Czy można kochać za bardzo?

Do mojego gabinetu zawitała ostatnio Katarzyna. Powodem spotkania miały być nieustanne bóle głowy Kasi, których lekarze nie byli w stanie zdiagnozować. Albo inaczej, według lekarzy nie było żadnej medycznej przyczyny ich występowania. Poprosiłam Katarzynę, żeby powiedziała mi coś o sobie. Kasia zaczęła mówić o swoim związku, w którym była od 5 lat. Burzliwym, z elementami emocjonalnej przemocy, od początku przebiegającym w cyklu licznych rozstań i powrotów. Odchodzić miał zawsze on. „Ale zawsze wraca” – powiedziała z dumą Kasia. „Wie Pani, my nie możemy bez siebie żyć. Ja nie wiedziałam, że tak można kogoś kochać. Owszem, Oskar czasami potrafi być nieprzyjemny, ale on wie, że ja mu oddam wszystko, że zrobię dla niego wszystko. I nawet jak odchodzi, czym wpędza mnie w totalna rozpacz, wraca.”. „A co się z panią dzieje, gdy nie jesteście razem?” – pytam. Katarzyna: „Nie żyję, Dosłownie. Wegetuję. Nawet do pracy nie chodzę. Biorę L4. Nic mi się nie chce. Tylko wyję i czekam, aż wreszcie zadzwoni. Moja koleżanka powiedziała mi ostatnio, że to chore i że powinnam się z tej miłości wyleczyć. Wyleczyć? Z miłości? Nie rozumiem. Ona powiedziała, że ja kocham za bardzo. Czy to w ogóle możliwe? Za bardzo kogoś kochać?”

Zadałam Kasi następujące pytania:

* Czy miłość i związki w Twoim wydaniu to stres, cierpienie i niepokój?
* Czy Twój nastrój zależy od jego nastroju (właściwie nic innego nie ma dla Twojego nastroju znaczenia?)?
* Czy Twoje samopoczucie zależy wyłącznie od tego jak układa ci się z związku?
* Czy masz poczucie, iż w twoim życiu liczy się tylko on i  innego nie ma znaczenia?
* Czy masz poczucie, że żyjesz jego życiem? W towarzystwie opowiadasz nie o sobie, a o nim (co lubi, co robi)?
* Czy Twoje wysiłki są skoncentrowane na zapewnieniu mu dobrego samopoczucia?
* Czy Ty nieustannie stawiasz przed Ja?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że życie bez mężczyzny jest niepełne, bezwartościowe?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że samotność jest czymś najgorszym w życiu?
* Czy będąc sama czujesz się bezwartościowa, bezużyteczna i niepotrzebna?
* Czy towarzyszy Ci nieustannie lęk przed porzuceniem?
* Czy gdy on odchodzi lub ma złu humor towarzyszy Ci poczucie winy, że nie robisz czy nie zrobiłaś wszystkiego co można?
* Czy towarzyszy Ci przekonanie, że nie jesteś dla niego wystarczająco dobra?
* Czy mimo licznych strat i negatywnych konsekwencji tkwisz w danym związku?
* Czy czujesz, że Twoje poczucie własnej wartości w danej relacji maleje, a jesteś w niej, pomimo to?
* Czy znosisz upokorzenia przywołując w pamięci chwile, gdy Twój partner był dobry i czuły?
* Czy idealizujesz partnera?
* Czy liczysz na to, że on się zmieni?
* Czy pomimo bólu nie potrafisz się rozstać lub też mimo rozstania nadal Cię bardzo boli?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że nie rozumiesz dlaczego Cię opuścił, skoro tyle mu od siebie dałaś?
* Czy masz skłonności do kontrolowania partnera?
* Czy wchodzisz w rolę ratownika, terapeuty, wybawiciela?
* Czy masz skłonność do obwiniania partnera za swoje nieszczęście?
* Czy Twoim ulubionym stanem jest bycie zakochaną? Czy masz poczucie, że „wtedy naprawdę żyjesz?”
* Czy Twoje związki polegają na ciągłych rozstaniach i powrotach?
* Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że w związku szukasz silnych emocji i nieustannych uniesień?
* Czy masz skłonność do fantazjowania?
* Czy Twoi partnerzy są z reguły: agresywni i przemocowi, niedostępni emocjonalnie i obawiający się bliskości, niezaangażowani i zapracowani, uzależnieni, niedojrzali (wieczni chłopcy, którzy potrzebują opieki)?

Na prawie wszystkie Kasia odpowiedziała twierdząco. A to oznacza, że należy do „kobiet kochających za bardzo.” Podobnie jak Natasza: „Wiem, że ten związek mnie niszczy. Doprowadził do ruiny moje zdrowie i poczucie wartości. A mimo to nie potrafię odejść. Dlaczego? Bo go kocham. Tak bardzo jak jeszcze nigdy nikogo. Z jednej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że mój partner wielokrotnie pokazał mi, że mnie nie chce i nie szanuje, a ja mimo to płaszczę się przed nim i proszę o to, żeby mnie chciał. Nie rozumiem siebie. Jakbym miała w sobie dwie osobowości. Jedna widzi co się dzieje, a druga zupełnie tego nie dostrzega. I ta jedna, ciągła myśl: jeśli między nami będzie dobrze cała reszta się ułoży.”

