O co się potykamy na drodze do drugiego człowieka?

Warsztat dla osób samotnych, czy też singli – jak kto woli. Powinnam też w tym miejscu dodać, że uczestnikami są osoby niesparowane, którym ten stał zdecydowanie nie odpowiada. Zajęcia dotyczą pogłębienia świadomości dotyczącej przyczyn stanu, w jakim znajdują się osoby biorący udział w warsztacie. Padają różne odpowiedzi. Wszystkie sprowadzają się do kilku podstawowych kłód tarasujących nam drogę do drugiego człowieka.

BRAK CZASU
Wszyscy wiemy, że aby coś osiągnąć potrzebujemy w to zaangażować czas. Uczą nas tego od małego, uczą nas tego w szkołach. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że aby mieć „dobrą pracę” trzeba poświęcić czas – najpierw na naukę, potem już na samą pracę, żeby nie stracić jej z powodu braku naszego zaangażowania. Przecież angażowanie czasu jest jednym z przejawów zaangażowania w ogóle. Wiemy, że kiedy na czymś nam zależy – żeby się rozwijać w danej dziedzinie, żeby osiągać jak najlepsze efekty, żeby być w czymś mistrzem – czas jest niezbędny. Dlaczego więc kiedy myślimy o związkach wydaje nam się, że „samo się zrobi”? Że możemy mieć dla związku 5 minut dziennie albo pół godziny w tygodniu i to wystarczy? Dlaczego nie buntujemy się przeciwko temu, że aby mieć wokół domu piękny ogród trzeba poświęcić na niego czas, ale z łatwością rezygnujemy z czasu przeznaczonego na pielęgnowanie relacji z drugim człowiekiem? Zastanów się – ile czasu poświęcasz na swój związek? Każdego dnia, każdego tygodnia? Jeśli niewiele – nie dziw się, że Twoje relacje usychają.

WYGODA I KONCENTRACJA NA SOBIE
Jesteśmy z natury wygodni, ekonomiczni i leniwi. Nie lubimy się męczyć. Są dziedziny, w których jeszcze jakoś potrafimy to lenistwo przełamać, bowiem „bez pracy nie ma kołaczy”, a „pieniądze nie spadają z nieba”. Wiemy, że pracować trzeba, ale tam gdzie (pozornie!) możemy sobie odpuścić – robimy to z ochotą. Związek jest tą dziedziną, w którą wysiłek wkładamy niechętnie. Po pierwsze dlatego, że nikt nas nie nauczył, że relacje tegoż wysiłku wymagają. Dlaczego tak twierdzę? Oczywiście, są zapewne domy, w których relacje z ludźmi są priorytetem, ale ze smutkiem obserwuję, że jest tak coraz rzadziej. Po drugie – czy znacie przysłowia, które wskazywałyby, że nie tylko praca ale i relacje są tą inwestycją, która się opłaca? Ja nie. A czy przypominacie sobie, żeby któryś z naszych nauczycieli powiedział: „zamiast siedzieć tyle nad matematyką – leć na podwórko do dzieciaków, bo ostatnio chyba trochę zaniedbałeś kolegów, co?”. W porządku, jeśli nawet nie jest to rola akurat nauczyciela, to czy ktoś z Was słyszał to od swoich rodziców? Pewnie niewielu. I tak idziemy przez życie wkładając wysiłek w pracę i inne ważkie dziedziny, ale nie starcza nam już siły i ochoty na to, aby włożyć jakąś energię w nasze związki z ludźmi. A relacje niewątpliwie takiego zaangażowania energii i wysiłku wymagają. Relacja z drugim człowiekiem w pewien sposób zakłóca nasz spokój i naszą wygodę. Ten ktoś czegoś od nas chce; ma jakieś potrzeby, oczekiwania i wymagania; stawia nam jakieś pytania. Kontakt z drugim człowiekiem wymaga wyjścia z naszego świata i wejścia w kawałku w świat tego kogoś, wymaga przekraczania różnych stref naszego komfortu. Będąc w relacji z drugą osobą konieczne jest (jeśli mówimy o dobrej relacji) uwzględnianie tej osoby i jej uczuć w różnych naszych decyzjach. Jeśli jesteśmy z kimś w związku pewne sprawy wymagają odstawienia, a nawet porzucenia. A nam się nie chce. Nie chce się nam z czegokolwiek rezygnować, bo właściwie dlaczego? Nie chce się nam brać odpowiedzialności za fakt że (jak to mówił lis z „Małego księcia”) kogoś oswoiliśmy”. Nie chce się nam czegokolwiek tłumaczyć i wyjaśniać. Nie chce się nam słuchać – słuchać tak naprawdę, z pełnym zaangażowaniem, uważnością i zaciekawieniem. Tego wszystkiego nam się nie chce. A z tego lenistwa biorą się kolejne przeszkody na drodze do drugiego człowieka. Po pierwsze łatwo nadajemy etykiety. Dlaczego? Bo tak jest prościej. Po co wkładać wysiłek w poznanie sytuacji czy stanowiska drugiej strony, kiedy można szybko i właśnie bez wysiłku wydać osąd w sprawie. Wraz za tym idą kolejne balasty na drodze – nie odpuszczamy i nie wybaczamy. W ogóle ostatnio obserwuję coraz większą koncentrację na sobie i bardzo roszczeniową postawę wobec i życia i innych ludzi. Oczekujemy i żądamy. Nie ma w nas wdzięczności za to co mamy i co dostajemy. Wszystko traktujemy osobiście, ale mamy mały wgląd w to co my robimy i co od siebie dajemy. Taka postawa nie sprzyja tworzeniu głębokich więzi z ludźmi.

