonność do tworzenia relacji, w których ustawiasz siebie jako dziecko, osobę do zaopiekowania, zależną i niesamodzielną. Takiej relacji nie można w żaden sposób nazwać dojrzałą i partnerską. Jeśli z kolei jesteś kimś, kto jest narcystyczny, egocentryczny, porywczy, przemocowy, nieodpowiedzialny, niekonsekwentny, niesłowny (inne możliwe konsekwencje) Twój związek prawdopodobnie jest związkiem toksycznym, destrukcyjnym, spalającym. W każdej z takich relacji wymagasz przez partnera holowania. Nie znam pary, w której jedna z osób tkwiłaby w nie odpępowionej relacji z rodzicem i nie byłoby to dla związku kłopotem. Uświadomionym i nazwanym lub też nie. Dlatego dziś garść podpowiedzi co zrobić, jeśli Twoja relacja z rodzicem przypomina jedną z tych, o jakich mówią nasi bohaterowie. A także co jest możliwe, jeśli dostrzegasz, że Twój partner/ka tkwi w takowej.

Gdy pępowina między Tobą a rodzicem nie została odcięta:

Jeśli tego nie dostrzegasz, ale zaczynają dostrzegać to inni:

  • Porozmawiaj o tym z partnerem. Zazwyczaj, kiedy bliscy dają nam do zrozumienia, że to co widzą jest dla nich niepokojące mamy zwyczaj zamykania się i odpierania „ataku”. Tym razem spróbuj to przełamać. Wysłuchaj spokojnie tego, co partner ma do powiedzenia. Wyobraź sobie jak on to widzi. Zamiast od razu zaprzeczać – spróbuj go zrozumieć. Może jest coś, z czym możesz choć częściowo się zgodzić?
  • Porozmawiaj o tym z życzliwymi przyjaciółmi. Możesz to zrobić na początku zamiast rozmowy z partnerem (jeśli jeszcze rozmowa z nim jest dla Ciebie zbyt trudna) lub też oprócz niej. Przyjaciele w takiej sytuacji mogą mieć tę zaletę, że nie możesz ich zwykle posądzić o to, że np. nie lubią Twojej mamy, ona ich drażni, o co bywa, że oskarżasz partnera, w związku z czym nie dowierzasz, że może mieć rację. Przyjaciele zwykle nie są zaangażowani emocjonalnie w całą sprawę, nie są stronniczy. Można powiedzieć, że w tej kwestii nie towarzyszy im żaden własny „interes” . Są bardziej obiektywni przez dystans do sytuacji. Zapytaj jak oni to widzą. Dowiedz się jak to wygląda u nich. Będziesz miał/a pełniejszy obraz sytuacji.
  • Zadaj sobie kilka naprowadzających pytań: Na ile lat czuję się w relacji z rodzicem? Czy umiem żyć/wybierać/działać bez jego udziału czy konsultacji? Czy gdyby go zbrakło potrafiłbym dojrzale decydować o sobie i swoim życiu?

Gdy już masz świadomość, ale jeszcze trudno Ci „coś” z tym zrobić:

  • Porozmawiaj z partnerem o tym, że to widzisz. To już coś, to zawsze jakiś sygnał dla partnera, że przestajesz oporować i się bronić. Może Wam to przynieść początkową ulgę i stanowić pierwszy krok ku zmianie.
  • Rozmawiaj z partnerem na bieżąco o swoich małych krokach w kierunku zmiany, żeby też wiedział, że coś się rusza, że zaczynasz działać. To go powinno uspokoić, o ile będzie wiedział, że będziesz konsekwentna/y w swoich poczynaniach.
  • Skorzystaj z pomocy fachowca – psychologa, psychoterapeuty. Z jego wsparciem będzie Ci łatwiej zacząć, a potem wytrwać w działaniach.

Gdy jesteś gotowy/a:

  • Porozmawiaj z rodzicem. Przygotuj się do tej rozmowy. Nie rób tego w biegu i w tak zwanym międzyczasie. Wybierz na to odpowiedni moment. Święta czy uroczystości rodzinne, kiedy wybuchniesz ze wszystkim na raz nie są dobrym pomysłem. Zadbaj o to, żeby mieć odpowiednią ilość czasu, a rodzic nie będzie zajęty. Uprzedź go, że chcesz o czymś pomówić. Powiedz, że chcesz czuć się jak dorosły/a, że to jest dla Ciebie dobre. Wskaż, które zachowania rodzica Ci w tym nie pomagają. Opisz jak chcesz, aby wyglądały Wasze relacje i sposób komunikacji. Ważne, abyś powiedział/a o swoich intencjach i powodach, dla których to robisz. Nie oskarżaj rodzica i go nie obwiniaj. Podkreśl, że zmiana w Waszych wzajemnych stosunkach nie jest wymierzona przeciwko niemu. Bądź przygotowany/a, że taką rozmowę może będzie trzeba i warto powtórzyć.
  • Są różne sposoby. Jedni wolą zacząć od razu i ze wszystkim naraz. Czyli strategia pt. od teraz stawiam granice zawsze tam i wtedy, gdzie i kiedy uważam to za potrzebne. Żeby nie dać rodzicowi i sobie miejsca na złudzenie, że może wszystko wróci do stanu sprzed. Inni uznają, że lepszym sposobem działania jest wprowadzanie zmian powoli. A więc strategia małych kroków. Żeby rodzica i siebie nie wystraszyć. Ty znasz swojego rodzica najlepiej. Ty też wiesz jak bardzo jesteś już zmęczona/y i zdeterminowana/y. Ty wybierzesz sposób.
  • Niezależnie od tego jednak czy działasz na hurra czy nieco wolniej pamiętaj o konsekwencji i stanowczości. Ale konsekwencji i stanowczości łagodnej, a nie agresywnej.
  • Niezależnie też od przyjętego sposobu  daj sobie i rodzicowi czas na akceptację nowych warunków i przystosowanie się do nich.
  • Bądź przygotowany na to, że jedną z wersji Waszych dalszych relacji będzie ta, w której rodzic nie rozumie zmiany w Waszych stosunkach i nie jest na tę zmianę gotowy. To wersja pesymistyczna, ale to się zdarza.

 

Gdy taka sytuacja ma miejsce u Twojego partnera:

  • Porozmawiaj z partnerem. Ale w dogodnych warunkac