Termin „kobiety kochające  za bardzo” pochodzi z książki psychoterapeutki Robin Norwood o tym właśnie tytule. Autorka opisuje w niej mechanizm uzależnienia od miłości polegający głównie na uzależnianiu swojego poczucia szczęścia od związku (od tego czy jest, jak się w nim układa) czy partnera (od tego jak się czuje, jak się wobec nas zachowuje). To szczęście może oznaczać różne rzeczy. Niektóre kobiety poczucie szczęścia łączą z ulgą i spokojem, inne bardziej z euforią, adrenaliną, poczuciem bycia wyjątkową, jedyną, potrzebną, ważną. Tak czy inaczej, kobiety kochające za bardzo mają poczucie, że tylko związek/ten mężczyzna/ta kobieta (w przypadku kobiet homoseksualnych) jest w stanie wprowadzić je w określony stan. Jednym słowem to mężczyzna staje się naszym regulatorem emocji. A skoro tylko on jest w stanie nam to dać to uzależnione kobiety: notorycznie walczą o uwagę mężczyzny; zatracają siebie (poczucie wartości i godności, granice) i z siebie rezygnują (marzeń, potrzeb), żeby tylko utrzymać związek; ich uwaga jest wyłącznie przy tym (ciągła analiza tego co się dzieje,); zaniedbują inne ważne obszary w życiu; mają silny przymus bycia w danej relacji (lub relacji w ogóle); tracą kontrolę nad swoim zachowaniem i swoimi wyborami („wiem, że powinnam odejść, ale nie potrafię”, „to jest silniejsze ode mnie”, „coś mi nie pozwala przestać”); kontynuują dane zachowanie (zabieganie o partnera, powroty etc), pomimo licznych strat i negatywnych konsekwencji. Kobiety uzależnione od miłości mierzą swoją miłość rozmiarami bólu i tęsknoty, kiedy np. partner odchodzi. Może to co powiem będzie trudne, ale często cierpienie przeżywane przez kobiety kochające za bardzo niewiele ma wspólnego z miłością. To po prostu objawy odstawienne. Alkoholik w abstynencji (szczególnie przymusowej i szczególnie na początku) też „szaleje” z potrzeby spotkania się z obiektem „swojej miłości”. Czyli po prostu chce się napić. Też w kółko o tym myśli, wydaje mu się, że zwariuje, czuje niepokój i nie umie sobie pomóc. Kiedy kobieta uzależniona od miłości mówi kocham, tak naprawdę ma na myśli: „nie umiem bez ciebie żyć”, „potrzebuję cię”, „tylko ty mnie uszczęśliwiasz”, „boję się”, „nie opuszczaj mnie”, „uczyń mnie szczęśliwą”, „uczyń mnie wartościową” itp.
Termin KOBIETY kochające za bardzo, a nie MĘŻCZYŹNI według autorki nie jest przypadkowy, gdyż dotyczy on głównie pań. Moje doświadczenie terapeutyczne to potwierdza. Oczywiście i mężczyźni uzależniają się od miłości (i ten artykuł absolutnie dedykuję także im), ale kobiety narażone są szczególnie. Wynika to z uwarunkowań kulturowych i społecznych. Podłożem, na którym kształtuje się mechanizm uzależnienia od miłości jest dom rodzinny, w którym o miłość, bliskość, akceptację i uwagę trzeba zabiegać. W rodzinach kobiet, które kochają za bardzo rodzice często byli emocjonalnie niedostępni. Mogło to wynikać z ich zapracowania, czasem choroby somatycznej lub psychicznej, uzależnienia lub po prostu z braku umiejętności bycia w emocjonalnej bliskości. Wychowywanie się w takiej rodzinie jest naturalnie doświadczeniem także mężczyzn, ale to co szczególnie wpływa na fakt, iż na uzależnienie akurat od miłości narażone są głównie kobiety, to po pierwsze nieobecność ojców (z reguły matki są obecne bardziej). Dziewczynki od początku uczą się, że o mężczyznę się zabiega. Po drugie, dziewczynki często dorastają nasiąkając takimi przekonaniami jak: samotność jest gorsza niż cokolwiek; lepiej być w związku byle jakim ale być; kobieta samotna niewiele znaczy; ułożenie sobie życia oznacza wyjście za mąż;  i wiele wiele innych. Chłopcom akurat takich przekazów się oszczędza. Oni oczywiście mają inne, też niebezpieczne w skutkach. No ale to już na zupełnie inny artykuł ;)