LĘK
Jedna z uczestniczek warsztatu Basia od wielu lat jest sama. Otwarcie przyznaje, że boi się wejścia w związek. „Czego się obawiasz?” – pytam. „Że mi nie wyjdzie, a wtedy zamknę się w sobie już na zawsze. Że ktoś mnie zrani, porzuci. Pewnie niepotrzebnie?” – bardziej twierdzi, niż pyta. „Nie wiem czy niepotrzebnie” – odpowiadam. Basia jest zaskoczona. „Związek to spore ryzyko” – mówię. Basia przygląda mi się wielkimi oczyma. „Jak to? Myślałam, że powiesz, że nie ma się czego bać”. No to jest czy nie ma? Wielu moich samotnych pacjentów uważa, że będą mogli wejść w związek dopiero wtedy, kiedy będą gotowi. Jednym z tych wymiarów gotowości ma być brak lęku. I tak zbierają się latami, aż poczują, że wreszcie się nie boją. Tylko im więcej czasu upływa, tym boją się coraz bardziej. Po pierwsze dlatego, że nie trenują. Nie ćwiczą umiejętności komunikowania się, nawiązywania relacji, podtrzymywania relacji, bycia w codzienności z drugim człowiekiem. Nie rozwijają swojej seksualności, przynajmniej w kontakcie z kimś innym, niż oni sami. Tracąc pewne zdolności powoli zatracają też to, co w relacjach z ludźmi jest kluczowe – poczucie własnej wartości. Osoby od wielu lat samotne w pewnym momencie przestają wierzyć, że zasługują na miłość i bliskość. Zaczynają wątpić w to, że „ktoś ich w ogóle zechce”. „Za co można mnie kochać/lubić?”, „co ja właściwie mogę drugiej osobie zaoferować?” – słyszę w gabinecie. No a myśląc o sobie w ten sposób trudno jest zbudować satysfakcjonującą relację. I tak koło się zamyka. Basia boi się zranienia, ponieważ ma za sobą sporo bolesnych doświadczeń. I ja to oczywiście rozumiem. Tylko doświadczenia to jedno, a ich interpretacja czy nauka z nich płynąca to drugie. Np. Thomas Edison (wynalazca żarówki)
przeprowadził ponad 11 000 prób, zanim żarówka zaczęła działać. Gdy zapytano go potem jak to się stało, że się nie zniechęcił po tylu porażkach, odpowiedział: „To nie porażki. Ja ponad 10000 razy dowiedziałem się jak nie robi się żarówki. Dzięki temu z każdym takim doświadczeniem byłem bliżej rozwiązania”. Co chcę przez to wszystko powiedzieć? Otóż. Uważam, ze relacja z drugim człowiekiem, istotnie -  jest ryzykowna i wymaga odwagi. Wielu moich pacjentów, tak jak i Basia nierzadko łudzą się, że ktoś (np. ja) powie im – „Ależ nie ma się czego bać. Nie zostaniesz zraniona/y, odrzucona/y, porzucona/y. Nie martw się!”. No nie, nie, nie. Oczywiście, że istnieje ryzyko zranienia, odrzucenia, porzucenia. I pewnie jeszcze kilka innych możliwości, których boimy się jak ognia. I nie ma co się mamić, że jest inaczej. Uważam, że drogą donikąd jest próba zaprzeczania. Jeśli wchodzimy w związek z absolutną pewnością, że tam nic złego nas nie spotka to odkleiliśmy się od rzeczywistości. Poza tym uważam, że nawet jeśli próbujemy sobie wmówić, że związek jest ryzyka pozbawiony nasze serca i ciała nie dadzą się oszukać i w pewnym momencie dadzą nam znać, że  halucynujemy. Skoro nie tędy droga, to którędy? Nie w kierunku iluzji, a w kierunku po pierwsze – uznania ryzyka. Po drugie – odważenia się na to ryzyko. Po trzecie – zaufania do siebie i swoich zasobów, że sobie z tym (co może nas spotkać) poradzimy. Kiedy mówię o odwadze nie mam na myśli wyczekaniu na moment, kiedy nie będziemy się bać. Odwaga to nie brak lęku. Odwaga to wyjście poza lęk. To działanie pomimo jego obecności. Kiedy się czegoś obawiamy wydaje nam się, że obawiamy się tylko my. Wszyscy inni wchodzą w związki i wychodzą swobodnie, tylko my jesteśmy sparaliżowani strachem. To błędne założenie. Boimy się WSZYSCY. Lub znaczna większość z nas. W mniejszym lub większym stopniu, radząc sobie z tym lepiej lub gorzej, ale lęk jest naszym wspólnym doświadczeniem. W przełamaniu strachu może pomóc wspomniane przeze mnie zaufanie do swoich możliwości w poradzeniu sobie z sytuacją. Czy to zranienia czy to odrzucenia, czy jeszcze innej. Takie doświadczenia są niewątpliwie trudne i bolesne. Wymagają czasu, aby się z nimi uporać. Ale same w sobie „nie zabijają”. O ile my im na to nie pozwolimy.